Mustang z Dzikiej Doliny: Droga do wolności

Nie spodziewałem się, że doczekam się kontynuacji (poniekąd) „Mustanga z Dzikiej Doliny” po 20 latach. Bo co nowego można opowiedzieć w historii o dzikim mustangu na Dzikim Zachodzie? I czemu zdecydowano się na kontynuację po tylu latach? „Droga do wolności” w zasadzie opiera się na serialu Netflixa niż na animacji DreamWorksa i to chyba wyjaśnia czemu mnie to rozczarowało.

Główną bohaterką jest Lucky Prescott, która jest wnuczką biznesmena, aspirującego do urzędu gubernatora. Jej matką była mistrzyni rodeo, jednak zginęła podczas jednego z występów. Dziewczyna była wtedy dzieckiem, więc nic nie pamięta, ale mieszka u dziadka zamiast ojca. Problem w tym, że Lucky nie potrafi odnaleźć się w świecie wyższych sfer i wywołuje spory ferment. Nawet ciotka Cora nie jest w stanie ujarzmić jej temperamentu. Dlatego po kolejnej wpadce dziewczynka zostaje odesłana na wakacje do ojca, którego w zasadzie nie zna. Jak się tam odnajdzie?

Fabuła jest banalna i oparta na prostych kontrastach postaci: niepokorna Lucky, sztywna ciotka Cora, przygnębiony ojciec Jim, twardzi kowboje, empatyczny ranczer. Niestety, każda z postaci jest płaska, szablonowa oraz nieszczególnie interesująca. Nawet zatrudnieni do ich zagrania aktorzy (i to nie byle jacy, bo są m.in. Julianne Moore, Jake Gyllenhaal czy Walton Goggins) nie mają pola do manewru. Lucky zaprzyjaźnia się z innymi dwoma dziewuchami – jedna to czarnoskóra córka ranczera, druga to blondwłosa twardzielka, co ma brata-naciągacza oraz fałszuje okrutnie. Cała ta trójka od razu ma na pieńku z przybyłymi kowbojami, którzy mają tylko jeden cel: ujarzmić dzikie konie i sprzedać je. A jednym z tych koni jest mustang, bardzo podobny do tego z oryginału. Ale ich lider uważnie przygląda się jak dziewczyna próbuje się do niego zbliżyć w mniej siłowy sposób. Co z tego wyniknie? Wiadomo, bo tu wszystko widać jak na dłoni. Tutaj dzieci są o wiele sprytniejsze i mądrzejsze od dorosłych (nawet od bandytów, których inteligencja jest gdzieś na poziomie bohaterów Looney Tunes).

Sama kreska też jest najwyżej przeciętna, pozbawiona detali i jakby skrojona pod produkcję telewizyjną. Niby jest płynna, ale szału nie robi. Nawet poprzednie produkcje DreamWorks wyglądały o wiele lepiej pod tym względem. Humoru jest bardzo na lekarstwo i jako dorosły nie miałem żadnej przyjemności. Nawet sceny galopu koni czy jazdy na nich wyzwalały we mnie tylko obojętność, a to jest najgorsze uczucie jakie może trafić się podczas seansu.

Nie mogę potraktować tego filmu inaczej niż w kategorii bezczelnego skoku na kasę i to jeszcze niskim kosztem. Reżyserzy bez doświadczenia, słaba historia, nieciekawi bohaterowie oraz archaiczna animacja – nie bardzo wiem, komu można polecić taką miernotę.

4/10

Radosław Ostrowski

Minionki: Wejście Gru

Najbardziej ikoniczne istotki studia Illumination, czyli Minionki powracają. Nie byłem jakimś wielkim entuzjastów spin-offu serii „Jak ukraść księżyc”. Za dużo gagów zbyt prostych oraz ogranych, bym mógł się na tym świetnie bawić. Pierwsze „Minionki” zakończyły się w momencie, gdy nasze żółte ziomki trafiły do Gru. Teraz poznajemy początki działalności, gdy jeszcze był dzieckiem.

minionki2-1

Tym razem jesteśmy w połowie lat 70., gdzie działała grupa złodziei zwana Vicious Six – najlepszych, nieuchwytnych i przebiegłych złoczyńców. Teraz szykują najważniejszy skok, czyli kradzież Kamienia Zodiakalnego oraz użycie go podczas chińskiego Nowego Roku w San Francisco. Cała akcja się udaje, jednak szef zespołu Wściekły Kułak zostaje zdradzony i porzucony przez resztę ekipy. Dlatego złoczyńcy organizują casting na nowego członka zespołu. To jest szansa dla 12-letniego Gru, by zabłysnąć i spełnić swoje marzenia o swoim ukochanym, bandyckim życiu. Jednak z racji wieku nie jest traktowany poważnie, więc kradnie kamień, przez co zostanie porwany. Więc nasza ekipa chaotycznych Minionków będzie robić za Liama Neesona, lecz ostatnie bliżej im będzie do działań porucznika Drebina z „Nagiej broni”.

minionki2-2

W porównaniu do pierwszego solowego wejścia Minionków ten film ma bardziej zwartą fabułę i jest czymś więcej niż ciągiem gagów. To jest wręcz heist movie, który miesza różne gatunki oraz konwencje, co czuć od początku. Dostajemy pościg na motorze, następnie scenę zdobycia kamienia niczym z Indiany Jonesa, by na finał dostać czołówkę a’la James Bond. Mało wam? Odrobina fantastyki, demolka, pościgi, mocno absurdalny humor oraz jedna cudna retrospekcji, jakiej nie powstydziłby się Guy Ritchie. Plus (chyba najlepsze momenty filmu) trening kung-fu. Humor oraz akcja są zbalansowane (w finałowej konfrontacji to wręcz idą ręka w rękę), intryga pędzi niczym uderzane kulki na flipperze, zaś wszystko przeplatane jest morałem o sile przyjaźni oraz lojalności w świecie, gdzie jest ona towarem deficytowym.

minionki2-3

Już bliżej jest klimatem do głównej serii, co jest też zasługą relacji między Gru a Kułakiem – od porwania i antagonizmów po sympatię, wręcz szacunek, a nawet zaczyna iść w kierunku mentor-uczeń (improwizowany napad na bank). Wygląda to też świetnie, w tle gra bardzo dynamiczna muzyka, zaś finał – spektakularny i widowiskowy, trzyma w napięciu do końca. Także polski dubbing w reżyserii Bartosza Wierzbięty trzyma poziom, a wracający do roli Gru Marek Robaczewski znowu błyszczy.

minionki2-4

„Wejście Gru” jest oddechem świeżości w serii po pierwszym spin-offie, który dostarcza o wiele więcej zabawy niż sądziłem. Dużo śmiechu, sporo akcji, niegłupi morał oraz miejscami wariackie tempo stanowią gwarancję świetnej zabawy zarówno dla dzieci, jak i ich rodziców.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kosmiczny mecz

Są takie filmy, które jak się oglądało za dzieciaka, wydawały się najlepszymi dziełami świata. Taki też był “Kosmiczny mecz” z 1996 roku. Tam było wszystko, co mogło się wtedy młodemu kinomanowi podobać: postacie ze Zwariowanych Melodii, ówczesny bóg kosza Michael Jordan oraz decydujący mecz z wysoką stawką. Czego chcieć więcej? Dzisiaj już trochę inaczej się na to patrzy.

Bo powiedzmy sobie to wprost: film Joe Pytki to w zasadzie reklama Michaela Jordana. Sama fabuła jest prosta jak konstrukcja cepa. Otóż Jordan decyduje się wycofać z gry w koszykówkę na rzecz baseballa. Delikatnie mówiąc ten transfer – jaki miał zrobić i planował w dzieciństwie – nie wyszedł zbyt dobrze. Niby członkowie rodziny oraz drużyny wspierają go, ale sportowiec jest świadomy, że ssie. Jednak będzie zmuszony wrócić na parkiet kosza. Dlaczego? Królik Bugs i reszta ferajny gra o swoje życie z kosmitami Moron Planets. W czym haczyk, bo kosmici są mali oraz  niegroźni (chyba, że użyją broni)? Robaczki zmieniły się w potężne, przypakowane mutanty. Nie jest dobrze.

Historia nie jest specjalnie oryginalna, jednak wszystko zależy od realizacji. Tutaj mamy kino familijne, które miesza animację z żywymi aktorami oraz film sportowy. Taka mieszanka sama w sobie nie jest niczym zaskakującym, bo animację z żywymi aktorami na taką skalę robił choćby “Kto wrobił królika Rogera?” (interakcje nadal robią świetne wrażenie). Przewidywalne jest to bardzo, tak samo jest bardzo skrótowo opowiedziane. W zasadzie jest tylko jedna scena treningu, sporo jest też czasu wokół koszykarzy, którym talent “kradną” kosmici – co przez pewien czas daje frajdę, lecz z czasem staje się zapychaczem. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że scenariusz jest chaotyczny.

Humor jest mocno slapstickowy i oparty na absurdzie znanym z kreskówek. Muszę przyznać, że to nadal działa, co jest zasługą masy znajomych postać. Oczywiście, królik Bugs i kaczor Duffy przekomarzają się ze sobą, Diabeł Tasmański jest rozpędzony niczym pociąg TGV, kot Sylwester poluje na kanarka itd. Animacja też prezentuje się bardzo dobrze i nawet komputerowe tło nie irytuje. Nowe postacie (robaczki oraz szef parku rozrywki z kosmosu) nie odstają poziomem wykonania od klasycznych postaci. Drobną perełką jest cameo Billa Murraya, który wręcz desperacko chce zostać koszykarzem. No i sama sekwencja meczu broni się wykonaniem.

Ostatecznie dzieło Pytki prezentuje się naprawdę nieźle. Samo połączenie animacji z live-action przetrwało próbę czasu, jednak sama historia nie powala. Obecność Jordana oraz naszych animowanych kumpli to za mało na dobry film. Ale w formie seansu z młodymi dziećmi to odpowiednia propozycja.

6/10

Radosław Ostrowski

To nie wypanda

Pixar od 1995 roku to marka sama w sobie. Mistrzowie animacji z Emeryville mieli swoje wzloty i upadki, jednak ich animacje zawsze potrafiły oczarować. Jeśli nie fabułą, to przynajmniej jakością techniczną na najwyższym poziomie. W 90% potrafi opowiadać o ważnych i poważnych sprawach, jednocześnie dostarczając rozrywki widzom w każdym wieku. Nie inaczej jest w przypadku najnowszego dzieła, czyli “To nie wypanda”. Niby kolejna opowieść osadzona w innej kulturze (w sensie – nie-białych), ale jednocześnie jest bardzo uniwersalna.

Akcja jest osadzona w Kanadzie roku 2002, a jej bohaterką jest pochodząca z Chin Meimei. Dziewczyna ma 13 lat, chodzi do szkoły i razem z rodziną zajmuje się świątynią (najstarszą w mieście), gdzie z matką modlą się do swoich przodków. Mei ma pewne problem, bo chce zadowolić wszystkich: matkę, swoje kumpele (nabuzowana Miriam, wycofana Priya i sarkastyczna Abby), co są fankami k-popowej kapeli 4-EVER i zasuwa na wszystkich zajęciach. Ale pewnego dnia Mei się budzi i… w niczym nie przypomina siebie. Tylko dużą, włochatą, czerwoną pandę, co wywołuje w niej wściekłość bestii. Jeszcze większy gniew wynika, gdy Mei odkrywa, iż w jej rodzinie jest to dziedziczne i każda kobieta otrzymuje “w spadku po przodkini” pandę, która uruchamia się pod wpływem silnych emocji. Można się jej pozbyć tylko po odbyciu pewnego rytuału. A jeszcze planowany jest koncert ich kochanego boysbandu.

“To nie wypanda” jest debiutem Domee Shi i czuć wpływy azjatyckich animacji. Chodzi mi głównie o ekspresję twarzy (szczególnie oczęta), zabawę montażem I ogólną estetykę. W połączeniu z dużym budżetem i amerykańską wrażliwością tworzy to mieszankę wybuchową. Tematyka jest jasna: zderzenie nastolatki, która zachowuje się jak nastolatka oraz jej nadopiekuńczej (do tego stopnia, że aż upokarzająca) matki, mającej z góry zaplanowaną jej przyszłość. Jak pogodzić oczekiwania oraz swoją tradycję z byciem sobą? – oto jest zagwozdka oraz clue całego filmu. Czy żyć razem ze swoją wewnętrzną bestią, czy może ją wypędzić? No I jak zebrać kasę na bilet do koncertu swojego ukochanego bandu? Z perspektywy dorosłego ten ostatni problem może wydawać się co najmniej niedorzeczny, ale dla nastoletniej osoby jest to kwestia niemal życia i śmierci. Czy ona będzie w stanie iść własną drogą?

Sam proces dojrzewania z jednej strony jest ogrywany bardzo komediowo, z masa slapstickowego (I nie tylko) humoru jak podczas pierwszego “wejścia” pandy. Z drugiej jednak jest pare rzeczy pokazanych w bardzo szczery sposób. Mei zaczyna zwracać uwagę na chłopaków (jeden nawet się śni w dość wykręcony sposób), nie do końca panuje nad swoimi emocjami, wyczuwa swoje niezbyt przyjemne zapachy. I zaczyna się buntować, a relacje z matką pogarszają się. Dziewczyna przestaje poznawać samą siebie, co budzi w niej strach. I tutaj twórcy pokazują to bez cienia fałszu oraz używania klisz, choć fabuła jest przewidywalna, zaś niektóre elementy (sposób zebrania kasy) budzą wątpliwości. Ale realizacja to inny temat: animacja jest wręcz zachwycająca jak choćby podczas gotowania obiadu (warzywa oraz poszczególne składniki wyglądają wręcz fotorealistycznie), stylizowana na japońskie anime. Finał mocno idzie w stronę czegoś a’la “Godzilla”, polane jeszcze sosem z dawnych wierzeń. Mnie to kupiło, zaś Mei nie irytowała o co było łatwo przy tym stylu wizualnym.

Z ostatnich produkcji Pixara “To nie wypanda” jest najbardziej przyziemnym tytułem, gdzie element nadprzyrodzony jest tylko tłem. Bardzo zabawna, miejscami poruszająca oraz dostarczająca sporej zabawy produkcja. Dorośli mogą odnaleźć w niej siebie i spojrzeć na siebie z czasów młodości, by przemyśleć parę spraw. Magicy z Emeryville znowu dowieźli.

8/10

Radosław Ostrowski

SpongeBob Film: Na ratunek

Żółta gąbka mieszkająca w oceanie i pracująca w restauracji zarządzanej przez pana Kraba. SpongeBob jest jedną z najpopularniejszych postaci stacji Nickelodeon, co jest zasługą Stephena Hillenburga I ciągnie się ta seria od 1999 roku. Nie była w stanie tego przerwać nawet śmierć twórcy w 2018 roku. SpongeBob doczekał się także trzech filmów pełnometrażowych, z czego ostatni miał premierę dwa lata temu. Ja byłem już trochę za duży, gdy pojawił się kanał Nichelodeon, więc cała ta mania mnie ominęła. Dlaczego sięgnąłem po “Na ratunek”? powiem o tym później.

Czy trzeba znać poprzednie filmy i serial, by tu wejść? Absolutnie nie, choć na pewno pozwala lepiej poznać postacie tego świata. Podążamy razem z naszym gąbczastym, lecz niezbyt inteligentnym SpongeBobem i jego równie inteligentnym Patrykiem Rozgwiazdą. Bob mieszka razem ze swoim przyjacielem, ślimakiem Garym. Interes kwitnie, a postacie robią to, co zwykle: Skalmar próbuje grać na klarnecie i ma wszystko gdzieś, pan Krab prowadzi interes, wiewiórka Sandy tworzy wynalazki, zaś niski oraz podstępny Plankton chce przejąć interes Kraba. Jak? Kradnąc przepis na jego burger. Zaczyna się jednak orientować, że to nie Krab jest problemem, tylko SpongeBob. Więc nas złol decyduje się porwać jego ślimaka, by wyeliminować problem. A tak się składa, że król Posejdon potrzebuje ślimaka do zachowania swojej urody.

“Na ratunek” jest pozornie prostą historią drogi po odzyskanie swojego kumpla. Problem w tym, że nasi dwaj bohaterowie mają IQ poniżej przeciętnej, co nie ułatwia całej eskapady. Głupawe zachowanie Patryka I Boba jest paliwem komediowym, doprowadzając niemal do granicy absurdu. Slapstick jest tutaj podstawowym źródłem śmiechu, tak jak bardzo przejaskrawione postacie jak robot Otto, co to wszystkich chce zwolnić i kompletnie zawodzi, gdy jest najbardziej potrzebny. Najbardziej łapiący moment to scena snu, gdy nasi bohaterowie trafiają do… miasteczka z Dzikiego Zachodu. Nie animowanego, z żywymi aktorami oraz jednym… zaokrąglonym biegaczem. Z głową Keanu Reevesa w środku. COOOOOOOOOOOOOOO??? To jest dopiero początek szaleństwa, bo jeszcze dwa nieoczywiste cameo. Sama scena wygląda bardzo porządnie i nie wywołuje to zgrzytu.

Jednocześnie twórcy pokazują młode czasy SpongeBoba oraz jaki miał wpływ na swoich przyjaciół. I jest to urocze, nawet ograne odrobinę komediowo (wypowiedź Kraba) oraz okraszone musicalową piosenką. Ładną. Wiem, że dzieci – fani Sponge’a oraz kilkulatkowie – będą oczarowane, lecz dorośli mogą poczuć się lekko wynudzeni. Mnie się w sumie nawet podobało, choć poziom głupoty nie wywoływał takich spazmów jak udział znanych twarzy czy głosów (m.in. Clancy’ego Browna czy… Tiffany Haddish).

Pozostaje nadal porządnie zrobionym filmem, z nietypowym stylem wizualnym oraz kilkoma przyjemnymi niespodziankami w zanadrzu.

7/10

Radosław Ostrowski

Pan Wilk i spółka

Kto jeszcze pamięta czasy, gdy studio DreamWorks było trzecią siłą w kwestii tworzenia amerykańskich filmów animowanych (po Disneyu i Pixarze). Teraz jednak czują oddech konkurencji w postaci choćby Sony, które ostatnio jest na wznoszącej fali. Potrafili parę razy zaskoczyć „Strażnikami marzeń”, „Krudami”, „Kapitanem Majtasem” czy „Trollami”, przeplatając to z rozczarowaniami w rodzaju „Dzieciaka rządzi” czy sequelami „Jak wytresować smoka”. Ale kreatywność i poczucie frajdy wróciło do starej ferajny.

„Pan Wilk i spółka” jest heist movie, gdzie nasi bohaterowie oraz najważniejsze osoby w mieście są… zwierzętami. Ale to nie jest „Zwierzogród”, bo reszta obywateli to ludzie, więc zrzynki nie ma. Spółka pana Wilka to paczka złodziei z różnymi umiejętnościami – pan Wilk to kieszonkowiec, pan Wąż włamywaczem, pani Tarantula pseudo Włóczka hakerką, pan Rekin mistrzem przebieranek, zaś pan Pirania narwanym mięśniakiem, co pod wpływem nerwów pierdzi. Musicie wiedzieć, że smród jego zabójczy jest niczym gaz bojowy. Ferajnę poznajemy jak robi napad na bank i brawurowo ucieka policji, więc decydują się na ambitniejszy skok – kradzież złotej statuetki podczas Gali Dobroczynnej, którą ma otrzymać profesor Marmalade. Czyli najinteligentniejsza osoba, czyniąca dobro w skali kosmicznej, będąca… świnką morską. Co może pójść nie tak?

Jak się okazuje, organizatorzy z panią burmistrz Foxington (tak, jest lisem) byli na to przygotowani i gang wpada w ręce policji. Jednak profesor – pod wpływem perswazji Wilka – chce przeprowadzić eksperyment na kryminalistach, by zaprowadzić ich na ścieżkę dobra. Ale jak się okazuje, na tym polega plan pana Wilka, by… udawać przemianę i dokończyć spartaczoną robotę, będąc poza podejrzeniem. Ale nie wszystko udało się przewidzieć naszym banditos i wpakują się w jeszcze większe tarapaty.

DreamWorks zaskoczyło mnie i to w paru aspektach. Za „Pana Wilka” odpowiada debiutujący reżyser – Pierre Perifel, który do tej pory pracował jako animator w DreamWorks (m.in. przy „Kung Fu Panda”) oraz scenarzysta Etan Cohen (m.in. „Jaja w tropikach”, „Madagaskar 2” czy „Faceci w czerni 3”). Fabuła czerpie garściami z konwencji heist movie (lub jak Amerykanie mówią caper movie) w stylu choćby „Ocean’s Eleven”. Czyli mamy ekipę, jest plan, masa komplikacji, zakrętów, twistów i niespodzianek. A jednocześnie jest to komedia, gdzie nie brakuje docinków, ironii oraz wariackich gagów (choćby podczas brawurowego pościgu na początku filmu). By było jeszcze ciekawiej, jest tu – jak to u DreamWorks – parę odniesień do popkultury dla dorosłych (pierwsza scena niemal żywcem wzięta z „Pulp Fiction”, przeskoki czasowe jak u Guya Ritchie), więc nikt się nie nudzi. Dialogi są świetne, sceny akcji i włamań mogłyby spokojnie trafił na kolejną część przygód Danny’ego Oceana, a w tle gra idealnie dopasowana jazzowa muza mistrza Pembertona.

Sama animacja też była dla mnie sporą niespodzianką, pod względem stylistyki. I nie chodzi mi o płynność, bo to bardzo wysoki standard. Trójwymiarowe postacie wyglądają dobrze, zmieszane z elementami dwuwymiarowymi (m.in. dym palonej gumy), ale także czuć wpływy japońskich animacji (zwróćcie uwagę na twarz policjantów – szczególnie pani Komendant oraz jej ekspresję i wygląd), tworząc koktajl Mołotowa. Jasne, że budżet nie był duży, a szczegółowość nie jest imponująca, lecz nadrabia to stylówką, troszkę przypominając niektóre sceny ze… „Spider-Man: Uniwersum” (może trochę przesadzam).

Widziałem polską wersję językową, za którą odpowiadał Bartosz Wierzbięta i brzmiała naprawdę przyzwoicie. Co mnie zaskoczyło, to był brak odniesień do naszej popkultury (jeśli chodzi o tłumaczenie), czego raczej po tym twórcy się nie spodziewałem. Aktorzy też są dobrani dobrze, choć w większości były to głosy mniej mi znanych aktorów dubbingowych (poza Izabellą Bukowską jako pani burmistrz). Czy chciałbym zobaczyć wersję oryginalną? Z tamtejszą obsadą, gdzie mamy m.in. Sama Rockwella, Richarda Ayoade, Zazie Beats i Awkwafinę – jak najbardziej.

Troszkę szkoda, że „Pan Wilk i spółka” ma premierę w tym samym czasie, co nowy „Top Gun”, bo nie będzie miał zbyt wielkiej szansy na przebicie się do szerszej widowni. A szkoda, bo jest to powrót DreamWorks do formy. Nie jest to może najlepsza animacja tego roku, lecz jeśli szukacie tytułu czysto rozrywkowego, z inteligentnie napisanym scenariuszem oraz wielką frajdą, idźcie śmiało. Wasze dzieci będą się świetnie bawić, a wy nawet jeszcze lepiej. Wilk syty i owca cała.

8/10

Radosław Ostrowski

Nasze magiczne Encanto

60-ta animacja Disneya – kurde, kiedy to się stało? Po wielu wzlotach i upadkach studio nadal dzielnie się trzyma, nie ustępując konkurencji krajowej (Pixar, DreamWorks, Sony). Ciągle potrafi czarować, pieścić oczy i trzyma poziom, bez poczucia zmęczenia. Nieprawdopodobne osiągnięcie, co pokazała zeszłoroczna „Raya i ostatni smok”, a także ich najnowsze dzieło.

Tak jak we wspomnianej „Rai”, „Encanto” eksploruje kolejną mniejszość etniczną, tym razem osadzając w niby-współczesnej, ale quasi-baśniowej opowieści rodzinnej. Nie jest to zwykła familia, lecz rodzina Madrigal, której członkowie posiadają Dar – nadludzką moc (inną dla każdej osoby). Wszystko zaczęło się, gdy nestorka rodu uciekła razem z rodziną (mąż + 3 dzieci) w góry. Niestety, podczas ucieczki zginął jej mąż i wskutek działania świecy powstaje domostwo Castila, zaś w okolicy zbudowane zostaje miasteczko. Od tej pory każdy członek rodziny otrzymuje moce, pomagające służyć społeczności. Wszystko widzimy oczami Mirabel, która jako jedyna żadnego daru nie posiada, przez co troszkę jest widziana jako odrzutek. Tak samo jak widzący przyszłość Bruno, o którym się nie mówi.

Wydaje się, że magia oraz wszelki dobrobyt są w najlepszym porządku. Jednak dziewczyna podczas uroczystości otrzymania Daru przez młodego Antonio ma wizję niszczącego się domu oraz wyparowującej magii. Czyżby wszystkim groziła katastrofa? I dlaczego nikt jej nie wierzy? Mirabel musi wyjaśnić całą sprawę, ale bez wsparcia najbliższych będzie to bardzo trudno.

„Encanto” idzie w stronę realizmu magicznego, zmieszanego z historią obyczajową oraz – a jakże by inaczej – wstawkami muzycznymi. Wszystko to by opowiedzieć o konflikcie między służeniu innym w ramach posiadanego daru (filozofia babci) i wsparciu rodziny a byciu sobą. Bo w którymś momencie ta presja zadowolenia najbliższych staje się sporym balastem, co zaczyna zauważać Mirabel (nie jest to jednak powiedziane wprost, lecz za pomocą… piosenek – fantastycznych). A wszystko skryte jest aurą tajemnicy, związaną z wizją tego, o którym się nie mówi. Odkrywane jest to powoli, lecz bardzo konsekwentnie, pozwalając bliżej poznać każdego członka rodziny (nawet jeśli nie daje mu się zbyt wiele czasu) – głównie skupiając się na babci, Mirabel, jej siostrach oraz ukrywającym się Bruno.

I twórcy zgrabnie balansują między poważnym dramatem a ciepłą, niemal baśniową komedią. Wygląda to przepięknie, ze świetnie wykonanymi scenami muzycznymi (przedstawienie członków rodziny przez Mirabel, dylematy siłaczki Luisy), gdzie nie brakuje popisy kreatywnej wyobraźni. Humor troszkę grany jest dzięki slapstickowym gagom (w czym mocno pomaga sam dom), jednak jest tylko dodatkiem. Bo tak naprawdę chodzi tu o zderzenie tradycji, która tak naprawdę staje się formą opresji oraz dążenia do perfekcji w celu ochrony Daru (postawa babci – dawno nie widziałem na ekranie tak toksycznej matrony) a nie posiadającą go – przez co gorszą – Mirabel. Ta odkrywa kolejne sekrety, dostrzega „pęknięcia” w rodzinie, czy to jednak doprowadzi do scalenia rodziny i przewartościowania pewnych rzeczy?

Niby film podąża znajomymi ścieżkami oraz tropami, ale potrafi zaangażować, oczarować wizualnie, a także czuć w tym serce. Brzmi również świetnie, co jest zasługą muzyki oraz dubbingu. Magia w studiu Myszki Miki nadal istnieje, co dla nas jest tylko korzyścią.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mitchellowie kontra maszyny

Oddział animowany Sony tworzy jak natchnieni na skrzydłach. Seria „Klopsików” czy „Spider-Man: Uniwersum” pokazały, że są w stanie stanowić konkurencję dla Disneya czy Pixara. Jednak swoje najnowsze dzieło zostało sprzedane dla Netflixa. Czyżby było takie słabe, czy może Sony nie wierzyło w komercyjny sukces tego filmu? Tak czy inaczej, „Mitchellowie kontra maszyny” (początkowo noszący tytuł „Połączeni”) trafili na tą słynną platformę streamingową i zebrali bardzo entuzjastyczne recenzje. Czyżbyśmy mieli hicior?

mitchellowie1

Jak sam tytuł wskazuje, bohaterami jest rodzina Mitchellów, czyli tacy bardzo uwspółcześnieni, jeszcze bardziej ekscentryczni Griswaldowie. Matka (Linda) to bardzo sympatyczna, wspierająca wszystkich członków rodziny, ojciec (Rick) to jedyny członek żyjący w „analogowy” sposób ze smykałką do majsterkowania, syn (Aaron) ma kompletnego fioła na punkcie dinozaurów, zaś córka (Kate) marzy o karierze reżysera filmowego. Dlatego zapisuje się na studia filmowe i kręci masę filmików, które trafiają na YouTube. Każde z nich żyje w swoim świecie, a relacje ojca z córką coraz bardziej się psują. Ona za wszelką cenę chce się wyrwać, on jej nie rozumie. Chcąc naprawić tą relację Rick urządza wycieczkę swoim wozem do uczelni. Z całą rodziną, co wywołuje frustrację. A wtedy AI smartfonów Pal decyduje się doprowadzić do zagłady ludzkości. Jak? Wysyłając ich w kosmicznych kostkach poza Ziemię w pizdu. Zgadnijcie, komu udało się umknąć przed oczami Pal i zostać niewidocznym?

mitchellowie2

Sama historia to miks serii „W krzywym zwierciadle” o Griswaldach z „Terminatorem”. Jak rodzina, która za sobą nie przepada, ma uratować ludzkość? Brzmi niedorzecznie i jednocześnie bardzo znajomo, prawda? „Mitchellowie” to mieszanka kina familijnego z akcyjniakiem SF, bardzo rzadko pozwalając sobie na chwilę złapania oddechu. Innymi słowy nie ma tu miejsca na nudę, choć ze względu na inwazję kolorów oraz bardzo dynamiczną realizację najmłodsi widzowie mogą dostać oczopląsu. Poza tym jest parę scen dotykających tematyki dorosłych, a nawet skręcających w bardzo mroczne rewiry (akcja z furby w centrum handlowym). Z jednej strony jest parę zakręconych inscenizacyjnie pomysłów na akcję – głównie w siedzibie Pal, ale z drugiej nadal sercem jest relacja ekscentrycznej rodziny wobec siebie. W szczególności zaś ojca i córki, którzy próbują zrozumieć siebie nawzajem oraz zakopać dzielącą ich przepaść. Jednocześnie próbując uratować świat, co jest karkołomnym zadaniem. Film też podejmuje temat Internetu oraz pewnego uzależnienia od niego. Punktuje wiele ciemnych stron tej relacji człowiek-maszyna, jednak wnioski nie są jednoznacznie negatywne. Wszystko wydaje się zależeć od balansu między życiem wirtualnym a realnym – zdają się nie wprost mówić twórcy. Przy okazji wykorzystując ten wątek do pokazania tej materii w komediowy sposób (szaleństwo po wyłączeniu wi-fi czy reklama „linii lotniczych”).

mitchellowie3

Jednocześnie „Mitchellowie…” pozostają pełnokrwistą komedią, gdzie jest bardzo dużo miejsca na humor. Wynika on zarówno ze zderzenia charakterów, odrobiny sucharowego żartu (pies z absurdalnym wzrokiem), ale też masy popkulturowych odniesień. W końcu nie bez powodu Katie chce być reżyserem. Niektóre są powiedziane wprost, inne mają formę easter eggów, których za pierwszym razem można nie wyłapać. Są też pewne wizualne żarty, gdy mamy stopklatkę i pojawiają się wizualne elementy wzięte z memów, filmików na YouTube czy innych social mediów. Nie jest to może wizualny kolaż w stylu „Spider-Man: Uniwersum”, ale także ubarwia tą wariacką historię.

mitchellowie4

A propos samej animacji, jest ona zachwycająco piękna oraz barwna, ale jednocześnie nie próbuje kopiować stylu Pixara czy Disneya. „Mitchellowie” mają swój własny styl, nie pozbawiony detalów, lecz nie idący w stronę fotorealizmu, troszkę zahaczając o karykaturę. Efekty specjalne też potrafią zachwycić, zwłaszcza podczas konfrontacji z robotami. Nie można oderwać oczu od tych barw, nie doprowadzając do przeładowania sytuacji, akcji oraz kadrów. W tle gra orkiestrowo-elektroniczna muzyka, a voice-over jest fenomenalny (kapitalnie wypada Danny McBride, Maya Rudolph, Olivia Colman czy Abbi Jacobson).

mitchellowie5

„Mitchellowie kontra maszyny” to najlepsza animacja od Sony (a także dostępna na Netflixie). Nie tylko potrafi oczarować animacją, ale jednocześnie serwuje bardzo szerokie spektrum emocji: od wzruszeń do śmiechu. Dzieło zrobione z wielką pasją, odrobiną fantazji oraz wielkim luzem. Nie miałbym nic przeciwko kontynuacji, choć nie wiem, co jeszcze można wymyślić dla tej dziwacznej familii.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Babilon. Raport o stanie wojennym

Stan wojenny był okresem, kiedy władze w kraju przejęła armia. Chodziło o brutalne stłumienie Solidarności za wszelką cenę, co doprowadziło do intensywniejszej inwigilacji, obserwacji oraz opresyjności. Było wiele produkcji osadzonych w tym czasie, a najnowszą zrealizowało TVP. Tym razem zdecydowano się przenieść na ekran „Raport o stanie wojennym” Marka Nowakowskiego, wydany w 1982 roku w drugim obiegu.

Jak z takiego zbioru opowiadań ułożyć jedną opowieść? Reżyser Marek Bukowski wybrał formę mozaiki, prezentując opowieść toczącą się w jednym dniu, ale z kilku perspektyw. Jest 3 maja 1982 roku, a głównym bohaterem – poniekąd – jest młody uczeń, Jacek Korczyk. Na szkolnej tablicy umieszcza apel o przywrócenie do pracy polonistki. To zwraca uwagę dyrektora oraz wojskowego opiekuna, majora Stachonia. Do tego trwają przygotowania do demonstracji na Placu Zamkowym, gdzie wśród milicjantów mamy patrol kaprala Fornalika. Ta epizodyczność jest tutaj bronią obosieczną. Z jednej strony pozwala reżyserowi na pokazanie całej sytuacji z wielu perspektyw: od szarych, wystraszonych obywateli przez opozycjonistów, żądnych krwi milicjantów, co kochają bić pałą aż do osób przy władzy. Nie brakuje tu mocnych, rodzajowych scenek (kolejka przed mięsnym i pojawiający się patrol), które ubarwiają ten świat i zwiastują, że coś wisi w powietrzu.

Z drugiej jednak strony nie ma mowy o stworzeniu postaci z krwi i kości. Z tego powodu nie miałem za bardzo z kim się identyfikować. Niby był porządek oraz konstrukcja, a jednak nie mogłem pozbyć się pewnego zagubienia. Mocny pozostaje za to finał z przeplatanymi scenkami w równoległym montażu, zaś w tle słyszymy „Psalm stojących w kolejce”. Silne uderzenie pod koniec.

Co najbardziej przykuwa uwagę to warstwa formalna, która sama w sobie jest sporym kolażem. Jest to głównie aktorska fabuła, ALE wszystko to przeplata się z bardzo komiksowymi w stylu animacjami. Czy to będącymi osobnym elementem, czy częścią całego obrazka, urozmaicały wizualnie całość. Tak samo wykorzystane materiały archiwalne oraz zaczerpnięta z książki narracja z offu w wykonaniu świetnego Henryka Talara.

Te ubarwienia plus wiele znajomych twarzy sprawia, że „Babilon” okazuje się interesującym eksperymentem do pokazania tego mrocznego okresu naszej historii. Nie zawsze ten film porywa i ma momenty spowolnienia, niemniej dużo interesujących oraz ciekawych rzeczy.

6/10

Radosław Ostrowski

Resident Evil: Wieczny mrok

Fani gier znają survival horrorową serię „Resident Evil”. Przez większość części akcja krążyła wokół korporacji Umbrella, która stworzyła wirusa zamieniającego ludzi w żądne krwi zombie. Po co? By potem zarobić na szczepionce, co odwraca efekt zombifikacji. Samą markę już przenoszono na ekran na początku XXI wieku przez Paula W.S. Andersona, ale z każdą częścią było coraz gorzej, głupiej i zbyt efekciarsko. W tym roku szykuje się nowy film, ale przedtem Netflix zrealizował mini-serial anime z podtytułem „Wieczny mrok”.

Akcja toczy się w roku 2006, zaś głównym bohaterem jest Leon Kennedy – były glina, obecnie agent Secret Service. Fuchę dostał po tym jak uratował córkę prezydenta z rąk zombiaków, choć – jak sam twierdzi – po prostu miał szczęście. Sytuacja jednak zaczyna robić się nieprzyjemna w Białym Domu. Najpierw dochodzi do ataku hakerskiego, a kiedy gorzej już być nie mogło, zaczynają się panoszyć zombie. Jakim cudem? Czyżby doszło do kolejnej epidemii? Kto stoi za tym wszystkim? Leon razem z dwójką agentów ma zbadać sprawę i wyruszają do Chin. W tym czasie pracująca dla organizacji pozarządowej Claire Renfield stara się pomóc mieszkańcom Panamstanu – kraju trawiącego przez wojnę domową. Przypadkiem wpada na trop, że kilka lat wcześniej doszło do jakieś operacji amerykańskiej armii. I pojawiły się tam zombie, czyniąc duże spustoszenie.

Sama historia zadziwiła mnie prostotą i sprawia wrażenie półtoragodzinny film podzielony na odcinki. Jak pierwszy sezon „Castlevanii”, tylko bardziej przyspieszony, co mnie zdezorientowało. Bo jest tu sporo upchnięte: tajny oddział wojskowy, zatuszowana operacja, spisek z użyciem nowego leku, wreszcie wypad do kraju za pomocą okrętu podwodnego. Akcja miejscami naprawdę przyspiesza, jest parę momentów trzymających w napięciu (w teorii) oraz finałową konfrontację ze zmutowanym bydlakiem. Wszystko bardzo przypomina grę komputerową, włącznie ze scenami akcji pokazanymi zza pleców bohatera.

Problem w tym, że serial miejscami za bardzo się powtarza z paroma scenami i dopiero w połowie zaczyna łapać oddech. Intryga też jest przewidywalna, z drobnymi zakrętami oraz oczywistymi momentami. Sama animacja jest dość… specyficzna, nawet jak na produkcję japońską. Z jednej strony próbuje być fotorealistyczna i ruchy postaci są przekonujące, miejscami nawet pokazując parę detali. Jest parę momentów suspensu jak atak szczurów na okręcie. Ale parę scen związanych z wybuchami, demolką nie powalają, tak jak finałowa konfrontacja. No i jest jeszcze otwarte zakończenie, sugerujące kolejną część.

„Wieczny mrok” dla mnie był za krótki, za szybki oraz za mało angażujący. Dopiero w połowie zaczął nabierać blasku, chociaż można było to lepiej rozegrać. Niemniej wyczuwam potencjał i mam nadzieję, że powstanie kolejna część, naprawiająca błędy poprzednika.

6,5/10

Radosław Ostrowski