Cat Power – Wanderer

d2FjPTQ1MHgx_src_6186-Cat-Power_1

Na nowy album tej amerykańskiej wokalistki alternatywnej sceny bluesowej trzeba było czekać aż 6 lat. „Sun” było pierwszym albumem Cat Power, jaki trafił w moje ręce i zrobił na mnie spore wrażenie. Dodatkowo jest to pierwsza płyta nagrana poza dotychczasową wytwórnią Matador Records. Tytuł niby zwiastuje cuda, ale czy naprawdę warto ich się spodziewać?

Początek ba bardzo krótkie tytułowe intro śpiewane a capella oraz pełne głosów w tle. A potem wchodzi dość zaskakujący „In Your Face”, czyli blues grany na fortepianie oraz oszczędnych, egzotycznych bębenkach. Spokojnie, delikatny, wręcz nostalgiczny. Troszkę żywszy wydaje się „You Get” z bardzo chwytliwym refrenem, ale klimat nadal pozostaje zachowany. A jeszcze większym zaskoczeniem było singlowe „Woman”, gdzie gościnnie pojawiła się Lana Del Rey. I to połączenie plus Hammondy w tle zmieszane z akustyczną gitarą tworzą jeden z żywszych utworów na tym albumie. Zaś zderzenie rozmarzonego głosu Lany z bardziej „zużytym” Cat wypada bardzo dobrze. Drugą niespodzianką jest cover utworu Rihanny „Stay”, z inaczej grającym fortepianem oraz wolniejszym tempem. Warto też wspomnieć o pianistycznym „Horizon”, gdzie pod koniec wokal zostaje obrobiony komputerowo.

Trudno jednak nie zauważyć, że „Wanderer” jest bardzo spokojnym, wręcz lekko monotonnym albumem, gdzie pozornie nie dzieje się zbyt wiele. Cat Power stawia na klimat i choć poprzednik był bardziej przebojowy, to trudno odmówić „Wanderer” tego bardzo intymnego nastroju, jakiego nie da się opisać słowami. Także to słychać w tekstach, gdzie nie brakuje wspomnień rodziny („Horizon”) czy kwestii kobiecości („Woman”). Warto dać szansę tej jesienno-zimowej płycie.

7/10

Radosław Ostrowski

Mark Knopfler – Down the Road Wherever

MarkKnopflerDownTheRoadWherever

Tego brytyjskiego gitarzysty przedstawiać nie trzeba. Frontman legendarnego Dire Straits nikomu niczego nie musi udowadniać czy nagrywać pod wpływem zakładu, długów czy innych tego typu rzeczy.regularnie co trzy lata serwuje nowy materiał w duchu folkowo-bluesowym. Jeśli ktoś spodziewał się zmian przy “Down the Road Whenever”, to musiał się przeliczyć.

Producencko Marka wsparł kumpel z macierzystej formacji, czyli klawiszowiec Guy Fletcher. Utwory są długie (ponad 5 minut), zaś całość trwa ponad godzinę (troszkę mocno). I w zasadzie jest bardzo spokojnie, wręcz jesienno-zimowo, gdzie gitarka gra bardzo delikatnie. Nie oznacza to, że nie potrafi przyłożyć jak perkusja w pozornie sielskim „Trapper Man”, dodając jeszcze fajny chórek czy fortepian z Hammondem. Najbardziej mnie jednak chwycił „Back on the Dance Floor”, który brzmieniowo troszkę przypominał najlepsze lata Carlosa Santany (nawet gitara troszkę „santanowa”), okraszone Hammondem z lat 70. oraz śpiewającą w chórku Imeldę May. Prawda jest taka, że dominują tutaj spokojniejsze utwory pokroju „Nobody’s Child”, idący ku bluesowi bujający „Just a Boy Away from Home” z dęciakami. Jest nawet jazzowy „When You Leave”, gdzie więcej do powiedzenia mają trąbka z fortepianem oraz folkowy „Drovers’ Road” z duetem gitarowo-skrzypcowym. Nie oznacza to, że gospodarz nie próbuje pobujać, co pokazuje singlowy ”Good on You Son”, gdzie wbija się partia saksofonu czy okraszony Hammondem „Nobody Does That”.

Choć niektóre instrumenty wybijają się na drugim planie, to jednak sama gitara mistrza pojawia się bardzo krótko i rzadko pozwala sobie na szaleństwo. Do tego same utwory trwają ponad 5 minut, co może odstraszyć i same kompozycje delikatnie mówiąc, nie urywają tyłka. Maestro nie wymyśla prochu od nowa, potrafi zbudować klimatyczne piosenki, a i sam głos ma masę uroku (melancholijny, jazzowy „Slow Lerner”). Niemniej czułem lekkie zmęczenie i znużenie, czego się absolutne nie spodziewałem. Tak jak zaskoczyło mnie tyle piosenek okraszonych dęciakami (lekko wakacyjny „Heavy Up”).

Nie zrozumcie mnie źle – Knopfler nie schodzi tutaj poniżej swojego przyzwoitego poziomu, serwując kolejną, solidną płytę. Fanom pewnie tyle do szczęście wystarczy, ale pozostałych raczej nie porwie, choć jest parę zgrabnych numerów.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Cheap Tobacco – Szum

cheap-tobacco

W Polsce muzyka bluesowa ma spore tradycje, choć nie tak duże jak Amerykanie. Niemniej ostatnio coraz bardziej przebija się kilka nowych twarzy w tym nurcie jak Limboski czy właśnie zespół Cheap Tobacco, działający już od 7 lat. I teraz pojawiają się z nowym wydawnictwem zwanym „Szum”.

Samo brzmienie to klasyczny blues w starym stylu znanym przed 40 lat, co czuć w produkcji, delikatnie wspieranej przez syntezatory. Otwierający całość „Nieidealny” ma prosty, lecz wpadający w ucho riff, spokojny rytm oraz mocny finał.ale po drodze nie brakuje paru niespodzianek jak klaskany „Thunder” z metalicznym basem, bardziej stonowana „Nić” (przynajmniej na początku) czy niemal minimalistyczne „Halo”, bardziej idąc ku krótkim solówkom. Jednak kośćcem pozostaje mocna gra gitary oraz bardzo silny wokal Natalii Kwiatkowskiej, chociaż sporadycznie odzywają się także elektroniczne dźwięki („Running Wild”), fortepian (mroczny „Deszcz”) czy delikatna gitara akustyczna (początek utworu tytułowego, gdzie w refrenie robi się bardzo ostro). Nawet bas potrafi zagalopować, co pokazuje coraz bardziej rozkręcający się „End of the World” czy troszkę cięższa „Wędrówka” z siarczystym solo na klawiszach. Nawet spokojniejszy numer musi zaskoczyć tak jak „Bez Ciebie”, gdzie wchodzą… cymbałki.

Ale największym skarbem jest wokal wspomnianej Kwiatkowskiej, który brzmi bardzo niewspółcześnie, ale bardzo naturalnie, co najbardziej widać z zmieniającym tempo oraz klimat „Śladzie”, wieńczącym ten ciekawy album. Staroświecki styl, świetna produkcja, chwytliwe numery plus magnetyzujący głos – to wystarczy, by zwrócić na nich uwagę. Jeśli nie słyszeliście, zacznijcie ich obserwować.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Joe Bonamassa – Redemption

redemption

Bardzo lubię Bonamassę – to jeden z najzdolniejszych gitarzystów oraz wokalistów bluesowych młodego pokolenia. Niedawno przekroczył 40-tkę, zaś każdy album staje się prawdziwym wydarzeniem. Po dwóch latach Józek (tak jest nazywany w naszym kraju) wraca z 13-tym (!!!) solowym wydawnictwem, gdzie wsparli go muzycy z Nashville.

Czy to oznacza, że Bonamassa postanowił pójść w stronę country? Już otwierająca całość “Evil Mama” sugeruje, że takie wnioski są jeszcze przedwczesne. Zaczyna się od mocnych uderzeń perkusji, by dać potem pole dla gitary oraz… dęciaków, które nie gryzą.refren jest bardzo nośny (i ten chórek jest bardzo fajny), a pod koniec jeszcze dostajemy bardzo zadziorne riffy. Po tym następuje spore zaskoczenie, bo “King Bee Shakedown” skręca ku tanecznemu… rockabilly, co wydaje się dość dziwaczne. Dęciaki zaczynają dominować, Józek śpiewa dynamiczniej, tylko coś mi tu nie pasowało. “Molly O’” zaczyna się szumem morza, by pójść ku cięższemu stylowi z lat 70., przypominając to, co robi Bonamassa jako członek Black Country Communnion. Takiego Józka uwielbiam najbardziej: z soczystymi riffami, mocnymi uderzeniami perkusji oraz klimatem. Żywszy “Deep in the Blue Again” ubarwiony jest gitarą brzmiącą jak sitar. Wiadomo, że po ostrich kawałkach trzeba zrobić sobie krótką przerwę I zwolnić tempo, co następuje w “Self-Inflicted Wounds”, pełnym klawiszy oraz krótkich riffów, by uderzyć solóweczką w srodku, niczym piłą mechaniczną.

I pojawia się drugi zonk, czyli… jazzowy “Pick Up the Pieces”, gdzie najbardziej wybija się saksofon, zaś brzmienie stylizowane jest na okres przedwojenny. Nieźle to brzmi, tylko to chyba nie to, czego się spodziewałem. Bardziej podchodzi szybki blues “The Ghost of Macon Jones” czy wykorzystujący stylistykę country oraz fragment “Kashmiru” tytułowy utwór. Nawet niemal akustyczny “Stronger Now in Broken Places” chwyta za serce.

“Redemption” parę razy zaskakuje, ale Bonamassa ogólnie trzyma swój poziom. Gdy weźmie gitarę do dłoni, napięcie gwałtownie rośnie, zaś klimat przypomina najlepsze lata tego gatunku. Nawet flirty z innymi gatunkami wypadają całkiem nieźle, choć za pierwszym razem wywołuje to zdziwienie. Niemniej jest to bardzo dobra płyta dla fanów brzmień elektrycznych.

8/10

Radosław Ostrowski

Martyna Jakubowicz – Zwykły włóczęga

zwykly-wloczega-b-iext52573424

Wydawałoby się, że już kolejny album z utworami Boba Dylana po polsku już nie trzeba. Ale jak widać, myliłem się. Swoje trzy grosze do tego nurtu postanowiła dorzucić Martyna Jakubowicz, która po raz drugi w swojej karierze mierzy się z dorobkiem muzyka i noblisty (“Tylko Dylan” z 2004), wybierając tym razem 11 piosenek. Czy udało się drugi raz wejść do tej samej rzeki?

I jest to bluesisko, niepozbawione energii. Zaczyna się wręcz staroświecko, bo w “Balladzie o Chudzinie” wchodzi spokojna gitara z Hammondem, zaś środkowy riff jest bardzo zadziorny. Spokojniejszy, bo party na gitarze  akustycznej oraz pianinie jest utwór tytułowy, a rytmiczny “Nie mów nic, szkoda słów” przyspiesza, przyjemnie bujając. W podobnym tonie brzmi singlowe “Skąd tyle zmian”, ale “Ballada o Hollisie Brownie” zaskoczyła mnie bardzo oszczędną aranżacją w stylu folk-country, gdzie są… trzeszczące drzwi. Dynamika wraca do gitarowo-perkusyjnego “Posłańca zła”, zaś fani minimalistycznych dźwięków będą zachwyceni “Politycznym światem”. Akustyczna gitara potrafi się rozpędzić w “To nie dla mnie” oraz lirycznym “Do Ramony”.

Trudno nie przejść obojętnie wobec tłumaczeń, pełne refleksyjnych słów oraz obserwacji. A Martyna bardzo dobrze to wykonuje, naturalnie i bez zgrzytów. To nie jest zwykła płyta, bo z każdym odsłuchem zyskuje kolejne oblicza. Cudne, z paroma chwytliwymi numerami.

8/10

Radosław Ostrowski

Limboski – Poliamoria

poliamoria-w-iext52741616

Ten wokalista krążący wokół muzyki korzeni, ze szczególnym wskazaniem na bluesa i rocka, wydawał się artystą bardzo niszowym. Ale Michał Augustyniak, czyli Limboski wyrobił sobie markę wśród fanów. Ale na czwartym swoim albumie wydaje się, ze przebije się do szerszego grona odbiorców w czym pomógł producent Marcin Bors. Całość tym razem nagrano w Berlinie, a nie – jak dotychczas – w Krakowie. Czy to się odbiło na jakości samych piosenek?

To nadal wyprawa ku stykowi rocka i bluesa, ale też najbardziej przebojowa z dotychczasowych płyt. Chociaż psychodeliczny początek (krótkie “Pogrzeb mnie”), pełen nawarstwiających się klawiszy oraz surowych riffów robi niesamowitą robotę. Pozornie prostszy, lecz przyjemniejszy jest “W naszym małym dziwnym mieście” z prostą solówką, ciepłymi chórkami, przypominając rock’n’rollowe numery z lat 60. Znacznie szybsze są “Czarne bramy”, chociaż stylistycznie nie zmienia się aż za bardzo, tak jak w dość mrocznym “W moją stronę”, gdzie perkusja z gitarą tworzą nieprzyjemny duet, zaś klimatu dopełnia fortepian. By jednak było zaskakująco, refren jest bardzo rozpędzony i… pogodny. “Sunie” to powrót do psychodelii polanej elektroniką, kontynuowany przez mroczną “Melancholię”, jakiej nie powstydziłby się Nick Cave, a ten opętańczy wrzask pod koniec będzie prześladował w snach.

Pozornie oszczędne “Serce gołębie”, potrafi chwycić za serducho wokalizami w tle, pełniącymi role pomruku oraz kolejnymi gitarowymi popisami w tle. Folkowo-westernowe “Nie idź tam” pozwala na krótkie złapanie oddechu, a skrzypce brzmią tu przepięknie. Fani mocniejszego bluesa poczują się jak w domu, słuchając jak “Księżyc płonie”, chociaż znowu skrzypce przebijają się na pierwszy plan, grając rewelacyjnie. Nawet lekko jazzowe “Z fantazją” wydaje się spójnym elementem całości tak jak idące w tym samym kierunku “Tu na dole”.

Same teksty, idące w stronę lekko poetycką, nie popadają w błahostki ani nie są przerostem formy nad treścią. Sam Limboski ma taki dość dojrzały wokal człowieka po przejściach, przez co nie wypada w żaden sposób fałszywie. I te teksty o niekoniecznie łatwej miłości potrafią przykuć uwagę, tak jak barwna oraz bogata muzyka. I to czyni “Poliamorię” jedną w ciekawszych, nieoczywistych płyt pozornie popowych.

8/10

Radosław Ostrowski

Jack White – Boarding House Reach

Jack_White_-_Boarding_House_Reach_cover_art

Na nowy solowy album Białego Jacka trzeba było czekać aż 4 lata. W międzyczasie wyszło nowe wydawnictwo The Dead Weathers, przypominające najlepsze dokonania tego muzyka. Ale oczekiwania wobec nowego, samodzielnego dzieła nie były zbyt wysokie dla mnie. Czyżby dalej było eksperymentowanie?

Początek jest mocno przesiąknięty elektronicznymi popisami w tle pod postacią “Connected by Love”. Jest rytmicznie, z chwytliwym refrenem (nawet śpiewanym przez chórek) oraz solówką na klawiszach, co mrozi krew w żyłach. Elektroniczna perkusja dominuje też w “Why Walk a Dog?”, ocierając się o bardziej industrialne momenty (mocno przesterowana gitara), ale wszystko wraca ku klasycznemu brzmieniu w “Corporation”, tak ocierającym się o lata 60. oraz 70., że bardziej się już nie da. Zarówno Hammondy, perkusja, jak i gitara tworzą tu zespół naczyń połączonych, chociaż całość jest w sporej części instrumentalna (słowa pojawiają się pod koniec). Musiały się też pojawić element folkowe jak wręcz oniryczny “Abulia and Akrasia” czy wyciszony “Ezmeralda Steels the Show”, ale bardziej zaskakuje obecność psychodelicznych fragmentów w rodzaju “Hypermisophoniac”, zmieniający tempo “Respect Commander” czy rozpędzone, rapowane “Ice Station Zebra”, jakich nie powstydziłby się sam Frank Zappa. Ale czy są jakieś rockowe numery? Taki jest dynamiczny “Over and Over and Over”, czyli popis solówek z wręcz chóralnym zaśpiewem w refrenie i tą dzikość, jakiej należało się spodziewać. Tak samo oparty na pędzącej perkusji rozkrzyczany “Everything You’ve Ever Lerned”.

Muszę przyznać, ze tym razem White chyba znalazł już swój własny język. Nie jest on taki, jakiego się spodziewałem, ale ta mieszanka elektroniczno-psychodeliczna pasuje do niego. I wreszcie jest to melodyjny zestaw piosenek, które potrafią zwrócić swoją uwagę. Zdarzają się pewne drobne kiksy, ale nie jest ich aż tak dużo jak poprzednio. Jestem w lekkim szoku.

7/10

Radosław Ostrowski

Jack White – Lazaretto

Jack_White_-_Lazaretto

Biały Jacek postanowił znowu o sobie przypomnieć po solowym debiucie, licząc na to, że dalej jest na niego hype. Po dwóch latach w 2014 roku rzucił kolejne swoje mięsko w postaci “Lazaretto”, które – znowu – sam wyprodukował. Pytanie, będzie więcej rocka, bluesa czy dalej brniemy w country, ścigając się z Dolly Parton oraz Willie Nelsonem?

Początek – tak jak poprzednik – to klawiszowe popisy w lekko bluesowym “Three Women” przypominający brzmienie z lat 70., gdzie znów instrumenty mają wiele do roboty. Świetne jest pobrudzony utwór tytułowy, gdzie wybija się melodia grana na basie oraz krótki popis… raperski Jacka, a sama melodia w połowie się wycisza, by powoli się nakręcić, na koniec serwując solo na skrzypcach. Niestety, następny w zestawie jest folkowy “Temporary Ground”, który wypada całkiem nieźle (głównie przez solówki fortepianu). Troszkę lepiej jest we wręcz naładowanym elektroniką oraz pianinem “Would You Fight for My Love?”, niepozbawione ostrego grania, a także w lekko psychodelicznym, instrumentalnym “High Ball Stepper”, którego nie powstydziło by się Led Zeppelin. Szybki “One More Drink” też wypada całkiem fajnie, tak jak kolejne pianistyczne cudadło w osobie “Alone in My Home”. A im dalej w las, tym robi się dziwniej I dalej panuje rozgardiasz: od folkowego pitolenia (“Entitlement”) przez mieszankę psychodeliczno-popowego “That Black Bat Licorice” aż do fragmentów rocka, z przewagą tego pierwszego. To ładnie brzmi, ale znowu nie tego się spodziewałem.

White jest w dobrej formie, brzmieniowo jest troszkę lepiej, ale to nie jest taki progres na jaki liczyłem. Po takim gościu jak frontman White Stripes liczę na więcej wywijania gitarami. Może to jest niesprawiedliwe ocenianie, ale taką sobie wyrobił reputację.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Jack White – Blunderbuss

Jack_White_Blunderbuss_cover

Ten album przesłuchałem w okolicach premiery, ale postanowiłem do niego powrócić po latach. Jack White był jednym z tych ludzi, którzy spowodowali, ze w XXI wieku rock nadal ma się dobrze i potrafi być świeży. Tak było, gdy działał jako duet The White Stripes. Ale w 2012 roku wydał swój pierwszy solowy album, którego fani oczekiwali jak nowej Ewangelii. Sam też wyprodukował “Blunderbuss” (garłacz) i jak to brzmi po latach?

Otwierające całość “Missing Pieces” wydaje się wzięte z lat 60., co mogą sugerować rozpoczynające utwór klawisze, coraz bardziej rozpędzająca gitara oraz sekcja rytmiczna. I wypada to całkiem nieźle, zwłaszcza finałowe popisy instrumentalne. Fani Stripesów odnajdą się w szybkim, garażowym “Sixteen Saltines” – to, co tygryski lubią bardzo. I nawet ten dziwacznie śpiewający White pasuje do tego zestawu. Odrobinę klimat się zmienia w “Freedon at 21”, gdzie nawet perkusja wydaje się troszkę przesterowana, gitarka się zapętla, a Jacuś… rapuje. Ale od tego momentu gitarę elektryczną zastępuje akustyczna, a klimat idzie w kierunku country. O ile jeszcze “Love Interrruption” jeszcze broni się duetem klawiszowo-klarnetowym, to dalej jest po prostu smęcenie wsparte na gitarze, steel guitar, smyczkach. Pojawiają się pewne fragment przebudzenia jak “Weep Themselves to Sleep” oraz bardziej pobrudzone “I’m Shakin’”, jednak to wszystko za mało. White próbuje eksperymentować, łapiąc kilka srok za ogon. Tylko, że to folkowo-country’owe pitolenie nie jest tym, czego oczekują fani White’a.

Trudno powiedzieć coś złego o grze muzyków, bo ci robią naprawdę zgrabną robotę. White też potrafi wokalem oraz gitarą namieszać, tylko że czuję się wpuszczony w maliny. Owszem, ma swoje momenty i potrafi nawet oczarować (umieszczone w wersji japońskiej “Love is Blindness”), jednak w ostatecznym rozrachunku “Blunderbass” to rozczarowanie. Chyba, ze jest się zapatrzonym w swojego idola fanem White’a, łykającym wszystko, co zrobi. Ta spluwa nie wypaliła.

6/10

 

Radosław Ostrowski

Beth Hart & Joe Bonamassa – Black Coffee

Beth-Hart-and-Joe-Bonamassa-Black-Coffee-1-1200x1200

Ten wokalno-gitarowy duet pracował już dwa razy. Ona z głosem jak dzwon, porównywana do samej Janis Joplin, on młody, 40-letni (obecnie) mistrz gitary barwiącej całość bluesem. Jest jeszcze ten trzeci – producent Kevin Shirley, który współpracuje z tą dwójką nie od wczoraj. Ostatnie takie połączenie było 5 lat temu, więc ktoś doszedł do wniosku, że trzeba się znowu spotkać. Tak się narodziło “Black Coffee”.

Początek to soczyste riffy sklejone z dęciakami w postaci “Give It Everything You Got”, które mogłoby się spokojnie znaleźć w “Seesaw”, mimo coraz mocniejszych, szybkich, ostrych solówek. Pozornie wolniejszy, ale bardziej soczysty jest “Dam Your Eyes”, gdzie dochodzi jeszcze grające w tle fortepian, budujący klimat dawnych spelunek. Petard jest utwór tytułowy, gdzie jedynym zabarwieniem jest chórek śpiewający w tle. Pianinko w tle jeszcze będzie się przewijać jak w bardzo delikatnym “Lullaby of the Leaves”, kończące się siarczystymi riffami Joe czy  “Why Don’t You Do Right”. Nie zabrakło nawet miejsca dla skocznego rock’n’rolla w postaci rozpędzonego “Saved”, który nie gryzie się z całą bluesową ferajną. I nawet ten fortepian z dęciaki nie wywołuje zgrzytu, skoro jest to zabarwione tak ostrymi, smakowitymi popisami gitarowymi Bonamassy. Mógłbym dalej wymieniać utwory, ale to jest kompletnie bez sensu, bo wszystko stoi na wysokim poziomie.

Gitarowe popisy mistrza Joe, połączone z siarczystym, energetycznym wokalem Beth Hart tworzy bardzo mocną kombinację dla fanów blues-rockowych klimatów. Czasem zabuja, załagodzi, ale też uderzy z całej siły. Niczym tytułowa czarna kawa, która smakoszom powinna przypaść do gustu.

8/10

Radosław Ostrowski