Sekret wilczej gromady

Wszyscy już się pogodziliśmy, że animację dzisiaj zdominowała technologia komputerowa. W zasadzie wszelka inna forma (animacja poklatkowa, ręczna kreska) jest niczym odnaleziony jednorożec. Być może dlatego odkrycie tego cudeńka działa na mnie tak odświeżająco pokazując, że jest tylko jeden dominujący styl. Tak jest choćby w przypadku irlandzkiego studia Cartoon Saloon. Reżyser Tomm Moore wraca do swoich klimatów znanych z „Sekretów morza” czy „Sekretu księgi z Kells”.

„Wolfwalkers” osadzona jest w XVII-wiecznym irlandzkim miasteczku, rozrastającym się coraz bardziej. Bohaterką jest angielska dziewczyna o imieniu Robyn, którą samotnie wychowuje ojciec – łowczy. Miasteczko jest terroryzowane przez mieszkające w lesie wilki. Na zlecenie lorda protektora las ma zostać wykarczowany, zaś wilki wybite do ostatniej sztuki. Podobno wśród wilków są tzw. wolfwalkerzy – czyli osoby w nocy „budzą się” ze swojego ciała pod postacią wilka, będący niejako liderami watahy. Dziewucha zamiast jednak posłusznie pracować w domu, wymyka się do lasu. Wpada w pułapkę i zostaje pogryziona przez wilka, który tak naprawdę jest… irlandzką dziewczynką. Zaczynają się zaprzyjaźniać, ale nocą u Robyn dochodzi do osobliwej sytuacji.

Więcej nie powiem, ale twórcy znowu czerpią z baśniowych elementów, mieszając z „realistycznym” światem. Tutaj zderzeń jest więcej, choć niektóre są tylko zasygnalizowane. Konflikt natury z człowiekiem, pogańskich wyznań z religią chrześcijańską, wreszcie między posłuszeństwem wobec władzy a podążaniem swoją drogą. Sama historia może budzić masę znajomych skojarzeń: „Merida Waleczna” (twarda główna bohaterka), „Księżniczka Mononoke” (zderzenie natury z postępem), „Avatar” czy poprzednie dzieła Cartoon Saloon. Mieszanka magii zderzona ze światem człowieka – przerażonego, żądnego władzy i posłuszeństwa (postać lorda protektora). Niejako w opozycji do tego świata żyją wilki, choć sama wataha nie jest zbyt wyraźnie zarysowana. Liczy się tam tylko Wolfwalker – w dzień człowiek, nocą wilk potrafiący także leczyć ranne istoty. Po drugiej stronie mamy Robyn, będącą typem postaci jaki ja nazywam chłopczycą. Idzie własną drogą, ciągnąc ku „męskim” zajęciom, choć nie jest to łatwa ścieżka. I to dostarcza masę zachwycających, angażujących scen, z pomysłowymi pościgami czy momentami stosowania podzielonego ekranu.

To ostatnia przypomina komiksowe ramki, co nie jest chyba przypadkowe. Sama kreska ma w sobie coś z ręcznie rysowanych książek dla dzieci. Tło może wydawać się proste i umowne, a jednocześnie nie brakuje tutaj przywiązania do detali. A kiedy mamy sceny z perspektywy wilka, gdzie są wyostrzone jego zmysły, oczy lecą jak szalone: oszczędna kolorystyka z silnie zaakcentowanym niebieskim oraz żółtym kolorem ma w sobie coś z gry komputerowej. Do tego mamy etniczną muzykę Bruno Coulaisa, którego wspiera zespół Kila, świetny dubbing z Seanem Beanem oraz Simonem McBurneyem (polskiej wersji nie ma i nie zanosi się na zmianę sytuacji), więc jak się tym nie zachwycić.

Dla mnie to najbardziej poruszająca i angażująca animacja od czasu „Kubo i dwóch strun”. Historia prosto opowiedziana, niepozbawiona mroku oraz poważnych tematów „Sekret wilczej gromady” ma wszystko co najlepsze z baśni, bez popadania w infantylizm. Dla mnie jeden z kandydatów na film roku.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Co w duszy gra

Dwa filmy Pixara w jeden rok? Takie prezenty kinomani lubią najbardziej, a przynajmniej taką szansę mieli obejrzeć widzowie tylko z USA. Więcej oczekiwano bardziej po „Soul”, czyli po naszemu „Co w duszy gra”. Za kamerą stanął weteran studia Pete Docter, który odpowiadał m.in. za „Potwory i spółkę” czy „W głowie się nie mieści”. A i sam zwiastun budził skojarzenia z ostatnim wymienionym tytułem, choć nie jest aż tak udany.

Bohaterem tego dzieła jest Joe Gardner – nauczyciel muzyki, którego największą pasją jest muzyka jazzowa. Ale nie dziwi to, bo jego ojciec też był jazzmanem z krwi i kości. Pracuje na pół etatu, a marzy o karierze muzycznej. W końcu dostaje szansę na koncert w zespole świetnej saksofonistki, Dorothy Williams. Jednak w drodze nie patrzy pod stopy i… wpada do kanału. Zgon na miejscu, jego dusza trafia w zaświaty. Nie gotowy na śmierć Joe ucieka, jakiś cudem wypada z drogi do Wielkiej Otchłani, trafiając do miejsca, gdzie dusze mają wejść do ciał ludzi. Przedtem muszą dzięki pomocy mentorów znaleźć życiową „iskrę”, by zapełnić miejsca w przepustce oraz trafić na Ziemię. Joe widzi w tym szansę na powrót do swojego ciała, podszywając się za mentora. Zaś jego podopieczną jest dusza numer 22, która za nic nie chce dojść do ludzkiego ciała.

Brzmi znajomo? „Co w duszy gra” jest w zasadzie tym, co najlepsze w Pixarze: mieszanką kina drogi, okraszoną odrobiną humoru, ale też zachowującą powagę historią z morałem. A jednocześnie sama wizja życia po śmierci potrafi oszołomić. Sama Wielka Otchłań nie jest robiona komputerową animacją, bardziej przypominając jakieś abstrakcyjne malowidła, tak jak postaci doradców o imieniu Jerry. Dziwacznie prosta kreska pasuje, a reszta to dalej trójwymiarowa animacja – piękna jak zawsze, stylowa jak nigdy. Nowy Jork jak i zaświaty wyglądają pięknie, szczególnie ten drugi świat. Miejsce z zagubionymi duszami wyglądający niczym zombie czy specjalnie tworzone muzeum z wycinków życia mentora – to kolejny przykład popisu kreatywności studia z Emeryville.

Historia wydaje się brzmieć znajomo, ale Docterowi znowu udaje się wyczarować ten świat. Działa to także dzięki naszemu duetowi bohaterów. Joe (rewelacyjny Jamie Foxx) marzy o karierze muzycznej, wierząc, że to jest cały sens jego życia. Ale ta pasja wydaje się być wręcz obsesją, jakby nic innego poza jazzem nie było wartościowe. Tylko czy ta pogoń za marzeniem nie doprowadzi do tego, że jego życie będzie tak naprawdę puste i ubogie? Ze to jest zbyt egoistyczne? Takie poszlaki pojawiają się w drugim akcie filmu, gdzie nasza parka trafia na Ziemię. Tylko, że dusza Joe nie jest w jego ciele, co pozwala mu z pewnym dystansem spojrzeć na swoje życie. Także zblazowana 22 (cudowna Tina Fey) odkrywa, że nie wszystko jest takie złe w tym naszym świecie. Ale trzeba się przełamać, w czym pomaga – choć nie do końca świadomie – Joe. Ta dynamiczna relacja zmuszony do współpracy dwójki bohaterów potrafi zaangażować emocjonalnie, a jednocześnie przy okazji stawia jedno pytanie. Jest ono banalne, ale nie jest zadane wprost: co to znaczy żyć? I czy warto zawsze gonić za marzeniami? Czy może zacząć dostrzegać coś więcej niż swój czubek nosa?

Odpowiedzi pewnie można się domyślić, ale jest to bardzo dobrze pokazane i opowiedziane. Może nie jest aż tak kreatywne jak „W głowie się nie mieści”, ale nadal jest to bardzo wysoka półka Pixara. Czarujący, zabawny, mądry, intrygujący używający pozornie ogranej koncepcji. Takie rzeczy tylko ekipa z Emeryville potrafi.

8/10

Radosław Ostrowski

Naprzód

Z Pixarem jest tak, że poniżej pewnego poziomu ta ekipa nigdy nie schodzi. Inaczej: schodzi bardzo rzadko, a potknięcia i wpadki można policzyć na palcach jednej ręki. Na pewno takim sporym rozczarowaniem był „Dobry dinozaur” reżysera Dana Scanlona. Animacja była śliczna, ale skierowana była skierowana zdecydowanie do młodego widza. Przez co troszkę starsi i dorośli czuli się znudzeni, nie znajdując nic dla siebie. Dlatego do jego kolejnego filmu dla studia z Emeryville nie miałem zbyt wielkich oczekiwań. Tym większą niespodzianką był dla mnie „Onward” lub „Naprzód”.

Sama koncepcja mnie zaskoczyła, albowiem jesteśmy w świecie fantasy. Gdzie żyją sobie elfy, jednorożce, centaury, wróżki oraz inne magiczne stwory. Tylko, że w tym świecie magia została wyparta przez technikę, a to zmieniło wszystko. Skupiamy się na dwóch braciach, co są elfami. Jan skończył 16 lat, ale nadal jest bardziej wystraszonym, nieśmiałym, pełnym kompleksów chłopakiem. Z kolei Bogdan to zupełne przeciwieństwo, dodatkowo ma fioła na punkcie gier fantasy oraz przeszłości. Obaj jednak bardzo tęsknią za zmarłym ojcem, którego młodszy brat nie miał okazji poznać. Jednak pewien od ojca może zmienić wszystko. Magiczna laska z zaklęciem, które pozwoli zmaterializować się mężczyźnie na jeden dzień. Problem jednak w tym, że użyte zaklęcie ożywia… dolną część zmarłego członka rodziny. By dokończyć zaklęcie, trzeba odnaleźć kryształ do aktywowania laski.

Fabuła brzmi jak opis gry komputerowej w stylu RPG, gdzie jest zadanie i wiele przeszkód do pokonania. Taka klasyczna przygodówka, jaką mógłby w latach świetności nakręcić (lub wyprodukować) Steven Spielberg. Sama wizja świata może spokojnie rywalizować z „Bright”, gdzie też mieliśmy taki upgrade’owany świat fantasy osadzony w dzisiejszych czasach. Bo czego tu nie ma: policjant-centaur, Mantykora jako… szefowa restauracji czy pełniący rolę domowego zwierzaka smok. O wróżkach, będących członkami gangu motocyklowego nawet nie wspominam. Przetworzone elementy świata fantasy w niemal postmodernistycznym wydaniu są wręcz odświeżające i dały mi masę frajdy.

Ale tak naprawdę jest to historia drogi, gdzie nasi bracia zaczynają lepiej się docierać i zmierzyć się ze swoimi problemami. Janek (w oryginale z głosem Toma Hollanda) jest nieśmiałym, zagubionym chłopcem, pełnym kompleksów i wątpliwości. Co innego Bogdan (brawurowy Chris Pratt) sprawiający wrażenie odważnego, znającego konwencję fantasy, który traktuje możliwość poznania ojca jako wielką przygodę, ale też szansę na pożegnanie. Niby wiedziałem jak się potoczy historia, ale czasami samo przechodzenie drogi jest ważniejsze od dotarcia do jej końca. Same przeszkody do pokonania są bardzo kreatywne i mogłyby się spokojnie pojawić w której części Indiany Jonesa (przeprawa przez rzeczny tunel czy przejście po moście, którego dźwignia uruchamiająca jest po drugiej stronie). Zaś sam finał zaskakuje i daje wiele satysfakcji – spokojnie, niczego nie zdradzę.

Niemniej, nie mogę pozbyć się wrażenia pewnego niedosytu. Chciałbym jeszcze głębiej i bardziej poznać ten baśniowy świat z modernistycznym sznytem. Mam nadzieję, że powstanie sequel albo spin-off, bo to zbyt interesująca koncepcja do zrealizowania tylko na jeden raz. A czasami humor bywa czasem zbyt slapstickowy, ale nadal działa i bawi. Niemniej jedno mogę powiedzieć bez cienia wątpliwości: „Naprzód” to bardzo duża niespodzianka oraz rehabilitacja Scanlona jako reżysera. Pomysłowa, z wyrazistymi postaciami, śliczną kreską i szaloną wyobraźnią. Tego świata nie chcę się opuścić, tylko ruszyć ku kolejnej przygodzie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Miłość, śmierć i roboty – seria 1

Serialowa antologia – czy ta zbitka jeszcze potrafi zadziałać na wyobraźnię? Zbiory utworów na zadany temat przypominają muzyczne składanki. By zrobić idealną trzeba nie tylko wiedzieć jak je poukładać, ale też wybrać takie kawałki, które będą trzymać poziom. Netflix nie bał się i w 2019 powstało „Miłość, śmierć i roboty”. Tematykę wymienia tytuł, zaś za ogólną koncepcję odpowiada Tim Miller, producencko wsparty przez Davida Finchera.

18 opowieści zrealizowane przez studia animowane z różnych części świata, skierowane w formie produkcji zdecydowanie dla dorosłych. Jeśli ktoś spodziewał się czegoś w rodzaju „Czarnego lustra”, to nie za bardzo. Nie tylko na brak tak mocnego ciężaru jak produkcja Charliego Brookera, ale też nie mają spójności – zarówno tematycznej, formalnej jak i… gatunkowej. Bo nie jest to produkcja stricte SF, ale pojawia się i kino akcji, horror czy komedia z czarnym albo absurdalnym humorem. Ta niespójność z jednej strony może wywoływać konsternację. Bo jak znaleźć wspólny mianownik między np. historią świata rządzonego przez… jogurt, ekspedycję naukową atakowaną przez Drakulę, dziewczynę uciekającą przed mordercą czy lot kosmiczny, który trafia w zupełnie inne miejsce niż planowano. Z drugiej jednak strony ten chaos daje możliwości zaskakiwania, gdzie czasem ostatnia scena wywraca wszystko do góry nogami. I to wiele razy ratuje seans produkcji, bo jednak mam jeden poważny problem.

Wszystkie te historie są bardzo krótkie – najdłuższy odcinek ma maksymalnie 20 minut. Czasami to wystarczy na spójną, zamkniętą historię jak w przypadku „Tajnej wojny” (żołnierze Armii Czerwonej w walce z bestia wezwanymi za pomocą okultystycznego rytuału), „Zmiennokształtnych” o służących w Afganistanie amerykańskich… wilkołakach czy w „Za szczeliną orła” o dowódcy statku kosmicznego budzącego się z hibernacji. Ale nie brakuje tu, niestety, historyjek mających pewien ciekawy koncept, lecz nie mających pomysłu na ich wykorzystanie. Tak jest w przypadku „Wysypiska”, „Rybiej nocy” czy „Epoki lodowcowej”. Są też takie króciutkie anegdotki mogące na chwilę rozbawić jak absurdalny „Gdy zapanował jogurt” czy rozbrajające „Historie alternatywne”. Ale chciałoby się od nich coś więcej.

Realizacyjnie mamy tu bardzo różnorodną stylistykę: od niemal fotorealistycznej animacji komputerowej przez ręcznie rysowaną kreskę, cel-shading po estetykę znaną z japońskich anime i rotoskopię. Ba, jest nawet odcinek aktorski („Epoka lodowcowa”), gdzie animowane wydarzenia dzieją się… we wnętrzu lodówki, ale sam tytuł nie powala. Do wyboru, do koloru. Dla mnie najlepszy wizualnie był kolażowy „Świadek” z niemal komiksowymi wstawkami onomatopei dźwiękowych oraz mająca w sobie coś z malarstwa „Nieskończona sztuka”. Jedynymi znanymi mi studiami odpowiedzialnymi za poszczególne odcinki było polskie Platige Image oraz amerykańskie Sony Pictures Animation.

Jakbym miał wybrać najlepsze odcinki to dla mnie są trzy. Wspomniana „Nieskończona sztuka” wygląda imponująco, mając najbardziej unikatowy, melancholijny klimat. Ta opowieść o artyście używającym niebieskiego kwadratu jest najbardziej spokojna, wyciszona. A całość prowokuje do dyskusji o sztucznej inteligencji. Drugim cackiem są komediowe „Trzy roboty” o robotach w post-apokaliptycznym świecie, próbujące zrozumieć ludzkość. Ludzi nie ma, ale są koty i ten segment zasługuje na pełnometrażowy serial. Ale najbardziej zaangażowała mnie „Udanych łowów”, będące mieszanką fantasy ze… steampunkiem. Syn łowcy duchów zakochuje się w kobiecie zmieniającej się w zwierzę. Ale z czasem magia ustępuje technologii, co doprowadza do przewrotnego, tragicznego momentu. Pięknie wyglądająca, z wieloma przerzutkami oraz mocnym finałem.

Kurde, ale niespodziankę zrobił Netflix. Podobno w tym roku ma się pojawić drugi sezon tej antologii. Brutalny, krwawy, przesiąknięty seksem kolaż różnych opowieści, które – o dziwo – trzymają bardzo przyzwoity poziom. Zgłodniałem i mam ochotę na więcej.

7/10

Radosław Ostrowski

Zabij to i wyjedź z tego miasta

Animacja dla dorosłych to nie jest coś z czym kojarzy się polskie kino. Jasne, były dzieła Antonisza czy Rybczyńskiego, ale to było dawno temu. Teraz w tym kierunku podąża Mariusz Wilczyński – reżyser o bardzo wyrazistym, pozornie uproszczonym stylu wizualnym. Po realizacji krótkometrażówek i teledysków mamy w końcu pełnometrażowy debiut. Praca nad nim trwała 14 lat, zaś wiele osób użyczających głosów nie dożyło do końca. Efekt jest dość intrygujący.

Trudno tutaj mówić o fabule, bo „Zabij to…” przypomina raczej płynący nurt świadomości. Czas i przestrzeń idą ze sobą, a przeszłość z teraźniejszością zacierają się. Dzieciństwo osadzone w realiach PRL-u wydaje się nie kończyć. Ciągle widać dym z kominów, jest dancing, jeżdżą tramwaje, gdzieś świeci się neon do czegoś, o czym nikt nie pamięta. Można powiedzieć, że jest tu pięknie, pod warunkiem, iż jest się fanem turpizmu. Ale nie tylko świat jest brzydki, lecz także i ludzie, wręcz groteskowi, zdeformowani, brzydcy. Nie ważne, czy jest to Mariuszek (jestem więcej niż pewny, że to sam reżyser) – zarówno jako dziecko, jak i dorosły, myśląca o swoim synu oraz zakupach Jadwiga, umierająca matka Mariuszka, paląca papierosy ekspedientka w sklepie czy para staruszków w pociągu (z czego on ma dziób ptaka). No i jest jeszcze Tadeusz Nalepa – przyjaciel Mariuszka, którego muzyka zostaje wykorzystana, tworząc bardzo specyficzny klimat.

Realizacyjnie jest to zdecydowanie dzieło dla dorosłych. Nie tylko z powodu widocznych genitaliów, ale też paru brutalnych scen. Nie chodzi tu nawet o rzucane bluzgi, lecz bardzo surrealistyczne obrazy. Choćby w scenie, gdzie zamiast ryb zabijani i patroszeni są… ludzie, tylko pomniejszeni, rozmiaru ryb czy choćby kiedy dorosły Mariuszek trafia do łóżeczka jak dziecko, zaś rodzice chcą puścić mu bajkę. Ale nie wszystko idzie zgodnie z planem, co doprowadza do kłótni o przyszłość chłopaka. Jeszcze pojawiają się sceny niemal z „Mistrza i Małgorzaty”, zaś wszystko ma chwytliwe, wyraziste, choć jednocześnie takie urwane. Jakby wszyscy tylko gadali, a nie rozmawiali ze sobą.

Czym jest tytułowe To, które trzeba zabić? Mam pewne podejrzenia, ale reżyser nie daje żadnej odpowiedzi. Film zmusza do skupienia oraz uważnego oglądania, pozwalając na różne interpretacje. I to może być największa frajda dla każdego widza. O ile zaryzykuje i będzie miał otwartą głowę.

7/10

Radosław Ostrowski

Auta 3

Zygzak McQueen – był najszybszym kierowcą wyścigowym. Razem ze swoim mentorem, wójtem Hudsonem odzyskał dawną formę oraz śmigał jak szalony. Ale czas jest bardzo bezwzględnym draniem i nawet najbardziej zaprawieni w boju muszą zacząć przegrywać. Pojawiają się młodzi, ambitni, bezczelni oraz wspierani przez nowoczesną technologię zawodnicy. Tacy jak Jackson Sztorm, co nie odpuszczają. Przed rozpoczęciem nowego sezonu stary mistrz decyduje się na mniej konwencjonalne metody treningu, w czym ma pomóc nowa trenerka. Oraz nowy sponsor, ale droga do tego celu nie jest prosta.

auta3-1

Seria „Auta” uważana jest za jedne ze słabszych filmów w dorobku Pixara. Ile jednak studiów chciałoby mieć takie słabe filmy w swoim CV. Problem jest pewna nierówność tej serii. Pierwsza część to nauka pokory jaką dostaje nasz bohater trafiając do małego miasteczka. Było troszkę sentymentalnie, ciepło, z trzymającym za gardło finałem. Dwójka poszła w stronę szpiegowskiej intrygi, spychając Zygzaka na dalszy plan, zamieniając go ze Złomkiem. I to była prawdziwa wtopa. Teraz niejako wracamy do korzeni, czyli na tor, gdzie czuć palącą gumę, adrenalinę oraz rywalizację. A w to wszystko wraca Zygzak – już niemłody, zaś jego obecne treningi przestają działać. No i pojawia się pytanie: powalczyć jeszcze ostatni raz czy przejść na emeryturę, zostając marką do sprzedaży rzeczy? Oto jest dylemat i twórcom udaje się to bardzo przekonująco przedstawić. Jednocześnie cały czas zachowują balans między dramatem a humorem, przez co seans nie jest zbyt mroczny dla dzieci.

auta3-3

Inną niespodzianką od twórców są spore odniesienia do pierwszej części. I nie chodzi tutaj o wspomnienia związane z postacią wójta Hudsona oraz jego przeszłości. Tutaj zaczynamy poznawać więcej, a to z powodu odwiedzenia dawnego ucznia. Jednak prawdziwym paliwem filmu, poza nostalgiczno-sentymentalną otoczką jest relacja między Zygzakiem a trenerką Cruz Ramirez. Zderzenie mentalności tej dwójki nakręca ten film, przez co można się zastanawiać kto kogo tu uczy. Wtedy zaczynamy iść w stronę kina sportowego spod znaku „Rocky’ego”. I role zaczynają się odwracać, pokazując, że nie potrzebne jest wsparcie technologiczne do osiągania zwycięstw. Ale o tym przekonacie się sami.

auta3-2

Trzecia część „Aut” wygląda ślicznie. I nie chodzi tylko o przepiękne krajobrazy pustyni czy zmiennych pór roku. Także samochody prezentują się bardzo szczegółowo, tak jak wszelkiego rodzaju pyły, kurze, dymy. Montaż przypomina klasyczne filmy sportowe (sceny treningów są świetne czy pomiaru na plaży), zaś finałowy wyścig trzyma w napięciu i zaskakuje niespodziewaną woltą. Ten moment zmienia cały film i czyni go bardziej angażującym. Więcej wam nie zdradzę, bo trzeba się samemu przekonać.

auta3-4

Nie mogę też nie wspomnieć o polskiej wersji językowej, która brzmi po prostu świetnie. Stara ekipa z Piotrem Adamczykiem na czele trzyma bardzo wysoki poziom. Nie mogę nie wspomnieć o zmianie głosu Złomka. Zmarłego Witolda Pyrkosza zastąpił Marian Opania, dając sobie radę z tym brzemieniem. Pojawia się masa nowych postaci, z których największą uwagę skupiają dwie. Pierwszą jest Cruz, która początkowo wydaje się irytująca. Jednak z czasem ta naładowana energią persona pokaże swoje skryte oblicze oraz niespełnione ambicje, stając się kimś więcej niż pomagierem, a głos Wiktorii Wolańskiej bardzo dobrze oddaje jej emocje. No i jeszcze jest nowy mentor, czyli Szpachel z szorstkim głosem Zdzisława Wardejna, będącym reprezentantem starej szkoły. I jeszcze jeden szczególik: wszelkie napisy (reklamy, tytuły artykułów) zostały opatrzone polskimi napisami, co jest rzadkością w filmach.

Trzecie „Auta” to najlepsza część niezbyt lubianej serii. I wygląda na to, że ostatnia. Jest troszkę nostalgiczna i fabuła idzie w znajomym kierunku, ale nie można odmówić jej serca oraz zaangażowania. Godne zakończenie całej historii McQueena.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Toy Story 4

Ile to już czasu minęło odkąd Chudy, Buzz i spółka trafili do domu Bonnie? 9 lat i wydawało by się, że już więcej z tej opowieści już nie da się wycisnąć. Że to już jest koniec i nie ma powodu wracać do świata zabawek, co ożywają, gdy nie ma ludzi. Pixar posiada pewną moc robienia sequeli, które rzadko są do bani (może poza „Autami 2”), chociaż obawa przed rozczarowaniem była spora.

Tym razem jednak Chudy, dla którego dobro dziecka jest najważniejszą wartością i sensem jego egzystencji, przez nową właścicielkę został odstawiony na boczny tor. Bonnie woli bawić się innymi zabawkami jak Jessie czy Rexem. Sytuacja zmienia się, kiedy dziewczynka idzie pierwszy raz do „zerówki”. Chudemu udaje się pomóc dziewczynce, wchodząc sposobem do plecaka. Efektem jego działań jest stworzenie przez nią zabawki ze śmieci nazwanej Sztućkiem. Nowa zabawka ma jednak poważny problem z zaadaptowaniem się i desperacko zmierza ku koszowi na śmieci. Nawet podczas tygodniowej wycieczki do lunaparku, co doprowadza do wypadnięcia Sztućka z auta. W ślad za nim rusza Chudy, a podróż będzie dla obydwu ważnym doświadczeniem.

toy story4-1

Debiutujący reżyser Josh Cooley musiał czuć wielką presję w trakcie prac nad tym filmem. Filmem, który w momencie ogłoszenia został uznany za zbędny i niepotrzebny. Każda z poprzednich części zachowywała balans między refleksją a rozpędzoną akcją. Tutaj w sumie też jest podobnie, ale czy dzisiaj dzieciaki w ogóle chciałyby się bawić zabawkami? Kiedy mają w zasięgu komputery czy telefony z Internetem? W tym świecie tych gadżetów nie ma, jednak nie jest to aż tak dużym problemem. Bo i twórcy stawiają tutaj sobie inne pytanie: co to znaczy być zabawką i czy może jest alternatywa od roli sprawiania dziecku radości. To ostatnie pokazuje nie widziana w poprzedniej części pasterka Boo, która jest kompletnie nie do poznania. Żadna tam delikatna dama w opałach, ale twarda, niezależna i waleczna babka. Inną skrajnością jest Sztuciek – nie znający swojego miejsca na ziemi ani swojego zadania. Przypomina świeżo narodzone dziecko, które zaczyna poznawać świat i jest początkowo irytujący, nawet wygląda groteskowo. No i jeszcze jest antagonistka, choć czy aby to jest właściwe określenie? GabiGabi to zabawka po przejściach, niekochana i z uszkodzonym sprzętem wydającym jej głos. Jednak w przeciwieństwem do złola z „trójki” nie jest rozgoryczona ani demonicznie zła. I to jest świetnie napisana oraz zarysowana postać, wnosząca wiele świeżego do serii.

toy story4-3

Niemniej historia wzrusza i potrafi rozbawić, ostatecznie zamykając historię Chudego. Sceny akcji nadal są bardzo pomysłowo zrealizowane oraz świetnie zmontowane (próba odbicia Sztućka czy finał przed karuzelą), bardzo pewnie budując napięcie. Nie brakuje nawet momentów pasujących do horroru (pierwszy spacer GabiGabi), a wszystko bardzo pięknie zrealizowane. W paru momentach (sceny z kotem czy pierwsza scena w deszczu) animacja wydaje się wręcz fotorealistyczna. W sensie wygląd kropel czy sylwetka oraz sierść kota. Nie wiem, co tym razem będą w stanie wymyślić ludzie z Pixara, ale to bardzo wysoko zawieszona poprzeczka.

toy story4-2

Jeżeli mam się jednak do czegoś przyczepić, to do niezbyt dużej obecności postaci z poprzednich historii. W szczególności chodzi mi o Buzza, mocno zepchniętego na dalszy plan, przez co w drugim akcie nie ma za wiele do roboty. Reszta starej paczki pełni tutaj także role epizodyczne, w zasadzie robiąc tylko za tło. To jednak nie przeszkadza aż tak bardzo, zaś finał po prostu wzrusza. Warto też wspomnieć o polskim dubbingu, który brzmi bardzo dobrze, a starzy znajomi z Robertem Czebotarem i Łukaszem Nowockim na czele wykonała fantastyczną robotę. Z nowych postaci najbardziej wybija się Gabi Gabi, której głosu użyczyła Julia Kamińska, pokazując bardzo złożony charakter tej pozornie złej postaci oraz drobny komediowy duet Kwaku/Bunio w wykonaniu 2/3 dawnego kabaretu Limo.

toy story4-4

Miałem pewne wątpliwości i obawy, ale ostatecznie ten epilog (bo tak należy traktować czwórkę) nadal dostarcza masę emocji, a poruszający finał zostanie w głowie na długo. Czy chciałbym powstania kolejnej części? Raczej nie, choć po Pixarze można spodziewać się wszystkiego.

8/10

Radosław Ostrowski

Rodzeństwo Willoughby

Rodziny są różne i były w filmach pokazywane na różne sposoby. Od kochający się przez pozbawioną rodziców aż po toksyczne więzi oraz czystą patologię. No i jest też rodzina Willoughby z długimi tradycjami, gdzie każdy członek familii (w tym kobiety) nosili długie wąsy. Aż do obecności ostatniego członka rodziny, będącego skrajnym egoistą, w czym dorównuje mu tylko żona. I nawet pojawienie się dzieci nie jest w stanie zmienić ich nastawienia. Rodzeństwo wydaje się mocno zgrane (próbujący rządzić oraz inteligentny Tim, cudnie śpiewająca Jane oraz niepokojący bliźniacy Barnaba), lecz to nie wystarcza. Całe ich życie zmienia się w momencie, gdy trafia pod ich dom sierota, co podsuwa dzieciakom pewien szalony pomysł.

willoughby1

Kolejna animacja od Netflixa, ale tym razem jest co obejrzeć. Film oparty jest na książce Lois Lowry to bardzo pokręcona historia familijna, gdzie cała konwencja jest wywrócona do góry nogami. Rodzice są wyjątkowo antypatyczni i skupieni na sobie, zaś ich dzieci to kompletne przeciwieństwo. Pełni wyobraźni, marzeń oraz kreatywności, troszkę kojarząc mi się z rodzeństwem Baudelaire z „Serii niefortunnych zdarzeń”. Chociaż może nie aż na taką skalę, ale najbardziej wybija się dwoje najstarszych dzieci. Tim jest bardzo podejrzliwy, nieufny oraz marzący o przywróceniu wielkości rodu. Z kolei Jane jest bardziej otwarta, trafnie rozważa za pomocą swojego gdybania i śpiewa tak pięknie, że słychać ją z daleka. Najmłodsi są dość przerażający i mają zaskakująco dojrzałe głosy. To jednak wprowadzenie do lekko groteskowego świata (domek rodziny w wielkim mieście obok dużych wieżowców), gdzie Opieka Społeczna wygląda jak tajni agenci rządowi, w okolicy żyje generał mający fabrykę słodyczy (sam też jest bardzo słodki – także na zewnątrz), a cała tą historię opowiada… kot. Lekko sarkastyczny, troszkę złośliwy i ironiczny. Ale w końcu mówi głosem Ricky’ego Gervaisa, więc mu wolno być takim.

willoughby2

Sama historia jest pełna niespodzianek i zaskoczeń, więc nie chcę wam zdradzać zbyt wiele. Być może nawet dzieje się za dużo, przez co narracja wydaje się bardzo skokowa. Wiele wątków wydaje się wręcz napakowanych, doprowadzając do przesytu oraz pourywania potencjalnie ciekawych wątków (obecność sieroty w życiu rodzeństwa, wysłanie rodziców na śmiertelne wakacje, przywiązanie do rodzinnej tradycji przez Tima, opieka sieroca czy próba sprzedania domu). Z jednej strony udynamicznia seans, przez co nie można się nudzić, ale z drugiej od tego nadmiaru boli głowa. I nie pomaga fakt, że animacja wygląda świetnie, pasując do groteskowej wizji świata, zaś oryginalny dubbing brzmi świetnie (grają m.in. Martin Short, Will Forte, Maya Rudolph czy wspomniany Gervais).

willoughby3

Jednak mimo tych wad „Rodzeństwo Willoughby” potrafiło mnie oczarować. Swoje na pewno zrobiła groteskowa strona plastyczna, jazzowo-klasyczno-bujająca muzyka oraz bardzo pokręcone poczucie humoru. Nie można nie polubić i nie kibicować temu zwariowanemu rodzeństwu. Jedna z najlepszych produkcji Netflixa tego roku.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Castlevania – seria 3

Hrabia Dracula został pokonany, jego zamek unieruchomiony leży na ruinach domostwa Belmontów, gdzie mieszka jego syn Alucard. Nie oznacza to jednak, że wampiry i zło zostało ostatecznie pokonane. Wampirzyca Carmilla razem ze swoją armią wraca do twierdzy, planując kolejny ruch oraz zbudowanie własnego imperium z siostrami. Do tego jednak musi przekonać trzymanego w niewoli Diabelskiego Kowala, Hektora. Trevor Belmont z mówczynią Syphą trafiają do miasteczka Lindenfeld, gdzie tamtejsi mnisi zachowują się dość podejrzanie. Zarządzający miastem sędzia prosi dwójkę o pomoc w wyjaśnieniu tej tajemnicy, a wokół klasztoru krąży niejaki Saint-Germain. Jakby mało było nieszczęść zdradzony kowal Izaak wyrusza do zamku Carmilli z grupą stworzony przez siebie nocnych stworów. Innymi słowy, dzieje się dużo.

castlevania3-1

„Castlevania” wraca z nową serią, która jest na razie najdłuższa (odcinków 10) oraz zawiera dużo wątków do opowiedzenia. I to jest coś, co może wywołać pewne problemy. W poprzednich dwóch seriach historia była bardzo prosta, zmierzająca do ostatecznej konfrontacji Belmonta oraz jego nowych przyjaciół z Drakulą. Ale w tym sezonie spraw jest dużo i można czasem odnieść wrażenie, że nie na wszystko starczy czasu. Zaś poczucie zagrożenia oraz zderzenia ze złem nie jest aż tak silne i intensywne jak wcześniej. Dlatego pojawia się tutaj parę momentów przestoju oraz wątków zbyt wolno prowadzonych (próba przekonania Hektora do pomocy przez niepozorną wampirzycę Leonię czy przekazywanie wiedzy przez Alucarda dwójce wojowników z Japonii), gdzie czekałem na jakieś mocniejsze uderzenie czy rozkręcenie. Dla mnie najciekawszy wątek dotyczył Izaaka oraz jego wędrówki. Tutaj jest wiele świetnych dialogów i rozmów, zaś sam bohater wydaje się bardzo rozdarty między żądzą zemsty a próbami dostrzeżenia dobrych stron w ludziach. Niby jest opanowany i spokojny, ale pod tym wszystkim można zauważyć wątpliwości oraz refleksje (fantastyczna rozmowa z kapitanem statku). Ciężko przewidzieć dokąd to zmierza, dlatego jest taki intrygujący.

castlevania3-2

Z kolei dość przewidywalny i nudnawy jest wątek Hektora oraz próby zmuszenia go do współpracy z Carmillą. Także nowy plan Carmilii jest bardziej dyskutowany niż realizowany, ale do tego akurat nie mogę się przyczepić, bo siły wampirzego rodzeństwa zostały mocno osłabione. Tutaj twórcy pozwalają troszkę lepiej poznać kulturę wampirów oraz relacje między siostrami (Carmilla, Leonia, Marzanna i Strzyga), co troszkę rekompensuje stojącego w rozwoju Hektora. Nadal łatwo podatnego na manipulację i pozbawionego własnego charakteru, by walczyć.

castlevania3-3

No i jeszcze mamy śledztwo Trevora i Saphy w Lindenfeld też toczy się dość spokojnym rytmem, jednak czuć tutaj atmosferę niepokoju. Dziwne zachowania mnichów, sprawiający wrażenie rządzącego miastem sędziego (tutaj reprezentant władzy nie jest idiotą żądnym krwi) oraz Saint-Germaina. Ten ostatni aż do połowy serii pozostaje tajemniczym przybyszem z ukrytym celem. Nie do końca wiadomo, czy można mu zaufać, ale z czasem nabiera głębi, chociaż nie wszystko zostaje wyjaśnione. Liczę na to, że ten bohater jeszcze wróci.

castlevania3-4

Serial Warrena Ellisa to nadal mroczna, krwawa i brutalna rzeźnia. Może nie aż tak widowiskowa jak poprzednio, ale jest parę momentów gore. Same walki ciągle pozostają czytelne i klarowne, bestie odpowiednio niepokojące, zaś ludzie potrafią być równie okrutni jak wampiry. Bardzo „japońska” kreska tylko podkreśla klimat całości, zaś lekko „sakralna” muzyka bardziej przeraża niż uspokaja. Twórcy zostawili furtkę na nową serię i mam nadzieję, że będzie mniej chaotyczna od tej. Nadal jednak uważam, że „Castlevania” jest godną polecenia produkcją dla fanów gier/horroru. Spragnieni nowej krwi?

8/10

Radosław Ostrowski

O Yeti!

Yeti – mityczne zwierzęta mieszkające na szczycie Himalajów. Podobno, bo nikt ich na oczy nie widział. Czemu o tym mówię? Bo cała historia zaczyna się od ucieczki takiego stwora. Jednak nie z macierzystych gór, lecz z pewnej podziemnej kryjówki pewnego podróżnika oraz poszukiwacza egzotycznych zwierząt. Stworek trafia na dach w jednym z chińskich miast, gdzie przebywa niejaka Yi. Młoda dziewczyna ciągle jest zapracowana i niepogodzona ze śmiercią ojca. To właśnie ona przypadkowo trafia na yeti, który zostaje nazwany Everest. W końcu decyduje się zaprowadzić zwierzę do domu, w czym pomaga chłopak pragnący zostać koszykarzem i jego kuzyn.

o yeti1

„O Yeti” to najnowsze dzieło od studia DreamWorks, które jest jednym z silniejszych konkurentów Pixara. Ale o dziwo, po premierze filmu szum wokół niego gwałtownie ucichł. Czemu się tak stało? Mam pewne podejrzenia, lecz nie rozpędzajmy się. Sama historia jest bardzo prościutka i w ma wszystko, co klasyczne kino drogi. Trójka bohaterów oraz nasz yeti o mentalności dziecka wyruszają w podróż, która zmusza ich do weryfikacji swoich przekonań. Oddalająca się od rodziny Yi po mistrzowsko grająca skrzypcami i niepogodzona ze śmiercią ojca, Peng jest uzależniony od telefonu, social mediów, a także stanu posiadania, zaś Jin bardzo chce być koszykarzem, lecz nie ma znajomych. Co się wydarzy po drodze, jesteście w stanie łatwo przewidzieć. Dla mnie jednak największym problemem jest brak stawki oraz poczucia zagrożenia. Ponieważ nasz yeti, choć ciągle ma mentalność dzieciaka, działa tutaj na zasadzie deus ex machina. Kiedy wydaje się, że bohaterowie są w potrzasku, nasz Everest posiada moce. I wychodzą niemal ze wszystkiego bez szwanku. Nawet pod koniec drogi, gdzie dochodzi do działań prawdziwych antagonistów.

o yeti2

Choć film jest po angielsku, to osadzenie całości w Chinach wydaje się tutaj bezczelnym skokiem na kasę. „O Yeti” jest celowane w azjatycki rynek, ale – co mnie najbardziej zadziwiło – tego chińskiego kolorytu nie czuć tak bardzo. Może poza sceną fajerwerków czy przepięknie wyglądającymi krajobrazami. W ogóle animacja jest tutaj cudowna, pełna szczegółów (futerko yeti) oraz wręcz zapiera dech w piersiach. Również postacie są bardzo wyraziste, poruszają się bardzo płynnie, a w tle gra cudna muzyka (solówki na skrzypcach – poezja).

o yeti3

DreamWorks to studio, którego produkcje są nierówne. „O Yeti!” nie jest koszmarnie złe, ale to ich najlepszych dokonań ostatnich lat pokroju „Strażników marzeń” czy serii „Jak wytresować smoka” sporo brakuje. Schematyczność oraz skrótowa forma narracji działa na niekorzyść, choć potrafi wyglądać przepięknie. Propozycja zdecydowanie dla młodszego widza.

6/10

Radosław Ostrowski