3000 metrów nad ziemią

Był taki czas, kiedy Mel Gibson znajdował się na szczycie kariery, zarówno aktorskiej i reżyserskiej. Ale pod koniec pierwszej dekady XXI wieku wszystko zaczęło się wykolejać. Antysemickie wypowiedzi, oskarżenia o przemoc domową – to nie jest coś, co przekonuje wielkich bonzo z Hollywood. W 2016 roku po nakręceniu wojennej „Przełęczy ocalonych” i nominacji do Oscara za reżyserię wydawało się, że Australijczyk wraca do łask. Tak się jednak nie stało i nadal aktorsko krąży w kierunku niskobudżetowych filmów klasy B, a nawet jeszcze niższych. A na nową reżyserską produkcję Gibsona trzeba było czekać prawie 10 lat. Ta zaś przepadła w kinach niemal bez echa. Czy była aż tak zła?

Punkt wyjścia „3000 metrów nad ziemią” jest prosty, wręcz banalny. Mamy agentkę federalną U.S. Marshall Madolyn Harris (Michelle Dockery), która schwytała ukrywającego się Winstona (Topher Grace). Ten zgadza się zeznawać przeciwko gangsterowi, któremu liczył kasę w zamian za łagodniejszą odsiadkę. Plan jest taki, aby z Alaski dolecieć na lotnisko niezbyt rzucającym się w oczy samolotem, trzymając się z dala od wszystkich. Poza naszą parką (z czego świadek jest zakuty w kajdanki) leci sprawiający wrażenie rednecka pilot Daryl (Mark Wahlberg). Jednak lot przez góry nie będzie należał do łatwych.

Patrząc na ten film aż ciężko uwierzyć, że reżyserował to Mel Gibson. Australijczyk bardziej znany jest z epickich blockbusterów pokroju „Braveheart” czy „Apocalypto”, więc taki kameralny thriller w powietrzu był dość zaskakującym wyborem. Samo zawiązanie akcji jest sprawne i szybko zrobione, wygląda to nawet nieźle. Ale w momencie lotu w powietrzu (choć nie od razu) zaczynają dziać się problemy. Gibson próbuje balansować napięcie humorystycznymi akcentami, co wychodzi dość różnie: od sucharów Winstona przez seksualne podteksty złola (bo tak, nasz pilot okazuje się mafijnym cynglem, który ma zlikwidować zbiega) po – najlepsze w filmie – rozmowy przez telefon z pilotem Hassanem, próbującym pomóc naszej agentce w prowadzeniu samolotu. Przy okazji próbując też podrywać protagonistkę, co ma pewien urok. Ale wszystko w dół ciągnie przewidywalność oraz sam główny zły. Wahlberg jest mocno przerysowany i nawet (nad)ekspresyjny, stając się najjaśniejszym punktem obsady. Tylko, że jego plan oraz sposób egzekwowania czyni z niego kompletnego idiotę (nawet słabo ukrywa ślady krwi na ciele, czyniąc go podejrzanym), to jeszcze jest dość niezdarny. Ma szczęście i troszkę mu się udaje, bo pozostała dwójka również nie grzeszy inteligencją. I ja wiem, że próba pilotowania samolotu bez doświadczenia jest ważniejszą sprawą, jednak bez obserwowania złego gościa chcącego cię zabić (nawet jeśli jest przykuty kajdankami oraz porażony paralizatorem), nie należy do najlepszych pomysłów. Napięcia i emocji tyle, co podczas obrad Sejmu.

A fakt, że wszystkie sceny w samolocie – poza pokazaniem widoczków i samej maszynki w tle – są kręcone na green screenie, co jest widoczne. Zaś aktorzy dwoją się, troją w celu wykrzesania czegokolwiek, ale efekt jest nierówny. Grace próbuje robić za śmieszka, ale to nie działa, a próba dania głębi nie wychodzi; Wahlberg szaleje i nawet ze swoimi oczami potrafi dać frajdę; zaś Dockery radzi sobie nieźle jako BARDZO poważna agentka po przejściach. Zupełnie jakby każde z nich gra w trzech osobnych filmach. Reszta to w zasadzie głosy, które… są i nie przeszkadzają.

Niby można byłoby obejrzeć tą powietrzną wersję „Speed”, tylko całość jest kompletnie pozbawiona własnego charakteru i bardziej pasowałaby do wypożyczalni VHS albo gdzieś w otchłaniach platform streamingowych. Pozbawiona emocji i napięcia (co w thrillerze jest zbrodnią), nudna, strasznie tania i nieoryginalna produkcja, na którą nikt by nie zwrócił uwagi, gdyby nie nazwiska. Z tego lotu chce się jak najszybciej uciec.

4/10

Radosław Ostrowski

Pele

Pod koniec roku 2022 zmarł Pele – uważany za jednego z największych piłkarzy jakich kiedykolwiek widziała Ziemia. Każdy fan piłki nożnej zna to imię, nawet jeśli nie oglądał jego meczy. Pojawiło się parę filmów tym Brazylijczyku, a najświeższym był dokument od Netflixa z roku 2021.

Tytuł skupia się na sportowej karierze piłkarza zarówno w reprezentacji (powołanie dostał w wieku 17 lat), jak i w klubie Santos. Niby jest to klasyczna forma, czyli „gadające głowy” zmieszane z materiałami archiwalnymi. Wszystko tak naprawdę jednak zależy od dwóch rzeczy: selekcji materiału oraz tego jak „głęboko” udaje się twórcom dokopać do tematu. Wypowiada się nie tylko sam Pele, co jest największym źródłem informacji, ale też koledzy z drużyny i reprezentacji, dziennikarze oraz paru polityków. Wszystko, by nie tylko stworzyć portret niezwykłego człowieka, ale także osadzić go w szerszym kontekście historii kraju. Kraju funkcjonującego od niedawna (Brazylia niepodległa się stała w 1822 roku, a jako republika funkcjonuje od 1889), nie będącego jeszcze potęgą piłkarską. Przynajmniej w 1940 roku, gdy Edson Arantes do Nascimento (tak się naprawdę nazywał Pele) przyszedł na świat.

Sam początek pokazuje, że będziemy mieli huśtawkę. Parominutowy kalejdoskop, gdzie materiały czarno-białe i kolorowe mieszają się ze sobą. Chwile na boisku, prywatne, jak i obrazy brutalnie demonstrowanej manifestacji. Chwila, co? Ciężko to na początku ogarnąć, ale potem wszystko się zaczyna układać w intrygujący portret bardzo utalentowanego piłkarza, który chciał tylko robić to, co kochał. Na boisku walczący, nawet jeśli (w dalszym etapie kariery) szybko faulowany i neutralizowany – dwukrotnie kontuzjowany po drugim meczu na mundialu. Szukający okazji do strzału z każdej niemal pozycji, wspierający swoją drużynę i sprawiający wrażenie człowieka ułożonego. Jednak czującego presję i odpowiedzialność podczas Mistrzostw Świata. Widać jak duży wpływ miały zwycięstwa oraz popisy piłkarza na samych Brazylijczyków, którzy – będąc faworytami na Mundialu w 1950 roku przegrali w finale z Urugwajem – mierzyli się z „kompleksem kundelka”. Poczuciem niższości, zmieniającym się po wygranej w 1958, gdzie 17-letni Pele dokonywał szalonych rajdów i zdobywał piękne bramki.

Poza boiskiem jednak bywało niezbyt różowo i nie chodzi nawet o wielkie zainteresowanie jakie wywoływał samą obecnością, gdzie media rzucały się na niego czy o reklamowanie niemal wszystkiego. Chodziło o ten etap kariery (1964-71), który toczył się jak władzę miała w rękach wojskowa dyktatura, stosująca terror i mająca niemal władzę absolutną. I dlaczego wtedy zawodnik nie opowiedział się przeciwko reżimowi, co wielu mu potem zarzucało. Bo mógł wykorzystać swoją charyzmę do porwania tłumu przeciw wojsku, ale czy to by naprawdę rozwiązało problem? Tego nie dowiemy się nigdy.

Więcej wam nie zdradzę, jedno jednak mogę powiedzieć: absolutnie warto obejrzeć „Pelego”. To świetnie zrobiony dokument, który nie jest ani słodzeniem i (tylko) wychwalaniem pod niebiosa, lecz pokazaniem tego sportowca jako człowieka. To, że nie skupia się na życiu po sporcie wydaje się drobną rysą. Wciągający, ze świetnie użytymi archiwaliami oraz ciekawymi rozmówcami.

8/10

Radosław Ostrowski

Diego

Nie było drugiego takiego piłkarza w historii tego sportu jak Diego Maradona. Argentyński piłkarz z nizin społecznych stał się megagwiazdą, mistrzem świata. Kochany i znienawidzony. Jak każda sławna osoba, miała dwa oblicza. To bardziej prywatne oraz niejako publiczne, medialne. Jak więc możliwe, że osoba kochana i traktowana jak Bóg, zostaje potem odrzucona przez tych samych ludzi i staje się obiektem nienawiści?

diego3

Dokumentalista Asif Kapadia w „Diego” korzysta ze sprawdzonej przez siebie formuły. Innymi słowy, na ekranie widzimy tylko archiwalne materiały, a tzw. gadające głowy są tylko słyszalne. Nie spodziewajcie się klasycznej biografii, bo skupia się na okresie, gdy piłkarz grał we włoskim Napoli. Po nieudanych negocjacjach z Barceloną, tylko podrzędny klub z Neapolu był zainteresowany zakupem tej gwiazdy. A Neapol był uważany we Włoszech jako ten gorszy, brudny, śmierdzący rewie, gdzie łapę na wszystkim trzymała Kamorra. Bida, nędza i rozpacz oraz on – chłopak z nizin, co został supergwiazdą, a miał być zbawcą miasta. Ale sława to jest broń obosieczna. Z jednej strony pozwala pomóc, z drugiej może być wielkim obciążeniem. Zwłaszcza, kiedy zaczyna się być troszkę ponad. Dopóki wygrywał i prowadził klub do zwycięstw, wybaczano mu wiele: branie narkotyków, korzystanie z dziwek, znajomości z mafijną rodziną. Problem jednak w tym, że coraz więcej brudów zaczyna wychodzić, a na Mistrzostwach Świata we Włoszech dochodzi do najgorszego: mecz Włochy-Argentyna w ćwierćfinale. Po tym już nie ma odwrotu.

diego2

Reżyser dostał do dyspozycję pewne archiwaliów: zarówno ze zbioru rodziny Maradony, zrekonstruowane fragmenty meczy, rozmowy z dziennikarzami, trenerami i jeszcze nie wiadomo kim. Wygląda to imponująco, a z tego zaczynają się wyłaniać kolejne oblicza piłkarza: wielbionego przez tłum gwiazdora, zmęczonego sławą sportowca, człowieka czerpiącego z nocnego życia, jak i zależnego od potężniejszych słabeusza. Bóg, geniusz czy oszust? Mit naszego bohatera zostaje naznaczony podczas meczu z Anglią, gdzie jedna bramka została wbita… ręką. Boską ręką, można by rzec. Wszystko się zmienia niczym w rollercoasterze, zwłaszcza dla osób niezainteresowanych piłką nożną. Zdarzają się pewne retrospekcje, dodając pewne detale do życiorysu Argentyńczyka.

diego1

Jak to możliwe, że znajoma formuła (wcześniej użyta w „Sennie” i „Amy”) nie wywołuje jeszcze znużenia? Kapadia znowu tworzy fascynujący i złożony portret człowieka, który stał się mitem. Bez osądzania, bez stawiania tez, a wciągający niczym rasowe kino gatunkowe. Tylko, że mówimy o dokumencie, prawda?

8/10

Radosław Ostrowski

Skazany

Więzienie to miejsce, gdzie człowiek musi dokonywać bardzo trudnych, wręcz ekstremalnych wyborów. Albo przetrwasz, albo będziesz pomiatany. I do tego brutalnego świata trafia Jacob – dość młody japiszon prosto z Wall Street. Popełnił jeden poważny błąd, czyli jadąc samochodem na czerwonym świetle lekko podchmielony (ale leciutko), doprowadzając do wypadku oraz ciężkiego ranienia jednego z pasażerów. Wyrok na mocy układu wydaje się łatwy: 16 miesięcy. Ale znowu popełnia błąd i by przetrwać musi się sprzymierzyć z gangiem skinheadów. Kiedy wychodzi nadal jest w ich rękach i dostaje zadanie: dopilnować transakcji sprzedaży bronią.

skazany1

Ric Roman Wough już wcześniej portretował środowisko więźniów oraz ludzi zmuszonych do działania w gangu. Tym razem jednak bardzo zgrabnie lawiruje między filmem sensacyjnym a wiarygodnym portretem psychologicznym człowieka, który by ratować swoją rodzinę, poświęca swoje własne życie. Sama konstrukcja jest dość zaskakująca, bo toczy się dwutorowo. Z jednej strony mamy Jacoba „Kasiarza” już na wolności, próbującego pilnować transakcji i przeczekać, z drugiej mamy retrospekcje z więzienną przeszłością, gdzie poznajemy przyczyny tego stanu rzeczy. Wiem, że może to wywołać mieszane uczucia, gdyż znamy konsekwencje decyzji naszego bohatera. Jednak reżyserowi udaje się pewnie opowiedzieć sensacyjną intrygę, gdzie nie brakuje tajemnic oraz zdrady.

skazany2

Reżyserowi udaje się zachować odpowiednie tempo przez cały czas, mimo pozornego spokoju oraz bardzo rzadkich scen przemocy. Kiedy one się pojawiają, nie ma tutaj słodzenia – jest brud, smród, paskudnie ostro. Zapomnijcie jednak o jakimkolwiek happy endzie, bo to nie jest Hollywood, a nadzieja znika szybciej niż pieniądze w piramidzie finansowej. I nie brakuje tutaj napięcia choćby w scenie transakcji czy podczas wejścia do domu pedofila, co jest dużym plusem. A jednocześnie udaje się unikać czy przedawkować sentymentalno-kiczowatych scen.

skazany3

Do tego reżyserowi udało się ściągnąć Nicolasa Costera-Waldau, który w roli Jacoba daje z siebie wszystko. Niemal zachowujący stoicki spokój mężczyzna, drobnymi spojrzeniami oraz mową ciała potrafi pokazać jego przerażenie, pewność siebie, a jego przemiana w bardzo twardego bandyty jest wręcz imponująca (chociaż sama fryzura i wąsy mogą wydawać się śmieszne). Aktor trzyma na barkach film, choć drugi plan też jest pewien wyrazistych postaci. Rozgadany i wplątany w układ z policją „Shotgun” (świetny Jon Bernthal), bezczelny Choppie (mocny Evan Jones), opanowany Bottles (dobry Jeffrey Donovan) czy bardzo bezwzględny kurator Kutcher (fantastyczny Omari Hardwick) zapadają w pamięć i nie udaje się im zlewać w jedno.

„Skazany” zgrabnie miesza thriller z psychologicznym dramatem, stawiającym odpowiedź na jedno pytanie: co ty byś zrobił na jego miejscu? I to pytanie długo zostaje w głowie po seansie tego filmu.

7/10

Radosław Ostrowski

Senna

Każdy fan Formuły 1 zna to nazwisko. Ja nie miałem ani szansy, ani możliwości zobaczenia tych wyścigów oraz sławnych pojedynków z początku lat 90., jednak od czego są filmy. Pięć lat temu brytyjski dokumentalista Asif Kapadia postanowił opowiedzieć o brazylijskim kierowcy Ayrtonie Sennie.

senna1

Ten bardzo zdolny i utalentowany kierowca rozpoczął swoją karierę, najpierw w gokartach, by potem w 1984 roku eksplodował w Formule 1. Dalej widzimy jego drogę na szczyt, konflikt z kolegą z zespołu Alainem Prostem aż do tragicznego wypadku 1 maja 1994 podczas GP San Marino. Do dzisiaj nie udało się ustalić, co było przyczyną. Kapadia ma wielkie szczęście i wykorzystuje tutaj sporą ilością materiałów archiwalnych. Sam film to zmontowane archiwalia, bez gadających głów, głownie od realizatorów z F1 (widoki z kamer zainstalowanych w bolidach, rozmowy, wywiady, odprawy przed wyścigiem), a także prywatne archiwa rodziny Senny. Nikt tego do tej pory nie oglądał, a to wszystko układa się w złożony portret kierowcy – jego wzloty, upadki, spokój i gniew. A trudno było ciągle zachować spokój oraz pozytywna energię, gdy kłody pod nogi kładli szefowie FIA, faworyzujący Frosta (pewnie dlatego, że przewodniczący był Francuzem) i na początku próbowano Brazylijczyka zdyskredytować i osłabić jego pozycję. Konflikt z Prostem, bardziej rozumiejącym polityczne machinacje, z jednej strony doprowadzał samych kierowców do ostrych spięć, z drugiej zwiększył oglądalność samej Formuły 1 oraz popularność Senny na cały świat.

senna2

Reżyser jednak wsparł się wywiadami z kilkoma osobami, które miały kontakt z Senną, jednak nie pojawiają się te osoby, tylko słyszymy ich głosy. A udało się zebrać zacne grono (Alain Prost, siostra Ayrtona Viviane, lekarz Formuły prof. Watkins czy dziennikarz John Bisigniano), które ubarwia i tak znakomita całość, dodając różne anegdoty oraz opowieści, które legendarnego kierowcę czynią bardziej ludzkim.

senna3

Można żałować, że nie jest to fabuła, ale z drugiej strony archiwalne materiały potrafią poruszyć i trzymać za twarz. Kapitalny montaż, zgrana z ekranem muzyka oraz świetna reżyseria składają się na interesujący portret zwykłego człowieka, dokonującego niezwykłych wyczynów, pozostając normalnym. obok „Wyścigu” Rona Howarda to film dla fanów królowej sportów motorowych.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Śmieć

W brazylijskich slumsach nie jest lekko – bida, nędza, brak edukacji. Jeśli nie jesteś sprytny, nie przetrwasz. Tak ma choćby Rafael – 14-letni chłopak, mieszkający w jednym z takich slumsów, gdzie wszyscy zarabiają zbierając śmieci. W zasadzie to wydawał się nudnym dniem, gdyby nie portfel z forsą i paroma przedmiotami. Policja bardzo pilnie szuka tego portfela, przez co Raphael i jego kumple (Gardo i Szczur) wpakują się w poważną aferę.

smiec1

Stephen Daldry to jeden z bardziej cienionych reżyserów brytyjskich, którzy nie boją się sięgać po trudne tematy. Tym razem chyba poszedł w stronę Danny’ego Boyle’a, tylko że tym razem przenosimy się do Brazylii. Jednak jest to taka sama bieda, nędza i brud, gdzie ludzie są traktowani jak śmiecie. Jednak – być może troszkę w sposób wyidealizowany – pokazuje, ze nawet w takim miejscu mogą znaleźć się przyzwoici ludzie. Co skłoniło Raphaela do poszukiwań prawdy i odkrycia afery? Trudno jednoznacznie powiedzieć – może jeden z przedmiotów (zdjęcie dziewczynki)? Daldry prowadzi swoje i naszych bohaterów śledztwo prowadzi do korupcyjnej afery, gdzie jest pełno brudu moralnego, a policja działa ostro i brutalnie – nie wahają się zastraszyć, pobić, a nawet zabić, bo jest to niewygodne i prostsze. Zagadka wciąga, intryga oraz skomplikowanie potrafi naprawdę zmusić  swoje komórki do działania. Reżyser parę razy bawi się montażem (plan dzieciaków przeplatany z realizacją, która poszła kompletnie nie po myśli) i dynamizuje akcję (ucieczka przez fawele), podkręcając tempo gangsta hip-hopem z Brazylii. Może i jest to troszkę naiwne kino (mała rewolucja, troszkę bajkowe zakończenie), jednak ma pewna siłę oraz energię.

smiec2

Po części jest to zasługa aktorów. Najlepiej wypadają tutaj młodzi chłopcy, czyli Rickson Tevez, Edouardo Luis i Gabriel Weinstein. Chłopaki są w pełni naturalni, pełni pasji i energii – to oni czynią ta historię wiarygodną, nawet jeśli wydaje się ona mocno naciągana. Swoje robią też dorośli aktorzy ze wskazaniem na Seltona Mello w roli skorumpowanego i brudnego gliniarza Frederico (sama posturą, budzi przerażenie). Słabiej prezentują się najbardziej rozpoznawalne twarze Rooney Mary (aktywistka Olivia) oraz Martin Sheen (cyniczny ksiądz). Zostali pewnie obsadzeni, by udało się zebrać kasę na film i łatwiej znaleźć dystrybutora, ale nic ponadto.

smiec3

Nie jest to może idealny film, ale Daldry wspierany przez scenarzystę Richarda Curtisa trzyma rękę na pulsie i tworzy naprawdę dobre kino rozrywkowe. Przy okazji przywraca ono wiarę w dobro człowieka, nawet jeśli jest uważany za śmiecia. A to sporo.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Infiltrator

John Matthews jest właścicielem firmy budowlanej, rozwiódł się, ma nową żonę i córkę. Ale jego syn z pierwszego związku wpadł w poważne tarapaty – zgarnięto go za narkotyki. I to dość dużą ilość, wystarczającą do handlu i żeby pójść na 10 lat do więzienia. Chyba, że wyda innych dilerów, wtedy mu zmniejszą wyrok, czego nie może zrobić (bo nikogo nie zna). Ojciec decyduje się sam wniknąć do środowiska dilerów, za zgodą pani prokurator i DEA. Pomaga mu w tym były diler, pracujący w jego firmie.

infiltrator1

Trudno nazwać ten film kinem akcji, ale jednak potrafi przykuć uwagę i chwycić za gardło, choć sam wątek wydaje się mało realny. Historia podobno bazuje na faktach, ale co do tego mam wątpliwości, bo naszemu bohaterowi dość łatwo przychodzi realizacja jego zadania, szybko poznaje szefa kartelu (po jednej akcji), ale cała reszta jest naprawdę ciekawa. Akcji jest tu niewiele (ale za to dobrze zrobionej), wszystko bardziej jest oparte na słowach niż totalnej demolce i rozwałce, co jest zaletą, a jednocześnie mamy tu ludzi z krwi i kości. Bo napięcie jest dość spore i potrafi ten film zaangażować.

infiltrator2

Także od strony aktorskiej film prezentuje dobry poziom. Największym zaskoczeniem jest Dwayne „The Rock” Johnson, który tutaj po pierwsze gra, po drugie robi to dobrze, po trzecie jego bohater nie jest twardzielem. To zwykły facet doprowadzony do ostateczności, który z desperacji pakuje się w dość trudną sytuację. I jest on naprawdę wiarygodny w tej kreacji. Z innych znanych aktorów pojawia się tu Susan Sarandon (prokurator Keeghan) i Barry Pepper (agent Cooper), jednak dla mnie drugą ciekawą postacią jest Daniel James (w tej roli znany w „Walking Dead” Jon Bernthal) – były diler, prowadzący uczciwe życie. Jednak zostaje on zmuszony powrócić do „branży”, a jego rozterki też zostają rozegrane przekonująco.

Ten film pozytywnie zaskakuje i pokazuje, że kino sensacyjne może trzymać w napięciu, mimo pozornie nie dziania się. Interesują propozycja.

7/10

Radosław Ostrowski