Mortal Kombat Legendy: Zemsta Scorpiona

Chyba każdy – nawet nie-gracz – słyszał o marce Mortal Kombat. Seria bijatyk skupiona na międzywymiarowym turnieju doczekała się aż 11 części, dwa filmy pełnometrażowe oraz reboot z tego roku. W tzw. międzyczasie pojawiła się osadzona w świecie gry animacja „Zemsta Skorpiona”. I ku mojemu zdumieniu, wyszła lepiej niż się spodziewałem, choć nie w każdym aspekcie.

Jak sam tytuł sugeruje, fabuła – teoretycznie – skupia się na wojowniku później znanym jako Scorpion. Naprawdę nazywał się Hanzo Hassashi i był wojownikiem ninja z klanu Shiral Ryu. Kiedy go poznajemy razem z synem obserwuje skorpiona walczącego z mrówkami. Wracając do domu zastaje członków swojego klanu oraz żonę wymordowanych. W ślad za nim ruszają zabójcy, kierowani przez niejakiego Sub-Zero. Ucieczka kończy się jednak klęską i śmiercią syna na oczach Hanzo. Ten trafia do Czeluści, gdzie ma stać się kimś w rodzaju Prometeusza. Tracić fragmenty ciała, wyć z bólu i cierpieć, nie umierając. Ale Hanzo jest wojownikiem, więc udaje mu się wyrwać z uwięzienia i trafić do p.o. władcy Czeluści, maga Quan Chi. Ten daje mu szansę na ożywienie zmarłych członków rodziny w zamian za klucz do uwolnienia swojego boga, Shinnoka. Przedmiot jest w rękach Shang Tsunga, na którego wyspie odbędzie się turniej Mortal Kombat.

Kwestia zemsty Hanzo, który później zmienia się w Scorpiona to tylko jeden z wątków tego filmu. Drugi dotyczy turnieju Mortal Kombat oraz uczestniczącym w nich reprezentantach ludzi: Sonyi Blade, Liu Kanga oraz Johnny’ego Cage’a (jakiekolwiek pokrewieństwo z Nicolasem Cage’m wykluczone). Poznajemy ich motywacje i ich charaktery – dość szybko – przeskakując między tą trójką z Raidenem oraz Scorpionem. Może to paru osobom przeszkadzać, bo jednak w tytule jest Scorpion. Ale ta historia działa, mimo pewnej przewidywalności. Dużo jest fan service’u, co dla fanów gier będzie wielką frajdą.

Sceny walki oraz sama kreska przypomina dzieła anime, a mi wręcz budziła skojarzenia z… „Castlevanią” Netflixa. Jest jak tamta produkcja krwawa i brutalna, z rozciętymi kończynami, wiadrami krwi, a nawet znanymi z gier X-Rayami (pokazanie pękniętych kości po ciosie). Nie jest aż tak szczegółowa jak w produkcji Netflixa, a sama kreska wydaje się być prosta, wręcz ręcznie rysowana. Pasuje to do brutalnego, onirycznego świata z gier. Postacie też są wiernie oddane pod względem charakteru: od narcystycznego Cage’a i twardą Sonyę po podstępnego Shang Tsunga oraz małomównego Scorpiona.

Finał filmu zapowiada kontynuację i mam nadzieję, że powstanę. Seria „Mortal Kombat Legendy” może stać się szansą na nową franczyzę. świetna robota, aż chce się powiedzieć: Flawless victory!

7,5/10

Radosław Ostrowski

Sekret księgi z Kells

Aż zadziwiająca jest droga studia Cartoon Saloon. Irlandzcy animatorzy, tworzący staroszkolne filmy rysunkowe, uwagę widzów na całym świecie zwrócili debiutem z 2009 roku. Tak jak w wielu swoich późniejszych filmach, opowieść czerpie z irlandzkiej mitologii oraz tradycji.

sekret kells1

„Sekret księgi z Kells” skupia się na młodym mnichu Brendanie, przebywającym w tytułowym klasztorze w irlandzkim Kells. Jej wuj, będącym opatem, stara się ochronić okolicę przed siejącymi terror Wikingami, co zabijają i kradną złoto. Wszystko się zmienia w momencie, kiedy do klasztoru przybywa słynny iluminator, brat Aiden z Iony. Mnich przetrzymuje ze sobą księgę swojego klasztoru, zawierającej całą wiedzę oraz niesamowite ilustracje. I to Aiden prosi Brendana o pomoc w dokończenie księgi, choć dla chłopaka może oznaczać to nieposłuszeństwo wobec wuja.

sekret kells3

Film w zasadzie jest prostą opowieścią o chłopaku, który zostaje zderzony z dwoma światopoglądami. Pierwszy, reprezentowany przez wuja, oznacza izolację, bezpieczeństwo i poczucie samotności. Tylko, że poczucie bezpieczeństwa jest złudne, a izolacja nie pozwala nieść światła w świecie mroku. Druga postawa, brata Aidena, oznacza ryzyko, otwartość i przenoszenie się z miejsca na miejsce. Jaka opcja wygra, odpowiedź może wydawać się jasna. Jeszcze bardziej intrygują sceny, kiedy chłopak zaczyna mieć wizje tego, co się wkrótce wydarzy lub wydarzyło. Chociaż wydaje mi się, że Brendan nie jest do końca tego świadomy. A chłopakowi w pracy nad księgą będą towarzyszyć istoty nie z tego świata: wróżki Aishley oraz niepokojącego Crome’a.

sekret kells2

Jak wiele produkcji studia Cartoon Saloon, „Sekret księgi z Kells” jest ręcznie rysowaną animacją. Ale najbardziej zadziwiające w tej produkcji jest bardzo częste wykorzystywanie koła. Wiele rzeczy jest tutaj zaokrąglonych: klasztor otoczony murami (widok z góry), drzewa czy ilustracje księgi. Wszystko okraszone celtycką mitologią, celtycką muzyką (świetną – co z tego, ze napisał ją Francuz?) oraz świetnym dubbingiem.

Muszę jednak przyznać, że większe wrażenie zrobiły na mnie „Sekrety morza” oraz „Sekret wilczej gromady”. Być może wynika to z banalnej historii czy lepszej animacji w następnych filmach. Niemniej jest to solidna, urocza animacja w starym stylu.

7/10

Radosław Ostrowski

Castlevania – seria 4

Wszystkie dobre rzeczy kiedyś muszą się skończyć. Byłem troszkę zasmucony na wieść o tym, że czwarty sezon „Castlevanii” będzie jednocześnie finałem. Bo finałowe sezony Netflixowi rzadko się udawały, więc obawy były spore. I jak się zakończy ta historia ostatniego z Belmontów, towarzyszącej mu Mówczyni oraz przebywającego w zamku syna Draculi.

castlevania4-1

Ale Zło jeszcze nie zostało ostatecznie pokonane, a nasi bohaterowie bezustannie walczą i czują się tym już zmęczeni. Sprawa jednak jest poważna i nie chodzi tylko o żądną krwi Carmillę, lecz też o tajemniczego Varneya – jak sam się określa, „wielki jebaka z Londynu zanim się nazywał Londynem”. Towarzyszy mu zabijaka Ratko, zaś ich plan jest bardzo prosty: wskrzesić Draculę, by wymordował ludzkość. Trevor z Syphą trafiają do Targoviszte, gdzie wszystko się zaczęło. Czy też się skończy?

castlevania4-2

Wątków jest sporo, a odcinków tylko dziesięć, więc jak Warren Ellis z reżyserem Samem Deatsem posklejają to wszystko? Efekt zaskoczył mnie bardziej niż sądziłem. Bo wątków i postaci jest od groma – bo wracają Carmilla z siostrami, kowale Hector i Isaac, a nawet szukający swojej miłości alchemik Saint Germain – nowe jeszcze bardziej komplikują sprawę, zaś potwory mordują z bezwzględnością i odrzucają chorym wyglądem. Nadal jest krwawo i bez miłosierdzia dla monstrów, ludzi ani widza. Na szczęście twórcy nie zapominają o relacjach między postaciami oraz ich ewolucji. To ostatnie najmocniej widać choćby u kowala Isaaca, który prowadzi armię nocnych stworzeń. Początkowo wydawał się chłodnym, ale całkowicie wspierającym Draculę sługą. Ale zdarzenia z poprzedniej serii zweryfikowały jego przekonania wobec ludzkości.

castlevania4-3

Tak samo jest z Alucardem, który zostaje poproszony o pomoc mieszkańcom pobliskiej wioski. Nieufność wobec ludzi zostaje przełamana przez przywódczynię wioski, Gretę. Nie traktuje go jako wroga czy dziwaka, tylko uważnie słucha, ale i potrafi powiedzieć bez owijania w bawełnę. Nie wspominam też o Syphie, która przebywając z Belmontem staje się nerwowa i potrafi rzucić mięchem. Zaskakuje to, że twórcy – mając pozornie niewiele czasu – dają szansę na bliższe poznanie każdej istotnej postaci. Dzięki temu nikt nie jest jednoznacznie dobry ani zły, co jest dla mnie największą siłą scenariusza tego serialu.castlevania4-4

Walka nadal jest bardzo dynamiczna, ale nigdy nie staje się chaotyczna i nie gubimy się w śledzeniu każdego ciosu. Pomaga w tym świetna kreska, nadal czerpiąca garściami z japońskich anime. I nie ważne, czy widzimy wampirzycę walczącą na polu bitwy, Belmonta w pojedynku z Ratką czy finałową konfrontację. Tu się dzieją rzeczy godne kina wojennego czy akcji, zaś wiele pojedynków również potrafi zachwycić wizualnie jak walka Carmilli z Isaakiem na posadzce pełnej krwi. To jest popis animatorów i montażysty, a także wyobraźni scenarzystów. Wielu może rozczarować ostatni odcinek, gdzie wiele rzeczy zostało zamkniętych i bywa czasem za słodko czy momenty, gdy parę kluczowych postaci usuwa się w cień. Ale chyba czegoś takiego potrzebowaliśmy po mrocznych, przerażających czasach.

castlevania4-5

Czwarty sezon „Castlevanii” pokazuje jak znakomicie jest to zrealizowana produkcja i słusznie można ją nazwać najlepszą adaptacją gry video. Konsekwentnie prowadzona narracja, świetny dubbing, bardzo wyrazista kreska – tutaj nie ma absolutnie zbędnych scen czy dialogów. Zaś finał dał mi wiele, wiele satysfakcji. Troszkę żal się żegnać z „Castlevanią”, jednak jeśli już to zrobić, to kiedy serial jest w formie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Miłość, śmierć i roboty – seria 2

Kolejny sezon antologii Netflixa od Tima Millera i Davida Finchera. Tym razem jednak jest tylko osiem odcinków, z których najdłuższy trwa niecałe 20 minut. Nadal są to opowieści SF, opartym na opowiadaniach takich autorów jak J. G. Ballard czy Harlan Ellison. I tak jak w przypadku pierwszej serii, nie wszystkie historie powalają.

Od szybkich, wręcz anegdotycznych strzałów, co stawiają więcej pytań niż odpowiedzi jak historia o monstrach ukrytych w wysokiej trawie czy makabrycznym św. Mikołaju aż po tworzenie bardzo intrygujących światów oraz koncepcji. Problem jednak w tym, że ilość historii wartych uwagi od wyższych stanów średnich nie jest tak duża jak w przypadku poprzednika. Jeszcze bardziej smuci fakt, że większość odcinków jest utrzymana w podobnej stylistyce animacji (głównie niemal fotorealistycznego stylu, gdzie elementy otoczenia i postacie wyglądają jak z filmu fabularnego). Brakuje mi tu różnorodności wizualnej jaką proponowała pierwsza seria, a o braku poczucia humoru nawet nie wspominam. Aspekt horroru niby jest obecny (opowieść z odkurzaczem czy z popsutym robotem naprawiającym w bunkrze), jednak nie działa tak mocno.

milosc smierc i roboty2-2

Więcej też jest takich krótkich opowiastek. Poza w/w dwójką trudno zapomnieć opowieść o walce starszej pani z zepsutym robotem sprzątającym oraz… doradcą klienta. Jest też bardzo porządna historia ściganego gościa z powodu nieśmiertelności czy wyglądająca niczym z doliny niesamowitości ostatnia opowieść o znalezionym na brzegu ciele olbrzyma.

milosc smierc i roboty2-1

Ale jeśli miałbym wskazać odcinek, który mnie najbardziej powalił, to byłby odcinek trzeci. Estetycznie bardzo cyberpunkowy, przypominający „Blade Runnera” opowieść, gdzie mamy życie wyższych sfer oraz nędzę biedoty. Bardziej jednak interesuje tutaj koncept życia wiecznego ludzkości w zamian za… brak dzieci. Dzieci tutaj są zabijane przez policjantów, pełniących rolę regulatorów. I poznajemy jednego stróża prawa, który zaczyna mieć wątpliwości. Ewidentnie odcinek prowokujący do myślenia, co dają niektóre świetne produkcje SF.

milosc smierc i roboty2-3

Problem z drugą serią „Miłości, śmierci i robotów” jest taki, że brakuje tutaj mocnego kopa oraz takich zaskoczeń jak w pierwszej, bardziej różnorodnej serii. Nie jest aż tak zróżnicowana tematycznie i wizualnie, przez co nie powala. Mogę mieć tylko nadzieję, że zapowiedziany na przyszły rok trzeci sezon podbuduje reputację antologii.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Sekret wilczej gromady

Wszyscy już się pogodziliśmy, że animację dzisiaj zdominowała technologia komputerowa. W zasadzie wszelka inna forma (animacja poklatkowa, ręczna kreska) jest niczym odnaleziony jednorożec. Być może dlatego odkrycie tego cudeńka działa na mnie tak odświeżająco pokazując, że jest tylko jeden dominujący styl. Tak jest choćby w przypadku irlandzkiego studia Cartoon Saloon. Reżyser Tomm Moore wraca do swoich klimatów znanych z „Sekretów morza” czy „Sekretu księgi z Kells”.

„Wolfwalkers” osadzona jest w XVII-wiecznym irlandzkim miasteczku, rozrastającym się coraz bardziej. Bohaterką jest angielska dziewczyna o imieniu Robyn, którą samotnie wychowuje ojciec – łowczy. Miasteczko jest terroryzowane przez mieszkające w lesie wilki. Na zlecenie lorda protektora las ma zostać wykarczowany, zaś wilki wybite do ostatniej sztuki. Podobno wśród wilków są tzw. wolfwalkerzy – czyli osoby w nocy „budzą się” ze swojego ciała pod postacią wilka, będący niejako liderami watahy. Dziewucha zamiast jednak posłusznie pracować w domu, wymyka się do lasu. Wpada w pułapkę i zostaje pogryziona przez wilka, który tak naprawdę jest… irlandzką dziewczynką. Zaczynają się zaprzyjaźniać, ale nocą u Robyn dochodzi do osobliwej sytuacji.

Więcej nie powiem, ale twórcy znowu czerpią z baśniowych elementów, mieszając z „realistycznym” światem. Tutaj zderzeń jest więcej, choć niektóre są tylko zasygnalizowane. Konflikt natury z człowiekiem, pogańskich wyznań z religią chrześcijańską, wreszcie między posłuszeństwem wobec władzy a podążaniem swoją drogą. Sama historia może budzić masę znajomych skojarzeń: „Merida Waleczna” (twarda główna bohaterka), „Księżniczka Mononoke” (zderzenie natury z postępem), „Avatar” czy poprzednie dzieła Cartoon Saloon. Mieszanka magii zderzona ze światem człowieka – przerażonego, żądnego władzy i posłuszeństwa (postać lorda protektora). Niejako w opozycji do tego świata żyją wilki, choć sama wataha nie jest zbyt wyraźnie zarysowana. Liczy się tam tylko Wolfwalker – w dzień człowiek, nocą wilk potrafiący także leczyć ranne istoty. Po drugiej stronie mamy Robyn, będącą typem postaci jaki ja nazywam chłopczycą. Idzie własną drogą, ciągnąc ku „męskim” zajęciom, choć nie jest to łatwa ścieżka. I to dostarcza masę zachwycających, angażujących scen, z pomysłowymi pościgami czy momentami stosowania podzielonego ekranu.

To ostatnia przypomina komiksowe ramki, co nie jest chyba przypadkowe. Sama kreska ma w sobie coś z ręcznie rysowanych książek dla dzieci. Tło może wydawać się proste i umowne, a jednocześnie nie brakuje tutaj przywiązania do detali. A kiedy mamy sceny z perspektywy wilka, gdzie są wyostrzone jego zmysły, oczy lecą jak szalone: oszczędna kolorystyka z silnie zaakcentowanym niebieskim oraz żółtym kolorem ma w sobie coś z gry komputerowej. Do tego mamy etniczną muzykę Bruno Coulaisa, którego wspiera zespół Kila, świetny dubbing z Seanem Beanem oraz Simonem McBurneyem (polskiej wersji nie ma i nie zanosi się na zmianę sytuacji), więc jak się tym nie zachwycić.

Dla mnie to najbardziej poruszająca i angażująca animacja od czasu „Kubo i dwóch strun”. Historia prosto opowiedziana, niepozbawiona mroku oraz poważnych tematów „Sekret wilczej gromady” ma wszystko co najlepsze z baśni, bez popadania w infantylizm. Dla mnie jeden z kandydatów na film roku.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Co w duszy gra

Dwa filmy Pixara w jeden rok? Takie prezenty kinomani lubią najbardziej, a przynajmniej taką szansę mieli obejrzeć widzowie tylko z USA. Więcej oczekiwano bardziej po „Soul”, czyli po naszemu „Co w duszy gra”. Za kamerą stanął weteran studia Pete Docter, który odpowiadał m.in. za „Potwory i spółkę” czy „W głowie się nie mieści”. A i sam zwiastun budził skojarzenia z ostatnim wymienionym tytułem, choć nie jest aż tak udany.

Bohaterem tego dzieła jest Joe Gardner – nauczyciel muzyki, którego największą pasją jest muzyka jazzowa. Ale nie dziwi to, bo jego ojciec też był jazzmanem z krwi i kości. Pracuje na pół etatu, a marzy o karierze muzycznej. W końcu dostaje szansę na koncert w zespole świetnej saksofonistki, Dorothy Williams. Jednak w drodze nie patrzy pod stopy i… wpada do kanału. Zgon na miejscu, jego dusza trafia w zaświaty. Nie gotowy na śmierć Joe ucieka, jakiś cudem wypada z drogi do Wielkiej Otchłani, trafiając do miejsca, gdzie dusze mają wejść do ciał ludzi. Przedtem muszą dzięki pomocy mentorów znaleźć życiową „iskrę”, by zapełnić miejsca w przepustce oraz trafić na Ziemię. Joe widzi w tym szansę na powrót do swojego ciała, podszywając się za mentora. Zaś jego podopieczną jest dusza numer 22, która za nic nie chce dojść do ludzkiego ciała.

Brzmi znajomo? „Co w duszy gra” jest w zasadzie tym, co najlepsze w Pixarze: mieszanką kina drogi, okraszoną odrobiną humoru, ale też zachowującą powagę historią z morałem. A jednocześnie sama wizja życia po śmierci potrafi oszołomić. Sama Wielka Otchłań nie jest robiona komputerową animacją, bardziej przypominając jakieś abstrakcyjne malowidła, tak jak postaci doradców o imieniu Jerry. Dziwacznie prosta kreska pasuje, a reszta to dalej trójwymiarowa animacja – piękna jak zawsze, stylowa jak nigdy. Nowy Jork jak i zaświaty wyglądają pięknie, szczególnie ten drugi świat. Miejsce z zagubionymi duszami wyglądający niczym zombie czy specjalnie tworzone muzeum z wycinków życia mentora – to kolejny przykład popisu kreatywności studia z Emeryville.

Historia wydaje się brzmieć znajomo, ale Docterowi znowu udaje się wyczarować ten świat. Działa to także dzięki naszemu duetowi bohaterów. Joe (rewelacyjny Jamie Foxx) marzy o karierze muzycznej, wierząc, że to jest cały sens jego życia. Ale ta pasja wydaje się być wręcz obsesją, jakby nic innego poza jazzem nie było wartościowe. Tylko czy ta pogoń za marzeniem nie doprowadzi do tego, że jego życie będzie tak naprawdę puste i ubogie? Ze to jest zbyt egoistyczne? Takie poszlaki pojawiają się w drugim akcie filmu, gdzie nasza parka trafia na Ziemię. Tylko, że dusza Joe nie jest w jego ciele, co pozwala mu z pewnym dystansem spojrzeć na swoje życie. Także zblazowana 22 (cudowna Tina Fey) odkrywa, że nie wszystko jest takie złe w tym naszym świecie. Ale trzeba się przełamać, w czym pomaga – choć nie do końca świadomie – Joe. Ta dynamiczna relacja zmuszony do współpracy dwójki bohaterów potrafi zaangażować emocjonalnie, a jednocześnie przy okazji stawia jedno pytanie. Jest ono banalne, ale nie jest zadane wprost: co to znaczy żyć? I czy warto zawsze gonić za marzeniami? Czy może zacząć dostrzegać coś więcej niż swój czubek nosa?

Odpowiedzi pewnie można się domyślić, ale jest to bardzo dobrze pokazane i opowiedziane. Może nie jest aż tak kreatywne jak „W głowie się nie mieści”, ale nadal jest to bardzo wysoka półka Pixara. Czarujący, zabawny, mądry, intrygujący używający pozornie ogranej koncepcji. Takie rzeczy tylko ekipa z Emeryville potrafi.

8/10

Radosław Ostrowski

Naprzód

Z Pixarem jest tak, że poniżej pewnego poziomu ta ekipa nigdy nie schodzi. Inaczej: schodzi bardzo rzadko, a potknięcia i wpadki można policzyć na palcach jednej ręki. Na pewno takim sporym rozczarowaniem był „Dobry dinozaur” reżysera Dana Scanlona. Animacja była śliczna, ale skierowana była skierowana zdecydowanie do młodego widza. Przez co troszkę starsi i dorośli czuli się znudzeni, nie znajdując nic dla siebie. Dlatego do jego kolejnego filmu dla studia z Emeryville nie miałem zbyt wielkich oczekiwań. Tym większą niespodzianką był dla mnie „Onward” lub „Naprzód”.

Sama koncepcja mnie zaskoczyła, albowiem jesteśmy w świecie fantasy. Gdzie żyją sobie elfy, jednorożce, centaury, wróżki oraz inne magiczne stwory. Tylko, że w tym świecie magia została wyparta przez technikę, a to zmieniło wszystko. Skupiamy się na dwóch braciach, co są elfami. Jan skończył 16 lat, ale nadal jest bardziej wystraszonym, nieśmiałym, pełnym kompleksów chłopakiem. Z kolei Bogdan to zupełne przeciwieństwo, dodatkowo ma fioła na punkcie gier fantasy oraz przeszłości. Obaj jednak bardzo tęsknią za zmarłym ojcem, którego młodszy brat nie miał okazji poznać. Jednak pewien od ojca może zmienić wszystko. Magiczna laska z zaklęciem, które pozwoli zmaterializować się mężczyźnie na jeden dzień. Problem jednak w tym, że użyte zaklęcie ożywia… dolną część zmarłego członka rodziny. By dokończyć zaklęcie, trzeba odnaleźć kryształ do aktywowania laski.

Fabuła brzmi jak opis gry komputerowej w stylu RPG, gdzie jest zadanie i wiele przeszkód do pokonania. Taka klasyczna przygodówka, jaką mógłby w latach świetności nakręcić (lub wyprodukować) Steven Spielberg. Sama wizja świata może spokojnie rywalizować z „Bright”, gdzie też mieliśmy taki upgrade’owany świat fantasy osadzony w dzisiejszych czasach. Bo czego tu nie ma: policjant-centaur, Mantykora jako… szefowa restauracji czy pełniący rolę domowego zwierzaka smok. O wróżkach, będących członkami gangu motocyklowego nawet nie wspominam. Przetworzone elementy świata fantasy w niemal postmodernistycznym wydaniu są wręcz odświeżające i dały mi masę frajdy.

Ale tak naprawdę jest to historia drogi, gdzie nasi bracia zaczynają lepiej się docierać i zmierzyć się ze swoimi problemami. Janek (w oryginale z głosem Toma Hollanda) jest nieśmiałym, zagubionym chłopcem, pełnym kompleksów i wątpliwości. Co innego Bogdan (brawurowy Chris Pratt) sprawiający wrażenie odważnego, znającego konwencję fantasy, który traktuje możliwość poznania ojca jako wielką przygodę, ale też szansę na pożegnanie. Niby wiedziałem jak się potoczy historia, ale czasami samo przechodzenie drogi jest ważniejsze od dotarcia do jej końca. Same przeszkody do pokonania są bardzo kreatywne i mogłyby się spokojnie pojawić w której części Indiany Jonesa (przeprawa przez rzeczny tunel czy przejście po moście, którego dźwignia uruchamiająca jest po drugiej stronie). Zaś sam finał zaskakuje i daje wiele satysfakcji – spokojnie, niczego nie zdradzę.

Niemniej, nie mogę pozbyć się wrażenia pewnego niedosytu. Chciałbym jeszcze głębiej i bardziej poznać ten baśniowy świat z modernistycznym sznytem. Mam nadzieję, że powstanie sequel albo spin-off, bo to zbyt interesująca koncepcja do zrealizowania tylko na jeden raz. A czasami humor bywa czasem zbyt slapstickowy, ale nadal działa i bawi. Niemniej jedno mogę powiedzieć bez cienia wątpliwości: „Naprzód” to bardzo duża niespodzianka oraz rehabilitacja Scanlona jako reżysera. Pomysłowa, z wyrazistymi postaciami, śliczną kreską i szaloną wyobraźnią. Tego świata nie chcę się opuścić, tylko ruszyć ku kolejnej przygodzie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Miłość, śmierć i roboty – seria 1

Serialowa antologia – czy ta zbitka jeszcze potrafi zadziałać na wyobraźnię? Zbiory utworów na zadany temat przypominają muzyczne składanki. By zrobić idealną trzeba nie tylko wiedzieć jak je poukładać, ale też wybrać takie kawałki, które będą trzymać poziom. Netflix nie bał się i w 2019 powstało „Miłość, śmierć i roboty”. Tematykę wymienia tytuł, zaś za ogólną koncepcję odpowiada Tim Miller, producencko wsparty przez Davida Finchera.

18 opowieści zrealizowane przez studia animowane z różnych części świata, skierowane w formie produkcji zdecydowanie dla dorosłych. Jeśli ktoś spodziewał się czegoś w rodzaju „Czarnego lustra”, to nie za bardzo. Nie tylko na brak tak mocnego ciężaru jak produkcja Charliego Brookera, ale też nie mają spójności – zarówno tematycznej, formalnej jak i… gatunkowej. Bo nie jest to produkcja stricte SF, ale pojawia się i kino akcji, horror czy komedia z czarnym albo absurdalnym humorem. Ta niespójność z jednej strony może wywoływać konsternację. Bo jak znaleźć wspólny mianownik między np. historią świata rządzonego przez… jogurt, ekspedycję naukową atakowaną przez Drakulę, dziewczynę uciekającą przed mordercą czy lot kosmiczny, który trafia w zupełnie inne miejsce niż planowano. Z drugiej jednak strony ten chaos daje możliwości zaskakiwania, gdzie czasem ostatnia scena wywraca wszystko do góry nogami. I to wiele razy ratuje seans produkcji, bo jednak mam jeden poważny problem.

Wszystkie te historie są bardzo krótkie – najdłuższy odcinek ma maksymalnie 20 minut. Czasami to wystarczy na spójną, zamkniętą historię jak w przypadku „Tajnej wojny” (żołnierze Armii Czerwonej w walce z bestia wezwanymi za pomocą okultystycznego rytuału), „Zmiennokształtnych” o służących w Afganistanie amerykańskich… wilkołakach czy w „Za szczeliną orła” o dowódcy statku kosmicznego budzącego się z hibernacji. Ale nie brakuje tu, niestety, historyjek mających pewien ciekawy koncept, lecz nie mających pomysłu na ich wykorzystanie. Tak jest w przypadku „Wysypiska”, „Rybiej nocy” czy „Epoki lodowcowej”. Są też takie króciutkie anegdotki mogące na chwilę rozbawić jak absurdalny „Gdy zapanował jogurt” czy rozbrajające „Historie alternatywne”. Ale chciałoby się od nich coś więcej.

Realizacyjnie mamy tu bardzo różnorodną stylistykę: od niemal fotorealistycznej animacji komputerowej przez ręcznie rysowaną kreskę, cel-shading po estetykę znaną z japońskich anime i rotoskopię. Ba, jest nawet odcinek aktorski („Epoka lodowcowa”), gdzie animowane wydarzenia dzieją się… we wnętrzu lodówki, ale sam tytuł nie powala. Do wyboru, do koloru. Dla mnie najlepszy wizualnie był kolażowy „Świadek” z niemal komiksowymi wstawkami onomatopei dźwiękowych oraz mająca w sobie coś z malarstwa „Nieskończona sztuka”. Jedynymi znanymi mi studiami odpowiedzialnymi za poszczególne odcinki było polskie Platige Image oraz amerykańskie Sony Pictures Animation.

Jakbym miał wybrać najlepsze odcinki to dla mnie są trzy. Wspomniana „Nieskończona sztuka” wygląda imponująco, mając najbardziej unikatowy, melancholijny klimat. Ta opowieść o artyście używającym niebieskiego kwadratu jest najbardziej spokojna, wyciszona. A całość prowokuje do dyskusji o sztucznej inteligencji. Drugim cackiem są komediowe „Trzy roboty” o robotach w post-apokaliptycznym świecie, próbujące zrozumieć ludzkość. Ludzi nie ma, ale są koty i ten segment zasługuje na pełnometrażowy serial. Ale najbardziej zaangażowała mnie „Udanych łowów”, będące mieszanką fantasy ze… steampunkiem. Syn łowcy duchów zakochuje się w kobiecie zmieniającej się w zwierzę. Ale z czasem magia ustępuje technologii, co doprowadza do przewrotnego, tragicznego momentu. Pięknie wyglądająca, z wieloma przerzutkami oraz mocnym finałem.

Kurde, ale niespodziankę zrobił Netflix. Podobno w tym roku ma się pojawić drugi sezon tej antologii. Brutalny, krwawy, przesiąknięty seksem kolaż różnych opowieści, które – o dziwo – trzymają bardzo przyzwoity poziom. Zgłodniałem i mam ochotę na więcej.

7/10

Radosław Ostrowski

Zabij to i wyjedź z tego miasta

Animacja dla dorosłych to nie jest coś z czym kojarzy się polskie kino. Jasne, były dzieła Antonisza czy Rybczyńskiego, ale to było dawno temu. Teraz w tym kierunku podąża Mariusz Wilczyński – reżyser o bardzo wyrazistym, pozornie uproszczonym stylu wizualnym. Po realizacji krótkometrażówek i teledysków mamy w końcu pełnometrażowy debiut. Praca nad nim trwała 14 lat, zaś wiele osób użyczających głosów nie dożyło do końca. Efekt jest dość intrygujący.

Trudno tutaj mówić o fabule, bo „Zabij to…” przypomina raczej płynący nurt świadomości. Czas i przestrzeń idą ze sobą, a przeszłość z teraźniejszością zacierają się. Dzieciństwo osadzone w realiach PRL-u wydaje się nie kończyć. Ciągle widać dym z kominów, jest dancing, jeżdżą tramwaje, gdzieś świeci się neon do czegoś, o czym nikt nie pamięta. Można powiedzieć, że jest tu pięknie, pod warunkiem, iż jest się fanem turpizmu. Ale nie tylko świat jest brzydki, lecz także i ludzie, wręcz groteskowi, zdeformowani, brzydcy. Nie ważne, czy jest to Mariuszek (jestem więcej niż pewny, że to sam reżyser) – zarówno jako dziecko, jak i dorosły, myśląca o swoim synu oraz zakupach Jadwiga, umierająca matka Mariuszka, paląca papierosy ekspedientka w sklepie czy para staruszków w pociągu (z czego on ma dziób ptaka). No i jest jeszcze Tadeusz Nalepa – przyjaciel Mariuszka, którego muzyka zostaje wykorzystana, tworząc bardzo specyficzny klimat.

Realizacyjnie jest to zdecydowanie dzieło dla dorosłych. Nie tylko z powodu widocznych genitaliów, ale też paru brutalnych scen. Nie chodzi tu nawet o rzucane bluzgi, lecz bardzo surrealistyczne obrazy. Choćby w scenie, gdzie zamiast ryb zabijani i patroszeni są… ludzie, tylko pomniejszeni, rozmiaru ryb czy choćby kiedy dorosły Mariuszek trafia do łóżeczka jak dziecko, zaś rodzice chcą puścić mu bajkę. Ale nie wszystko idzie zgodnie z planem, co doprowadza do kłótni o przyszłość chłopaka. Jeszcze pojawiają się sceny niemal z „Mistrza i Małgorzaty”, zaś wszystko ma chwytliwe, wyraziste, choć jednocześnie takie urwane. Jakby wszyscy tylko gadali, a nie rozmawiali ze sobą.

Czym jest tytułowe To, które trzeba zabić? Mam pewne podejrzenia, ale reżyser nie daje żadnej odpowiedzi. Film zmusza do skupienia oraz uważnego oglądania, pozwalając na różne interpretacje. I to może być największa frajda dla każdego widza. O ile zaryzykuje i będzie miał otwartą głowę.

7/10

Radosław Ostrowski

Auta 3

Zygzak McQueen – był najszybszym kierowcą wyścigowym. Razem ze swoim mentorem, wójtem Hudsonem odzyskał dawną formę oraz śmigał jak szalony. Ale czas jest bardzo bezwzględnym draniem i nawet najbardziej zaprawieni w boju muszą zacząć przegrywać. Pojawiają się młodzi, ambitni, bezczelni oraz wspierani przez nowoczesną technologię zawodnicy. Tacy jak Jackson Sztorm, co nie odpuszczają. Przed rozpoczęciem nowego sezonu stary mistrz decyduje się na mniej konwencjonalne metody treningu, w czym ma pomóc nowa trenerka. Oraz nowy sponsor, ale droga do tego celu nie jest prosta.

auta3-1

Seria „Auta” uważana jest za jedne ze słabszych filmów w dorobku Pixara. Ile jednak studiów chciałoby mieć takie słabe filmy w swoim CV. Problem jest pewna nierówność tej serii. Pierwsza część to nauka pokory jaką dostaje nasz bohater trafiając do małego miasteczka. Było troszkę sentymentalnie, ciepło, z trzymającym za gardło finałem. Dwójka poszła w stronę szpiegowskiej intrygi, spychając Zygzaka na dalszy plan, zamieniając go ze Złomkiem. I to była prawdziwa wtopa. Teraz niejako wracamy do korzeni, czyli na tor, gdzie czuć palącą gumę, adrenalinę oraz rywalizację. A w to wszystko wraca Zygzak – już niemłody, zaś jego obecne treningi przestają działać. No i pojawia się pytanie: powalczyć jeszcze ostatni raz czy przejść na emeryturę, zostając marką do sprzedaży rzeczy? Oto jest dylemat i twórcom udaje się to bardzo przekonująco przedstawić. Jednocześnie cały czas zachowują balans między dramatem a humorem, przez co seans nie jest zbyt mroczny dla dzieci.

auta3-3

Inną niespodzianką od twórców są spore odniesienia do pierwszej części. I nie chodzi tutaj o wspomnienia związane z postacią wójta Hudsona oraz jego przeszłości. Tutaj zaczynamy poznawać więcej, a to z powodu odwiedzenia dawnego ucznia. Jednak prawdziwym paliwem filmu, poza nostalgiczno-sentymentalną otoczką jest relacja między Zygzakiem a trenerką Cruz Ramirez. Zderzenie mentalności tej dwójki nakręca ten film, przez co można się zastanawiać kto kogo tu uczy. Wtedy zaczynamy iść w stronę kina sportowego spod znaku „Rocky’ego”. I role zaczynają się odwracać, pokazując, że nie potrzebne jest wsparcie technologiczne do osiągania zwycięstw. Ale o tym przekonacie się sami.

auta3-2

Trzecia część „Aut” wygląda ślicznie. I nie chodzi tylko o przepiękne krajobrazy pustyni czy zmiennych pór roku. Także samochody prezentują się bardzo szczegółowo, tak jak wszelkiego rodzaju pyły, kurze, dymy. Montaż przypomina klasyczne filmy sportowe (sceny treningów są świetne czy pomiaru na plaży), zaś finałowy wyścig trzyma w napięciu i zaskakuje niespodziewaną woltą. Ten moment zmienia cały film i czyni go bardziej angażującym. Więcej wam nie zdradzę, bo trzeba się samemu przekonać.

auta3-4

Nie mogę też nie wspomnieć o polskiej wersji językowej, która brzmi po prostu świetnie. Stara ekipa z Piotrem Adamczykiem na czele trzyma bardzo wysoki poziom. Nie mogę nie wspomnieć o zmianie głosu Złomka. Zmarłego Witolda Pyrkosza zastąpił Marian Opania, dając sobie radę z tym brzemieniem. Pojawia się masa nowych postaci, z których największą uwagę skupiają dwie. Pierwszą jest Cruz, która początkowo wydaje się irytująca. Jednak z czasem ta naładowana energią persona pokaże swoje skryte oblicze oraz niespełnione ambicje, stając się kimś więcej niż pomagierem, a głos Wiktorii Wolańskiej bardzo dobrze oddaje jej emocje. No i jeszcze jest nowy mentor, czyli Szpachel z szorstkim głosem Zdzisława Wardejna, będącym reprezentantem starej szkoły. I jeszcze jeden szczególik: wszelkie napisy (reklamy, tytuły artykułów) zostały opatrzone polskimi napisami, co jest rzadkością w filmach.

Trzecie „Auta” to najlepsza część niezbyt lubianej serii. I wygląda na to, że ostatnia. Jest troszkę nostalgiczna i fabuła idzie w znajomym kierunku, ale nie można odmówić jej serca oraz zaangażowania. Godne zakończenie całej historii McQueena.

7,5/10

Radosław Ostrowski