Kronika świąteczna: Część druga

Chris Columbus to filmowiec, który ewidentnie czuje ducha świąt Bożego Narodzenia. W końcu to ona nakręcił „Kevina samego w domu”, ale też napisał „Gremliny rozrabiają” czy netflixową „Kronikę świąteczną”. W tym ostatnim filmie Kurt Russell jako św. Mikołaj został namierzony przez dwójkę dzieciaków oraz wskutek pewnych komplikacji cała trójka musiała uratować święta. Teraz minęły dwa lata i w rodzince Pierce’ów doszło do poważnych roszad.

Rodzinka spędza wakacje na plaży, gdzie obok krąży potencjalny partner ze swoim synem. Dla wierzącej w świętego Kate to problem, bo nadal nie jest w stanie wymazać z pamięci zmarłego ojca. I bardzo chce się stamtąd wyrwać. Razem z Jakiem (synem gacha o imieniu Bob) trafiają na biegun północny. Wszystko to okazuje się być planem dawnego elfa, który został przemieniony w człowieka. I – jak zapewne się domyślacie – Święta znowu są zagrożone. Czy tym razem uda się zapobiec katastrofie?

Na pierwszy rzut oka sequel wydaje się powtórką z rozrywki. Ale tym razem jesteśmy w wiosce Mikołaja przez połowę filmu, poznając troszkę bliżej tą miejscówkę. Jest parę fajnych patentów: od fabryki lizaków po chatę, gdzie powstają… gry komputerowe. Fajnie, że Miki jest na bieżąco z nowoczesną technologią, jednocześnie poznajemy jego historię oraz skąd się wzięły elfy (ładnie animowane, mają w sobie to urocze coś a’la Minionki). A także czemu Balsnicker (solidny Julian Dennison) przeszedł na ciemną stronę życia elfa. Oraz Mocy.

I mimo przewidywalności, ten film po prostu fajnie się ogląda. Klimat świąteczny wylewa się z ekranu wiadrami, efekty komputerowe nie kłują w oczy, a muzyka jeszcze bardziej buduje atmosferę. Nie zabrakło też odrobiny akcji (pościg saniami) czy humoru. No i jest Kurt Russell jako św. Mikołaj, który jest zajebisty w tej roli. Ma tą energię, luz oraz kilotony charyzmy. Zwłaszcza w scenach z panią Mikołajową, czyli Goldie Hawn (pamiętacie ją jeszcze) – ta relacja jest pokazana bezbłędnie. Z kolei dzieciaki, czyli Darby Camp (Kate) oraz Jazhir Bruno (Jack) wypadają bardzo solidnie, co w przypadku ról dziecięco-nastoletnich nie jest łatwym zadaniem.

Film ten – jak część pierwsza – ma spory potencjał na zostanie świątecznym klasykiem. Minimalnie jest lepszy od poprzednika, bardziej rozbudowujący świat brodacza w czerwonym oraz wieloma fajnymi scenami. Na ten okres wydaje się odpowiednim prezentem.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Ant-Man i Osa

Pamiętacie Scotta Langa? Ten drobny złodziejaszek, który potrafi się pomniejszać oraz nawiązywać kontakt z owadami i mrówkami, ostatnio wpakował się w tarapaty. Po akcji na lotnisku (trzeci „Kapitan Ameryka”) otrzymał areszt domowy i stracił kontakt z wynalazcą Hankiem Pymem. Ale w zamian za to poprawił swoje relacje z byłą żoną oraz córką, a także z kumplami założył firmę specjalizującą się w zabezpieczeniach. Samego aresztu zostało mu raptem trzy dni i wygląda na to, że wszystko jest ku prostej drodze. Brzmi pięknie? Jednak dość szybko zostaje wywrócone do góry nogami przez Pyma oraz maszynę do przechodzenia w wymiar kwantowy.

antman22

Pierwszy „Ant-Man” był pozytywnie zaskakującą, lekką rozrywką ubraną w konwencję heist movie, dodając sporo świeżości do MCU. Wróciła ta sama ekipa realizacyjna, zaś cała intryga tutaj skupia się wokół odnalezienia żony Hanka, która ugrzęzła w wymiarze kwantowym. Problem w tym, że jest jeszcze przynajmniej jeszcze dwie strony, którym bardzo zależy na tym wynalazku. Cała historia zaczyna się gmatwać, a nawet pojawiają się mroczniejsze fragmenty związane z przeszłością Pyma. Akcja zaczyna się coraz bardziej komplikować, akcja zaczyna pędzić na złamanie karku i potrafi to sprawić masę frajdy. Znowu błyszczą wszelkie momenty, gdzie wszelkie pomniejszenia oraz powiększania postaci, przedmiotów oraz obecności mrówek (w tym niezapomniany Antonio Banderas). No i każde wejście Luisa to komediowa perełka – szczególnie scena z serum prawdy.

antman21

Sam wątek wymiaru kwantowego oraz jego funkcjonowania dodaje wartości, a sam wygląd jest imponujący. Pamiętacie wymiar astralny z „Doctora Strange’a”? To jest jeszcze bardziej podkręcone, barwne, ale i niebezpieczne miejsce, z którego samodzielny powrót (bez odpowiedniego sprzętu) jest praktycznie niemożliwy. No i jak to wali po oczach – narkotyki nie są w stanie dać takich wizji jak twórcy efektów specjalnych.

Ale mimo prób coraz bardziej uatrakcyjniania fabuły oraz ciągłego dziania się, coś się popsuło. Nie zrozumcie mnie źle, bawiłem się naprawdę dobrze i kilka zabawnych sytuacji naprawdę było w punkt. Niemniej czułem pewien niedosyt, a sam Człowiek-Mrówa zostaje zepchnięty na drugi plan do roli śmieszka. Z nowych postaci tylko Duch wydaje się intrygującą postacią. To nie jest klasyczny łotr, chcący rozpierdolić cały świat albo jest zły, bo tak. Złamana postać z bardzo mrocznym tłem, który wywołuje współczucie, co jest największą zaletą. Tak jak scena po napisach, która zmienia totalnie sytuację naszego bohatera.

antman23

Aktorsko nadal wszystko trzyma poziom. Paul Rudd ciągle sprawdza się w roli Scotta „Ant-Mana” Langa, czyli drobnego złodziejaszka z dobrym sercem oraz troszkę komediowego herosa (ten ciągle popsuty kombinezon). Nie da się go nie lubić, nawet jeśli miejscami zachowuje się niedojrzale. Pazurki za to bardziej pokazuje Evangeline Lilly, która ma kilka świetnie wykonanych scen akcji (no i jej kombinezon robi cuda). Twarda zawodniczka, sama dające sobie radę oraz kopiąca tyłki facetom – jak jej nie kochać? 😉 Ale film i tak kradnie Michael Pena (Luis), dodając masę humoru, lekkości oraz świetnych tekstów. Z nowych postaci świetnie wypada Hannah John-Kamen w roli Ducha (Ava), a także Laurence Fishburne jako dawny partner Pyma.

Powiem wam szczerze, że drugi Ant-Man nadal potrafi dostarczyć lekkiej, niezobowiązującej rozrywki w świecie Marvela. Nie mogę pozbyć się jednak wrażenia, że zamiast na bohaterach skupiono się bardziej na akcji (przyznaje, że kreatywnej) i troszkę mniej świeżości tu jest. Jednak finał potrafi chwycić i zadaje pytanie: co dalej?

6,5/10

Radosław Ostrowski

Kronika świąteczna

Coraz bliżej Święta, coraz bliżej Święta… – jak wiadomo, powoli zaczyna się zbliżać, a wtedy pojawiają się choinki, dzwoneczki oraz filmy z pewnym kolesiem w czerwonym stroju. Nie, nie jest to Deadpool, tylko koleś zwany świętym Mikołajem. Wiecie, gość wręczający prezenty w jedną noc, nikt go nie widzi i jego obecność przyjmuje się na wiarę. Tym razem swoją opowieść postanowił pokazać Netflix, wsparty tutaj producencką ręką Chrisa Columbusa (kultowy Kevin, co dwa razy był sam w domu).

kronika_swiateczna1

Sam punkt opowieści jest bardzo prościutki: mamy rodzinę, która straciła ojca-strażaka. Matka pracuje jako pielęgniarka w szpitalu, zaś dwoje dzieci coraz bardziej się od siebie oddala. Starszy brat (Teddy) nie wierzy w bzdury o Mikołaju i idzie na kolizję z prawem, zaś jego siostra (Kate) wydaje się tą bardziej naiwną, pocieszną oraz tą „grzeczną”. Ciężko utrzymać tą więź. W noc wigilijną dziewczynka znajduje na jednej z nagranych taśm pewną rękę z prezentem. Przekonuje brata, by sfilmować i „upolować” świętego Mikołaja. Żeby udowodnić jego istnienie, co w pewnym sensie się udaje. ale problem w tym, że sanie zostają rozbite, renifery zaginęły, a worek z prezentami odleciał w siną dal. Czyżby tegoroczna Gwiazdka miała się zakończyć katastrofą?

kronika_swiateczna2

Reżyser Clay Kaytis realizuje klasyczny film familijny, jakiego możecie się spodziewać. Każdy problem zostaje dość szybko rozwiązany, humor jest miejscami bardzo slapstickowy (wręcz ograny do bólu), a finał jest równie oczywisty jak kolejność dni w tygodniu. Są renifery? I nawet ładnie wyglądają, elfy też potrafią być urocze (z wyjątkiem jednego narwańca), a w tle czuć klimat świąt, co także jest zasługą muzyki. Wiadomo, jak to się skończy: prezenty zostaną dostarczone, Mikołaj będzie szczęśliwy, a dzieciaki odnowią swoją więź, pokonując pewne demony. Historia nie porywa, ale ogląda się całkiem nieźle.

kronika_swiateczna3

Najbardziej podobała mi się wizja świata św. Mikołaja. Facet ma dość wypasione sanie (mogą być nawet lekkim samolotem) oraz kilka gadżetów – lokalizator worka, będącego wrotami do domu świętego oraz jego ekipy elfów, zaś sam odnosi się z dużym dystansem do swojego medialno-popkulturowego wizerunku. Jego zderzenie z rzeczywistością staje się źródłem kilku zabawnych sytuacji (scena w areszcie, gdzie wykonuje koncert niczym dawni Blues Brothers), zaś rozpoznawanie swoich podopiecznych, gdy jako dzieci prosili o prezenty, też sprawia troszkę frajdy.

Samo aktorstwo jest poprawne, ale jest jeden mocny punkt: święty Mikołaj. Ale czy może być inaczej, jeśli tą postać gra sam Kurt Russell? I ten Mikołaj jest absolutnie cudowny: z jednej strony wierzy mu się, potrafi wyczarować różne prezenty, chociaż wygląda na troszkę starszego i mniej zadbanego, z drugiej ma masę luzu, dystansu oraz wnosi lekkość tej postaci. Zawsze pozostaje przekonujący, odpowiednio charyzmatyczny, a jednocześnie bardzo jowialny. I jego obecność nakręca ten cały film (tak jak krótki epizod pani Mikołajowej – sami zobaczycie, kto się wcielił w tą postać).

Jaka jest ta „Kronika świąteczna”? Całkiem fajna, chociaż trzeba bardzo mocno zawiesić oko na wydarzenia ekranowe. Lekki, niezobowiązujący seans z rodziną w towarzystwie najbardziej cool Mikołaja w historii. Czy można się rozczarować?

6/10

Radosław Ostrowski

Barry Seal: Król przemytu

Słyszeliście o Barrym Sealu? Pozornie zwykły pilot linii lotniczych, który jest znudzony swoją rutyną dnia codziennego. Więc na boku zajmuje się przemytem cygar, ale zostaje przyłapany przez pewnego rudzielca. Facet okazuje się agentem CIA i składa Barry’emu propozycję nie do odrzucenia. Chodzi o zrobienie fotek komunistom. Ale potem nasz pilot dostaje propozycję od handlarzy narkotyków z Kolumbii. I zaczyna się szalona, wręcz nieprawdopodobna historia.

barry_seal1

O Barrym Sealu wspomniano w jednym z odcinków „Narcos”, więc fani serialu mogą poznać całą tą historię z perspektywy naszego pilota, który nagrywa swoją historię na VHS-ie. A tą szaloną historię postanowił opowiedzieć Doug Liman, czyli twórca „Na skraju jutra” oraz „Tożsamości Bourne’a”. i tak jak w „Narcos” wygląda to wręcz nieprawdopodobnie. Akcja czasami pędzi na złamanie karku, nasz pilot lawiruje między wywiadem, kartelem narkotykowym, pomaga przerzucać broń i… bojówki Contras, mające przejąć władze w Nikaragui, dostarcza informacje od Noriegi, przy okazji zgarniając tyle kasy, że nawet nie ma specjalnie miejsca do jej trzymania. Ogląda się to niczym teledysk: szybki montaż (pierwsze loty Seala), chwytliwa muzyka z epoki, mocne kolory niczym z kaset video, ucieczki przed Strażą Graniczną, a w tle ciągle zmieniająca się sytuacja polityczna (pokazana za pomocą archiwalnych zdjęć oraz animacji).

barry_seal2

Tylko mam jeden poważny problem: to wszystko jest takie powierzchowne, o bohaterach wiemy bardzo niewiele, są ledwo zarysowani, wręcz papierowi. Wszystko to służy podkręceniu akcji, zaserwowaniu kilku zgrabnych gagów (pierwszy kontakt z Contras) oraz poczuciu dobrej zabawy. To może wystarczyć, ale sama historia była na tyle fascynująca, że można (wręcz należało) ją pogłębić, bo kompletnie na Sealu mi nie zależało.

barry_seal3

Chociaż Tom Cruise w roli takiego chciwego cwaniaczka, wykorzystującego każdą nadarzająca się okazję do zebrania własnych profitów sprawdza się dobrze. Ma odpowiednio białe zęby, zręcznie lawiruje między kolejnymi stronami, a jednocześnie nie jest do końca serio („część z tych wydarzeń miała miejsce”), co pozwoli wzbudzić sympatię. Poza Cruisem wybija się tylko Domhall Gleason jako Schafer, czyli agent CIA – pewny siebie, opanowany oraz twardy. Cała reszta (włącznie z kartelem z Medellin) robi tutaj tylko za tło mające uwiarygodnić całą tą szaloną opowieść.

barry_seal4

„Barry Seal” to kolejny przykład kina od zera do bohatera, pokazując przy okazji cenę, jaką trzeba zapłacić za swój wielki sukces. Można odnieść wrażenie, że to klon „Wilka z Wall Street” czy „Rekinów wojny” z powodu realizacji. Ale film Limana jest znacznie lżejszego kalibru, mający na celu dostarczyć rozrywki, nie do końca wykorzystując swój potencjał.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Trolle

Jak znamy z baśni i legend, trolle to wredne stwory piękne jak noc listopadowa, a inteligencje mają na poziomie ameby. Tak było od czasów Tolkiena, ale panowie z DreamWorks mają własną koncepcję tych istot. W ich animacji trolle są małymi, pozytywnie zakręconymi istotami z bardzo bujnymi włosami oraz wyglądem lalek. Są nośnikiem pozytywnej energii, której brakuje Bergenom – smutnym, brzydkim i bardzo nieszczęśliwym, dużym stworom. By przejąć szczęście i radość, Bergowie postanawiają zjeść trolle, na szczęście udaje im się uciec. I tak sobie w lasku trolle siedzą 20 lat w spokoju, szczęściu i nieustannej radości, kierowani przez przyszłą królową Poppy. Ale pewna impreza okazała się brzemienna w skutki, z powodu obecności nieproszonego gościa, czyli wygnanej Kucharki Bergenów, porywającego kilku jej ziomków. Królowa wyrusza odbić pobratymców razem z kolegą Mrukiem.

trole1

Widać rękę DreamWorks przy realizacji tego filmu, gdyż sylwetki postaci są bardzo wyraziste i charakterystyczne dla nich. „Trolle” to mieszanka kina przygodowego i… musicalu. Całość jest bardzo, bardzo kolorowa. I mówiąc to mam na myśli, że aż uderza tymi barwami po oczach niczym po zażyciu narkotyków (dla wielu ten nadmiar kolorów może wywołać wymioty). Trolle tańczą, wykorzystują swoje długie włosy niczym Indiana Jones bicz, rozsadzając swoją pozytywną energią. Same piosenki są dość ograne, ale brzmią ładnie i współgrają z ekranowymi wydarzeniami, będąc niejako komentarzem (wybierał je i napisał aranżacje Justin Timberlake).

trole2

Sama historia nie jest jakoś oryginalna, ale potrafi wciągnąć. Złośliwości między pozytywnie zakręconą Poppy a zgorzkniałym, samotnym Mrukiem (cały czarny) mają troszkę iskier, ale najładniej poprowadzono wątek nieśmiałej Bergerki (pomocnicy kucharki) o imieniu Bridget, beznadziejnie zakochanej w królu. Poppy próbuje je pomóc, co dodaje troszkę uroku i lekkości. Tak samo zabawne są scenki przypominające wycinanki czy drobne aluzje popkulturowe (początek z pędzącym szkrabem na rowerku po czerwonym dywanie – brzmi znajomo? Czy akcja ze zgubieniem wrotki), co było zawsze znakiem rozpoznawczym studia. Do tego dostajemy kilka spektakularnych scen zarówno akcji (ucieczka przed Bergerami), jak i tanecznych (przygotowania do imprezy czy finał), co wielu może się nie spodobać. Do tego niegłupie przesłanie, że szczęście jest zaraźliwe i nie trzeba nikogo zjadać, by mu je wręczyć.

trole3

Jak zawsze polski dubbing trzyma fason, ale tym razem postanowiono przetłumaczyć piosenki, przez co nie łatwo było je rozpoznać. Rozsadziło mnie wykonanie „Clint Eastwood” oraz bardzo poruszające „Hello”, jednak dwa utwory postanowiono zachować w oryginale. I tej niekonsekwencji nie jestem w stanie rozgryźć, bo albo bierzemy całość na warsztat, albo zostawiamy wszystko w oryginale. Samo śpiewanie brzmi dobrze i mówię to z ręką na sercu, przez aktorów podkładających głosy swoim bohaterom, ze szczególnym wskazaniem na Magdalenę Wasyluk. Aktorka jako Poppy po prostu rozsadza ekran, zaraża swoją energią i niezłomną determinacją, w pełnie uwiarygodniając ją. W opozycji do niej stoi Mruk (Piotr Bajtlik) – pesymista ze złamaną przeszłością, ciągle nieufny i widzący wszystko w czarnych barwach. Drugi plan kradnie wspomniana Bridget (Ewa Konstancja Bułhak) oraz demoniczna Kucharka (Elżbieta Jędrzejewska), będąca typowym czarnym charakterem skupionym na zemście.

trole4

„Trolle” to animacja skierowana dla dzieci i im da wiele frajdy, co jest zrozumiałe i oczywiste. Twórcy serwują takiego pozytywnego kopa, że trudno przejść do tego obojętnie. Fajna, lekka i przyjemna rozrywka ze świetną muzyką.

7/10

Radosław Ostrowski

Fistaszki – wersja kinowa

„Fistaszki” to jedna z najpopularniejszych serii komiksowych w historii tego gatunku, zrealizowana przez Charlesa M. Schulza. Bohaterami serii były bardzo wcześnie dojrzałe dzieci, trafnie i celnie komentujące zastaną rzeczywistość, ale najważniejszy był on – Charlie Brown. Chłopiec w żółtym sweterku z czarnymi paskami był klasycznym, szkolnym looserem. Czegokolwiek próbował się podjąć, zawsze kończyło się to porażką. Nieważne czy chodziło o puszczanie latawców, grę w baseball czy kopnięcie piłki futballowej. Charlie opiekujący się psem Snoopym wchodzi w trudny okres i nie dlatego, że chce się wybić, ale zakochał się w nowej koleżance – rudowłosej dziewczynie. Tylko jak zwrócić swoją uwagę? Tymczasem Snoopy znajduje maszynę i zaczyna pisać powieść, w której jest pilotem myśliwca walczącym z Czerwonym Baronem.

fistaszki1

Jak widać z opisu, historia nie jest skomplikowania i jest pretekstem do pokazania gagów, pokazujących determinację naszego chłopca, by zdobyć uwagę Rudej. I trudno nie powstrzymać się od śmiechu, gdy wszelkie próby Charliego kończą się porażką. Ale dlaczego tak się dzieje? Czyżby los był tak podły i złośliwy, że jakakolwiek próba musi skończyć się porażką? Bo zawsze latawiec zahaczy o drzewo, próba tańca na balu kończy się włączeniem zraszacza (mimo, że nasz bohater przeszedł trening), a literackie próby Snoopy’ego są traktowane szyderczo. Niemniej twórcy nie drwią i nie szydzą ze swoich bohaterów, tylko pokazują nieporadność Charliego z życzliwością, a bohater ma wsparcie kilku osób (w tym kujona Linusa). Do tego naprawdę pokręcona wyobraźnia pieska (jego historia to popis animatorów, szalonej wyobraźni i dobrych gagów) i otrzymujemy rozczulającą, czułą komedię.

fistaszki2

Widać, ze twórcy lubią pierwowzór Schulza, więc sama animacja mocno trzyma się pierwowzoru i oddana jest z szacunkiem oraz sercem. Postacie (choć trójwymiarowe) wyglądają niemal żywcem wzięte z komiksu, mimo bardzo niewielu detali w sylwetkach oraz twarzy. To jednak jest najmocniejszy atut filmu, a dowcipne gagi (Snoopy przebijający się do obozu czy taniec Charliego Browna) wywołują uśmiech na twarzy. A polski dubbing wypada całkiem przyzwoicie, choć dzieciaki u nas jakoś na ekranie niespecjalnie sobie radziły.

fistaszki3

Produkcja pozornie skierowana do najmłodszego grona odbiorców jest ciepłym, serdecznym, sympatycznym filmem. Starsi mogą poczuć nutkę nostalgii wobec ferajny: Linusa, Lucy, Patty, Schroedera i nie będzie w tym nic złego, bo przypomną sobie początki znajomości z Charlie Brownem.

7/10

Radosław Ostrowski

 

Ant-Man

Takiego superbohatera nie było w kinowym uniwersum Marvela. Poznajcie Scotta Langa – jak na porządnego kolesia, gdy widzimy go po raz pierwszy, wychodzi z więzienia. Trafił tam za włamanie się do komputerów dużej firmy. Teoretycznie wielki sukces, w praktyce 3 lata w pierdlu, rozwód z żoną i brak kontaktu z córką. A z czegoś trzeba płacić alimenty, tylko skąd wziąć kasę, bez pracy, mając taką skazę w CV? W końcu decyduje się na skok i kradnie… kombinezon, który pozwala zmniejszyć się. I tak zaczyna się najtrudniejsze zadanie – Scott z pomocą dr. Hanka Pyma (to on stworzył kombinezon i ustawił skok) ma okraść jego dawną firmę, by nie dopuścić do stworzenia niebezpiecznej broni.

antman1

Tu może pojawić się pytanie, czy Marvel wie, co robi, realizując tak naprawdę komedię kryminalną z superbohaterem w roli głównej. Dodatkowo reżyseruje całość Peyton Reed – reżyser niezbyt lubianych (przynajmniej w Polsce) komedii. Na szczęście, znowu producenci wiedzieli, co robią. Dostajemy rasowy heist movie, który ma nietypową koncepcję i jest tak lekki, że trudno w to czasami uwierzyć. I jest to zrealizowane zgodnie z regułami gatunku: jest przygotowanie, sama akcja i komplikacje, które przybierają zaskakujący obrót. Wyobrażacie sobie, żeby razem w mrówkami obrobić dużą formę z tysiącem zabezpieczeń? I to naprawdę trzyma w napięciu.

antman2

Ale największym atutem tego filmu są sceny, gdzie widzimy świat z perspektywy mrówki. Gdy nagle wszystko jest takie duże, a ty jesteś taki malutki. Co nie znaczy, że jesteś bezsilny, bo zmienić rozmiar możesz niemal w każdej chwili, co zmienia totalnie tempo i rozwój wszelkich starć. Dynamicznie zmontowanych i bardzo wyraźnie sfotografowanych. Dotyczy to zarówno starcia Ant-Mana z Falconem, jak i finałowej bijatyki z głównym złym, gdzie nie zabrakło tutaj miejsca do zdemolowania przestrzeni (z kolejki nie zostało nic). Kameralność tej produkcji też jest wyjątkowym plusem, dzięki czemu łatwiej identyfikować się z bohaterami.

antman3

Niby nie jest nic, czego byśmy nie znali (zarówno jeśli chodzi o Marvela, jak i heist movie), jednak „Ant-Man” jest świetny. To zasługa także grającego główną rolę Paula Rudda. Scott w jego wykonaniu to troszkę nieopierzony i dopiero uczący korzystać się z nowego gadżetu sympatyczny łobuz z zasadami. Przemiana w herosa jest tutaj poprowadzona lekko i bez patosu, pozostając do końca wiarygodną. Wspierany przez dr Pyma (świetny Michael Douglas) oraz jego córkę Hope (Evangeline Lilly będąca tutaj czymś więcej niż tylko wizualnym dodatkiem), próbujących przy okazji naprawić swoje nienajlepsze relacje. Także wspierający drugi plan przezabawny Michael Pena jako wspólnik w napadzie dodaje wiele lekkości. Niestety, zawodzi (znowu) czarny charakter, który jest zły, bo tak. Szkoda, gdyż Corey Stoll to niezły aktor, a tutaj w zasadzie nie ma zbyt wiele do roboty i brakuje charakteru granej przez niego postaci.

antman4

„Ant-Man” okazał się niespodzianką, która była lepsza od drugiej części „Avengersów”. Efekty specjalne znów na wysokim pułapie, gra konwencją heist movie, lekkość i masa humoru działają na plus. Nie brakuje poważnych momentów (tragedia dr Pyma), jednak nie jest to depresyjne kino. Świetna rozrywka na poziomie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Cake

Grupy wsparcia w szpitalach służą, by pomagać innym ludziom wyjść z traumy na wskutek dramatycznych zdarzeń. Dla Claire Simmons czymś takim był wypadek, w którym straciła syna i sama mocno oberwała (chroniczny ból kręgosłupa). Od tej pory jej życie wydaje się puste i pozbawione jakiegokolwiek sensu. Wrażenie to potęguje samobójstwo jednej z członkiń grupy wsparcia – młoda Nina, która pozostawiła w żałobie męża oraz syna.

cake1

Dramat psychologiczny niejakiego Daniela Barnza pozornie może wydawać się jedną z tysiąca opowieści, gdzie mamy bohatera „trawiącego” własną traumę. I poniekąd tak jest – to zbiór scenek z życia Claire, która otoczyła się wewnętrznym murem, zamykając się od reszty świata. Unika kontaktu z byłym mężem, coraz bardziej pogrąża się w zgorzknieniu, odnosi się do innych z ironią oraz sarkazmem, świadomie zmierzając ku samozagładzie. Alkohol, leki, przypadkowy seks nie pozwalają stłumić tego bólu i odnaleźć sensu życia. Próby wyrwania się z tego letargu spełzają na niczym, jakby kompletnie na niczym nie zależało. I ten dramat ogląda się całkiem nieźle, choć taka luźna konstrukcja scenariusza zawsze mnie odpychała.

cake2

Sama słodko-gorzka tonacja byłaby dobrym kluczem, gdyby troszkę głębiej udało się „wejść” w umysł i psychikę Claire. Niby jest tam widoczny ból, gorycz i depresja, ale po pewnym czasie oglądanie kolejnych irracjonalnych zachowań bohaterki wywołuje znużenie. Chybiony jest też pomysł „nawiedzania”  przez ducha zmarłej Niny, co niepotrzebnie spłyca całość. Twórcy miotają się jak główna bohaterka, nie do końca wiedząc w jakim kierunku pójść i na której relacji się skupić – czy na byłym mężu, na wdowcu oraz jej synu czy na ciężko znoszącej ją gosposi Meksykanki. Dostajemy wszystkiego po trochu, a zakończenie (tylko pozornie) wydaje się szczęśliwe.

cake3

„Cake” trzyma się tak dobrze, co jest zasługą aktorki, po której nie spodziewałem się takiej kreacji. Jennifer Aniston w tym filmie to największa niespodzianka i skarb tego filmu, zawłaszczając każdą scenę, sytuację i zachowanie – od leżenia w samochodzie na cofniętym siedzeniu po kupno leków w Meksyku czy próbę samobójstwa na torach. Pozostali aktorzy, choć znani i doświadczeni (Felicity Huffman, Anna Kendrick czy William H. Macy) są tylko tłem dla jej popisu Aniston. Szkoda, że ekipa nie dorównała do jej poziomu, bo mógł być to dobry, a nawet świetny film.

6/10

Radosław Ostrowski

Na skraju jutra

W niedalekiej przyszłości Ziemia zostanie zaatakowana przez paskudnych obcych zwanych Mimikami. Paskudne monstra przez pięć lat opanowały niemal całą nasza planetę, ale wkrótce ma dojść do ostatecznej konfrontacji – lądowanie na plaże Normandii. I tak trafia zdegradowany major Bill Cage, specjalista od PR-u. Ale niestety ma pecha, bo podczas walki… ginie spalony przez zwłoki Mimika. W zasadzie mógł to być koniec filmu, gdyby nie fakt, że po śmierci Cage… budzi się dzień przed inwazją.

na_skraju_jutra1

Dziwne prawda? Nowy film Douga Limana, czyli twórcy nowej wersji „Tożsamości Bourne’a” to adaptacja powieści japońskiego autora, którego nazwiska nie jestem w stanie wymówić. To wyjaśnia obecność egzoszkieletów oraz wyglądu paskudników, a sam pomysł zapętlenia czasowego budzi skojarzenia z „Dniem świstaka”, tylko że tutaj to inaczej uzasadniono. Efekt? Dynamiczne kino akcji, które wykorzystuje zapętlenie (świetnie zmontowane) wywołując na początku sporo humoru. Oglądając można mieć wrażenie patrzenia na grę komputerową (giniesz, powtórka, znowu, giniesz, znowu powtórka) przechodzoną na najwyższym poziomie trudności. Po śmierci poznajesz ruchy przeciwnika, zapamiętujesz to, w ten sposób udoskonalając się. Jest sporo rozwałki, lądowanie pokazano w sposób wręcz kameralny (sporo piachu, brudu i paskud) i nie jest to wcale takie głupie, jeśli chodzi o fabułę, która trzyma się kupy. W zasadzie zastrzeżenia są dwa. Po pierwsze, słaba muzyka a’la Hans Zimmer, która wypada przeciętnie na ekranie. Po drugie, zakończenie nie do końca logiczne. Więcej nie powiem, ale to się zaskakująco dobrze ogląda, m.in. dzięki humorowi.

na_skraju_jutra2

Zaskakuje też całkiem dobre aktorstwo. Nie jestem fanem Toma Cruise’a, któremu wydaje się, że jest twardziele i nadal może sobie biegać, zabijać itd. Ale tutaj jest takim cwaniaczkiem, który na początku chce się wymigać od walki. Im dalej jednak w las, tym bardziej staje się superherosem i prawdziwym badassem. I tą przemianę naprawdę dobrze ogrywa. A czy mogło być inaczej, jeśli nauczycielką jest Metalowa Suka Rita (fantastyczna Emily Blunt), która jest ostrą zawodniczką, bardzo skrytą i nie do końca ufną. Ten duet rozkręca cała imprezę, ale o wątku miłosnym możecie zapomnieć – na wojnie nie ma miejsca na takie pierdoły jak miłość. Poza tym killerskim duetem jest jeszcze na drugim planie wyrazisty Bill Paxton (starszy sierżant Farrel) oraz kościsty Brendan Gleeson (generał Brigham).

na_skraju_jutra3

Film zawiera mniejsze i większe bzdury, widać kupę kasy zainwestowaną – to prostu rozrywkowe kino zrobione na solidnym poziomie. Fajny pomysł, solidna realizacja, dobre aktorstwo i tyle.

7/10

Radosław Ostrowski

Kraina lodu

Wiem – zima już minęła (ostatnio mocno daje ciała), ale na chwilkę ochłodźmy się. Pewnie pamiętacie bajkę o „Królowej śniegu”? Wytwórnia Walta Disneya, która lubi słodzić aż za bardzo postanowiła opowiedzieć podobną historię, tylko ją zmodyfikowało. A było to tak:

Dawno, dawno temu w królestwie Arendelle były sobie dwie siostry – Elsa i Anna. Pierwsza posiadała moc zamrażania, nad którą nie była w stanie zapanować. Druga, o mały włos przez nią nie zginęła. Dlatego obie siostry były od siebie izolowane. Kiedy oboje rodzice zginęli, a Elsa miała objąć tron, dochodzi do strasznej sytuacji. Anna chce wziąć ślub z ledwo poznanym księciem Hansem, co doprowadza starszą siostrę do szału i całe królestwo zamarzło, zmuszając Elsę do ucieczki. Jednak Anna wyrusza za nią w pościg, w którym pomaga jej (trochę wbrew swojej woli) łamacz lodu Kristoff ze swoim reniferem Svenem.

lod1

I jedno trzeba przyznać Disney’owi, że wie jak opowiadać historię. Niby jest to prosta historia opowiedziana bez zbędnych ozdobników i dłużyzn, potrafi trzymać w napięciu (finał), nie brakuje różnych scen akcji (pościg przed wilkami czy walka z lodowym gigantem), zaś całość jest okraszona humorem. Ale jedno udało się bez cienia wątpliwości twórcom: animacja. I nie chodzi tu o ruchy postaci czy ich wygląd (bałwanek Olaf jest akurat wyjątkiem od reguły), ale przede wszystkim o wygląd krainy i śnieg. Jest on po prostu piękny i czarujący. I nie jest to czcza gadanina – dawno nie widziałem tak pięknego śniegu (dokładnie, od czasu „Happy Feet”).

lod2

Jeśli zaś chodzi o dubbing (film widziałem w oryginale), to brzmi on naprawdę dobrze, zaś postacie naprawdę brzmią bardzo dobrze. Zdecydowanie należy pochwalić grające obie siostry Kristen Bell (trochę „postrzelona” Anna) i Idinę Hanzel (chłodna Elza), zaś obie postacie kobiece nie są takimi zagubionymi dziewuszkami, które czekają aż pomoże im jakiś facet, nie dają sobie w kaszę dmuchać. Jeśli chodzi o panów, to zdecydowanie należy zwrócić uwagę na Kristoffa (Jonathan Groff) – żyjącego z lodu faceta, który czasami „gada” z reniferem oraz księcia Hansa (Santino Fontana) – elegancki, uroczy gościu, na początku. Złodziejem drugiego planu jest Olaf (świetny Josh Gad) – sympatyczny, choć trochę zabawny towarzysz przygód, na którym można polegać i to on ma najzabawniejsze teksty.

lod3

„Kraina lodu” potwierdza tylko, że wytwórnia Disneya wraca do gry i powoli zaczyna dominować na polu animacji, pokonując wówczas niepokonanego Pixara. Kto wie, czym jeszcze będą mogli nas zaskoczyć.

8/10

Radosław Ostrowski