Free Fire

Gdzieś w Ameryce ma dojść do prostej transakcji: kasa za spluwy. Kasę mają Irlandczycy ze słynnej IRA, spluwy załatwia handlarz z RPA, a pośrednikami w interesie są Justine oraz Orb. Wszystko miało pójść łatwo, gładko i bez zbędnych komplikacji. Co może pójść nie tak? A co dwóch z członków grupy pomocników poznało się wcześniej i wyszła z tego duża awantura? To niezbyt dobrze wróży interesom, a zwykła transakcja zaczyna się zmieniać w pole bitwy.

free_fire1

Ben Whitley to jeden z bardziej intrygujących brytyjskich filmowców, chociaż moje dwa poprzednie spotkania („Pole w Anglii” oraz „High-Rise”) nie do końca mnie przekonały. „Free Fire” to prosta, nieskomplikowana historia kryminalna a’la Tarantino. Emocje zaczynają się coraz bardziej rozkręcać, a karuzela przemocy wydaje się nie mieć końca. Wszyscy chowają się gdzieś za każdą osłoną, każdy do każdego strzela, rzucając się wyzwiskami, sprawdzając stan zdrowia i próbując się jakoś z tego wykaraskać. Do tego dochodzi zdrada z zewnątrz, poczucie urażonej dumy, próby zastosowania różnych podstępów, a broń czasem lubi się zacinać. Wszystko wygląda jak jakiś film z lat 70., gdzie mamy kolesi w kurtkach, kolesi w wypasionych garniakach, kolesi z wąsami oraz jedną lalunię, a w tle gra John Denver. Reżyser niby gra znaczonymi kartami, ale wie jak podkręcić napięcie, bardzo dynamicznie montując i dodając parę roszad, niespodzianek oraz krwawej jatki.

free_fire2

Do samego końca nie można być pewnym jak to się wszystko skończy i kto przetrwa, a wszystko zależy od zwykłego farta. Kto celniej strzeli, kto szybciej się przemieści, kto będzie bardziej wytrzymały oraz odporny. Whitley podrzuca to także swoim poczuciem humoru, dostarczając bardzo przyjemnej rozrywki.

Tak samo znakomicie odnajdują się aktorzy w tym całym bajzlu. Najbardziej błyszczy tutaj rzucający ciętymi ripostami Orb w wykonaniu Arniego Hammera oraz wręcz przerysowany, mający wielkie ego na swój temat Vernon, brawurowo zaprezentowany przez Sharlto Copleya. Swoje robi też honorowy oraz nieufny Chris (świetny Cillian Murphy), a także porządny Frank (Michael Slovis) czy naćpany Stevo (zaskakujący Sam Riley). Oczywiście, jest tych postaci więcej i nawet drobne kreacje Patricka Bergina czy Noah Taylora zapadają w pamięć. Nawet Brie Larson (Justice) daje sobie radę.

free_fire3

Kolejny przykład jak wiele zależy od przypadku. „Free Fire” to bezpretensjonalna kanonada strzelanin, przekleństw oraz przewrotek w klimacie lat 70. Takiego pieprznika oraz bałaganu (kontrolowanego) nie widziałem od dawna, a wszystko tak bezpretensjonalnie jak się da.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Party

Każda impreza to dobry pretekst, by spotkać się ze starymi znajomymi, czyż nie? Nie inaczej jest w domostwie Janet i Billa. On był profesorem akademickim, ona właśnie została wybrana na ministra zdrowia w gabinecie cieni. Właśnie zaprosili paru znajomych na uczczenie tego wydarzenia. Przychodzi sarkastyczna przyjaciółka z mężem Niemcem wyznającym wiarę w medytację oraz alternatywną medycynę, para lesbijek oczekujących na dziecko oraz młody bankier, którego żona się spóźnia. Czas mija dość spokojnie, ale Bill swoim wyznaniem burzy spokój raz na zawsze.

party1

Sally Potter w swoim bardzo kameralnym filmie przygląda się ludziom z tak zwanego high-life’u, prezentujący różne poglądy oraz przekonania polityczne: od tych bardziej na lewo (para lesbijek) przez wiarę bardziej transcendentalną po cynizm i materializm (bankier Tom). Ale tak naprawdę „Party” to kolejne wyciąganie trupów z szafy, kolejnych tajemnic i kłamstw, czyli pozornie nic nowego. Niestety, to wszystko kompletnie nie angażuje. Początek jest dość obiecujący i czuć narastającą atmosferę pełnych sekretów (Kto tak wydzwania do Janet? Czemu Tom przyszedł ze spluwą? Co znaczy ta trójka?) i po wyjawieniu pierwszej tajemnicy dochodzi do pewnej eksplozji. Dalej widzimy rykoszety oraz kolejne odkrywane tajemnice, tylko że bardzo łatwo można się ich domyślić, tak samo jak ich reakcji, troszkę przerysowanych. I nie pomagają tutaj ani surowa scenografia, czarno-białe zdjęcia czy odrobina czarnego humoru (cudowna April), wybijając film na troszkę powyżej średniej.

party2

Tym bardziej boli mnie fakt, że udało się reżyserce zebrać zestaw naprawdę fantastycznych aktorów i nie w pełni wykorzystać ich potencjału. Bo czy można się nie zachwycać, skoro na planie mamy Timothy’ego Spalla (tutaj bardzo wycofany), Kristin Scott Thomas, Patricię Clarkson (kradnąca film każdym wejściem oraz tekstem), Emily Mortimer, Bruno Ganza (najbardziej sympatyczny z grupy) oraz nerwowy Cillian Murphy. Skład godny aktorskiej Ligi Mistrzów, tylko że najbardziej wybija się Clarkson z Murphym, bo reszta ekipy wydaje się dość mocno szarżować, chociaż wydaje się to celowym zabiegiem. Tylko, że to do mnie nie przekonuje i ta sztuczność kłuje mocno po oczach i uszach.

party3

„Party” mogło być bardzo przyjemną imprezką, jednak zarówno niezbyt angażująca fabuła, problemy gości oraz zagubienie gospodyni czyni całość ledwo strawną. Wnioski też nie wciągają, a że da się zrobić angażujący dramat pokazało włoskie „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”. Anglicy są chyba jednak bardziej sztywni, przez co tracą na sile.

5,5/10 

Radosław Ostrowski

Dunkierka

Rok 1940. Niemieckie wojska dokonują niemożliwego, rozbijając w pył armie francuską. Połączone wojska francusko-brytyjskie są otoczone zarówno przez Niemców, jak i przez morze. Jak ich stamtąd wydostać? Tak zaczęła się Operacja „Dynamo”, czyli ewakuacja na szeroką skalę. I o tym postanowił opowiedzieć Christopher Nolan. A na ten film czekałem bardzo, bardzo, bardzo. I co wyszło?

dunkierka1

Całość toczy się na trzech przestrzeniach czasowych, które toczą się równoległe. Pierwszy dotyczy młodych wojaków na molo, czekających na statek. I to trwa tydzień. Drugi (trwa dobę) dotyczy cywilnego marynarza, który razem z synem oraz jego przyjacielem wyruszają do Dunkierki. Trzeci zaś dotyczy pilota myśliwca, ruszającego do walki. Ten wątek to godzina. Żeby jednak nie było to takie proste, Nolan przeskakuje z wątku na wątek, przez co na początek czułem wielką dezorientację. jednak im dalej w las, tym bardziej zaczynało się to wszystko zazębiać. Sama konstrukcja była bardzo interesująca, a napięcie jest wyczuwalne od samego początku. Pierwsza scena, czyli chłopaki są w mieście i nagle zaczynają padać strzały, buduje poczucie ciągłego zagrożenia (w tle jeszcze ta tykająca niczym zegar oraz wyjąca syrena alarmowa od Hansa Zimmera). Kamera z jednej strony jest bardzo statyczna, ale cały czas czuć zagrożenie. Jest to o tyle paradoksalne, że niemieckich żołnierzy… nie widzimy, jednak słyszymy ich samoloty, strzały z ich broni, bomby oraz torpedy.

dunkierka2

Nolan chce nas rzucić w sam środek, jednak nie po to, by pokazać walkę (w końcu mowa tu o ewakuacji), lecz byśmy poczuli strach, rozgoryczenie, bezsilność oraz oczekiwanie. Na pomoc, na cud, na śmierć. A kiedy dochodzi do walki o przetrwanie (mocna scena w okręcie na mieliźnie), wyłazi najciemniejsza strona człowieka, widać też psychiczne wyniszczenie (pierwszy ocalony przez cywila wojak) dokonywane przez wojnę. To wszystko potrafi trzymać za gardło, a kilka scen robi piorunujące wrażenie.

Ale największy problem mam z bohaterami, którzy są niemal kompletnie nieznani. To tylko twarze pozbawione jakiegokolwiek tła, nic o nich praktycznie nie wiemy, są tylko trybikami wielkiej wojennej machiny. Jak miałem polubić czy kibicować postaciom, o których nie wiem praktycznie nic. Nie zawsze nawet pada imię, a wszyscy wojacy (poza oficerami) zmieniają się w bezkresną, ogromną masę. Drugi problem to zbyt patetyczne zakończenie ku pokrzepieniu brytyjskich serc z przemową Churchilla.

dunkierka3

A jak w tej całej warstwie prezentują się aktorzy? W dużej mierze to ocean mało znanych twarzy jako statystów, zaś w mojej pamięci najbardziej utkwiły trzy postacie. Po pierwsze pan Dawson, czyli świetny Mark Rylance – bohater, o którym dowiadujemy się najwięcej, mieszanka doświadczenia, determinacji oraz tajemnicy. Cały czas zachowuje spokój, jakby ratowanie ludzi było dla niego rutyną. Drugim typem jest pilot, w którego wcielił się Tom Hardy, który kolejny raz musiał grać tylko oczami, bo cała reszta twarzy była schowana. A jednak jego los bardzo mnie obchodził i liczyłem, że się wykaraska z opresji. Wreszcie trzecim jest ocalony żołnierz z aparycją Cilliana Murphy’ego, który bardzo sugestywnie pokazał wyniszczoną psychikę przez wojnę, który nie chce wracać do Dunkierki.

dunkierka4

Christopher Nolan w „Dunkierce” próbuje pokazać wojnę z zupełnie innej perspektywy, co jak najbardziej należy docenić i szanować. Tylko, że nie łatwo jest zaangażować się emocjonalnie, skoro nie mamy specjalnie komu kibicować (z paroma wyjątkami). Technicznie znakomite kino, które sprawiło mi lekki niedosyt na polu emocjonalnym.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Operacja Anthropoid

II wojna światowa pociągała, przyciągała i będzie przyciągać kolejne pokolenia kinomanów oraz filmowców. Nie inaczej było w przypadku zeszłorocznej hollywoodzko-czeskiej produkcji „Operacja Anthropoid”, zrealizowanej przez irlandzkiego reżysera Seana Ellisa (także współtworzył scenariusz, zrobił zdjęcia i wyprodukował). Film z tak nośnym tematem podbiłby polskie kina, gdyby w ogóle do nich trafił, ale tak się nie stało. Szkoda, bo trafiłby na podatny grunt.

anthropoid1

Jest rok 1941, Protektorat Czech i Moraw, czyli dawna Czechosłowacja. Od dwóch ten kraj jest w rękach nazistów, którzy robią, co chcą. Od jesieni nowym władcą tego kraju jest obergrupenfuehrer SS Reychard Heydrich, który terroryzuje kraj, by niszczyć ruch oporu. Rząd na uchodźctwie wysyła do kraju dwóch komandosów – Jana Kubisia i Józefa Gabcika z konkretnym zadaniem do wykonania: zabiciem Heydricha.

anthropoid2

Ellis wykorzystuje historię, o której mało kto wie i mało kto słyszał. To jest duży plus, do tego pokazuje inne oblicze Czechów z czasów wojny, którzy kojarzeni byli raczej ze spokojem, kolaboracją i biernością. Tutaj mamy ich twarz walczących, trzymających broń i ginących za kraj. Wydaje się to nie do pomyślenia, jednak reżyser potrafi wiarygodnie pokazać tych ludzi, także rozdartych między rozkazem a konsekwencjami wykonania tego wyroku. Dobrze oddano realia epoki, gdzie ludzie są terroryzowani i w każdej chwili może czekać ich śmierć.

anthropoid3

No i najważniejsze: film trzyma w napięciu. Zarówno pierwsze spotkanie naszych chłopaków na czechosłowackiej ziemi, kontakt z ruchem oporu podkręcają adrenalinę. Prawdziwą wisienką na torcie był jednak sam zamach (tylko kamera miała swoje ADHD), jak i oblężenie kościoła, gdzie ukrywają się nasi bohaterowie. Jest dużo strzelania, pirotechniki oraz bardzo gorzki finał (lekko hollywoodzki).

anthropoid4

Że kibicujemy naszym bohaterom jest też zasługą dobrego aktorstwa. Ale czy może być inaczej, gdy do głównych ról wybiera się Cilliana Murpy’ego? Tutaj Irlandczyk tworzy bardzo pewnego, opanowanego i silnego Gabcika. Skontrastowany z nim jest Kubis (dobry Jamie „już nie Grey” Dorman), mający wiele wątpliwości, co do akcji, z trzęsącymi się dłońmi. Na drugim planie mamy dwie silne postacie szefów ruchu oporu, czyli wujka Halsky (Toby Jones) oraz Ladislava Vanka (Marcin Dorociński, który ma swoje mocne pięć minut). Obydwaj są oddani sprawie, choć Vanek obawia się konsekwencji.

anthropoid5

„Operacja Anthropoid” to mocne, mroczne i niepozbawione emocji kino, opowiadające mało znaną historię. Fani II wojny światowej oraz dobrych produkcji powinni się zmierzyć. Dobra robota.

7/10

Radosław Ostrowski

W samym sercu morza

Rok 1850. Mały znany pisarz Herman Melville przybywa do Nantuckett, by porozmawiać z Thomasem Nickersonem – ostatnim żyjącym członkiem statku Essex. Za sporą zapłatę chce usłyszeć skrywaną historię tego okrętu oraz tego, jak został (co nie jest oficjalną wersją) zniszczony przez kaszalota. Nickerson początkowo się waha, ale za namową żony zgadza się opowiedzieć prawdziwą historię, a kluczowymi dramatis paersone będą kapitan George Pollard i jego pierwszy oficer Owen Chase. Historia ta posłuży potem pisarzowi do napisania „Moby Dicka”.

w_samym_sercu_morza2

Ron Howard to jeden z najlepszych rzemieślników zza Wielkiej Wody, więc byłem pewny, że zrealizowanie kina marynistycznego nie powinno sprawiać żadnego problemu. Wszak jest tylu spragnionych morskich opowieści, więc zapotrzebowanie nie było problemem. Jednak to, co wydawało się na papierze i w zwiastunie interesujące, tak naprawdę nie zagrało. Zgrabne retrospekcje i powolne odkrywanie tajemnicy intryguje, jednak środkowa część związana z zatonięciem okrętu oraz survivalem wśród pustego morza wywołuje znużenie. Wynika to pośrednio z faktu, że brakuje (poza Pollardem i Chasem) wyrazistych bohaterów, którym można kibicować i przejąć się ich losem. Nawet Nickerson, który jest narratorem całej opowieści, sprawia wrażenie balastu (chodzi o jego młodsze wcielenie).

w_samym_sercu_morza3

Reżyser próbuje grać też na konflikcie między dowódcą a oficerem. Chase jest bardzo doświadczonym marynarzem, jednak ze względu na swoje chłopskie pochodzenie (oraz brak koneksji) nie może dowodzić okrętem, z kolei kapitan Pollard jest zwykłym żółtodziobem ze znajomościami. I na początku rzeczywiście są iskry, jednak z powodu wielkiego, białego zagrożenia panowie muszą zawiesić spór, pojawiający się raptem w 2-3 scenach. Nawet pewne filozoficzne rozważania, co do wydarzeń jako kary za chciwość, zostaje ledwie muśnięte.

w_samym_sercu_morza4

Najciekawiej robi się wtedy, gdy pojawia się tajemnicza biała bestia, zwana kaszalotem. Howard, niczym Spielberg w „Szczękach” stopniowo buduje suspens, nie pokazując monstrum w całej swojej okazałości, przynajmniej na początku. Kaszalot działający z nieposkromioną siłą i niemal ludzką żądzą destrukcji, robi imponujące wrażenie. Można go interpretować jako symbol nieujarzmionej przez człowieka siły natury, jak i starotestamentowego Boga – surowego, brutalnego, karzącego za zaślepienie profitami. To starcie jest znakomicie sfotografowane i zmontowane, prezentując się najciekawiej z całego filmu.

w_samym_sercu_morza1

Z aktorskiej strony najlepiej prezentuje się Chris Hemsworth oraz Benjamin Walker w rolach Chase’a i Pollarda. Obydwaj są dumny, twardzi i mają inne podejście w sprawach marynistycznych, ale obaj dążą do tego samego celu – napełnienia beczek olejem wielorybów. Poza tym duetem najbardziej zapamiętałem Brendana Gleesona jako starsze wcielenie Nickersona, który z bólem opowiada tą mroczną historię. Poza nimi reszta jest mało wyrazista i nie rzucająca się w oczy.

„W samym sercu morza” mogło być jednym z najciekawszych filmów dziejących się na morzach i oceanach, ale tak naprawdę jest zmarnowanym potencjałem, broniącym się tylko pod względem rozmachu oraz inscenizacji związanych z atakami kaszalota. To za mało, by mówić o dobrym filmie, a Howarda zwyczajnie stać na więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Granice namiętności

Jest rok 1940 i trwa wojna. I to podczas wojny w Londynie żyje Vera – jest piosenkarką, która swoimi utworami podtrzymuje mieszkańców kraju na duchu. Przypadkowo poznaje swojego dawne kochanka, poetę Dylana Thomasa i jego żonę, Cathlin. Mieszkają razem we trójkę, do momentu, gdy Vera poznaje młodego żołnierza, Williama.

granice_namietnosci1

Romansidło w czasie wojny – tak można określić film Johna Maybury’ego. Na papierze wydaje się to interesująco – miłość, namiętność, zdrady, dziecko, wojna oraz jej wpływ na psychikę. Powinno tu kipieć od emocji i reżyser próbuje użyć kilku metod: od ciekawie sfotografowanych scen erotycznych (z kilkoma odbiciami lustrzanymi) przez brudne ujęcia wojenne, zbitki montażowe (przeplatanka akcji wojennej z porodem) do zbliżeń na twarze. Problem w tym, że całość kompletnie nie angażuje i zwyczajnie nie wciąga. Nie czuć tutaj ani namiętności, ani chemii między bohaterami, w dodatku pewne ciekawsze wątki (kryzys twórczy, skomplikowany portret Thomasa nie potrafiącego wybrać między kobietami czy fascynacja dwóch kobiet) zostają mocno zepchnięte na dalszy plan. I nie pomagają ani ładne plenery, ani recytowane fragmenty wierszy Thomasa. Nawet w scenach dramatycznych (William atakujący dom Thomasów z karabinu czy sceny wojenne) brakuje napięcie, emocji, czuć chłód.

granice_namietnosci2

I nie pomagają aktorzy, którzy starają się jak mogą. Przyzwoicie zaprezentowały się Keira Knightley oraz Sienna Miller (przyznam się bez bicia – jest na co popatrzeć), za to kompletnie nieprzekonujący był Matthew Rhys w roli poety Dylana Thomasa – dekadenta, komunisty, pijaka i kochanka, z kolei Cillian Murphy (William) pojawia się za rzadko i jego bohater jest mocno zepchnięty, chociaż prezentuje się najciekawiej.

granice_namietnosci3

Maybury chyba sam nie do końca wiedział, co chciał i o czym opowiedzieć. Za dużo grzybów jest w tym barszczu, co nie może się wszystkim spodobać.

granice_namietnosci4

6/10

Radosław Ostrowski

Transcendencja

Słowo „transcendencja” oznacza „istnienie bytu poza świadomością”. Innymi słowy, że jest byt, którego nasz umysł nie jest w stanie ogarnąć. Czymś takim może być sztuczna inteligencja. Ale to kwestia kilku(nastu) lat. Wyobraźcie sobie świat, gdzie prace nad sztuczną inteligencją na całym świecie są mocno zaawansowane. Będzie ona w stanie mieć własną świadomość i umysł silniejszy niż jakikolwiek człowiek lub grupa ludzi na świecie. Przewodzi tymi badaniami dr Will Caster, ale ludzie boją się tego, co nowe. I taka grupka terrorystów dokonuje ataków na kilka laboratorium, a Caster zostaje postrzelony kula z polonem. Ale jego zdesperowana żona będzie chciała połączyć jego umysł z rozwiniętą sztuczną inteligencją. I nawet ona nie będzie w stanie przewidzieć konsekwencji tych wydarzeń.

transcendencja1

Kino SF od dłuższego interesuje się kwestią AI oraz kontroli człowieka nad maszynami i na odwrót. Do tego głosu wlicza się debiutancki film Wally’ego Pfistera. Wszyscy go znamy jako operatora współpracującego z Christopherem Nolanem. I osoby spodziewającego się dużego budżetu, bajeranckiej akcji i wielkiej rozwałki – poczują się mocno rozczarowani. Bardziej jest to kameralne, bazujące na dialogach i stawiające poważne, etyczne pytania. O granicę między postępem technologicznym, który może zrobić z nas niewolników a posiadaniem własnego „ja”. Twórcy nie rozwiązują tego sporu, tylko próbują rozważnie przedstawić racje obu stron, które dla własnego dobra są w stanie zrobić wszystko. Wątek sensacyjny akurat wypada tutaj najsłabiej i wszelkie wybuchy czy strzelaniny zwyczajnie nużą. Całość jest mocno oszczędna wizualnie, a efekty specjalne poza scenami regeneracji nie odgrywają tutaj żadnego znaczenia. I na pewno „Transcendencja” daje tutaj sporo do myślenia i zmusza do refleksji.

transcendencja2

Jeśli chodzi o grę aktorów to jest ona dość nierówna. Za tło robią tutaj bohaterowie grani przez Morgana Freemana (dr Joseph Tagger) i Cillian Murphy (agent FBI Buchanan), którzy ładnie wyglądają, są poprawnymi postaciami, ale nie odgrywają istotnej roli. Najtrudniejsze zadanie miało troje głównych bohaterów. Pierwszy to dr Caster grany przez Johnny’ego Deppa. Po pierwsze, Depp wygląda tutaj normalnie i nie jest naładowanymi kilogramami charakteryzacji i jest to typowy naukowiec z kompleksem Boga, dla którego nie ma granic do nie przekroczenia, co trochę kontrastuje z dość powściągliwą grą tego aktora. Drugim mocnym punktem jest Rebecca Hall, czyli Evelyn Carter. Ta kobieta po śmierci męża, staje się ofiara swojego obłędu i chcą desperacko utrzymać męża przy życiu przekracza granicę etyki. Dla niej Will, nawet w formie komputera jest tym samym ukochanym, a zanim przejrzy na oczy minie sporo czasu. I trzecia postać, czyli dr Max Waters (solidny Paul Bettany), który ma znacznie więcej wątpliwości i jest bardziej sceptyczny od małżonków. I posiada on na tyle zdrowego rozsądku, że można się z nim identyfikować.

transcendencja3

Pfister nie boi się stawiać pytań, a choć całość nie porywa i ma dość powolne tempo, to jest jest całkiem przyzwoitą propozycją. Może i nie jest tak powalającym wizualnie widowiskiem, to jednak daje kilka poważnych pytań, nie dając w zamian żadnych odpowiedzi i zmusza do refleksji. Solidna produkcja.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Śniadanie na Plutonie

Lata 60., Irlandia. Patrick Braden jest młodym chłopakiem, który bardzo lubi ubierać się w damskie ciuszki. Gdy był niemowlęciem, matka zostawiła go pod drzwiami plebanii. Kiedy dorasta, a mieszkańcy nie akceptują jego sposobu bycia, wyjeżdża do Londynu, by odnaleźć swoją matkę.

pluton

Film Neila Jordana to kolejna opowieść o bohaterze, który jest odmieńcem i nawet tego nie ukrywa. Z jednej strony udaje się odtworzyć atmosferę lat 70-tych, gdzie konflikt irlandzko-brytyjski nasila się (choć ten temat jest muśniety), w tle leci świetna muzyka, zdjęcia też są dobrze zrealizowane, nie brakuje odrobiny humoru (rudziki, aresztowanie Kici i jego opowieść o likwidacji terrorystów). Więc w czym problem? Główny bohater, którego losy były obojętne. Kicia jest transwestytą, nie kryje się z tym, ale sprawia wrażenie osoby nie rozumiejącej rzeczywistości i zachowujący się jak kompletny idiota (pozbycie się broni z kryjówki IRA czy konflikt z policją), a jego naiwność jest zaskakująca. I zawsze lecą na niego faceci, z czego czasem korzysta. Cilian Murphy robi, co może, by uwiarygodnić tego bohatera, ale po prostu nie dał rady. Jest to kompletnie niepoważny koleś.

Poza nim jest jednak parę epizodów, które zapadają w pamięć. Moją uwagę najbardziej przykuł Liam Neeson w roli księdza, który jest ojcem Kici oraz Stephen Rea jako iluzjonista Bertie. Ale nie zmienia faktu, że jest to co najwyżej średni film. Szkoda, Mr Jordan.

5/10

Radosław Ostrowski