The Old Guard

Kto z nas nie chciałby żyć wiecznie? Pragnienie to zawsze wydawało się nieosiągalne, ale jednocześnie bardzo problematyczne. O tym – pośrednio – opowiada nowy film Netflixa. Tytułowa “Stara gwardia” to oddział nieśmiertelnych ludzi. Może z tą nieśmiertelnością troszkę przesadziłem, ale bardzo szybko regenrują im się rany, niektórzy żyją od tysiącleci i walczą. O co? Czy to ważne? Nieliczną grupką kieruje Andromacha z Scytii zwana Andy, która jest najstarsza z nieśmiertelnych. Dostają nowe zadanie, ale okazuje się pułapką, by nagrać ich moce. Te chce wykorzystać szef medycznej korporacji, by tworzyć leki zwalczające choroby. Ale żeby sprawa była jeszcze bardziej skomplikowana, wiarusy odkrywają nową osobę z takimi samymi mocami – czarnoskórą żołnierkę walczącą w Afganistanie.

“The Old Guard”, czyli nowy akcyjniak Netflixa wiele czerpie z kultowego “Nieśmiertelnego”, a dokładnie sam pomysł człowieka żyjącego dłużej i praktycznie nie do zabicia. A że są to żołnierze, większy nacisk jest tutaj postawiony na sensacyjną intrygę (prostą jak drut) oraz sceny akcji. Żadnego psychologizowania problem wiecznego życia, parę rzuconych retrospekcji z dawnych czasów oraz relacja mistrz-uczennica. Tyle z tego dostajemy od reżyserki Giny Prince-Bythewood, dla której to pierwsza styczność z kinem akcji. No i to bardzo widać, bo sceny rozwałki oraz demolki są szybko cięte – na szczęście są czytelne – lecz pozbawione jakiegokolwiek mocnego kopa. Żadnej adrenaliny, żadnej ekscytacji (poza dwoma scenami z Andy). Antagonista (szef korporacji) wydaje się nijaki, pozbawiony charakteru, z nieciekawą motywacją oraz brakiem charyzmy. I jakby tego było mało, w tle dostajemy jakąś smutną, popową muzę, co mnie irytowało strasznie. Wywoływało to we mnie poczucie silnego zgrzytu, jakbym oglądał film dla nastolatków, kurde. Zakończenie obiecuje pewną kontynuację, a rzadko obecny humor troszkę punktuje, ale to troszkę za mało.

Tak naprawdę jedyną osobą, która trzyma tą całość w ryzach jest Charlize Theron. Jej Andy to mieszanka twardej, bezwzględnej siły, cynizmu, uporu oraz waleczności. Kiedy spuszcza łomot, robi to bezpardonowo, rzadko pozwala sobie na okazanie emocji, lecz kiedy sobie na to pozwala, potrafi poruszyć. Poza nią wyróżnia się najbardziej Matthias Schoenaerts jako lekko wyluzowany Booker, dodając odrobinę lekkości. Cała reszta jest raczej do zapomnienia, ze szczególnym wskazaniu na Chiwetela Ejiofora.

“The Old Guard” to netflixowy średniak, gdzie zalety nie wystarczą do przesłonięcia wad. Zamiast akcji oraz adrenaliny jest pozbawiony emocji oraz napięcia spektakl. Boli mnie to okrutnie zwłaszcza, że potencjał był tutaj ogromny, ale bezczelnie zmarnowany.

5/10

Radosław Ostrowski

Gorący temat

Słyszeliście o stacji Fox News? To bastion konserwatywnej Ameryki, co kocha Boga, ojczyznę oraz prezydenta, kierowana przez Rogera Ailesa, namaszczonego przez magnata prasowego Ruperta Murdocha. Ale nie wszystko trwa wiecznie. Punktem zwrotnym dla stacji jest debata polityczna z 2016 roku, gdzie doszło do zderzenia między (wówczas) kandydatem Donaldem Trumpem, a dziennikarką stacji Fox Megyn Kelly. Tam gwiazda mediów oskarżyła biznesmena o seksizm i przedmiotowe traktowanie kobiet. To jednak tylko fragment do prawdziwej petardy, którą potem odpaliła inna dziennikarka ze stacji, Gretchen Carlson. Najpierw została przesunięta poza prime time (czas najwyższej oglądalności), a następnie zwolniona. Po tym zdarzeniu złożyła pozew przeciw Ailesowi, wcześniej dyskutując kwestie z prawnikami, oskarżając go o molestowanie seksualne. W całym tym zamieszaniu znajduje się Kayla – młoda dziennikarka, pragnąca przebić się w branży oraz zrobić karierę.

goracy temat1

Losy tej trójki postanowił opowiedzieć Jay Roach w swoim najnowszym filmie „Gorący temat”. Opierając się na prawdziwych wydarzeniach oraz materiałach archiwalnych rekonstruuje jeden z najgłośniejszych skandali obyczajowych ostatnich lat. I nie chodzi tu o sprawę Harveya Weinsteina, ale medialnego potentata Ailesa. Mężczyzna związany ze stacją od samego początku, czyli od 1996 roku, wykorzystywał seksualnie dziennikarki, producentki oraz realizatorki programów telewizyjnych. Jednocześnie utrzymując dobre relacje z prawicowymi politykami, których poglądy prezentowała stacja. Nic dziwnego, że ten człowiek dokonywał swoich czynów od dekad, ale to nie jest jego biografia. Reżyser skupia się na trójce bohaterek, przeskakując z wątku na wątek. Przy okazji poznajemy mechanizmy, pozwalające funkcjonować Ailesowi w realizacji swoich zachcianek: krótkie spódniczki dziennikarek na wizji, szklane biurka, tajemniczy „drugi pokój” czy rozmowy Rogera z dziennikarkami, gdzie mają krążyć dookoła.

Wszystko to zostaje ubrane w formę, jaką znamy choćby z „Big Short”, czyli bardzo reporterski styl (nerwowa praca kamery, szybki montaż), łamanie czwartej ściany oraz chronologii. Co wyjaśnia choćby udział operatora Barry’ego Aykroyda. Dla mnie jednak problemem jest to, że cała ta historia z powodu formy zostaje rozcieńczona oraz mało angażująca. Ponad półtorej godziny na historię kobiet molestowanych seksualnie, jednocześnie pokazując różne techniki manipulacyjne, mające rozbić żeńską solidarność. Szantaże, wbijanie noży w plecy, szczucie na siebie kobiet oraz silne poczucie władzy. Bo jest jedna niepisana reguła w świecie korporacji: nie możne oskarżyć swojego szefa, bo nie tylko przegrasz, ale też szansa na pracę w innym miejscu jest niemożliwa. Bo kto zatrudni kogoś, kto nie jest zbyt lojalny wobec swojego przełożonego?

goracy temat2

Nie brakuje tutaj kilku naprawdę mocnych scen. Takie było pierwsza rozmowa Kayli z Ailesem, wyznanie koleżance przez telefon o całym zajściu czy wyznania innych kobiet, gdzie na ekranie widzimy tylko zdjęcia wyznających osób z wpisanymi imionami. Wtedy czuć pazur i ból ofiar, a te momenty potrafią dotknąć. Problemem jest dla mnie wątek Gretchen, gdzie dialogi wręcz ocierają się o publicystykę, idąc na totalne skróty i pozbawiając emocjonalnego zaangażowania. Zupełnie inaczej niż w przypadku początkującej Kayli oraz bardziej doświadczonej Megyn, próbującej na własną rękę ustalić fakty. Drugim problemem jest nadmiar postaci przewijających się przez ekran. Rozumiem, że chodziło o pokazanie innych osób zamieszanych w sprawę, ale wywołało to we mnie dezorientację.

goracy temat3

A jednak zaskakująco przyjemnie się to ogląda, co jest przede wszystkim zasługą świetnego aktorstwa. Na mnie największe wrażenie zrobiła kompletnie nie do poznania Charlize Theron jako Megyn Kelly. Dziennikarka kompetentna, troszkę cyniczna, ale kompletnie pozbawiona wyrachowania. Sprawia wrażenie twardej, nieulegającej presji, aczkolwiek próbuje zachować spokój w tej nienormalnej, konfliktowej sytuacji, mając bardzo dużo do stracenia. No i jeszcze ten głos, gdzie przelewają się wszelkie emocje. Dobrze wypada także Margot Robbie jako młoda, naiwna, zaczynająca swoją pracę Kayla, dla której praca w stacji będzie bardzo ważnym doświadczeniem. Mocna kreacja, potrafiąca złapać za gardło. Najsłabiej z tego grona wypada Nicole Kidman, która zamiast bycia postacią staje się symbolem kobiety walczącej o godność, przypominając o tym zbyt nachalnie. A jeszcze bardziej przeszkadzała mi w tym wszystkim bardzo plastikowa twarz po zbyt wielu operacjach plastycznych. Nie można też zapomnieć o dawno nie widzianym przeze nie Johnie Lithgowie jako Ailesie. Może wygląda jak stary dziad, jednak jest bardzo bezwzględnym paranoikiem, czerpiącym w pełni ze swojej władzy. Samą obecnością potrafi przerazić, kiedy odkrywamy kolejne brudy i ofiary. Choć na drugim planie pojawia się masa znajomych twarzy, m.in. Mark Duplass, Malcolm McDowell, Brigette Lundy-Paine, Alice Eve czy Allison Janney, film kradnie mała rólka Kate McKinnon. I troszkę szkoda, że grana przez nią Jess pojawia się tak rzadko.

Mam problem z „Gorącym tematem”. Z jednej strony dotyka ważnego tematu i jest świetnie zagrany, ale z drugiej Roachowi bardzo dużo brakuje do Adama McKaya, na którym się bardzo wzoruje. Nie angażuje tak bardzo jak powinien, choć bardzo przekonująco pokazuje mechanizmy działania seksualnego predatora w korporacyjnym światku. Tylko, że to jest troszkę zbyt płytkie i sprawia wrażenie na siłę wpychającego nadmiar informacji.

6/10

Radosław Ostrowski

Tully

Wydaje się, że temat macierzyństwa już został porządnie wyeksplorowany przez filmowców. Ale Jason Reitman do spółki ze scenarzystką Diablo Cody pokazał, iż to nie do końca prawda. Cała historia obraca się wokół Marlo – kobiecie powoli wchodzącej w wiek średni, z dwójką dzieci (jedno z nich,  Jonah, jest atypowe) oraz trzecim w drodze. Nie trzeba być geniuszem, że poród wywraca całe życie do góry nogami. Dzieciak (o wdzięcznym imieniu Mia) nie jest w stanie dać spokoju, zaś mąż próbuje jakoś wesprzeć kobietę, ale praca dość mocno męczy. Wtedy brat Marlo decyduje się wynająć dla niej nocną nianię – osobę opiekującą się dzieckiem w nocy, pozwalając odpocząć oraz wyspać. Obecność Tully dokonuje dość intrygujących zmian.

tully1

Reitman jest na tyle ciekawym reżyserem, że ciągle próbuje pokazać pozornie znane tematy w mniej oczywisty sposób. Tutaj mamy kwestię macierzyństwa, powszechnie uważane za najlepszą rzecz w życiu każdej kobiety (oprócz zakonnic). Ale mało kto mówi i wspomina, jak bardzo potrafi zmęczyć, mimo bycia supermamą. Pokazuje to świetnie zmontowana sklejka, gdzie mamy Marlo co noc idącą do niemowlaka, zmienia mu pieluszkę, produkuje mleko, karmi dziecko, by pójść spać. I tak przez kilka dni, tygodni, nawet miesięcy. Jakim cudem nasza bohaterka jeszcze nie zamieniła się we wrak człowieka? Reżyser przygląda się naszej Marlo, a kiedy pojawia się Tully, film nagle zaczyna odlatywać i dzieją się rzeczy, których nie umiałem wytłumaczyć. Nagle cała kuchnia jest posprzątana, pojawiają się wypieki z ciastek, zaś Marlo zaczyna znajdować czas dla siebie. Kim jest ta laska, która sprawia wrażenie wszechwiedzącej? Powiedzmy, że rozwiązanie mnie nie zaskoczyło, jednak wspólne sceny rozmów Marlo z Tully potrafiły parę razy mnie zaskoczyć nie tylko szczerością, humorem, ale też stawiając pewne pytania. Jak mimo bycia matką, nadal znaleźć czas na siebie i czerpać radość z życia, a nie tylko widzieć ciężar związany z wychowywaniem, jaki przygniata. I po potrafi zmusić do myślenia.

tully2

Sama konstrukcja tego filmu wydaje się pewnym zbiorem scenek, których pewne wątki nie zostają w pełni rozwinięte. Kwestia nowej szkoły dla atypowego syna, sugerowany trójkącik, mocno popsuta relacja Marlo z bratem – te wątki sprawiają wrażenie patchworka, który ma tak naprawdę pokazać kolejne warstwy i problemy, z jakimi musi zmierzyć się nasza bohaterka. Ale mimo tego pomieszania z poplątaniem, ogląda się to z niemałą satysfakcją.

tully3

To wszystko tak naprawdę działa dzięki dwóm rewelacyjną kreacjom: Charlize Theron oraz Mackenzie Davis. Pierwsza w roli Marlo kompletnie zaskakuje, mocno odcinając się od swojego wizerunku. Pozbawiona hollywoodzkiego blichtru aktorka bardzo naturalnie wypada w roli kobiety, która z jednej strony jest wyrozumiała żona oraz kochająca matka, choć z drugiej strony sprawia wrażenie troszkę zmęczonej całodobową pracą jako rodzic. Z kolei Davis to postać pozornie dziwaczna: wygląda jak jakaś małolata świeżo po studiach, a jednocześnie serwuje teksty godne jakiegoś terapeuty lub osobistego trenera, mając umiejętności godne perfekcyjnej pani domu. I ta więź między tą dwójką wydaje się być najmocniejszym punktem tego dzieła.

Reitman nadal trzyma się kina niezależnego w duchu, ale „Tully” nie do końca mnie powaliła. Być może ta nietypowa narracja mnie odstraszyła, niemniej świetne dialogi oraz aktorstwo są w stanie przyciągnąć uwagę do końca. Nawet mimo poczucia pewnego niedosytu, seans nie będzie czasem straconym.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Atomic Blonde

Rok 1989, Berlin jeszcze jest podzielony na dwie części, ale w powietrzu czuć wrzenie. I to właśnie tam dochodzi do zabójstwa. Ofiarą jest brytyjski szpieg, James Gascoigne, zaś cała intryga skupia się wokół tzw. listy. To spis wszystkich działających agentów wywiadu świata, znajdujący się w zegarku. Właśnie tam zostaje wysłana agenta MI6 Lorraine Broughton. Tylko, że od samego początku podążają Ruscy.

atomic_blonde1

Reżyser filmu David Leitch znany stał się dzięki współrealizacji „Johna Wicka”. Więc nie byłoby zdziwieniem, że wiele osób spodziewało się, iż samodzielny debiut reżysera też będzie prostym, nieskomplikowanym kinem akcji w starym, retro stylu. Ale tak naprawdę jest to rasowy film szpiegowski, troszkę inspirowany Jamesem Bondem. Poszukiwania „listy” – będącej obiektem zainteresowania wszystkich służb – łączą się z wytropieniem podwójnego agenta, Satchela. Zabawa w podchody, brak zaufania, zdrady w szeregach wywiadu Królowej: tutaj gra jest ostra, stawką jest własne życie. Tylko, że tutaj nie wiadomo komu do końca możemy zaufać, tak jak Lorraine.

atomic_blonde2

Scen akcji nie ma tutaj zbyt wiele, ale kiedy dochodzi do niej, to jest krwawo, ostro i z mięchem. Jak wszyscy wiemy, dobrze wyszkolony szpieg, potrafi wykorzystać jako broń wszystko. Nie tylko spluwy i pięści. Widać to mocno zarówno w bijatyce z niemiecką polizei, jak i fenomenalnie zrealizowanej scenie walki z małym oddziałem KGB, zrobionej w jednym ujęciu (przynajmniej tak wygląda). Pomysłowa choreografia, niemal tańcząca kamera oraz pewien mały detal – bardzo mocno widoczne ciosy oraz zmęczenie przeciwników. Lorraine to nie jest Neo czy inny superbohater, który wychodzi ze wszystkiego bez zadrapania. To dodaje realizmu tej stylowej historii. Trzeba pochwalić realizację, gdzie czuć klimat lat 80. – neony w spelunach, mocne kolory, zaś w tle największe hity epoki z New Order, Neną i Davidem Bowie na czele.

atomic_blonde3

Dla wielu problemem może być dość nierówne tempo, gdzie trzeba było balansować miedzy skomplikowaną szpiegowską intrygą, a ostrą, krwawą naparzanką. Przez co zdarzają się pewne przestoje, wplecione repetycje, ale nie brakuje tutaj suspensu (wszystko, co związane z przerzutem Spyglassa), ironicznego humoru oraz walącej po oczach oprawie audio-wizualnej.

atomic_blonde4

Jednak film ma jednego mocnego asa – Charlize Theron w roli głównej. Jej ciosy mają siłę bomby atomowej, pozornie sprawia wrażenie chłodnej, wypalonej specjalistki, jednak nie rezygnuje ze swojego seksapilu (te buty na wysokim obcasie, ciuchy, fryzury), przez co nie da się oderwać od niej oczu. Idealnie pasuje do tej kreacji chłodnej, opanowanej, ostrej twardzielki. Jednak film bezczelnie kradnie James McAvoy w roli łącznika Percivala. Wyglądający jak anarchista, w rzeczywistości jest wypalony, zgorzkniały, wręcz cyniczny szpieg, ciągle lawirujący i dbający o własny interes. Poza tym duetem na drugim planie fason trzyma Toby Jones (Eric Gray) oraz John Goodman (Kurzfeld), także Eddie Marsan (Spyglass) potrafi skupić uwagę swoim bezbłędnym akcentem. Nie można też nie wspomnieć równie pociągającej Sofii Boutelli (Lasalle) oraz drobnym epizodzie Tila Schweigera (zegarmistrz).

„Atomic Blonde” to miks krwawego akcyjniaka ze szpiegowskim thrillerem, balansującym między powagą a humorem. Może bywa podkręcony, tempo bywa dość nierówne, ale intryga wciąga, nie brakuje kilku wolt, zaś wizualnie robi niesamowite wrażenie. To dobry prognostyk dla kolejnego filmu Leitcha, czyli drugiego „Deadpoola”.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Peter Sellers – Życie & Śmierć

Ostatnio coraz mocniej emocje wywołują gwiazdy z pierwszych stron, a dokładniej ich prywatne życie. Tak już było, jest i będzie. Bo nie zawsze wielki czy wybitny artysta oznacza wielkiego człowieka, co wielu fanów wśród widowni sprawie ogromny ból rozczarowania. To temat na szerszą wypowiedź, ale nie o tym (do końca) chciałem opowiedzieć.

peter_sellers1

Każdy kinoman słyszał (lub powinien) słyszeć o Peterze Sellersie – jednym z najpopularniejszych aktorów brytyjskich lat 60. i 70., któremu nieśmiertelność przyniosła rola inspektora Clouseau w serii filmów „Różowa Pantera” (jak sam aktor stwierdził tytuł „brzmi jak nazwa klubu ze striptizem”). Jednak film Stephena Hopkinsa nie jest tylko zbiorem anegdot czy typową biografią. Sam początek, gdzie widzimy samego aktora włączającego telewizor, w którym widzimy film ustawia wszystko. Bliżej tutaj realizacją oraz klimatem do takiej zabawy gatunkiem jak w przypadku „Amerykańskiego splendoru”, gdzie prawda z fikcją przeplatają się ze sobą. Mocno pokazują to sceny, kiedy kluczowe postacie z życia aktora nagle otrzymują twarz… Petera Sellersa, co wywołuje dezorientację. Mimo, że przeskakujemy w czasie, między planem filmowym i życiem prywatnym aktora, całość jest bardzo klarowna, budując mocny portret człowieka „bez osobowości i właściwości”. Osoby z kompleksem bycia sławnym, próbującym wyrwać się z szufladki komika, ale też mającego wiele na sumieniu. Mitoman, egoista, niedojrzały człowiek pozbawiony empatii oraz szacunku do innych, wywołujący zarówno wściekłość (niszczenie zabawek syna w odwecie za „próbę” naprawy jego samochodu), miewa swoje fochy (odchodzi z „Casino Royale”), jednocześnie ma wiele uroku osobistego (początek związku z Britt Elkind, próba uwiedzenia Sophii Loren), co tworzy dziwną mieszankę.

peter_sellers2

I wszystko to jest znakomicie wygrane przez Geoffreya Rusha, który niemal wygląda jak kalka Sellersa. Przejmuje jego gesty (bardzo mocno to widać w scenach realizacji poszczególnych filmów), znakomicie wygrywa każdy stan jego pokręconej psychiki. Człowieka, którego trudno nie podziwiać, ale jeszcze trudniej polubić, potrafiącego być każdym, lecz nie sobą. Dobitnie pokazuje to scena, gdy Sellers przegląda się w lustrze i nie widzi swojego odbicia. Także jego przygotowania do kolejnych filmowych ról (zwłaszcza do inspektora Clouseau, którym staje się w… samolocie czy przed zdjęciami w studio) budzą ogromne wrażenie. To jest wielka rola, zasługująca na wszelkie możliwe nagrody. Poza nim jest tutaj bardzo bogaty drugi plan ze świetnymi rolami Emily Watson (pierwsza żona Sellersa), Charlize Theron (druga żona Sellersa), Johna Lithgowa (reżyser Blake Edwards) oraz Stanleya Tucci (Stanley Kubrick).

peter_sellers3

Fabularna biografia Petera Sellersa jest nieodgadniona i złożona niczym sam Sellers – mistrz kreacji, wodzący za nos, zawsze wchodzący w swoją rolę. Ale to kolejne potwierdzenie tezy z początku tego tekstu: że szeroko rozumiany artysta to też człowiek, niepozbawiony wad, słabości oraz własnych demonów. Tylko, ze my widzowie nie zawsze chcemy tego wiedzieć ani oddzielić. A sam film to perła w kinie biograficznym.

peter_sellers4

8/10

Radosław Ostrowski

Mroczny zakątek

Libby Day jest samotną kobietą mieszkającą w zaśmieconym domu pełnym szpargałów i śmieci. I nic więcej w życiu nie robi. To znaczy, wcześniej napisała książkę i utrzymywała się z darowizn. Życie kobiety zmieniło się, gdy jako 7-latka straciła matkę i siostrę, a jej brat został skazany na dożywocie za ich zabójstwo. 25 lat później dostaje ofertę – spotkanie za pieniądze, by opowiedziała o tych makabrycznych zdarzeniach. Tym razem jednak osobnikiem jest niejaki Lyle, członek grupy zrzeszającej byłych gliniarzy, prawników, detektywów i pasjonatów, rozwiązujących na własną rękę rozwiązują morderstwa. Wierzą, że jej brat jest niewinny i mają trzy tygodnie na wyjaśnienie sprawy, bo inaczej akta pójdą na przemiał. Libby, mimo braku wątpliwości co do winy braciszka, zgadza się pomóc.

mroczny_zakatek1

Gillian Flynn po adaptacji swojej powieści „Zaginionej dziewczyny” stała się atrakcyjna dla filmowców. Tym razem z jej książką zmierzył się Francuz Gilles Paquet-Brenner, znany dzięki filmowi „Klucz Sary”. „Mroczny zakątek” to thriller, w którym bohaterka musi zmierzyć się z rodzinną tajemnicą, kłamstwami oraz własnymi uprzedzeniami. To Libby jako dziecko wskazało na brata i ta przeszłości budzi w niej demony. Reżyser bardzo powoli odkrywa elementy układanki, serwując retrospekcje rzucające światło na dawne wydarzenia. Satanizm, niechciana ciąża, narkotyki, długi – sytuacje wydają się dramatyczne i poważne, jednak prawdę mówiąc mniej angażuje niż się to wydaje. Niby jest suspens (sceny, gdy mała Libby ucieka i widzimy to jej oczami czy finał), ale to wszystko spływa jak po kaczce. Intryga sprawia wrażenie przekombinowanej i udziwnionej na siłę, z masą niesprzyjających splotów okoliczności.

mroczny_zakatek2

Realizacja technicznie jest solidna, zwłaszcza zdjęcia prezentują niezły poziom, ale całość jest tak naprawdę warta uwagi ze względu na świetną Charlize Theron w roli Libby. Obojętnej, pogubionej, samotnej, ukrywającej się pod maską szorstkiej kobiety. Drugim zaskoczeniem jest Chloe Grace Moretz, bardzo dobrze radząca sobie w roli manipulującej Diondry. Reszta obsady jest przyzwoita i trzymająca fason.

mroczny_zakatek4

„Mroczny zakątek” miał zadatki na bycie dobrym thrillerem, jednak czegoś tutaj zabrakło i niespecjalnie zostaje w pamięci. Do końca nie wiadomo, co nie zagrało. Zaledwie przyzwoita robota.

6/10

Radosław Ostrowski

Droga

Czas postapokalipsy, jednak nie zobaczymy tutaj ruin miasta ani genezy całej sytuacji. mamy przed sobą dwójkę ludzi, podróżujących na wybrzeże. To ojciec i syn, szukający jedzenia i próbujący przetrwać w tym nieludzkim czasie. Mają ze sobą wózek, gdzie trzymają wszystkie rzeczy oraz pistolet z dwoma nabojami.

droga1

Film John Hillocata pozornie opowiada historie znaną, pokazujący rozpad dawnego świata oraz człowieka desperacko walczącego o przetrwanie. Świat jest tutaj mroczny i ponury – dosłownie. Słońca nie ma od dawna, śnieg, deszcz, błoto – od lat już nie ma upraw, drzewa zaczyna same odrywają się od ziemi, a ludzie przerzucili się na kanibalizm. Społeczeństwo, prawo, cywilizacja rozpadły się jak domek z kart. Każdy tutaj dba o siebie, a sugestywne zdjęcia potęgują klimat beznadziei, bezsilności. I jak w tym brutalnym świecie można pozostać człowiekiem? Hillcoat stawia trudne pytania i masa obrazów zostaje w pamięci – odnalezienie ludzi zamkniętych w piwnicy, opadłe drzewa na wodzie czy kradzież wózka. To wszystko trzyma mocno za gardło aż do dramatycznego finału, który daje niewielką nadzieję, że jeszcze jest światło w tym mroku. Ale to wymaga otworzenia się i zaufania innym ludziom. Kolor pojawia się jedynie w retrospekcjach, z czasów przed zagładą.

droga2

Pomaga w tym świetne aktorstwo Viggo Mortensena (ojciec) oraz Kodiego Smith-McPhee (syn), ciągnących ten film na swoich barkach. Mają tylko siebie, starają się zachować i przetrwać w tych czasach. Ten pierwszy ma desperację w oczach, jest podejrzliwy i nieufny, w przeciwieństwie do syna – młodego, wystraszonego i przedwcześnie uczącego się życia, a chemia między nimi jest jedynym napędem ich działań. Poza nimi trudno zapomnieć epizodów Charlize Theron (pojawiająca się w retrospekcjach żona), Roberta Duvalla (starzec) i Guya Pearce’a (weteran).

droga3

„Droga” jest piorunującym, smutnym, niemal depresyjnym film post-apokaliptycznym. Brak efektów specjalnych, oszczędność dialogów i świetne aktorstwo sprawiają, że zostaje on w pamięci na długo. Wędrówka niełatwa, pełna niebezpieczeństw oraz innych ludzi, którzy bywają zwierzętami.

7/10

Radosław Ostrowski

 

Mad Max: Na drodze gniewu

Max Rochatansky to legendarny bohater post-apokaliptycznych pustkowi. Został powołany do życia przez George’a Millera w 1979 roku i otrzymał twarz mało znanego wtedy aktora Mela Gibsona. Następne dwie części (zwłaszcza znakomity „Wojownik szos„) potwierdziły status kultowego herosa. Familijny „Mad Max pod Kopułą Gromu” nadszarpną tą reputację (przynajmniej w moich oczach). Wydawałoby się, że już na pustkowia nie wrócimy, bo niby po co i z kim? Aż tu nagle rozeszły się wieści, że Szalony Max powraca. Czy warto było czekać 30 lat?

mad_max4_1

Każdy fan serii wie, że Max Rochatansky to były gliniarz, którego rodzina została zamordowana przez gang. Od tamtej chwili porzuca swoją profesję i samotnie odmierza post-apokaliptyczny świat, gdzie rządzi silniejszy. A silniejszy jest ten, kto ma ropę i wodę. Tak jak Wieczny Joe, który w swojej Cytadeli trzyma tysiące niewolników oraz fanatyków (Wojennych Chłopców), którzy pójdą za nim w ogień. I tam trafia schwytany przez jego ludzi Max. Jednak ktoś z tego „Raju” chce uciec i to nie byle kto, bo prawa ręka Joe – Imperatorka Furiosa. Razem z ciężarówką pełną benzyny, zabiera ciężarne „żony” Joe, które służyły mu jako reproduktorki. W całą ta potyczkę zostaje wplątany Max.

mad_max4_2

Fabuła nie jest jakoś specjalnie skomplikowana (zresztą jak w klasycznej trylogii) i służy jako pretekst do pokazania wizji świata przyszłości, zdominowana przez pustynię i maszyny. Pojazdy są tu niemal czczone jak bogowie, kierownice prawie jak relikty, a silniejszy wygrywa. Całość to niemal niekończący się pościg, w którym gra wszystko. I jestem pod ogromnym wrażeniem zarówno rozmachu, z jakim są zainscenizowane poszczególne sceny akcji (kamera dosłownie jest wszędzie, gdzie się da, montaż pełen dynamiki i adrenaliny – takiego kopa nie miałem od czasu „Wyścigu”, a pościg w burzy piaskowej czy finałowa konfrontacja to są prawdziwe perły w koronie), jak wygląda świat (scenografia imponująca – pustkowie wygląda jak nieskończony ocean piachu) oraz kapitalny design pojazdów (m.in. potężny wóz z głośnikami oraz kolesiem z gitarą elektryczną, która bucha ogniem – co Miller brał w trakcie kręcenia tego filmu, nie ma pojęcia). To jest po prostu obłęd, dodatkowo genialnie sfotografowany (powracający z emerytury po pięciu latach John Seale, dokonuje prawdziwych cudów), gdzie każdy – od kaskaderów po gości od efektów specjalnych wykonuje kapitalną. Najbardziej klimatem przypomina „dwójkę”, gdzie Max bronił na pustyni rafinerii oraz konwoju z paliwem. Więcej wam nie zdradzę, bo dzieje się tu sporo.

mad_max4_3

Muszę przyznać, że na początku byłem zawiedziony nieobecnością Mela Gibsona w tej historii. Był on nierozerwalnie kojarzy z postacią Maxa, że każdy aktor (choćby nie wiem jakby się starał) wydawał się z góry skazany na przegraną. Sytuacji nie uspokoił fakt, że legenda będzie miała twarz Toma Hardy’ego. Ku mojemu zaskoczeniu aktor dał radę i bardzo dobrze odnalazł się w roli złamanego bohatera, prześladowanego przez demony przeszłości. Charczący głos, małomówność i strach w oczach dopełniają tego mrocznego portretu. Gdy trzeba kogoś ratować, Max dokonuje cudów i odnajduje się w swoim żywiole. Jednak ten film został „skradziony” przez genialną (inaczej to napiszę GENIALNĄ) Charlize Theron. Furiosa w jej wykonaniu to zbuntowana szefowa i twarda kobieta, walcząca o sprawę. I powiem tyle – tak ostrej laski nie widziałem od czasu… „Obcego”.  Czuć chemię między nią a Maxem, choć są zmuszeni do zawarcia porozumienia. Żadnego romansu miedzy nimi nie ma i nie będzie. Na szczęście.

mad_max4_4

Na chwilę obecną „Mad Max” to największy i najlepszy blockbuster AD 2015. Raczej nie zanosi się na to, by cokolwiek było w stanie ten film przebić (może nowe „Gwiezdne wojny”, ale gwarancji nie ma). Mówiąc krótko i brutalnie: nie ma tu czasu na pierdoły i zbędną gadaninę, to jedna, ciągła akcja z kilkoma momentami na złapanie oddechu. Jestem absolutnie przekonany, że będzie to też standard, jeśli chodzi o realizację scen pościgów samochodowych. Zobaczcie koniecznie i dajcie się zatracić tej wizji.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Dwa dni z życia doliny

Dolina w Los Angeles. To tutaj dwóch zabójców – Dosmo Pizzo i Lee Woods – ma ściągnąć dług od jednego takiego kolesia, Roya Foxxa. Usypiają jego żonę i zamiast zgarnąć kasę, zabijają go. Jakby mało było komplikacji, Lee zabija Dosmo i wysadza auto w powietrze. W sprawę wplątują się dwaj gliniarze z obyczajówki – Wes i Allan. W sprawę, wbrew swojej woli, zostają wplatani marszand i jego asystentka oraz reżyser samobójca (gra go reżyser Paul Mazursky).

Pomieszanie z poplątaniem? Film John Herzfelda to jeden z pierwszych naśladowców „Pulp Fiction”, gdzie mieszają się wątki różnych postaci zazębiają się w jednym zdarzeniu. Sama intryga kryminalna tylko pozornie okazuje się prosta, a reżyser i scenarzysta w jednej osobie robi wszystko, żeby pomieszać, zaskoczyć i wprawić w osłupienie. Tym czasem wszystko okazuje się banalnie proste (pieniądze), a cała ta historia sprawia wrażenie zwyczajnie przekombinowanej neo-noirowej historii. Nic nie jest takie, jakim się wydaje (mega spojler), a wątki poboczne są dodatkiem, czasami zaburzającym intrygę (nieudana próba samobójcza reżysera czy wzięcie zakładników przez Dosmo) i rozładowującymi napięcie humorem. Do tego jeszcze mamy niezłe dialogi (nie pozbawione czarnego humoru) oraz wplecione piosenki, co jest elementem charakterystycznym dla Tarantino, jednak sam film zwyczajnie nie chwycił za gardło.

Nie wiem, co nie zagrało w tej opowieści – czy to nadmiar wątków, przekombinowana i udziwniona na siłę intryga kryminalna, ale aktorzy zrobili wszystko, by uwiarygodnić całość. Dzięki nim ogląda się to przyzwoicie. Jest tu kilka petard, a największą jest James Spader. Lee w jego interpretacji to chłodny profesjonalista, którzy rzadko pozwala sobie na ciętą ripostę, a jego znakiem rozpoznawczym jest mierzenie ostatniej minuty życia zegarkiem. Drugim takim strzałem jest lekko zwariowany Alvin w brawurowym wykonaniu Jeffa Danielsa, a jego monolog o nienawiści do prostytutek to perła. A jeśli chcecie popatrzeć na coś pięknego, to cieszy oko Charlize Theron (Szwedka Helga) i w zasadzie na tym kończą się plusy. Reszta prezentuje się nieźle, z wyjątkiem Teri Hatcher (zasłużona nominacja do Złotej Maliny), której sztuczność i nadekspresyjność zwyczajnie irytowała.

2_dni_z_zycia_doliny5

Niezły kino w stylistyce Quentina T., w którym komedia, gangsterka i dramat mieszają się ze sobą. Nie zawsze wszystko się tu układa w całość i nie porywa wszystko, jednak kilka scen potrafi rozbawić.

6/10

Radosław Ostrowski

Milion sposobów jak zginąć na Zachodzie

Albert Stark jest farmerem, który mieszka w miasteczku Old Stump w stanie Arizona roku 1882. I mówiąc najprościej, to dupa wołowa, która boi się wszystkiego, unika przemocy i nawet interes mu nie idzie. Na dodatek rzuca go dziewczyna z właścicielem sklepu z wąsami. I wtedy na horyzoncie pojawia się Anna – twarda kobitka, która zaczyna pomagać Albertowi w strzelaniu. Ale nasz bohater nie wie, że ona jest żoną największego twardziela i bandziora – Clincha Loeatherwooda.

milion_sposobow1

Western to gatunek już od dawna będący w stanie wegetacji. Ale jeśli za niego postanawia się wziąć Seth MacFarlane, który robi komedie ostre i na granicy dobrego smaku, wtedy może wydarzyć się wszystko. W zasadzie jest to zgrywa z konwencji od zera do bohatera, w całości wykorzystująca sztafaż kowbojskich opowieści. Problem w tym, że poczucie humoru jest dość nierówne. Owszem, nie brakuje tu popkulturowej zabawy (cytowany „Powrót do przyszłości III” czy nawet pojawia się sam Django z filmu Tarantino) czy totalnego absurdu (zgony na festynie czy wizja bohatera na haju od Indian), ale dominuje tutaj humor kloaczno-wulgarny (niezdrowe przypomnienie do czego może doprowadzić użycie środka na przeczyszczenie czy trochę brodaty żart o prawiczku i dziewczynie-prostytutce), który czasami nie przekracza granicy dobrego smaku. Poza tym jest to, co w kowbojskiej opowieści być powinno – piękne plenery, odpowiednia dla gatunku muzyka oraz obśmianie konwencji (finałowy pojedynek), serwując przy okazji żarty niemal ze wszystkiego (do Arabów po Lincolna kończąc na piosence o wąsach) i to całkiem niezłe.

milion_sposobow3

W dodatku całość jest naprawdę dobrze zagrana. Sam reżyser obsadził się w roli ciapowatego Alberta, którego niepewność siebie wielu wpędziłaby w depresję i wychodzi mu to nieźle. Drugi plan jest dość interesujący i pełen bardzo rozpoznawalnych twarzy jak Giovanni Ribisi (prawiczek Edward), Neil Patrick Harris (wąsacz Roy), Sarah Silverman (prostytutka Ruth) czy twardy jak twardziel Liam Neeson (Clinch). Ale i tak objawieniem jest świetna Charlize Theron. Jej Anna to twarda i bardzo charakterna babka, z którą można konie kraść. Niemalże ideał kobiety w świecie Dzikiego Zachodu.

milion_sposobow2

Wyszedł niezły miks, a że ostatnio opowieści o kowbojach nie ma zbyt wiele, także i tą warto zobaczyć. Pod warunkiem, że lubicie poczucie humoru reżysera.

6,5/10

Radosław Ostrowski