Sausage Party

Wyobraźcie sobie film animowany, którego bohaterami byłoby jedzenie. I to jeszcze dla dorosłych. Bohaterem tego dzieła jest Frank – parówka z supermarketu zakochana w apetycznej bułce zwanej Brendą. Otóż nasze jedzonka wierzą, że jesteśmy ich bogami, a wybranie ich przez nas to trafienie do raju. Jednak nasz Frank ma wątpliwości i wskutek zbiegu okoliczności (a dokładniej karambolu na sklepie oraz krakania musztardy) razem z Brendą wypadają z wózka. I tak zaczyna się jego wędrówka ku prawdzie, gdyż raz zasiane wątpliwości trudno rozwiać. Jakby tego było mało, to pewien mściwy irygator, co mocno oberwał podczas karambolu, chce się zemścić.

sausage_party1

Brzmi absurdalnie i wariacko? Ale realizujący dla Columbii Conrad Vernon (współtwórca wielkich hitów DreamWorks jak „Shrek” i „Madagaskar”) tym razem jedzie ostro i pieprznie. Co tu się odwala? Żarty są sprośne i wulgarne (niemal wszystko obraca się wokół wsadzania bułce, ehm, powiedzmy, że chodzi o miłość), a obrywa się wszystkim: religijnym przywódcom (nie należy denerwować bogów swoimi kosmatymi myślami, bo nie zostaniesz przez nich wybrany), Arabom i Żydom, a także nam, ludziom, którzy „zabijają” jedzenie swoim niepohamowanym apetytem. Tak naprawdę pod tym chamskim i hardkorowym dowcipem twórcy opowiadają o poszukiwaniu swojej własnej tożsamości, walce z przeznaczeniem. Do tego jeszcze dużo przemocy (sceny z gotowaniem i używaniem jedzonek skręcają w stronę niemal kina grozy), seksualnych podtekstów i aluzji, a także odniesień do popkultury. Bo czy można zapomnieć scenę tuż po zderzeniu dwóch wózków i wypadnięciu naszych towarków jakby żywcem wziętej z „Szeregowca Ryana”? Czy sparaliżowanego geniusza zwanego Gumą, który jest miksem Stephena Hawkinga z… Terminatorem?

sausage_party2

Oczywiście jest tych aluzji i odniesień dużo więcej, bo i jest miejsce dla „Gwiezdnych wrót”, „Godzilli” czy Meat Loafa. Zabawa jest przednia, tylko trzeba się przebić przez te bluzgi, seks (finałowa orgietka zostanie w pamięci na długo) oraz przemoc. Sama animacja prezentuje się całkiem przyzwoicie, ale to nie jest w żadnym wypadku poziom Pixara czy DreamWorks. Kreska jest bardzo dosadna, a podkręcona, niemal epicka muzyka znakomicie współgra z ekranowymi wydarzeniami. Mi przeszkadzało zbyt częste przypominanie podtekstów opartych na skojarzeniu parówka (penis)-bułka (szparka), co stawało się męczące. Rozbrajał za to spór między lemeshem a bajglem (taki Woody Allen, tylko bez okularów).

sausage_party4

W naszym kraju nie był to film prezentowany z polskim dubbingiem (i bardzo dobrze), a oryginalne głosy są naprawdę zabójcze. Ale czy mogło być inaczej, jeśli na pokładzie mamy młodą, bezczelną gwardię pokroju Setha Rogena, Kirsten Wiig, Danny’ego McBride’a oraz Michaela Cerę? Oczywiście, że nie. Ale największą niespodzianką dla mnie był wcielający się w bajgla… Edward Norton. Sposób mówienia typowy dla neurotycznego, wystraszonego inteligenta a’la Allen w połączeniu z delikatnym głosem stworzyła mieszankę wybuchową. Chociażby dla tej kreacji oraz Jamesa Franco jako… ćpuna absolutnie warto zobaczyć.

sausage_party3

Takiej ciekawej treści w filmie animowanym nie widziałem od czasu „Kubo”, a takiej brutalności zmieszanej z wulgarnością i erotyką nie pamiętam. Każdy znajdzie dla siebie sporo, a finał zapowiada ciąg dalszy. I jedna mała prośba: za żadne skarby, nigdy, przenigdy nie pozwólcie obejrzeć tego filmu swoim nieletnim dzieciom. Po tym ich świat nigdy nie będzie taki sam. 

7/10

Radosław Ostrowski

Kubo i dwie struny

Kim jest tytułowy Kubo? Zwykłym chłopcem, który mieszka na odludziu i opiekuje się matką w Japonii. Oboje tak naprawdę ukrywają się przed dziadkiem chłopca – potężnym Księżycowym Królem, który chce ukraść jedyne oko posiadane przez chłopca. Dlatego Kubo zawsze musi wracać przed zachodem słońca, ale pewnego wieczora łamie ten zakaz. Matka, by go chronić poświęca się, ale przedtem daje mu zadanie: musi zdobyć pancerz (miecz, zbroję i hełm), by ochroniły go przed Królem oraz Siostrzyczkami. Pomaga mu w tym ożywiona małpa, papierowy samuraj i poznany po drodze żuk-wojownik pozbawiony pamięci.

kubo1

Studio Laika przykuło moją uwagę od czasu „ParaNormana”, gdzie łączyło powagę i dramatyzm, ale jednocześnie unikając prostego, czarno-białego podziału bohaterów, a także stosowaniem animacji poklatkowej. Innymi słowy, zamiast komputera i kartki papieru tworzono postacie oraz dekoracje z materiału, ożywiając go w mechaniczny sposób niczym marionetki. O samej fabule nie chcę wam mówić zbyt wiele, bo spojlery zabijają najlepszy seans i odstraszają. W każdym razie jest to niemal kino przygodowe (fabuła mogła być podstawą gry komputerowej), gdzie jest powierzone zadanie i przeszkody do pokonania. Sama animacja jest po prostu prześliczna, co widzimy od samego początku, gdy widzimy burzę oraz płynący statek z matką Kubo i nim samym. Największe wrażenie jednak robią sceny, gdy Kubo czaruje swoimi opowieściami za pomocą shamisena (gitara brzmiąca troszkę jak banjo), ożywiając papier z origami, dzięki czemu kreuje niesamowite światy. Sceny, gdy pojawia się stado latających ptaków czy budowanie z liści okrętu wygląda piorunująco. Podobnie starcie w grobowcu ze szkieletem, podwodne miasto czy wyniszczona twierdza. Japonia czasów feudalnych została wiernie odtworzona (piękne stroje i zwyczaje), jednocześnie odtwarzając ich wierzenia.

kubo2

Oglądałem to z zapartym tchem, kibicując bardzo naszemu chłopcu, który musi zmierzyć się ze śmiercią. Twórcy nie boją się pokazywać krwi i przemocy, jednak nie pokazują bezpośrednio śmierci, zastępując ją oślepiającym blaskiem światła. Nie brakuje jednak krwi (jest już niemal na początku), surowych pojedynków (walka z Siostrami, ukrywającymi swoje twarze przed maskami), powoli odkrywając tajemnicę oraz historie związaną z Kubo. Nawet finałowa konfrontacja z Księżycowej Królem jest elementem tej historii.

kubo3

„Kubo” równie imponuje pod względem dubbingu. Ale polecam zdecydowanie wersję oryginalną, gdzie najbardziej wybija się Charlize Theron z Matthew McConaugheyem. Ta pierwsza wciela się w matkę i ożywioną matkę – nadopiekuńcza, kochająca i starająca się zapewnić bezpieczeństwo. Z kolei Matthew podkłada głos Żukowi – przeklętemu wojownikowi, który na początku sprawia wrażenie pogubionego, nieporadnego bohatera. Wydaje się on comic reliefem, ale z czasem staje się złożonym, barwnym herosem. Muszę też wspomnieć wcielającego się w tytułową postać znakomitego Arta Parkinsona, który wiarygodnie odtwarza wszelkie emocje bohatera: ból, samotność, ale i nierozsądek, figle. Takie nie sposób zapomnieć Sióstr, którym głosu użyczyła Rooney Mara i samym głosem wywołuje strach.

kubo4

„Kubo i dwie struny” to historia o wyobraźni, przebaczeniu, zemście, ale też o miłości. Historia tak piękna i zakorzeniona w Oriencie (byłem pewny, że to Japończycy zrobili). Piękna, mądra baśń skierowana zarówno dla młodego widza, jak i starszego odbiorcy. Porażające dzieło i najlepsza animacja roku 2016. Ale nie widziałem reszty stawki, więc może się to zmienić.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Anomalisa

Michael Stone to przeciętny facet w wieku średnim, który przyjeżdża do Cincinatti na odczyt. Jego tematem jest kontakt z klientem przez telefon. Napisał na ten temat książkę, która zwiększyła efektywność o 90%. Przyjazd do hotelu Fregoli mocno zmieni jego życie, bo Stone ma jeden poważny problem – wszędzie widzi ludzi, którzy wyglądają i mówią tak samo, tym samym głosem. Wydaje się, że nie ma ucieczki z tego piekła, aż przypadkowo słyszy głos inny niż wszystkie. Jego właścicielką jest Lisa, która przyjechała na odczyt razem z koleżanką.

anomalisa1

Charlie Kaufman to jeden z większych dziwaków, jakich zna kino amerykańskie. Miałem możliwość obejrzenia „Zakochanego bez pamięci” wg jego scenariusza, ale nakręcona wspólnie z Dukiem Johnsonem animacja to zaledwie drugie dzieło wyreżyserowane przez niego. Dawno nie widziałem filmu, który byłby taki smutny, wręcz depresyjny. Wybór animacji jako strony formalnej tego tytułu, było strzałem w dziesiątkę. Jednak wykorzystanie lalek zamiast ludzi było dla mnie dużym zaskoczeniem. Dzięki temu paradoksalnie, łatwiej było mi się zidentyfikować z bohaterami – samotnikami znajdującymi się na zakręcie i z poczuciem przegranego życia, którzy dostają szansę na zmianę. Tak jest ze Stone’m, jednak czy jego przypadłość pozwoli mu w miarę porządnie funkcjonować?

anomalisa2

Kaufman nie daje łatwych odpowiedzi na pytania, a historia – wydawałoby się prosta jak konstrukcja cepa – angażuje i daje wiele do myślenia. Nie brakuje tutaj surrealistycznego humoru (scena koszmaru sennego Michaela, gdzie wszyscy chcą rozdzielić go od Lisy) czy bardzo naturalistycznej i zrobionej ze smakiem sceny erotycznej (od czasu „Ekipy Ameryka” nie widziałem czegoś takiego w animacji), a ułożenie kamery oraz gra oświetleniem jeszcze bardziej potęguje klimat.

anomalisa3

I w końcu coś, co wspomaga fabułę oraz animację – bardzo oryginalna i rzadko spotykaną – to melancholijna muzyka Cartera Burwella oraz świetny dubbing. Kapitalny jest David Thewlis w roli Stone’a, który czuje się nieszczęśliwy i pusty w środku, co dobitnie pokazuje scena przemowy, gdzie zaczyna się zachowywać dziwacznie. Prawdziwa perełka gry głosem. Równie wyborna i naturalna jest Jennifer Jason Leigh, wcielająca się w niepewną siebie Lisę – równie samotną kobietę, poszukującą ciepła i miłości. Jak każdy człowiek zresztą, a ciepły głos dodaje uroku tej postaci. Z kolei Tom Noonan odgrywający cała resztę (klonów, lalek – nazywajcie to jak chcecie), którzy są tacy sami, chociaż to inne charaktery.

„Anomalisa” to rzadkie kino – idące pod prąd, zarówno formalnie, jak i treściowo. Takich samotników jak Stone jest wielu, ale pytanie czy pod ta przypadłością nie kryje się tylko problem psychiczny, lecz strach i poczucie przegrania, pozostaje dla mnie kwestią otwartą. Bardzo smutne kino, ale i bardzo refleksyjne, nie pozbawione nadziei (postać Lisy). Niecodzienne doświadczenie.

8/10

Radosław Ostrowski

Miasteczko Halloween

Każde święto ma swojego „władcę”, który nim rządzi. W przypadku Bożego Narodzenia jest to św. Mikołaj, Wielkanocy – Zajączek. A w przypadku Halloween, panem jest Jack Skellington, zwany też Dyniowym Królem. Jest tylko jeden problem – Jack stracił radość swojej profesji i czuje się znudzony swoją rutyną. Opuszcza swoje miasteczko, gdzie zawsze odbywa się Halloween i przypadkiem trafia do… Christmasland (Krainy Świąt Bożego Narodzenia). Zauroczony tą okolicą wpada na szalony pomysł zorganizowania Gwiazdki oraz porwania św. Mikołaja.

halloween1

„Miasteczko…” to pierwsza animacja w całości zrealizowana techniką poklatkową. Choć reżyserem całości jest Henry Selick, to mocno czuć ducha Tima Burtona, sprawującego pieczę nad projektem (pomysłodawca i producent). Znów mamy galerie surrealistycznych i dziwacznie wyglądających postaci, mieszających groteskę z surrealizmem. Jack z nienaturalnie krótkimi i długimi nogami, burmistrz z dwiema zmieniającymi się od nastroju twarzami, duch psa czy pełen robactwa w środku Oogie Boogie, który jest najbardziej niebezpiecznym kolesiem w Halloween. Także sam wygląd miasteczka, pełen mroku i jednocześnie piękna, co nie zdarza się często.

halloween2

Dodatkowo jest to kompletna mieszanka gatunków – od horroru (czołówka) przez komedię (przygotowanie świąt bożonarodzeniowych) po musical, gdzie partie śpiewane są wykonane pierwszorzędnie, a piosenki idealnie uzupełniają treść. Ale przesłanie jest dość przewrotne – jak na tego typu produkcję. Bo trzeba cieszyć się z tego, co się ma, a pragnienia nasze mogą okazać się zgubne.

halloween3

A ten kolaż gatunkowy ogląda się świetnie, ale muszę przyznać, że „Gnijąca panna młoda” bardziej mi się podobała. Chociaż tutaj aktorzy też dali z siebie maksimum (zwłaszcza Chris Sarandon w roli Jacka i Danny Elfman wykonujący partie wokalne), a duch szalonego Burtona jest mocno odczuwalny. Inteligentne i dobre kino, niekoniecznie dla dzieci.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wielka Szóstka

W niedalekiej przyszłości San Francisco zmiesza się z Tokyo, co chyba wynika z nadmiaru azjatyckich imigrantów. A może po prostu z połączenia obydwu miast ze sobą. Tutaj mieszka młody i cwany Hiro, który walczy w nielegalnych walkach robotów. Jednak dzięki swojemu bratu, trafia do politechniki, gdzie poznaje jego piątkę postrzelonych kolegów oraz dzieło Tadashiego, czyli Baymaxa – robota medycznego. Kiedy brat ginie w pożarze, robot opiekuje się nim.

wielka_szostka1

Nowy film Disneya to z jednej strony mieszanka opowieści o superbohaterach, z drugiej mocno skręcają w stronę animacji japońskich. I o dziwo, ten koktajl smakuje całkiem nieźle. Nie brakuje sztandarowych sztuczek Disneya, czyli bohater po ciężkich przejściach musi się odnaleźć i pogodzić ze stratą, jest pochwała wielkiej przyjaźni i pozytywna energia. Tło jest mocno azjatyckie, czyli wielkie budynki, technologiczne wynalazki, roboty oraz masa nerdów. Intryga jest jak z filmu SF – nieudany eksperyment, żądza zemsty i umiejętności naukowe służące do zdobycia megamocy. Znacie to? Było to już przerabiane wielokrotnie, ale ogląda się to całkiem nieźle. Animacja inspirowana jest dziełami ze studia Ghibli, ale zrobiona w disneyowskim stylu i z jego sznytem. Więc w czym problem?

wielka_szostka4

Ano w tym, że jest to kino bardziej przeznaczone dla młodszego odbiorcy. Poza tym same sceny walki i rozwałki wyglądają dość konwencjonalnie, bez ikry oraz energii. Intryga w połowie zmierzała w kierunku, jakim się spodziewałem. Tak naprawdę z postaci bronił się Baymax – uroczy, ciepły robocik (w polskiej wersji mówiący głosem świetnego Zbigniewa Zamachowskiego), który jest do rany przyłóż, a przemiana w maszynkę do rozwałki jest autentycznie zabawna.

wielka_szostka2

Polski dubbing jest zrobiony bez zarzutu, a z aktorów (poza Zamachowskim) najlepszy jest prześmieszny Eryk Lubos podkładający głos pod postać postrzelonego Freda, który jest geekiem do kwadratu, mającym obsesję na punkcie monstrów pokroju Godzilli oraz komiksów.

wielka_szostka3

Tylko nie jest w stanie to zakryć przewidywalności, a sceny walki wywoływały we mnie znużenie. Albo ja już z tego wyrosłem, albo obejrzałem tego tak dużo, że przestało to robić na mnie wrażenie. Jest jeszcze trzecia opcja: to nie był film skierowany dla mnie. Jeśli macie jakieś młodsze rodzeństwo do lat 10-12, seans powinien być świetną zabawą.

6/10

Radosław Ostrowski

Pan Peabody i Sherman

Wbrew pozorom, pan Peabody to pies o nieprzeciętnym umyśle (dwie Nagrody Nobla nie wzięły się z nieba), a Sherman to jego adoptowany syn, który jest… człowiekiem. Tak, wiem jak to brzmi, ale tak jest. Peabody jest takim geniuszem, ze razem z synem podróżowali w czasie, dzięki skonstruowanemu wehikułowi. Wszystko się jednak zmienia, kiedy chłopiec idzie do szkoły. Z powodu swojego mądrzenia się zwraca uwagę krnąbrnej i nieznośnej Penny, co kończy się bójką. By załagodzić spór, Peabody zaprasza do siebie rodziców dziewczynki. Chłopiec niechcący wspomina o podróży w czasie, przez co ona trafia do… starożytnego Egiptu. To oznacza tylko kłopoty.

pan_peabody1

Najnowszy film wytwórni DreamWorks to produkcja oparta na popularnym (przynajmniej w USA) serialu z lat 50., ale nazwisko reżysera (Rob Minkoff, współtwórca „Króla Lwa” oraz „Stuarta Malutkiego”) nie zapowiadało niczego dobrego. Ale efekt przeszedł oczekiwania. Po pierwsze, to dynamiczne, przygodowe kino akcji, gdzie atrakcji jest cała masa. Pojedynki na szpadę (z samym Robespierrem), koń trojański, pościgi, gonitwy. Po drugie, twórcy przy okazji tworzą coś w rodzaju przyswajalnego i dowcipnego podręcznika historii, gdzie odkrywamy wydarzenia od epoki lodowcowej (nauka jazdy na lodzie) aż do braci Wright i Alberta Einsteina, który nie może… ułożyć kostki Rubika. Ale też twórcy (w konwencji familijnego kina) pokazują, że podróże w czasie mogą się źle skończyć, szczególnie wtedy jak cofniemy się do czasów, w których żyjemy. Finał jest dramatyczny i chwyta za gardło – w ogóle sceny akcji to wypadkowa Indiany Jonesa (egipska sekwencja) i… Sherlocka Holmesa (gdy na ekranie pojawiają się różne dane, pomagające wyplątać się z tarapatów) spod znaku Guya Ritchiego.

pan_peabody2

Trudno się przyczepić do animacji, bo tu jest naprawdę dobry poziom, a kilka sekwencji – tych bardziej dynamicznych – jest zrealizowanych z fantazją. Może tylko ludzie wyglądają nienaturalnie, ale nie o realizm tu chodzi. Zabawa jest przednia, a poza rozrywką (i banalnym morałem) dostajemy inteligentne i po prostu fajne kino.

Pochwalić też należy polski dubbing wyreżyserowany przez legendarnego Jarosława Boberka. Nie dość, że tłumaczenie zawiera dodatkowe smaczki (Agamemnon nawijający do swoich wojaków „Jest siła”), to jeszcze aktorzy idealnie odnaleźli się w swoich postaciach. Znakomity jest Artur Żmijewski w tytułowej roli superinteligentnego i samotnego psa, który próbuje radzić sobie w roli rodzica. Nie jest łatwo, bo niemal chce kontrolować swojego syna, tresując go i nie pozwalając mu dorosnąć. Sherman (równie przekonujący Franciszek Dziduch) sprawia wrażenie niby mądrego, ale ciapowatego chłopca – bezradnego wobec rozrabiających dziewczyn (tak, chodzi o Penny) i próbującego buntować się wobec swojego ojca. Ale w decydującym momencie wykorzystuje ukryty intelekt.

pan_peabody3

„Pan Peabody…” bardzo spodobał się w USA, co jest zrozumiałe i wynika ze znajomości pierwowzoru. U nas, mimo małej wiedzy o tym psiaku, powinien się spodobać. Lekkie, sympatyczne, zabawne, ale też mądre i kształcące kino. Taka nietypowa mieszanka, która nie przynudza.

7/10

Radosław Ostrowski

Sekrety morza

Dawno, dawno temu, a właściwie to nie tak dawno, żyła sobie pewna rodzina mieszkająca w latarni na wyspie. Mieli razem syna oraz psa, a w drodze było drugie dziecko. I wtedy doszło do dziwnej sytuacji – matka zniknęła. Ale dziecko zostało – Sierża wyrosła na ładne dziecko, tylko nie odzywa się, brat niańczy ją. Przypadkowo odnajduje muszlę, którą w prezencie otrzymał jej brat. Grając odnajduje swój mały płaszcz i idzie do morza, co jest początkiem poważnej podróży.

sekrety_morza1

W dzisiejszych czasach animacja kojarzy się z dziełem zrobionym komputerowo, w trójwymiarze, pełnym kolorów i barw. Tym razem irlandzki reżyser Tomm Moore idzie kompletnie pod prąd, tworząc film zrobiony kredką i ołówkiem, czyli metodami niemal z początków animacji. Bohaterowie są płascy, kreska prosta, a jednak nie potrafiłem oderwać wzroku od całej opowieści. Oszczędność działa tutaj na plus, a cała historia jest bardzo dojrzała. Bo jest to opowieść o niepogodzeniu się ze stratą najbliższych, gdzie ból i cierpienie paraliżują, przysłaniają przeszłość, nie przynosząc żadnej ulgi. Od momentu ucieczki film zmienia się w opowieść z elementami baśni – pojawiają się wróżki, sowy zamieniające w kamień, a przeszłość Sierży oraz jej matki powoli zostaje odkrywana. Kluczowa jest tutaj muszla i jej muzyka (piękna muzyka) – więcej wam nie powiem, pójdźcie sami do kina, by przeżyć tą niezwykła historię.

sekrety_morza2

Uderzają dwie rzeczy. Po pierwsze, subtelność całej opowieści, która dotyka poważnych spraw, a widz nie jest traktowany jak naiwne dziecko. A los naszych bohaterów zaczął mnie obchodzić aż do trzymającego za gardło finału. Po drugie, brakuje tutaj żartów popkulturowych, do których przyzwyczaiły nas współczesne animacje czy humoru zrozumiało dla maluszków i (osobno) dla ich rodziców. Inspiracja ludowymi podaniami i osadzenie ich we współczesnych realiach jest mocnym strzałem w dziesiątkę, a galeria ciekawych postaci (sowa Masza, trzech śpiewających wróżków – nie wiem jak jest wróżka w rodzaju męskim) ubarwia całą historię. No i jeszcze foki.

sekrety_morza3

Więcej wam nie zdradzę, bo to film, który każdy powinien sam przeżyć. Animacja nie tylko dla dzieci, jak zobaczycie zdjęcia, to może się skusicie. Dla mnie to niezwykła i piękna, dojrzała produkcja, a to rzadkie połączenie.

sekrety_morza4

8/10

Radosław Ostrowski

Księga życia

Kultura Meksyku jest fascynująca, że wielu filmowców próbowało o niej opowiadać. Jeden z tamtejszych mitów stał się inspiracją dla Jorge E. Gutierreza, który zrobił animację o tym. Historia jest dość prosta – dwoje władców zaświatów (Krainy Zapamiętanych i Zapomnianych) – El Muerta i Xsibalba założyli się. O co? O zamianę krainami, którymi mieli rządzić. Było sobie dwóch chłopców – Manolo i Juaquin, którzy kochają jedną dziewczynę, Marię. Jeśli dziewczyna wybierze Manolo  (torreadora, który chciałby być mariachi), to porządek zostanie niezmieniony, ale jeśli wybierze dzielnego oraz mężnego Joaquina, to Xsibalba będzie rządził Krainą Pamiętanych.

ksiega_zycia1

Początkowo film miał trafić do polskich kin, nawet pojawił się zwiastun z dubbingiem, ale dystrybutor okazał się pieprzonym cykorem i trafił od razu na DVD… z lektorem. Może to i lepiej, bo film jest kolorowy, zakręcony i postrzelony film, którego dzika wyobraźnia jest w stanie dorównać tylko Timowi Burtonowi. Zamiast niego pojawia się (w roli producenta) Guillermo del Toro. Film jest pełen kolorów i ciepłych barw, a sama opowieść zwyczajnie chwyta za serce. Jest tutaj naprawdę kilka pięknych scen (śpiewanie ballady dla Marii, przeplatające się ze sobą procesy dojrzewania obu chłopaków – to akurat jest zabawne), a potyczki – nie zabrakło ich – są zrobione z finezją i niemal ułańską fantazją (korrida w zaświatach czy ostateczne starcie ze złowrogim Szakalem, gdzie nie zabrakło miejsca na taniec i śpiew). Do tego kilka zabójczych epizodów (trio mariachi, chór zakonnic), miłość, przyjaźń, zaświaty (wyglądające jak bardziej kolorowa wersja „Gnijącej panny młodej”) oraz przyjaźń. Dawno mój świat nie ograniczył się tylko do tego, co widać na ekranie.

ksiega_zycia2

Bo zakład ten też pokazuje naszą ludzką naturę – zarówno zdolność do poświęcenia, miłości, heroizmu, jak i lęku przed „wielkimi” cieniami, strachem i wierności wobec swoich zasad.

ksiega_zycia3

Do tego jeszcze dostajemy wystrzałowy soundtrack oraz bardzo dobry, angielski dubbing. Zarówno romantyczny Manolo (Diego Luna – ależ on śpiewa) i dzielny Joaquin (Channing Tatum, będący na fali) wydają się stereotypowymi postaciami, jednak mają oni coraz więcej oblicz oraz ciągle zaskakują. Także Maria (Zoe Saldana) nie jest żadną dama w opałach i tak naprawdę mężczyzna nie jest jej aż tak bardzo potrzebny. Ale też i boscy bohaterowie są tylko pozornie dobrzy i źli – Xsibalba (demoniczny Ron Perlman) i El Muerta (Kate del Castillo) to dawni kochankowie, którzy dawno rozstali się. Jest tego znacznie więcej, ale nie będę psuć wam przyjemności.

ksiega_zycia4

Wariackie, zabawne i poruszające – czegoś takiego w animacji nie widziałem od czasu „Krainy Lodu”. A jednocześnie bezpretensjonalne, ciepłe i meksykańskie. Ja się na tym przednio bawiłem i mam nadzieję, że podzielicie mój entuzjazm.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Gnijąca panna młoda Tima Burtona

XIX-wieczny Londyn. To w nim ma dojść do ślubu między dwójką młodych ludzi, którzy wcześniej się nie znali. Tak naprawdę ten związek jest pewnego rodzaju kontraktem dla rodziców państwa młodych, by poprawić swoją sytuację finansową. Victor jest synem handlarzy rybami, Victoria córką zubożałych arystokratów. Jednak próba przed ślubem kończy się kompromitacją, a młodzieniec idzie poćwiczyć powiedzenie przysięgi. Wkłada ślubną obrączkę do drzewa, ożywiając martwą pannę młodą i tak Viktor zostaje jej mężem.

panna_mloda1

Tim Burton w roku 2005 zaatakował kina aż dwoma tytułami. Pierwszym był „Charlie i fabryka czekolady”, a drugim omawiana teraz animacja zrealizowana razem z Mike’em Johnsonem. Efektem jest elegancka, zrealizowana metodą poklatkową, staroświecka animacja w bardzo wyrazistym stylu Burtona. Mocno groteskowe postacie (żywi są strasznie długonodzy i mają duże głowy z wyłupiastymi oczami), duża dawka czarnego humoru oraz wciągająca fabuła składają się na jedną z najbardziej pokręconych nominacji tego wieku. Nie da zapomnieć się zaświatów, gdzie nieboszczycy są – paradoksalnie – pełni życia i energii. Także wyglądają lepiej od żywych, mimo iż są mocno przy kości, a zaświaty wyglądają barwnie, kolorowo i jest to galeria niezwykłych postaci (barman Paul, który jest… głową czy pięknie wyglądający piesek Sparky).

panna_mloda2

Przy okazji jest to film o odpowiedzialności, miłości i poświęceniu, okraszone intertekstualnymi żartami i charakterystycznym poczuciem humoru (przygotowania do ślubu w zaświatach czy piosenka opowiadająca o tragedii panny młodej) – uczta dla oka i ucha ogromna.

panna_mloda3

Reżyser nie tylko z maestrią opowiada tą szaloną historię, ale też dobrał znakomitych aktorów do pokładania głosów pod te nietuzinkowe postacie. mógłbym w zasadzie ograniczyć się do wymienienia nazwisk (Johnny Depp, Helena Bohnam Carter, Emily Watson, Albert Finney, Michael Gough), bo każdy nadał swojej postaci osobowości i charakteru – pogubionego i wrażliwego Victora, tragicznej panny młodej (Emily), uroczej Viktorii czy nie wierzącego w zaświaty księdza.

panna_mloda4

„Gnijąca panna młoda” to Tim Burton w najlepszym wydaniu – piękny plastycznie, z czarnym humorem, a jednocześnie bardzo poruszający i chwytający za emocje. Można na siłę się przyczepić, że cała ta historia jest bardzo krótka (niecałe 80 minut), jednak jest to bardzo intensywne 80 minut pozbawione dłużyzn i nudy. Połączenie idealne.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Pingwiny z Madagaskaru

Kiedy w 2005 roku pojawił się „Madagaskar”, tak naprawdę z tego filmu zapamiętało się nie głównych bohaterów, ale postacie drugoplanowe, sztuk pięć. Pierwszy to był charyzmatyczni i imprezowy król lemurów, Julian. Pozostali to był czteroosobowy oddział pingwinów-komandosów kierowany przez Skippera. I to ci ostatni zostali głównymi bohaterami animacji studia DreamWorks.

pingwiny1

Na początku filmu poznajemy nasze pingwiny na Antarktydzie, gdzie odłączają się od grupy w pogoni za spadającym jajkiem. Jajeczko udaje się ocalić i tak przychodzi na świat Szeregowy, który staje się nowym członkiem oddziału. Potem następuje przeskok i trafiamy tuż po wydarzeniach z trzeciej części „Madagaskaru”, gdzie Skipper i spółka uciekają z cyrku, włamując się do Fort Knox. Tam jednak zostają schwytani przez ośmiornicę Dave’a, planującego zemstę na pingwinach wszelakich. Wtedy pojawia się nowy sojusznik – organizacja szpiegowska Wiatr Północy.

pingwiny3

Po tym krótkim zawiązaniu fabuły, należy się spodziewać ubranej w szaty animacji kina akcji, gdzie pomysłowość w inscenizacji pościgów i potyczek. Wystarczy wspomnieć sekwencję ucieczki w Wenecji przez gondolę czy maskowanie się w Szanghaju, gdzie zarówno brawura realizacyjna idzie ręka w rękę z humorystycznymi dialogami (ucieczka z samolotu oraz lot w dół, gdzie bohaterowie w dość oryginalny sposób wychodzą z tej sytuacji obronną ręką). Plan zemsty jest odpowiednio demoniczny, główny bohater jest zły i antypatyczny, zaś spięcia między członkami Wiatru Północy (wyposażeni w gadżety i precyzyjnie planujący) a Pingwinami (improwizującymi i wyposażonymi w zawartość żołądku Rico) jest esencją humoru. Wychodzi z tego całkiem sympatyczna produkcja, głównie skierowana dla młodszego odbiorcy, pokazująca i chwaląca przyjaźń. Jest jednak parę żartów dla starszego odbiorcy, jednak jest to na tyle grzeczne, by nie odstraszyć widza. Sama animacja jest tutaj na dobrym poziomie, a pingwiny wyglądają przeuroczo. Aczkolwiek ja liczyłem bardziej na prequel serii oraz większy akcent na genezę całego składu – przede wszystkim ciekawiła mnie odpowiedź na pytanie jak polegli Manfredi i Johnson. Niemniej efekt jest tutaj co najmniej przyzwoity.

pingwiny2

Cegiełkę tutaj dokłada naprawdę dobry dubbing, kierowany przez Jarosława Boberka (reżyser). Tłumaczenie jest tutaj zrobione solidnie (parę odniesień do naszej rzeczywistości, zgrabne wyjaśnienie skrótu NW) i to jest dodatkowym atutem. No i wreszcie aktorzy. W głównych rolach są ci sami aktorzy, co w „Madagaskarze”, czyli Grzegorz Pawlak (nieszablonowo działający Skipper), Jacek Lenartowicz (przemądrzały Kowalski) i Tomasz Steciuk (uroczy, choć niedoceniany przez grupę  Szeregowy). Cała trojka gra fantastycznie głosowo, uzupełniając mimikę twarzy. Poza tym tercetem (Rico tylko coś mamrocze i to niewyraźnie), trzeba wspomnieć obowiązkowo o dwóch postaciach. Pierwszą jest szef Wiatru Północy – Utajniony (przyzwoity Waldemar Barwiński), który jest profesjonalistą w swoim calu, jednak stawia przede wszystkim na swoje gadżety i precyzyjne planowanie, nie pozostawiając miejsca na improwizację. No i jest Dave (piekielnie dobry Krzysztof Dracz) – przebiegły i zgorzkniały arcyłotr z diabolicznym planem, konsekwentnie realizowanym.

Niby jest pewne rozczarowanie, ale miło wspominam czas spędzony przy tej szpiegowskiej produkcji. A że jest to film mający na celu zarobienie pieniędzy na fanach tej czwórki? Realizacja jest tutaj na tyle porządna, że mi to nie przeszkadzało.

7/10

Radosław Ostrowski