Fistaszki – wersja kinowa

„Fistaszki” to jedna z najpopularniejszych serii komiksowych w historii tego gatunku, zrealizowana przez Charlesa M. Schulza. Bohaterami serii były bardzo wcześnie dojrzałe dzieci, trafnie i celnie komentujące zastaną rzeczywistość, ale najważniejszy był on – Charlie Brown. Chłopiec w żółtym sweterku z czarnymi paskami był klasycznym, szkolnym looserem. Czegokolwiek próbował się podjąć, zawsze kończyło się to porażką. Nieważne czy chodziło o puszczanie latawców, grę w baseball czy kopnięcie piłki futballowej. Charlie opiekujący się psem Snoopym wchodzi w trudny okres i nie dlatego, że chce się wybić, ale zakochał się w nowej koleżance – rudowłosej dziewczynie. Tylko jak zwrócić swoją uwagę? Tymczasem Snoopy znajduje maszynę i zaczyna pisać powieść, w której jest pilotem myśliwca walczącym z Czerwonym Baronem.

fistaszki1

Jak widać z opisu, historia nie jest skomplikowania i jest pretekstem do pokazania gagów, pokazujących determinację naszego chłopca, by zdobyć uwagę Rudej. I trudno nie powstrzymać się od śmiechu, gdy wszelkie próby Charliego kończą się porażką. Ale dlaczego tak się dzieje? Czyżby los był tak podły i złośliwy, że jakakolwiek próba musi skończyć się porażką? Bo zawsze latawiec zahaczy o drzewo, próba tańca na balu kończy się włączeniem zraszacza (mimo, że nasz bohater przeszedł trening), a literackie próby Snoopy’ego są traktowane szyderczo. Niemniej twórcy nie drwią i nie szydzą ze swoich bohaterów, tylko pokazują nieporadność Charliego z życzliwością, a bohater ma wsparcie kilku osób (w tym kujona Linusa). Do tego naprawdę pokręcona wyobraźnia pieska (jego historia to popis animatorów, szalonej wyobraźni i dobrych gagów) i otrzymujemy rozczulającą, czułą komedię.

fistaszki2

Widać, ze twórcy lubią pierwowzór Schulza, więc sama animacja mocno trzyma się pierwowzoru i oddana jest z szacunkiem oraz sercem. Postacie (choć trójwymiarowe) wyglądają niemal żywcem wzięte z komiksu, mimo bardzo niewielu detali w sylwetkach oraz twarzy. To jednak jest najmocniejszy atut filmu, a dowcipne gagi (Snoopy przebijający się do obozu czy taniec Charliego Browna) wywołują uśmiech na twarzy. A polski dubbing wypada całkiem przyzwoicie, choć dzieciaki u nas jakoś na ekranie niespecjalnie sobie radziły.

fistaszki3

Produkcja pozornie skierowana do najmłodszego grona odbiorców jest ciepłym, serdecznym, sympatycznym filmem. Starsi mogą poczuć nutkę nostalgii wobec ferajny: Linusa, Lucy, Patty, Schroedera i nie będzie w tym nic złego, bo przypomną sobie początki znajomości z Charlie Brownem.

7/10

Radosław Ostrowski

 

Ant-Man

Takiego superbohatera nie było w kinowym uniwersum Marvela. Poznajcie Scotta Langa – jak na porządnego kolesia, gdy widzimy go po raz pierwszy, wychodzi z więzienia. Trafił tam za włamanie się do komputerów dużej firmy. Teoretycznie wielki sukces, w praktyce 3 lata w pierdlu, rozwód z żoną i brak kontaktu z córką. A z czegoś trzeba płacić alimenty, tylko skąd wziąć kasę, bez pracy, mając taką skazę w CV? W końcu decyduje się na skok i kradnie… kombinezon, który pozwala zmniejszyć się. I tak zaczyna się najtrudniejsze zadanie – Scott z pomocą dr. Hanka Pyma (to on stworzył kombinezon i ustawił skok) ma okraść jego dawną firmę, by nie dopuścić do stworzenia niebezpiecznej broni.

antman1

Tu może pojawić się pytanie, czy Marvel wie, co robi, realizując tak naprawdę komedię kryminalną z superbohaterem w roli głównej. Dodatkowo reżyseruje całość Peyton Reed – reżyser niezbyt lubianych (przynajmniej w Polsce) komedii. Na szczęście, znowu producenci wiedzieli, co robią. Dostajemy rasowy heist movie, który ma nietypową koncepcję i jest tak lekki, że trudno w to czasami uwierzyć. I jest to zrealizowane zgodnie z regułami gatunku: jest przygotowanie, sama akcja i komplikacje, które przybierają zaskakujący obrót. Wyobrażacie sobie, żeby razem w mrówkami obrobić dużą formę z tysiącem zabezpieczeń? I to naprawdę trzyma w napięciu.

antman2

Ale największym atutem tego filmu są sceny, gdzie widzimy świat z perspektywy mrówki. Gdy nagle wszystko jest takie duże, a ty jesteś taki malutki. Co nie znaczy, że jesteś bezsilny, bo zmienić rozmiar możesz niemal w każdej chwili, co zmienia totalnie tempo i rozwój wszelkich starć. Dynamicznie zmontowanych i bardzo wyraźnie sfotografowanych. Dotyczy to zarówno starcia Ant-Mana z Falconem, jak i finałowej bijatyki z głównym złym, gdzie nie zabrakło tutaj miejsca do zdemolowania przestrzeni (z kolejki nie zostało nic). Kameralność tej produkcji też jest wyjątkowym plusem, dzięki czemu łatwiej identyfikować się z bohaterami.

antman3

Niby nie jest nic, czego byśmy nie znali (zarówno jeśli chodzi o Marvela, jak i heist movie), jednak „Ant-Man” jest świetny. To zasługa także grającego główną rolę Paula Rudda. Scott w jego wykonaniu to troszkę nieopierzony i dopiero uczący korzystać się z nowego gadżetu sympatyczny łobuz z zasadami. Przemiana w herosa jest tutaj poprowadzona lekko i bez patosu, pozostając do końca wiarygodną. Wspierany przez dr Pyma (świetny Michael Douglas) oraz jego córkę Hope (Evangeline Lilly będąca tutaj czymś więcej niż tylko wizualnym dodatkiem), próbujących przy okazji naprawić swoje nienajlepsze relacje. Także wspierający drugi plan przezabawny Michael Pena jako wspólnik w napadzie dodaje wiele lekkości. Niestety, zawodzi (znowu) czarny charakter, który jest zły, bo tak. Szkoda, gdyż Corey Stoll to niezły aktor, a tutaj w zasadzie nie ma zbyt wiele do roboty i brakuje charakteru granej przez niego postaci.

antman4

„Ant-Man” okazał się niespodzianką, która była lepsza od drugiej części „Avengersów”. Efekty specjalne znów na wysokim pułapie, gra konwencją heist movie, lekkość i masa humoru działają na plus. Nie brakuje poważnych momentów (tragedia dr Pyma), jednak nie jest to depresyjne kino. Świetna rozrywka na poziomie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Cake

Grupy wsparcia w szpitalach służą, by pomagać innym ludziom wyjść z traumy na wskutek dramatycznych zdarzeń. Dla Claire Simmons czymś takim był wypadek, w którym straciła syna i sama mocno oberwała (chroniczny ból kręgosłupa). Od tej pory jej życie wydaje się puste i pozbawione jakiegokolwiek sensu. Wrażenie to potęguje samobójstwo jednej z członkiń grupy wsparcia – młoda Nina, która pozostawiła w żałobie męża oraz syna.

cake1

Dramat psychologiczny niejakiego Daniela Barnza pozornie może wydawać się jedną z tysiąca opowieści, gdzie mamy bohatera „trawiącego” własną traumę. I poniekąd tak jest – to zbiór scenek z życia Claire, która otoczyła się wewnętrznym murem, zamykając się od reszty świata. Unika kontaktu z byłym mężem, coraz bardziej pogrąża się w zgorzknieniu, odnosi się do innych z ironią oraz sarkazmem, świadomie zmierzając ku samozagładzie. Alkohol, leki, przypadkowy seks nie pozwalają stłumić tego bólu i odnaleźć sensu życia. Próby wyrwania się z tego letargu spełzają na niczym, jakby kompletnie na niczym nie zależało. I ten dramat ogląda się całkiem nieźle, choć taka luźna konstrukcja scenariusza zawsze mnie odpychała.

cake2

Sama słodko-gorzka tonacja byłaby dobrym kluczem, gdyby troszkę głębiej udało się „wejść” w umysł i psychikę Claire. Niby jest tam widoczny ból, gorycz i depresja, ale po pewnym czasie oglądanie kolejnych irracjonalnych zachowań bohaterki wywołuje znużenie. Chybiony jest też pomysł „nawiedzania”  przez ducha zmarłej Niny, co niepotrzebnie spłyca całość. Twórcy miotają się jak główna bohaterka, nie do końca wiedząc w jakim kierunku pójść i na której relacji się skupić – czy na byłym mężu, na wdowcu oraz jej synu czy na ciężko znoszącej ją gosposi Meksykanki. Dostajemy wszystkiego po trochu, a zakończenie (tylko pozornie) wydaje się szczęśliwe.

cake3

„Cake” trzyma się tak dobrze, co jest zasługą aktorki, po której nie spodziewałem się takiej kreacji. Jennifer Aniston w tym filmie to największa niespodzianka i skarb tego filmu, zawłaszczając każdą scenę, sytuację i zachowanie – od leżenia w samochodzie na cofniętym siedzeniu po kupno leków w Meksyku czy próbę samobójstwa na torach. Pozostali aktorzy, choć znani i doświadczeni (Felicity Huffman, Anna Kendrick czy William H. Macy) są tylko tłem dla jej popisu Aniston. Szkoda, że ekipa nie dorównała do jej poziomu, bo mógł być to dobry, a nawet świetny film.

6/10

Radosław Ostrowski

Na skraju jutra

W niedalekiej przyszłości Ziemia zostanie zaatakowana przez paskudnych obcych zwanych Mimikami. Paskudne monstra przez pięć lat opanowały niemal całą nasza planetę, ale wkrótce ma dojść do ostatecznej konfrontacji – lądowanie na plaże Normandii. I tak trafia zdegradowany major Bill Cage, specjalista od PR-u. Ale niestety ma pecha, bo podczas walki… ginie spalony przez zwłoki Mimika. W zasadzie mógł to być koniec filmu, gdyby nie fakt, że po śmierci Cage… budzi się dzień przed inwazją.

na_skraju_jutra1

Dziwne prawda? Nowy film Douga Limana, czyli twórcy nowej wersji „Tożsamości Bourne’a” to adaptacja powieści japońskiego autora, którego nazwiska nie jestem w stanie wymówić. To wyjaśnia obecność egzoszkieletów oraz wyglądu paskudników, a sam pomysł zapętlenia czasowego budzi skojarzenia z „Dniem świstaka”, tylko że tutaj to inaczej uzasadniono. Efekt? Dynamiczne kino akcji, które wykorzystuje zapętlenie (świetnie zmontowane) wywołując na początku sporo humoru. Oglądając można mieć wrażenie patrzenia na grę komputerową (giniesz, powtórka, znowu, giniesz, znowu powtórka) przechodzoną na najwyższym poziomie trudności. Po śmierci poznajesz ruchy przeciwnika, zapamiętujesz to, w ten sposób udoskonalając się. Jest sporo rozwałki, lądowanie pokazano w sposób wręcz kameralny (sporo piachu, brudu i paskud) i nie jest to wcale takie głupie, jeśli chodzi o fabułę, która trzyma się kupy. W zasadzie zastrzeżenia są dwa. Po pierwsze, słaba muzyka a’la Hans Zimmer, która wypada przeciętnie na ekranie. Po drugie, zakończenie nie do końca logiczne. Więcej nie powiem, ale to się zaskakująco dobrze ogląda, m.in. dzięki humorowi.

na_skraju_jutra2

Zaskakuje też całkiem dobre aktorstwo. Nie jestem fanem Toma Cruise’a, któremu wydaje się, że jest twardziele i nadal może sobie biegać, zabijać itd. Ale tutaj jest takim cwaniaczkiem, który na początku chce się wymigać od walki. Im dalej jednak w las, tym bardziej staje się superherosem i prawdziwym badassem. I tą przemianę naprawdę dobrze ogrywa. A czy mogło być inaczej, jeśli nauczycielką jest Metalowa Suka Rita (fantastyczna Emily Blunt), która jest ostrą zawodniczką, bardzo skrytą i nie do końca ufną. Ten duet rozkręca cała imprezę, ale o wątku miłosnym możecie zapomnieć – na wojnie nie ma miejsca na takie pierdoły jak miłość. Poza tym killerskim duetem jest jeszcze na drugim planie wyrazisty Bill Paxton (starszy sierżant Farrel) oraz kościsty Brendan Gleeson (generał Brigham).

na_skraju_jutra3

Film zawiera mniejsze i większe bzdury, widać kupę kasy zainwestowaną – to prostu rozrywkowe kino zrobione na solidnym poziomie. Fajny pomysł, solidna realizacja, dobre aktorstwo i tyle.

7/10

Radosław Ostrowski

Kraina lodu

Wiem – zima już minęła (ostatnio mocno daje ciała), ale na chwilkę ochłodźmy się. Pewnie pamiętacie bajkę o „Królowej śniegu”? Wytwórnia Walta Disneya, która lubi słodzić aż za bardzo postanowiła opowiedzieć podobną historię, tylko ją zmodyfikowało. A było to tak:

Dawno, dawno temu w królestwie Arendelle były sobie dwie siostry – Elsa i Anna. Pierwsza posiadała moc zamrażania, nad którą nie była w stanie zapanować. Druga, o mały włos przez nią nie zginęła. Dlatego obie siostry były od siebie izolowane. Kiedy oboje rodzice zginęli, a Elsa miała objąć tron, dochodzi do strasznej sytuacji. Anna chce wziąć ślub z ledwo poznanym księciem Hansem, co doprowadza starszą siostrę do szału i całe królestwo zamarzło, zmuszając Elsę do ucieczki. Jednak Anna wyrusza za nią w pościg, w którym pomaga jej (trochę wbrew swojej woli) łamacz lodu Kristoff ze swoim reniferem Svenem.

lod1

I jedno trzeba przyznać Disney’owi, że wie jak opowiadać historię. Niby jest to prosta historia opowiedziana bez zbędnych ozdobników i dłużyzn, potrafi trzymać w napięciu (finał), nie brakuje różnych scen akcji (pościg przed wilkami czy walka z lodowym gigantem), zaś całość jest okraszona humorem. Ale jedno udało się bez cienia wątpliwości twórcom: animacja. I nie chodzi tu o ruchy postaci czy ich wygląd (bałwanek Olaf jest akurat wyjątkiem od reguły), ale przede wszystkim o wygląd krainy i śnieg. Jest on po prostu piękny i czarujący. I nie jest to czcza gadanina – dawno nie widziałem tak pięknego śniegu (dokładnie, od czasu „Happy Feet”).

lod2

Jeśli zaś chodzi o dubbing (film widziałem w oryginale), to brzmi on naprawdę dobrze, zaś postacie naprawdę brzmią bardzo dobrze. Zdecydowanie należy pochwalić grające obie siostry Kristen Bell (trochę „postrzelona” Anna) i Idinę Hanzel (chłodna Elza), zaś obie postacie kobiece nie są takimi zagubionymi dziewuszkami, które czekają aż pomoże im jakiś facet, nie dają sobie w kaszę dmuchać. Jeśli chodzi o panów, to zdecydowanie należy zwrócić uwagę na Kristoffa (Jonathan Groff) – żyjącego z lodu faceta, który czasami „gada” z reniferem oraz księcia Hansa (Santino Fontana) – elegancki, uroczy gościu, na początku. Złodziejem drugiego planu jest Olaf (świetny Josh Gad) – sympatyczny, choć trochę zabawny towarzysz przygód, na którym można polegać i to on ma najzabawniejsze teksty.

lod3

„Kraina lodu” potwierdza tylko, że wytwórnia Disneya wraca do gry i powoli zaczyna dominować na polu animacji, pokonując wówczas niepokonanego Pixara. Kto wie, czym jeszcze będą mogli nas zaskoczyć.

8/10

Radosław Ostrowski