Bez słowa

Futurystyczny Berlin. To tutaj przybywa amisz Leo – pozbawiony głosu barman, spotykającym się z niebieskowłosą Naadirah, pracującej w tej samej knajpie. Ale pewnego dnia kobieta znika, a nasz niemy protagonista wyrusza na jej poszukiwania. Tylko, że miasto nie jest przyjazne, a Leo jest technologicznym analfabetą, co na pewno nie pomaga.

bez_slowa1

Kolejne dzieło Netflixa, który daje twórcą dużą swobodę oraz dużo kasy na realizację swoich projektów. Tym razem dołączył do nich Duncan Jones, odpowiedzialny choćby za świetny „Moon”, a „Bez słów” to próba zrobienia własnej historii w cyberpunkowym duchu znanym z „Blade Runnera” czy nowego „Ghost in the Shell”. Cała historia toczy się dwutorowo. Z jednej strony mamy niemego Leo, z drugiej mamy amerykańskiego dezertera, Cactusa Billa, który pracuje jako chirurg w półświatku, chcącego się wyrwać z Berlina. Wszystko to się splata w finale, ale po drodze będzie dość różnie. Film wizualnie potrafi zachwycić i przypomina to, co w cyberpunkowej klasyce znamy, jednak całość ma taki noirowy klimat. Czyli jest wiele tajemnic, brudnych układów, zagadek. Tylko, ze cała intryga związana z Leo zwyczajnie nudziła, kompletnie nie angażując. Powoli (zbyt) odkrywamy elementy układanki, ale to wszystko wydaje się bardzo mechaniczne, a zarówno Leo, jak i ta dziewczyna kompletnie mnie nie obchodziły. Znacznie ciekawszy oraz bardziej angażujący jest wątek związany z wojskowym, gdzie mamy sporo humoru oraz silniejszą motywację. No i te zajebiste wąsy, których nie da się zapomnieć, a partnerujący mu kumpel Duck ma też swoją niepokojącą tajemnicę.

bez_slowa2

Podoba mi się to, że ci bohaterowie nie są (poza Leo) jednowymiarowi. Audio-wizualnie też to wygląda porządnie, wręcz nawet ładnie, muzyka odpowiednio buduje nastrój, jednak środek historii się rozłazi, a nadmiar wątków pobocznych budzi poczucie niedosytu. Tak samo aktorsko się nie broni do końca. Zawodzi Alexander Skarsgaard w roli niemowy Leo, bo mimo kilku ciekawych scen, pozostawał kompletnie obojętny. Ale całość kradnie fantastyczny Paul Rudd, mający wiele luzu, troszkę chamskich pyskówek oraz grający na kontraście Justin Theroux (Duck) mocno zapadają w pamięć.

bez_slowa3

„Bez słów” nie zmieni stosunku widzów wobec Netflixa, który próbuje zdobyć uwagę kinomanów. Niby ambitne SF, ale wizualnie bardzo puste w środku, co strasznie boli.

5/10

Radosław Ostrowski

Ghost in the Shell

Tokio w przyszłości wygląda tak jak Los Angeles w „Blade Runnerze” – wali po oczach neonami, a granica między ludźmi a rozwiniętymi maszynami zatarła się dawno temu. W tym świecie przyszło żyć Major – ludzki mózg w mechanicznym ciele. Idealna broń i maszyna mająca być ślepo posłuszna i zdolna do zabijania. Ale czy aby na pewno? Major tym razem dostaje zadanie schwytania pewnego hakera, który jest odpowiedzialny za śmierć trzech pracowników korporacji, co stworzyła Major. Razem z kolegami Sekcji 9 (tacy futurystyczni gliniarze) ruszają jego tropem.

ghost_in_the_shell1

Odbiór filmu Ruperta Sandersa zależy od dwóch decydujących czynników: znajomości japońskiego pierwowzoru (anime – serial i filmy) oraz stosunku do tego materiału. W moim przypadku sprawa jest bardzo prosta, bo oryginału nigdy nie widziałem. Remake mocno przypomina pod względem treści wspomniane dzieło Ridleya Scotta, pokazując wizję świata z jednej strony technologicznego rozwoju. Ludzie mogą się tak upgrade’ować swoją fizyczną powłokę i udoskonalać, a w zamian mają być tylko lojalni i posłuszni, a z drugiej strony jest ciągle nędza oraz bieda. Jak w tym wszystkim znaleźć człowieczeństwo? Zwłaszcza, że można przecież przeszczepić czyjeś wspomnienia oraz odebrać tożsamość (mocno to przypomina dzieła Dicka), gdzie nie wiadomo kim jesteś, kim byłeś. Ta przyszłość potrafi przerazić, mimo mocno święcących reklam różnych towarów, jest tak naprawdę pusty, przygnębiający i brudny. Brakuje jeszcze tylko ciągle padającego deszczu, bo jest tak źle. Za to mamy wszelkiego rodzaju glitche, czyli obrazy jakby wrzucone przypadkiem i szybko znikające (coś w rodzaju zaburzenia percepcji).

ghost_in_the_shell3

Scenografia robi piorunujące wrażenie (może nie tak, jak ostatni „Blade Runner”, ale trudno przejść obojętnie), tak samo jak pulsująca, elektroniczna muzyka niemal żywcem wzięta z którejś części „Deus Exa”. Tajemnica jest tutaj odkrywana bardzo powoli, chociaż parę razy dialogi są łopatologiczne, ale intryga wciąga. Poczucie osaczenia jest budowane wielokrotnie (starcie w piwnicy, pierwsze spotkanie antagonistów), a sceny akcji są po prostu świetne – nawet slow-motion nie było problemem. Kilka kadrów jest wręcz przepięknych (narodziny Major, gdzie dochodzi do złączenia mózgu z nowym ciałem). I ciągłe pytanie: komu możemy zaufać? Dość szybko się domyśliłem, kto pociąga za sznurki, ale dałem się wciągnąć w opowieść, a kilka scen (przeszłość Major – ta prawdziwa) potrafiło poruszyć. Wrażenie też psuje przemoc, a właściwie jej umowność, która troszkę nie pasuje do tego brudnego i bezwzględnego świata. Zakończenie zaś sugeruje ciąg dalszy (nie miałbym nic przeciwko), chociaż w box office nie namieszał ten tytuł.

ghost_in_the_shell4

A jak to jest zagrane? Lepiej niż spodziewali się hejterzy, chociaż były dwa zgrzyty. Pierwszym była Juliette Binoche wcielająca się w dr Oulet, czyli twórczynię Major, a jej wątek był dość mocno wykorzystujący łopatę w przekazywaniu informacji. Drugim kiksem jest niejaki Peter Ferdinando jako szef korporacji, Cutter. Rola tak stereotypowa jak na tego typu postać, że łatwo domyślić się jego motywacji. Reszta nie zawodzi, a największe wrażenie robi Pilou Asbaek jako twardy Batou oraz sam Takeshi Kitano jako szef Sekcji Aramaki (końcówka zdecydowanie należy do niego), samą obecnością kradnący każdą scenę. A jak poradziła sobie Scarlett Johansson w roli głównej? Powiem krótko: jest rewelacyjna. Z jednej strony bezwzględna zabójczyni, ale z drugiej osoba prześladowana przez szczątki wspomnień. Aktorka znakomicie pokazuje siłę (pięści), lecz także zagubienie, niepewność, poszukiwanie swojego ja i wierzyłem jej (jej oczy mówią więcej).

ghost_in_the_shell2

Jaki jest ten nowy „Ghost in the Shell”? To zależy od waszego stosunku do oryginału. Czy może zachęcić do zapoznania z pierwowzorem? Myślę, że tak, broniąc się klimatem, pesymistyczną wizją świata, tajemnicą i więcej niż porządnym aktorstwem. Można z było z tego wycisnąć więcej, a pewne wątki i postacie lepiej zarysować, lecz całość i tak daje radę. Warto dać szansę i wejść w świat bez ducha.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Twój Vincent

Czy kiedykolwiek mieliście do czynienia z Vincentem van Goghem? Słynny holenderski malarz, który za życia sprzedał tylko jeden obraz, popełnił samobójstwo. Dlaczego tak się stało? To będzie próbował ustalić człowiek, który nie chciał, ale musiał wykonać zadanie. Armand Roulin jest synem naczelnika poczty, chociaż sam chciałby być kowalem. Ojciec, który przyjaźnił się z van Goghem, rok po jego śmierci znajduje ostatni list napisany do brata artysty, Theo. Gdy dociera do Paryża, do osoby sprzedającej artyście narzędzia do pracy, okazuje się, że Theo nie żyje. Adres do wdowy posiada lekarz van Gogha. Armand, chcąc nie chcąc, wyrusza szlakiem ostatnich dni malarza i powoli zaczyna odtwarzać ostatnie dni.

twoj_vincent_2

Historia jak z kryminału? Po części film duet Welchman/Kobiela jest ubranym w animację kryminałem, który zachwyca od pierwszego do ostatniego kadru. Śledztwo jest poprowadzone w sposób klasyczny, czyli rozmowy bohatera z postaciami (sprzedawca olejów, szefowa knajpy, wioślarz, w końcu lekarz) przeplatana czarno-białymi retrospekcjami, z których zaczyna się wyłaniać obraz van Gogha. I próba odpowiedzi na pytanie, dlaczego szczęśliwy człowiek, już po wyjściu z ośrodka dla obłąkanych po 6 tygodniach popełnia samobójstwo? Bo był szaleńcem? A może to był wypadek? A może… morderstwo? Twórcy bardzo zgrabnie mieszają tropy, prowadzą w maliny, w paru wypadkach wyrabiając zdanie o postaciach, które się jeszcze nie pojawiły. A jednocześnie jest to bardzo przekonujący portret samego van Gogha – człowieka nie do końca pewnego siebie, wycofanego, skupionego na swojej pracy, a także szukającego szczęścia oraz (może nie wprost) pieniędzy, by móc samodzielnie egzystować. Ciekawe, jakie wnioski z tej podróży wyciągnie Roulin – to odkryjecie sami w kinie. Tak samo jak wyjaśnienie całej intrygi.

twoj_vincent_1

A nie wspomniałem o najważniejszym – przepięknej stronie plastycznej. Twórcy postanowili całość ubrać w ten sposób, by wyglądała jak ożywione obrazy samego van Gogha. Stąd cała masa takich białych kresek na wszystkim: twarzach, scenografii, przedmiotach. I nie jest to animacja komputerowa, tylko prawdziwa, ręcznie wykonana robota. To wszystko żyje i oddycha, nawet deszcz jest bardzo efektowny, nie mówiąc o nocy, gdzie gwiazdy biją klaskiem. Tego moje skromne słowa nie są w stanie oddać, także tego jak znakomita jest muzyka Clinta Mansella.

twoj_vincent_3

Postacie intrygują, polski dubbing jest na dobrym poziomie, bez poważniejszych zgrzytów (najbardziej błyszczy Robert Więckiewicz jako dr Gachet oraz Zofia Wichłacz w roli jego córki, solidnie poradził sobie Józef Pawłowicz jako nasz protagonista, a poza tym usłyszymy m.in. Jerzego i Macieja Stuhrów, Danutę Stenkę, Roberta Guralczyka czy Włodzimierza Matuszaka), a całość jest idealną kombinacją oryginalnej formy z wciągającą opowieścią w niemal kryminalnym stylu.

twoj_vincent_4

Jednocześnie jest to pełen emocji i pasji hołd złożony jednemu z największych malarzy wszech czasów, co jest bardzo rzadką kombinacją dzisiaj. Dla mnie jest to kino totalne, gdzie wszystkie klocki pasują do siebie idealnie, bez żadnej zbędnej sceny, dialogu, postaci. Dla takich filmów ludzie idą do kin.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

High-Rise

Lata 70., gdzieś w Wielkiej Brytanii. Poznajemy dr Roberta Lainga – zwykłego, szarego człowieka wprowadzającego się do nowego budynku zwanego Wieżowca – samowystarczalnej chaty z basenem, sklepem, siłownią. Trafia on dokładnie na środek budynku, czyli 25 piętro. Powoli próbuje adaptować się do otoczenia i dostaje się prosto w klincz. Z jednej strony jest wyższa sfera kierowana przez Anthony’ego Royala – głównego architekta, z drugiej są szaraczki kierowane przez buntowniczego Richarda Wildera. Kiedy coraz częściej dochodzi do awarii prądu, konflikt wydaje się nieunikniony.

highrise1

Kolejna adaptacja dzieła J.G. Ballarda, który bardzo krytycznie odnosi się do obecnego świata. „High-Rise” to niby lata 70., ale nie jest to w żadnym wypadku film retro.. W zasadzie jako takiej fabuły nie ma, a reżyser wykorzystuje postać Lainga, by pokazać silny kontrast między high-life’m a szaraczkami z dołu. I to widać już na zasadzie scenografii – szczyt jest pełen przepychu, blichtru, bogactwa. Tam nawet jest koń (!!!) na dachu, a dół – skromnie, szaro i nieciekawie. Reżyser bardzo zgrabnie czerpie z estetyki kina lat 70. – kostiumy, design samochodów, wizualne skupienie na detalach oraz świetna gra oświetleniem. A im dalej w las, tym coraz bardziej dochodzi orgiastycznych imprez, gdzie obie strony unikają się jak ognia. Jest coraz bardziej przerażająco, z kolejnym zezwierzęceniem. Ktoś nagle zabija psa, ktoś próbuje zgwałcić kobietę, ktoś odbiera sobie życie (płynnie montowane ze scenami imprezy). Wszystko to doprowadza do niesamowitej formy, tylko ta dystopijna alegoria wg Whitleya była dla mnie zbyt chłodna.

highrise2

Bo że jest to dystopia oraz metafora tego, do czego jest zdolny człowiek, widzimy od samego początku, gdzie widzimy już budynek jako pobojowisko i cofamy się 3 miesiące wstecz. Wiemy, że będzie źle i brakuje tutaj elementu zaskoczenia. Przełknąłbym ten drobiazg, gdyby nie kompletna obojętność wobec postaci, które są ledwo zarysowane. To mają być konkretne postawy wobec swoich własnych aspiracji – bo każdy chce mieszkać wyżej, prawda? Ale w zamian za całkowitą izolację, agresję i przetrwanie za wszelką cenę. Daje to do myślenia i skłania do refleksji, lecz wnioski są oczywiste: zawsze będą ludzie uprzywilejowani oraz ci bez nich.

highrise3

Aktorsko Whitley dobrał bardzo znane twarze i wydaje się, że najłatwiej identyfikować się z granym przez Toma Hiddlestona Laingiem – everymenem, który chce mieć święty spokój, a w żadnej ze sfer nie czuje się najlepiej. Coraz bardziej głupieje, męczy się, nie wysypia, chce się odciąć od reszty otoczenia. Reszta obsady radzi sobie dobrze: od krnąbrnego i prymitywnego Wildera (Luke Evans), eleganckiego Royala (Jeremy Irons) oraz mająca swoje kontakty seksowna Charlotte (Sienna Miller).

highrise4

„High-Rise” próbuje stworzyć portret współczesnego człowieka – samotnego, egoistycznego, pozbawionego emocji, wrzucając go w ekstremalną sytuację. Problem w tym, że poza niesamowitą oprawą audio-wizualną, nie ma tu zbyt wiele do zaoferowania. Wheatley bardziej przypomina to Davida Cronenberga, który o ważkich sprawach opowiada w chłodny wykład. Niewygodne, wymagające kino, nie dla każdego.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Brud

Bruce Robertson jest jednym z najlepszych policjantów szkockiej policji. Tym razem dostaje sprawę, od której zależy jego awans na komisarza. Jednak nie wiecie, że nasz bohater to intrygant, pijak, ćpun, mason i dziwkarz . Jak myślicie, uda mu się?

brud1

Irving Welsh to autor kultowego „Trainspotting”, które zostało brawurowo przeniesione na ekran przez Danny’ego Boyle’a. „Brud’ to adaptacja kolejnej powieści tego autora, więc wiadomo czego mniej więcej należy się spodziewać – „Złego porucznika” w wersji psychodelicznej. Wszystko jest mieszanką brudnego i brutalnego realizmu z wizjami narkotycznymi głównego bohatera, gdzie nawiedza go lekarz – dr Rossi, od którego bierze lekarstwa. To wszystko podkreśla stan emocjonalnego obłędu głównego bohatera, który jest ważniejszy od wszystkiego – nawet od śledztwa, które przejdzie w kompletnie zaskakującym kierunku. Całość okraszona jest dwoma mocnymi rzeczami: eklektycznym soundtrackiem podkreślającym nierealność wydarzeń na ekranie (od coverów po tandetne disco z lat 90.), masa bluzgów, wódy, seksu (z podduszaniem) oraz lekko narkotyczne wizje zmieszane ze zwidami. Jon S. Brion, dla którego to drugi film w karierze, jedzie ostro po bandzie pokazując zepsucie i moralną zgniliznę, dodając do tego masę czarnego humoru, niepoprawnego politycznie.

brud2

Naszym przewodnikiem po tym dziwacznym świecie jest znakomity James McAvoy, któremu jest do twarzy z obłędem. Intrygant, nałogowiec, kompletna gnida, która lubi korzystać ze swojej władzy i dla awansu nie cofnie się przed niczym – nawet z wrobieniem swojego kumpla ze zgromadzenia. Ale za każdym takim człowiekiem skywa się tragedia. McAvoy zawłaszcza sobie cały film, rozsadzając całość na ekranie. Cała reszta obsady robi tutaj za tło (może poza Jimem Broadbentem jako dr Rossi), ale poniżej pewnego poziomu nie schodzi.

brud3

„Brud” to brudna, szalona i psychodeliczna opowieść. Mocne, szokujące i zaskakujące wieloma momentami. To trzeba samemu ocenić, ale jeśli spodobało się „Trainspotting”, możecie iść w ciemno.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Noe: Wybrany przez Boga

Inspiracja Starym i Nowym Testamentem jest dla reżyserów bardzo ogromna i wielka. Jeśli bierze się za biblijną opowieść bardzo nieszablonowy reżyser, może powstać wszystko. Czegoś takiego podjął się Darren Aronofsky, który sięgnął po Noego – wiecie, tego kolesia co zbudował Arkę.

Reżyser po swojemu interpretuje biblijna opowieść dodając do nich upadłe anioły, które wyglądają jak kamienne golemy i pomagają ludziom (czytaj: Noemu i jego rodzinie), potomków Kaina, którzy podporządkowali sobie ziemię (są źli, tak źli, że za mięso oddają swoje żony i dzieci) oraz Noego, który ma wizję. Widzi w niej zagładę ludzkości i by do niej nie dopuścić, decyduje się zbudować Arkę i przenieść tam niewinne zwierzęta do nowego Edenu.

Noe1

I w zasadzie to tyle, ale Aronofsky nie byłby sobą, gdyby nie próbował przemycić poważniejszych treści. Bo tutaj Noe jako ślepo posłuszny Stwórcy (Bóg nie istnieje) powoli zaczyna się zmieniać w fanatyka, który uważa, że ludzkość skazana jest na zagładę. Tylko w ten sposób nie dojdzie do zbezczeszczenia Ziemi. Tylko czy do tego wszystkiego potrzeba było 120 mln dolców? Jak najbardziej. Bo jest tu kilka scen wizualnie zapierających dech (stworzenie świata, upadek aniołów czy wizje Noego), mimo surowej i stonowanej kolorystyki (znowu Matthew Libatique pokazuje klasę jako operator). Ale pytania o wiarę i jej sens przewijają się dość mocno, nie dając do końca jednoznacznej odpowiedzi. I w tym momencie „Noe” jest najciekawszy. Owszem, nie brakuje tutaj akcji (obrona Arki przez Noego i anioły), jednak one są dodatkiem do całości, nadając epickiego rozmachu – także sam potop wygląda imponująco. Aronofsky nie do końca jednak to wykorzystuje, co może wywołać pewne znużenie, parę scen można śmiało wyciąć (zbieranie jagód przez Matuzalema – panie Hopkins, wstydu oszczędź!), a miejscami wizualny przepych może doprowadzić do bólu oczu (inwazja ptaków), niemniej jest to interesująca propozycja.

Noe2

Ale najmocniejszym elementem nowego filmu Aronofsky’ego jest kapitalny Russell Crowe. Jeśli myślicie, że Noe to prawy i sprawiedliwy facet – jesteście w błędzie. Ma wizje (i twierdzi, że Stwórca coś do niego mówi), które stają się dla niego obsesją i czynią z niego fanatyka religijnego – ludzkość musi umrzeć, a jego synowie mają pozostać ostatnimi ludźmi na Ziemi. I to budzi w nim wewnętrzną wojnę miedzy posłuszeństwem wobec Boga (który wydaje się tutaj okrutnikiem) a szczęściem rodu swojego. Poza Russellem warto wyróżnić Raya Winstona jako bezwzględnego i twardego króla. Cała reszta, niestety robi tutaj za dekorację, a najbardziej szkoda tutaj Jennifer Connelly, czyli rozważnej żony Noego, która jest tutaj nadekspresyjna.

Noe3

Aronofsky postawił sobie trudne zadanie, ale wyszedł z niego z obronną ręką i pokazał, że nie ma dla niego zadań niewykonalnych. Ciekawe jak wypadnie jego kolejne przedsięwzięcie, które określono jako „Fargo” w kosmosie.

7/10

Radosław Ostrowski

Clint Mansell – Stoker

Stoker

Sam film okazał się dla mnie największą niespodzianką tego roku. Dopięte do najdrobniejszego detalu, wyrafinowane wizualnie z zaskakującą fabułą i świetnym aktorstwem. Mało jednak mówiło się o warstwie muzycznej. Nie dlatego, że jest słaba czy nie współgra z obrazem, jednak stanowi ona przede wszystko tło, które jednak czasami się wybija.

mansellPoczątkowo jej autorem miał być Philip Glass, jednak producenci (m.in. bracia Scott) odrzucili jego pracę. Ostatecznie wybór okazał się dość zaskakujący, bo zatrudniono Clinta Mansella. Ten twórca znany jest z muzyki do mniej komercyjnego kina jak „Requiem dla snu” czy „Moon”. W końcu wybór okazał się dobrym, jednak skupmy się na samym wydaniu muzyki dokonanym przez Milan Records, gdzie poza muzyką Mansella jest dość sporo materiału źródłowego (utwory nie pisane przez kompozytora, ale wykorzystane w filmie), który przeplata się z robotą kompozytora. Ale po kolei.

Mansell tym razem jest bardziej konserwatywny i tworzy ilustrację do eleganckiego filmu grozy. Stonowane smyczki, fortepian – te instrumenty będą się przewijać. Pojawiają się już w „Happy Birthday (A Death in the Family)” – ponura melodia grana jeszcze na harfie, basie i cymbałkach, kończąca się łagodną melodią z pozytywki. Dalej jest równie mrocznie i tajemniczo – smyczki przeciągają się, plumkają łagodzone przez różnego rodzaju drewniane dęciaki i fortepian („Uncle Charlie”). Nie brakuje też gwizdu („A Whistling Tune From A Lonely Man”), charakterystycznego dla tego kompozytora wykorzystana gitara elektryczna (końcówka nokturnowego „The Hunter and The Game”) elektronika („Blossoming” czy „The Hunter Plays the Game”), pozornie zaczynając bardzo spokojnie, by w finale nagle podkręcić i „zaatakować” smyczkami („The Family Affair” czy ostatni utwór Mansella „The Hunter Becomes the Game”). Sama aranżacja też zasługuje na uznanie, tworząc pozornie spokojne melodie lub kołysanki, by jakimś drobiazgiem podkręcić atmosferę.

Jednak poza świetną muzyką Mansella, która także broni się dobrze poza filmem, jest parę utworów źródłowych, które nie gryzą się z resztą partytury i nie są tylko zbędnymi dodatkami. To utwory pojawiające się w dość kluczowych momentach – „Duet” Philipa Glassa (duet pianistyczny grany przez Indię i wuja Charliego – pełen niepokoju), „Summer Wine” Nancy Sinatry i Lee Hazlewooda (pocałunek między matką Indii a Charliem) czy fragment opery Verdiego z „Il trovatore”. Jednak najbardziej z tego zestawu zapada w pamięć trip-hopowy „Becomes the Color” Emily Wells.

Mansell napisał zaskakująco dojrzałą pracę, która nie tylko brzmi świetnie w filmie budując mroczny klimat tajemnicy, ale też sprawdza się poza nim i słucha się z niekłamaną przyjemnością. Przesłuchać absolutnie.

8/10

Radosław Ostrowski


Stoker

India Stoker jest 18-letnią dziewczyną, która mieszka z matką i ojcem, z którym chodziła na polowania. W dniu jej urodzin, jej ojciec ginie w tajemniczym wypadku. I wtedy w jej domu pojawia się tajemniczy wuj Charlie, o którego istnieniu nigdy nie słyszała. I facet ma strasznego fioła na jej punkcie.

stoker1

Amerykanie mają w zwyczaju zauważać zdolnych i utalentowanych filmowców i zazwyczaj po ich pierwszym filmie nakręcony w swoim gruncie, ściągają takiego człowieka do Hollywood, by nakręcił to samo. Tym razem padło na Chan-wook Parka – twórcę kultowej trylogii zemsty („Pan Zemsta”, „Oldboy”, „Pani Zemsta”), którego dorobek dla mnie nie był zbyt dobrze znany. Sama historia pozornie wydaje się opowieścią inicjacyjną o wchodzeniu w dorosłość. Ale to byłoby za proste, bo jest pewna mroczna tajemnica, skrywane pragnienia i obsesje. Po drodze będzie kilka trupów, zaś finał nawet mnie wywrócił wszystko do góry nogami (choć początek i koniec jest prawie taki sam). Reżyser nie boi się odważnych montażowych zbitek (zabójstwo chłopaka w lesie przeplatane z kąpiącą się pod prysznicem Indią czy odkrycie pierwszego zabójstwa Charliego) wywracających całą historię, wizualnego piękna (czołówka, gdzie napisy „wtopione” są w otoczenie) oraz mrocznej atmosfery ze stylowego horroru (India i Charlie grający na fortepianie). Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś inny mógł to opowiedzieć.

stoker2

I w końcu jak to jest zagrane. Lubię chwalić aktorów za to co robią, ale jak nazwać to, co dzieje się w „Stokerze”? Rozpisane jest to na trzy mocne postacie, pełne niejednoznaczności i tajemnicy. Zacznę od „najsłabszego” ogniwa, czyli Nicole Kidman – atrakcyjna matka Indii. Kobieta niezaspokojona, osamotniona i przyzwyczajona do bogactwa, musi sobie sama radzić ze wszystkim, także z brakiem męża. Ale wtedy pojawia się Charlie, genialnie poprowadzony przez Matthew Goode’a – elegancki, przystojny, zawsze opanowany. Nawet gdy dusi paskiem od spodni. Dlatego ta postać wywołuje większe przerażenie niż innych filmowi psychopaci. Jednak nawet on nie jest w stanie przebić Indii. Mia Wasikowska w tej roli na początku sprawia wrażenie zamkniętej w sobie nastolatki, wchodzącej w dorosłe życie przez dość mroczną inicjację. Więcej nie zdradzę, bo na zaskoczeniu bazuje ten film.

stoker3

Mroczne, ale jednocześnie bardzo precyzyjne kino, gdzie każdy kadr jest taki jaki być powinien, tu nie ma przypadków. Jednocześnie bardzo emocjonalne i miejscami mocno chwytające za gardło.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski