The Liberator

Do tej pory pamiętam jakie piorunujące wrażenie zrobiła na mnie „Kompania braci”, opisująca bojowy szlak amerykańskiej kompanii podczas II wojny światowej. Mówiono o tej produkcji HBO, że to odcinkowy „Szeregowiec Ryan”. Później jeszcze powstał „Pacyfik” o walkach po drugiej stronie Atlantyku, ale nie zrobił już takiego wrażenia. Niemniej powstała jeszcze filmy i serialem z walką przeciw nazistom, a w zeszłym roku Netflix pokazał „The Liberatora”.

the liberator2

Ten mini-serial oparto na prawdziwych wydarzeniach kompanii 157 Pułku Piechoty dowodzonej przez Felixa Sparksa, spisanych w książce Alexa Kershawa. Poznajemy szlak bojowy od Sycylii do wyzwolenia obozu koncentracyjnego w Dachau, mając do dyspozycji tylko 4 odcinki. Jest to wspólne dzieło scenarzysty Jeba Stuarta („Szklana pułapka”, „Ścigany”) oraz reżysera Grzegorza Jonkajtisa. Planowany jako wysokobudżetowa produkcja wojenna, ostatecznie jednak „Liberator” został… animacją rotoskopową. I powiem, że sam styl kreski troszkę wydaje się komiksowy, co może wiele osób odrzucić, mnie się podobał, w żaden sposób nie wybijając z rytmu.

the liberator4

Co najbardziej mnie zaskoczyło, jak animacja współgra z resztą warstwy wizualnej. Trudno się przyczepić zarówno do scenografii (nawet jeśli detale bywają rozmyte w tle), wojskowego sprzętu czy warunków atmosferycznych. To wszystko pomaga w budowaniu mrocznego klimatu, pełnego brudu, przemocy i nieobliczalnej śmierci. Która może sięgnąć każdego i wszędzie. A i sami żołnierze to wariacka mieszanka: Meksykanie, Indianie, rednecki, potomkowie Strażników Teksasu. Ten tygiel powinien doprowadzić do wzajemnego wyniszczenia żołnierzy, którzy przed walką byli traktowani jako gorsi, bez szans na osiągnięcie czegokolwiek. I to jak udaje się stworzyć sprawnie działający zespół jest bardzo imponujące.

the liberator1

Po drodze dochodzi do śmierci, ofiar oraz nowej, świeżej krwi bez doświadczenia, co może dezorientować podczas seansu. Niemniej twórcy dają każdej ze scen śmierci czy dramatycznej walki swój odpowiedni ciężar emocjonalny. Nieważne, czy mówimy o utrzymaniu drogi do Anzio, próbie przejścia przez góry zakończonej zasadzce Niemców, czy wreszcie wyzwoleniu obozu koncentracyjnego i dokonanym samosądzie na niemieckich żołnierzach tam przebywających. Bez pokazywania wnętrzności i flaków, ale nadal jest to brutalne.

the liberator3

Muszę przyznać, że choć „Liberator” wyzwolił we mnie pozytywne skojarzenia z „Kompanią braci”, nie jest pozbawiony wad. Cztery odcinki to dla mnie troszkę mało, zaś sama fabuła bywa prowadzona bardzo skokowo. Momenty batalistyczne przeplatane są drobnymi epizodami, które czasami wydawały mi się zapychaczami. Zaskoczyło mnie za to parę scen pokazanych z perspektywy niemieckich żołnierzy, co pozwala szerzej spojrzeć na ten konflikt i to jest mały plusik. Tak jak udział mniej rozpoznawalnych aktorów (także z Polski). Nawet te drobiazgi nie odebrały w czerpaniu przyjemności z oglądania „Liberatora”, ale chciałoby się więcej wycisnąć.

7/10

Radosław Ostrowski

Carmen Sandiego – seria 2

Szukając czegoś lżejszego, nie wymagającego myślenia, trafiłem na animowaną „Carmen Sandiego”, będącą hybrydą heist movie, kina szpiegowskiego oraz tajemnicy. Innymi słowy, całość skupiała się na walce tytułowej bohaterki z organizacją przestępczą V.I.L.E., zajmującą się głównie kradzieżami. Pomagała jej grupa przyjaciół oraz haker o ksywie Gracz, komunikujący się z nią przez Internet. Po wydarzeniach z pierwszej serii, do zespołu dołącza Shadowsan – mistrz skradania się i członek Rady V.I.L.E., zdradzając swoich szefów. Jakby było mało problemów, w ślad za Carmen rusza A.C.M.E., czyli tajne służby przekonane, iż nasza bohaterka dalej działa dla V.I.L.E.. Zwłaszcza po porwaniu i pozbawieniu przytomności agenta Devineoux.

Innymi słowy, fabuła zaczyna się zagęszczać, mieszając wątki oraz dodając kolejne komplikacje. Choć w zasadzie założenia są identyczne. Czyli powstrzymać/zniszczyć V.I.L.E. oraz próby ustalenia przeszłości Carmen. Nadal jest to sensacyjno-szpiegowska intryga z akcją dziejącą się w różnych częściach świata: od Japonii przez Nową Zelandię i Dubaj po Sztokholm. Przy okazji serwując informacje dotyczące danego kraju, pełniąc rolę edukacyjną (jak materiał źródłowy). Ale nigdy nie wydaje się to wrzucone na siłę. Jeszcze bardziej interesujące są wątki, gdzie poznajemy parę ciekawych szczegółów. Zarówno przeszłość Shadowsana związana z parą mieczy samurajskich, pierwsze spotkanie Carmen z rodzeństwem czy odkrycie tajemnicy ojca Carmen dodają głębi każdemu z bohaterów drugoplanowych. I to daje sporo emocjonalnego ciężaru do całości. Pojawiają się też nowe postacie, co wynika z poszukiwania nowego członka Rady V.I.L.E. – od bardzo śliskiego Grzegorza Węgorza przez złodziejski duet Łasica/Łosiek po brytyjskiego podwójnego agenta Roundabouta. Jestem pewny, że kilka z nich jeszcze powróci.

Sama animacja może się ciągle wydawać oszczędna i uproszczona w pokazaniu tła oraz detali, ale ma to swój urok. Akcja też prezentuje się bardzo dynamicznie, miejscami efekciarsko (kradzież superauta sportowego zakończona niczym w serii „Szybcy i wściekli” czy włam do elektrowni z dziwacznym systemem), nadal jednak pozostaje czytelna i kreatywna. Z masą bijatyk i ucieczek z masą przeciwników. A w tle gra bardzo elegancka, lekko jazzowa muza, dodająca klimatu klasycznych heist movie z lat 60. Dubbing też wypada świetnie i trudno się do czegokolwiek przyczepi, więc polecam słuchać w oryginale.

Jestem bardzo zaskoczony sporym skokiem w historii Carmen Sandiego. O wiele bardziej wciągająca historia, kolejne przewrotki i tajemnice do odkrycia oraz miejsca do zwiedzenia. Dzieje się sporo, zaś finał sugeruje następne komplikacje. Już się powoli będę szykował do serii trzeciej.

8/10

Radosław Ostrowski

Luca

Ile można mówić o tym Pixarze? Że to nie rysownicy i animatorzy, tylko czarodzieje kreujący niezwykłe światy, że jakość ich animacji jest na najwyższym poziomie? I nigdy nie zrobili filmu złego. Parę rozczarowujących – tak, bo sami sobie bardzo wysoko podnieśli poprzeczkę. Tym bardziej mnie zaskoczył brak dużego szumu wokół ich ostatniego dzieła, czyli „Luca”. Czy to wynika z faktu, iż jest to debiut reżyserski? Enrico Casarosa nie ma jednak czego się wstydzić, bo ten film naprawdę mu wyszedł. Ale może po kolei.

Jesteśmy we Włoszech lat 50., a dokładnie w nadmorskim miasteczku Portorosso. Pod wodami tej okolicy mieszkają wodne monstra, które po wejściu na powierzchnię przybierają ludzką twarz. Taki jest właśnie Luca, który mieszka z rodziną i pilnuje rybich… owiec. No i nie może wyjść na powierzchnię, bo jest niebezpiecznie – ludzie, statki oraz takie inne groźne rzeczy. Chłopiec, jak na każde dziecko przystało, jest zbyt ciekawe świata i poznaje niejakiego Alberto. Chłopak mieszka w wieży i o wiele lepiej sobie radzi na zewnątrz, czyli na wyspie poza miasteczkiem. W samy Portorosso odbywa się coroczny triatlon, który od lat wygrywa miejscowy rozrabiaka, Ercole Visconti. Pokonanie go da szansę chłopakom na spełnienie marzenia, czyli kupna skutera Vespa. Jednak bez pomocy nie dadzą sobie rady i tu pojawia się zdeterminowana Giulia.

Jak widzicie, sama historia jest prosta jak konstrukcja cepa, ale nie oznacza to, iż „Luca” jest filmem nudnym. Bo wątków jest tutaj sporo, choć najbardziej liczą się dwa. Pierwsza to przyjaźń między dwoma chłopakami, która – ze względu na miejsce akcji –  skojarzyła mi się z… „Tamte dni, tamte noce”. Luca i Alberto niby są z tego samego świata, ale jakby nie do końca. Alberto wydaje się być tym odważniejszym, nie bojącym się ryzyka oraz swoich marzeń, zaś Luca jest zafascynowany nowym otoczeniem, napędzany przez ciekawość. Kiedy jednak do duetu dołącza Giulia, wszystko się komplikuje i pojawia się zazdrość. Ale jest jeszcze ważna kwestia, czyli lęk przed obcym z obydwu stron. Ludzie i morskie potwory boją się nawzajem, a strach mieszkańców jest pokazany w samym wyglądzie Portorosso, gdzie przewijają się elementy związane z morzem, harpunami i innymi narzędziami zmniejszania populacji wodnych organizmów. Strach jednak wynika z poczucia obcości wobec tego, co inne, nieznane, nie mniej jest szansa na przełamanie tego irracjonalnego lęku.

Osadzenie akcji we Włoszech lat 50. buduje troszkę nostalgiczną otoczkę, odtworzona ze sporymi detalami (włącznie z pokazanym w telewizji fragmentem filmu Federico Felliniego) oraz włoskimi piosenkami z epoki. Animacja może nie powala szczegółowością jak inne produkcje Pixara, ale ta stylizacja działa na plus. Jeśli miałbym wymienić ulubione sceny, to momenty materializacji marzeń tytułowego bohatera, które oszałamiają wizualną kreatywnością i skręcają ku surrealizmowi. Ale sceny podwodne także prezentują się bardzo dobrze, więc trudno technicznie się do czegoś przyczepić. O humorze nie zapomniano, tak jak o sympatii wobec postaci (poza Ercole) oraz emocjonalnym zaangażowaniu. A bez tego ostatniego, „Luca” byłby tylko średniakiem, zaś sceny treningu przed triatlonem jak i same zawody zainscenizowane są fantastycznie.

Polecam obejrzeć ten film z oryginalną ścieżką dźwiękową, gdzie słychać fantastycznie dobrane trio: Jacob Trambley/Jack Dylan Glazer/Emma Berman w głównych rolach. Cudownie słyszy się te głosy z wplecionymi włoskimi słówkami, zaś aktorzy (między innymi Maya Rudolph czy zaskakujący Sacha Baron Cohen) czarują i nie czuć zgrzytu. Ale jestem pewny, że polski dubbing też da radę (bo zawsze daje, zwłaszcza kiedy reżyserem jest Wojciech Paszkowski).

Niewiele oczekiwałem po „Luce”, ale dostał bardzo sympatyczny, pełen uroku i magii film. Może i jest on bardziej skierowany do młodego widza niż dorosłego, ale to absolutnie nie przeszkadza w czerpaniu wielkiej przyjemności z oglądania. Tą sztukę potrafią osiągnąć najlepsi. A że piszę te słowa podczas bardzo intensywnego deszczu, to przeniesienie się w słoneczną Italię jest bardzo miłą odskocznią od widoku z okna.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Raya i ostatni smok

Kiedy ostatni raz mnie zachwyciła animacja Disneya? To była pierwsza „Kraina lodu” (Pixara nie biorę pod uwagę, bo Disney tylko go dystrybuuje) i wydawało się, że w rywalizacji między fabryką Myszki Miki a kreatywnymi szaleńcami z Pixara zwycięzcą musi być ten drugi. I choćby nie wiadomo co wymyślali, czarowali, panowie od Disneya nie mają takiej mocy. Jednak od czasu do czasu nawet oni potrafią zaskoczyć. Jak w przypadku „Rai i ostatniego smoka”.

Jak sam tytuł wskazuje, główną bohaterką jest Raya, a akcja osadzona jest w świecie z chińskiej mitologii. Dawno temu (jakieś 500 lat) był jeden zjednoczony kraj nad rzeką oraz masa smoków, dbających o to, by ludziom żyło się lepiej. Pojawiły się jednak na świecie paskudne Drummy, co zamieniały wszystko w kamień. Smokom jednak udało się uratować ludzkość po stworzeniu Smoczego Kamienia, jednak wszystkie smoki zamieniono w kamień. A ludzie – no cóż – pozostali ludźmi, podzielili się i chcą przejąć przedmiot dla siebie. To doprowadza do zniszczenia kamienia, który pilnował lud Serca oraz zamienienia ludzkości w kamień. Prawie całej ludzkości, więc nasza Raya wyrusza do wszystkich krain, by połączyć artefakt i uratować świat. Oraz odnaleźć ostatniego smoka, który – według opowieść – przeżył.

Brzmi znajomo? „Raya” to sklejka znajomych elementów kina fantasy i przygodowego zmieszanego z kulturowymi elementami Wschodu. I już słyszę głosy, że film został celowo zrobiony, by podbić chiński rynek. Ale mimo korzystania ze znajomych szablonów oraz schematów jest to zaskakująco poważny film Disneya, gdzie humor nie jest wrzucony na siłę (wynika z sytuacji), zaś postaci będącej comic reliefem zwyczajnie brak. Zaskoczeni? Bo ja bardzo. Klimatem miejscami troszkę to przypomina „Indianę Jonesa” (przynajmniej na początku), tylko ze smokami oraz w świecie Wschodu. Głównie z jednym smokiem, który wygląda zjawiskowo oraz dołączającymi do tej pary resztą drużyny. I to dość wariackiego składu: od młodego chłopca-kucharza przez samotnego wojownika po niemowlaka-złodzieja z gangiem małpek. Choć te postacie nie są dokładnie opisane, to jednak wiemy na tyle dużo, że ich los mnie obchodził.

Jeszcze bardziej ciekawy był fakt, że nie ma tutaj postaci jednoznacznie moralnej, czyli chodzącego dobra lub zła. A także skupienie na relacjach między osobami i zmienna dynamika w chwilach wyciszenia oraz spokoju. Najbardziej interesujący był zarówno interakcja między nieufną Rayą a bardziej otwartą, niemal przypominającą dziecko smoczycą oraz zaznaczona w retrospekcji więź między dziewczynką a Namaari. W tym drugim przypadku wydawało się, że spoiwem będzie fascynacja smokami, jednak doszło do zdrady oraz nienawiści. Czy jest z tego wyjście? Tak, ale wymaga sporo wysiłku oraz przełamania uprzedzeń, co pokazuje finał.

Tak mówię o wątkach fabularnych oraz bardzo mądrym przesłaniu, ale jak to wygląda? Disney w niczym nie ustępuje konkurencji i sama animacja jest zachwycająca, pełna kolorów oraz imponujących detali. Zaś kiedy dochodzi do scen akcji, jest to coś, co najbardziej przyciągnie uwagę dorosłych. Choreografia walk w niczym nie ustępuje współczesnym filmom akcji i jest pokazana bardzo czytelnie. Nie ważne, czy do gry wchodzi broń biała czy pięści, prezentuje się to świetnie, przez co dorośli nie będą się nudzić. A jak jeszcze zagra muzyka Jamesa Newtona Howarda, odlot będzie gwarantowany i nie wyjdzie wam to z uszu.

Naprawdę jestem zaskoczony, że jeszcze Disney potrafi przypomnieć sobie, iż – cytując jeden z ich filmów – „ma tę moc”. „Raya” jak żadna inna animacja z tego roku obudziła we mnie wewnętrzne dziecko, poszukujące po prostu zabawy oraz wielkiej przygody. Bardzo przyjemna niespodzianka z mądrym morałem, nie rzucanym prosto w twarz.

8/10

Radosław Ostrowski

Spider-Man: Universum

Człowiek-Pająk ostatnio się nam rozmnożył i na przestrzeni 20 lat pojawiał się z różnymi twarzami: od Toby’ego Maguire’a przez Andrew Garfielda aż do Toma Hollanda. Co nowego w materii jednego z bardziej przyziemnych superherosów można opowiedzieć? Animowany oddział Sony postanowił pójść w kompletnie innym kierunku: Spider-Wersum. Czyli co by się stało, gdyby w Nowym Jorku pojawiło się kilku Spider-Manów z różnych wersji świata? A głównym bohaterem nie byłby Peter Parker?

spider-verse1-1

To po kolei. naszym bohaterem jest Miles Morales – czarnoskóry chłopak z Brooklynu, który trafił do elitarnej szkoły. Jest strasznie nieśmiały, nie do końca odnajduje się w nowym otoczeniu, a jego wielką jest graffiti oraz hip-hop. Z tym ostatnim problem ma jego ojciec-policjant, kompletnie inaczej niż jego wujek. Podczas tworzenia swojego graffiti, chłopak zostaje pogryziony przez pająka. Reszty się pewnie domyślacie, ale nie do końca. Odkrywa w sobie moce, ale nie czuje się na siłach. Próbując odnaleźć pająka, odkrywa przypadkiem tajemniczą maszynę zwaną Zderzaczem. Wskutek odpalenia dochodzi do trzęsienia ziemi oraz śmierci Spider-Mana, który próbował powstrzymać Kingpina. W tym samym czasie w Nowym Jorku pojawia się kilku Spider-Manów z różnych wymiarów świata.

spider-verse1-2

Już na samym początku twórcy sugerują wizualne szaleństwo, gdzie czołówki zaczynają się nakładać na siebie. Stylistyczny kolaż, od którego można dostać oczopląsu, sprawiający wrażenie niemal żywcem wzięty z komiksu (włącznie z użyciem paneli czy onomatopei). Wynika to z obecności różnych Spider-Manów: od dziewczyny z mangi i towarzyszącym jej robotem przez detektywa z czarnego kryminału, pstrokatą Gwen Stacy po kreskówkowego Spider-Hama (pół pająk-pół świnia) oraz Petera Parkera w wieku dorosłym. Każdy z nich – mimo różnych czasów i konwencji – ma bardzo zbliżoną historię, co dla twórców staje się źródłem jednego z gagów. Ale jeśli nasze Pajęczaki nie wrócą do siebie, zginą, więc stawka jest wysoka.

spider-verse1-3

Akcja niemal non-stop pędzi na złamanie karku, bardzo rzadko sobie pozwalając na chwilę oddechu oraz przetrawienie wszystkiego. Kamera niemal dostaje ADHD, a jednak wszystko jest bardzo jasne i czytelne. Każde starcie – czy to kradzież laptopa z laboratorium, konfrontacja w domu ciotki May czy finał pod Zderzaczem – wygląda niesamowicie, balansując między powagą a zgrywą. Spora ilość humoru może być wielkim zaskoczeniem, gdzie żarty są jak w szwedzkim stole: od slapsticku przez popkulturowe odniesienia czy mignięcia dla fanów komiksów o Pajęczaku. Dość szybko poznajemy różne wersje Spider-Manów i każda z nich jest na tyle wyrazista, że mnie obchodził ich los. Mimo faktu, że „Uniwersum” jest origin story Milesa Moralesa jako Spider-Mana. Szalenie satysfakcjonującym, z obłędną muzyką Daniela Pembertona, która miesza symfoniczne brzmienia z hip-hopem, tworząc kolejny dźwiękowy koktajl Mołotowa.

spider-verse1-4

Również oryginalny dubbing robi fantastyczna robotę. Shameik Moore cudownie spisał się jako Morales, pokazując bardzo przekonującą przemianę z nieśmiałego i wystraszonego chłopaka aż po troszkę bezczelnego i odważnego chłopaka, co podąża swoją drogą. Jednak dla mnie absolutnym strzałem w dziesiątkę był 40-letni Peter Parker, czyli głosowo Jake Johnson. Parker w jego wykonaniu to facet, któremu życie się posypało i w zasadzie nie ma żadnego celu. Spotkanie z Milesem przypomina początkowo zderzenie cynicznego, wypalonego herosa z zapalonym entuzjastą, jednak z czasem – choć w dość nieoczywisty sposób – staje się wspierającym mentorem. Sporo też dodał rozbrajający Spider-Ham (John Mulaney), bardzo wycofana Gwen (cudowna Hailee Steinfeld) oraz twardy Spider-Man Noir z głosem samego Nicolasa Cage’a (nie sądziłem, że dożyję chwili, gdy Cage zagra Człowieka-Pająka). Jest jeszcze wiele innych znanych głosów, ale odkrycie ich pozostawię wam.

spider-verse1-5

Ja widziałem w życiu wiele animacji, ale czegoś takiego jak „Spider-Man: Uniwersum” nie potrafię porównać do czegokolwiek. Surrealistyczno-awangardowo-mainstreamowa hybryda, po obejrzeniu której chce się tylko jednej rzeczy: sequela. Głównie, by lepiej poznać działanie multiwersum i zobaczyć, co jeszcze twórcy wymyślą.

9/10 + znak jakości

PS. Scena po napisach w tym filmie to jedna z najlepszych scen w historii adaptacji Marvela.

Radosław Ostrowski

Titan – nowa Ziemia

Wiek XXXI dla ludzkości był czasem prosperity oraz wielkiego rozwoju technologicznego. Jednym z nowych osiągnięć jest projekt Tytan – potężny statek, który mógłby pomóc w odbudowaniu planety na wypadek jej zagłady. I wtedy dochodzi do ataku planety przez Drejów, którzy widzą w Ziemianach zagrożenie. Ziemia zostaje ostatecznie zniszczona, a ocalałe niedobitki krążą po całym kosmosie. Jednym z ocalałych jest Cale, syn twórcy Tytana, obecnie pracujący fizycznie. Po 15 latach trafia do niego przyjaciel ojca, kapitan Corso ze swoją załogą i informuje go, że chłopak ma ukrytą mapę z lokalizacją Tytana. Drejowie ruszają za nimi w pościg.

titan ae2

Ostatnia animacja zrobiona przez Dona Blutha w zasadzie jest klasyczną opowieścią przygodową w otoczce SF. Ma wiele znajomych elementów w rodzaju bohatera mimo woli, wyrazistego mentora, który okazuje się zdrajcą, romantyczną relację, wreszcie zagrożenie nie z tego świata. Fabuła jest prościutka, zaś wszystko zmierza w oczywistym, bardzo przewidywalnym kierunku. Dobrzy wygrywają, źli dostają łomot (niektórzy dostają szansę na odkupienie) i wszystko jest bardzo fajnie. Ale w tym leżała siła tego filmu.

titan ae3

Albowiem „Titan” pochodzi z czasów, kiedy postanowiono połączyć klasyczną, dwuwymiarową animację postaci z trójwymiarowym tłem. Tym ostatnim są m.in. statki kosmiczne, wygląd planet, maszyneria itd. W dniu premiery robiło to piorunujące wrażenie jak choćby w scenie lotu przez planetę starożytnych kosmitów czy niszczenia Ziemi. To się trzyma równie dobrze jak w przypadku disnejowskiej „Atlantydy”. Równie fantastycznie pasuje do tego wszystkiego muzyka, gdzie obok rockowych numerów dostajemy mocarne, orkiestrowo-elektroniczny mix od Graeme’a Revella.

titan ae1

Jednak fantastyczna realizacja plus udany dubbing ze znanymi aktorami w obsadzie (m.in. Matt Damon, Bill Pullman, Nathan Lane czy Ron Perlman) to jednak za mało, by mówić o niesamowitym filmie. Leży tu scenariusz, gdzie akcja miejscami dzieje się szybko i sprawia wrażenie troszkę niedoszlifowanego. Za dużo jest tutaj klisz i zbyt mało mnie to obchodziło, zaś zmiana zachowania u kilku postaci wydaje się za szybko. Sam świat wygląda imponująco i mógłby być interesujący, jednak to wszystko jest płytkie, za proste, przewidywalne. Warto tylko dla wizualiów.

6/10

Radosław Ostrowski

Mortal Kombat Legendy: Zemsta Scorpiona

Chyba każdy – nawet nie-gracz – słyszał o marce Mortal Kombat. Seria bijatyk skupiona na międzywymiarowym turnieju doczekała się aż 11 części, dwa filmy pełnometrażowe oraz reboot z tego roku. W tzw. międzyczasie pojawiła się osadzona w świecie gry animacja „Zemsta Skorpiona”. I ku mojemu zdumieniu, wyszła lepiej niż się spodziewałem, choć nie w każdym aspekcie.

Jak sam tytuł sugeruje, fabuła – teoretycznie – skupia się na wojowniku później znanym jako Scorpion. Naprawdę nazywał się Hanzo Hassashi i był wojownikiem ninja z klanu Shiral Ryu. Kiedy go poznajemy razem z synem obserwuje skorpiona walczącego z mrówkami. Wracając do domu zastaje członków swojego klanu oraz żonę wymordowanych. W ślad za nim ruszają zabójcy, kierowani przez niejakiego Sub-Zero. Ucieczka kończy się jednak klęską i śmiercią syna na oczach Hanzo. Ten trafia do Czeluści, gdzie ma stać się kimś w rodzaju Prometeusza. Tracić fragmenty ciała, wyć z bólu i cierpieć, nie umierając. Ale Hanzo jest wojownikiem, więc udaje mu się wyrwać z uwięzienia i trafić do p.o. władcy Czeluści, maga Quan Chi. Ten daje mu szansę na ożywienie zmarłych członków rodziny w zamian za klucz do uwolnienia swojego boga, Shinnoka. Przedmiot jest w rękach Shang Tsunga, na którego wyspie odbędzie się turniej Mortal Kombat.

Kwestia zemsty Hanzo, który później zmienia się w Scorpiona to tylko jeden z wątków tego filmu. Drugi dotyczy turnieju Mortal Kombat oraz uczestniczącym w nich reprezentantach ludzi: Sonyi Blade, Liu Kanga oraz Johnny’ego Cage’a (jakiekolwiek pokrewieństwo z Nicolasem Cage’m wykluczone). Poznajemy ich motywacje i ich charaktery – dość szybko – przeskakując między tą trójką z Raidenem oraz Scorpionem. Może to paru osobom przeszkadzać, bo jednak w tytule jest Scorpion. Ale ta historia działa, mimo pewnej przewidywalności. Dużo jest fan service’u, co dla fanów gier będzie wielką frajdą.

Sceny walki oraz sama kreska przypomina dzieła anime, a mi wręcz budziła skojarzenia z… „Castlevanią” Netflixa. Jest jak tamta produkcja krwawa i brutalna, z rozciętymi kończynami, wiadrami krwi, a nawet znanymi z gier X-Rayami (pokazanie pękniętych kości po ciosie). Nie jest aż tak szczegółowa jak w produkcji Netflixa, a sama kreska wydaje się być prosta, wręcz ręcznie rysowana. Pasuje to do brutalnego, onirycznego świata z gier. Postacie też są wiernie oddane pod względem charakteru: od narcystycznego Cage’a i twardą Sonyę po podstępnego Shang Tsunga oraz małomównego Scorpiona.

Finał filmu zapowiada kontynuację i mam nadzieję, że powstanę. Seria „Mortal Kombat Legendy” może stać się szansą na nową franczyzę. świetna robota, aż chce się powiedzieć: Flawless victory!

7,5/10

Radosław Ostrowski

Sekret księgi z Kells

Aż zadziwiająca jest droga studia Cartoon Saloon. Irlandzcy animatorzy, tworzący staroszkolne filmy rysunkowe, uwagę widzów na całym świecie zwrócili debiutem z 2009 roku. Tak jak w wielu swoich późniejszych filmach, opowieść czerpie z irlandzkiej mitologii oraz tradycji.

sekret kells1

„Sekret księgi z Kells” skupia się na młodym mnichu Brendanie, przebywającym w tytułowym klasztorze w irlandzkim Kells. Jej wuj, będącym opatem, stara się ochronić okolicę przed siejącymi terror Wikingami, co zabijają i kradną złoto. Wszystko się zmienia w momencie, kiedy do klasztoru przybywa słynny iluminator, brat Aiden z Iony. Mnich przetrzymuje ze sobą księgę swojego klasztoru, zawierającej całą wiedzę oraz niesamowite ilustracje. I to Aiden prosi Brendana o pomoc w dokończenie księgi, choć dla chłopaka może oznaczać to nieposłuszeństwo wobec wuja.

sekret kells3

Film w zasadzie jest prostą opowieścią o chłopaku, który zostaje zderzony z dwoma światopoglądami. Pierwszy, reprezentowany przez wuja, oznacza izolację, bezpieczeństwo i poczucie samotności. Tylko, że poczucie bezpieczeństwa jest złudne, a izolacja nie pozwala nieść światła w świecie mroku. Druga postawa, brata Aidena, oznacza ryzyko, otwartość i przenoszenie się z miejsca na miejsce. Jaka opcja wygra, odpowiedź może wydawać się jasna. Jeszcze bardziej intrygują sceny, kiedy chłopak zaczyna mieć wizje tego, co się wkrótce wydarzy lub wydarzyło. Chociaż wydaje mi się, że Brendan nie jest do końca tego świadomy. A chłopakowi w pracy nad księgą będą towarzyszyć istoty nie z tego świata: wróżki Aishley oraz niepokojącego Crome’a.

sekret kells2

Jak wiele produkcji studia Cartoon Saloon, „Sekret księgi z Kells” jest ręcznie rysowaną animacją. Ale najbardziej zadziwiające w tej produkcji jest bardzo częste wykorzystywanie koła. Wiele rzeczy jest tutaj zaokrąglonych: klasztor otoczony murami (widok z góry), drzewa czy ilustracje księgi. Wszystko okraszone celtycką mitologią, celtycką muzyką (świetną – co z tego, ze napisał ją Francuz?) oraz świetnym dubbingiem.

Muszę jednak przyznać, że większe wrażenie zrobiły na mnie „Sekrety morza” oraz „Sekret wilczej gromady”. Być może wynika to z banalnej historii czy lepszej animacji w następnych filmach. Niemniej jest to solidna, urocza animacja w starym stylu.

7/10

Radosław Ostrowski

Castlevania – seria 4

Wszystkie dobre rzeczy kiedyś muszą się skończyć. Byłem troszkę zasmucony na wieść o tym, że czwarty sezon „Castlevanii” będzie jednocześnie finałem. Bo finałowe sezony Netflixowi rzadko się udawały, więc obawy były spore. I jak się zakończy ta historia ostatniego z Belmontów, towarzyszącej mu Mówczyni oraz przebywającego w zamku syna Draculi.

castlevania4-1

Ale Zło jeszcze nie zostało ostatecznie pokonane, a nasi bohaterowie bezustannie walczą i czują się tym już zmęczeni. Sprawa jednak jest poważna i nie chodzi tylko o żądną krwi Carmillę, lecz też o tajemniczego Varneya – jak sam się określa, „wielki jebaka z Londynu zanim się nazywał Londynem”. Towarzyszy mu zabijaka Ratko, zaś ich plan jest bardzo prosty: wskrzesić Draculę, by wymordował ludzkość. Trevor z Syphą trafiają do Targoviszte, gdzie wszystko się zaczęło. Czy też się skończy?

castlevania4-2

Wątków jest sporo, a odcinków tylko dziesięć, więc jak Warren Ellis z reżyserem Samem Deatsem posklejają to wszystko? Efekt zaskoczył mnie bardziej niż sądziłem. Bo wątków i postaci jest od groma – bo wracają Carmilla z siostrami, kowale Hector i Isaac, a nawet szukający swojej miłości alchemik Saint Germain – nowe jeszcze bardziej komplikują sprawę, zaś potwory mordują z bezwzględnością i odrzucają chorym wyglądem. Nadal jest krwawo i bez miłosierdzia dla monstrów, ludzi ani widza. Na szczęście twórcy nie zapominają o relacjach między postaciami oraz ich ewolucji. To ostatnie najmocniej widać choćby u kowala Isaaca, który prowadzi armię nocnych stworzeń. Początkowo wydawał się chłodnym, ale całkowicie wspierającym Draculę sługą. Ale zdarzenia z poprzedniej serii zweryfikowały jego przekonania wobec ludzkości.

castlevania4-3

Tak samo jest z Alucardem, który zostaje poproszony o pomoc mieszkańcom pobliskiej wioski. Nieufność wobec ludzi zostaje przełamana przez przywódczynię wioski, Gretę. Nie traktuje go jako wroga czy dziwaka, tylko uważnie słucha, ale i potrafi powiedzieć bez owijania w bawełnę. Nie wspominam też o Syphie, która przebywając z Belmontem staje się nerwowa i potrafi rzucić mięchem. Zaskakuje to, że twórcy – mając pozornie niewiele czasu – dają szansę na bliższe poznanie każdej istotnej postaci. Dzięki temu nikt nie jest jednoznacznie dobry ani zły, co jest dla mnie największą siłą scenariusza tego serialu.castlevania4-4

Walka nadal jest bardzo dynamiczna, ale nigdy nie staje się chaotyczna i nie gubimy się w śledzeniu każdego ciosu. Pomaga w tym świetna kreska, nadal czerpiąca garściami z japońskich anime. I nie ważne, czy widzimy wampirzycę walczącą na polu bitwy, Belmonta w pojedynku z Ratką czy finałową konfrontację. Tu się dzieją rzeczy godne kina wojennego czy akcji, zaś wiele pojedynków również potrafi zachwycić wizualnie jak walka Carmilli z Isaakiem na posadzce pełnej krwi. To jest popis animatorów i montażysty, a także wyobraźni scenarzystów. Wielu może rozczarować ostatni odcinek, gdzie wiele rzeczy zostało zamkniętych i bywa czasem za słodko czy momenty, gdy parę kluczowych postaci usuwa się w cień. Ale chyba czegoś takiego potrzebowaliśmy po mrocznych, przerażających czasach.

castlevania4-5

Czwarty sezon „Castlevanii” pokazuje jak znakomicie jest to zrealizowana produkcja i słusznie można ją nazwać najlepszą adaptacją gry video. Konsekwentnie prowadzona narracja, świetny dubbing, bardzo wyrazista kreska – tutaj nie ma absolutnie zbędnych scen czy dialogów. Zaś finał dał mi wiele, wiele satysfakcji. Troszkę żal się żegnać z „Castlevanią”, jednak jeśli już to zrobić, to kiedy serial jest w formie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Miłość, śmierć i roboty – seria 2

Kolejny sezon antologii Netflixa od Tima Millera i Davida Finchera. Tym razem jednak jest tylko osiem odcinków, z których najdłuższy trwa niecałe 20 minut. Nadal są to opowieści SF, opartym na opowiadaniach takich autorów jak J. G. Ballard czy Harlan Ellison. I tak jak w przypadku pierwszej serii, nie wszystkie historie powalają.

Od szybkich, wręcz anegdotycznych strzałów, co stawiają więcej pytań niż odpowiedzi jak historia o monstrach ukrytych w wysokiej trawie czy makabrycznym św. Mikołaju aż po tworzenie bardzo intrygujących światów oraz koncepcji. Problem jednak w tym, że ilość historii wartych uwagi od wyższych stanów średnich nie jest tak duża jak w przypadku poprzednika. Jeszcze bardziej smuci fakt, że większość odcinków jest utrzymana w podobnej stylistyce animacji (głównie niemal fotorealistycznego stylu, gdzie elementy otoczenia i postacie wyglądają jak z filmu fabularnego). Brakuje mi tu różnorodności wizualnej jaką proponowała pierwsza seria, a o braku poczucia humoru nawet nie wspominam. Aspekt horroru niby jest obecny (opowieść z odkurzaczem czy z popsutym robotem naprawiającym w bunkrze), jednak nie działa tak mocno.

milosc smierc i roboty2-2

Więcej też jest takich krótkich opowiastek. Poza w/w dwójką trudno zapomnieć opowieść o walce starszej pani z zepsutym robotem sprzątającym oraz… doradcą klienta. Jest też bardzo porządna historia ściganego gościa z powodu nieśmiertelności czy wyglądająca niczym z doliny niesamowitości ostatnia opowieść o znalezionym na brzegu ciele olbrzyma.

milosc smierc i roboty2-1

Ale jeśli miałbym wskazać odcinek, który mnie najbardziej powalił, to byłby odcinek trzeci. Estetycznie bardzo cyberpunkowy, przypominający „Blade Runnera” opowieść, gdzie mamy życie wyższych sfer oraz nędzę biedoty. Bardziej jednak interesuje tutaj koncept życia wiecznego ludzkości w zamian za… brak dzieci. Dzieci tutaj są zabijane przez policjantów, pełniących rolę regulatorów. I poznajemy jednego stróża prawa, który zaczyna mieć wątpliwości. Ewidentnie odcinek prowokujący do myślenia, co dają niektóre świetne produkcje SF.

milosc smierc i roboty2-3

Problem z drugą serią „Miłości, śmierci i robotów” jest taki, że brakuje tutaj mocnego kopa oraz takich zaskoczeń jak w pierwszej, bardziej różnorodnej serii. Nie jest aż tak zróżnicowana tematycznie i wizualnie, przez co nie powala. Mogę mieć tylko nadzieję, że zapowiedziany na przyszły rok trzeci sezon podbuduje reputację antologii.

6,5/10

Radosław Ostrowski