Czesław Mozil & Grajkowie Przyszłości – Kiedyś to były Święta

kiedys-to-byly-swieta-b-iext53651242

Ile razy padały słowa narzekania, że “kiedyś to było”? I to stwierdzenie stało się pretekstem dla płyty świątecznej. By było jeszcze ciekawiej, każdy z utworów był publikowany na YouTube każdego dnia Adwentu. To wyjaśnia dlaczego jest aż 24 utwory. Specjalnie powołana grupa Grajkowie Przyszłości to dzieci ze szkół muzycznych z całej Polski, zarówno na wokalu, jak I na instrumentach pod wodzą Czesława Mozila. Czy jest czego się bać? I czy to nie będzie zbyt cepeliowskie?

Jakby to ująć, jest to hybryda dźwiękowa, gdzie nie brakuje zarówno dużych popisów perkusyjnych (“Kalendarz adwentowy”) czy skrętów ku jazzowym naleciałościom (utwór tytułowy zmieszany z chórkiem czy pianistyczno-smyczkowa “Świąteczna premiera”, godna dokonań Michała Urbaniaka). Etniczne wstawki w postaci skrzypiec (rozpędzonych) nie brakuje w “Drugim zabiciu karpia” (chociaż śpiewany przez chórek dziecięcy początek wydaje się niezrozumiały) czy niemal przyśpiewkowym “Nie ma czasu” tak jak klasycznego brzmienia (plumkanie, klarnet) w poruszającym utworze “Święta według nas”. Każdy utwór jest pełen dźwiękowych detali, dodając masę frajdy ze słuchania. Smyczki, fortepian, różnego rodzaju flety, gitara akustyczna (“Każdy ma swoje święta”), cymbałki, perkusjonalia, nawet gitara elektryczna (“Jasełka”) oraz obowiązkowy akordeon (“Kaloryfer, który gra”), bo inaczej Czesław nie ma na czym grać. Ta różnorodność stylistyczna nie wywołuje zgrzytów, a nawet pięknie się uzupełnia, co słychać w spektakularnej “Pastorałce 2018”.

Mozil, choć dominuje tutaj wokalnie i jako frontman sprawdza się bez zarzutu, nie jest jedynym wykonawcą utworów. Pojawia się parę gości w postaci Quebonafide, Zuzy Jaworskiej oraz Malwiny Jachowicz, którzy ubarwiają swoją obecnością zestaw. Jednak tak naprawdę liczą się tutaj dzieci, które kradną szoł.

Tekstowo mamy tutaj wokołoświątecznych tematów, które jednak mają swoje drugie dno: kuszenie przez czekoladki na kalendarzu adwentowym, zabicie karpia, samotność, przełamywanie rutyny spędzania świąt, słabo wybrane prezenty (“I Am Prezent”) czy (nie)oczekiwanie na Mikołaja. A nawet pewien fałsz w obchodzeniu Świąt (“Sztuczna choinka”), śnieg czy chorowanie podczas tego okresu (“Wesoły świąd”).Także same teksty dają sporo rozkminy, ale też i humoru.

Coraz lepsze chyba są te płyty okołoświąteczne, albo ja tak dobrze wybieram. I jeśli chcecie bardziej kreatywnego zestawu piosenek o świętach, zamiast tysięcznego wałkowania kolęd czy innych “Last Kristmas”, propozycja Mozila jest ewidentnie dla was. I Święta (już następne) będą przez to lepsze.

8,5/10 + znak jakości

 

Radosław Ostrowski

 

Artur Andrus – Sokratesa 18

sokratesa-18-w-iext52743361

Najzagorzalsi słuchacze radiowej Trójki kojarzą postać Artura Andrusa – dziennikarza, konferansjera, satyryka, wieloletniego prowadzącego Akademię Rozrywki. Ale w 2017 roku ta jedna z barwnych postaci sceny kabaretowej odchodzi z Myśliwieckiej, lecz nic sobie z tego nie robi i po zaledwie trzech latach wydaje swój czwarty album.

I jest to album związany z podróżami. Bo któż inny niż człowiek, co pił w Spale i spał w Pile, nie mógł się do tego bardziej nadaje. Wsparcia udzielił nadworny kompozytor Łukasz Borowiecki, który znowu czaruje swoim podejściem. “Bez katarynek” to niemal akordeonowy walczyk retro, jakiego nie powstydziłby się sam Jaromir Nohavica, do którego porównywany jest Andrus. Jest wdzięcznie, elegancko oraz dowcipnie. Ale już “Babka w czapce” to wręcz rock’n’rollowy popis z lat 60., gdzie gitara pozwala sobie na bluesowe popisy, podobnie idzie “Przy kościele Santa Croce” okraszonym organami oraz smyczkami, budującymi specyficzny nastrój. Kolejna wolta to jazzowa “Ciocia w gablocie”, gdzie słyszymy kontrabas oraz pstryknięcia.do tego jeszcze wokalizy Doroty Miśkiewicz, żeby było na bogato, bon a koniec atakują dęciaki niczym z “Różowej pantery”. Bardziej eleganckie jest “Stargard in the Night”, czyli polska wersja “Strangers in the Night” Franka Sinatry rozpisana na akordeon, fortepian oraz gitarę. Ale nic nie przygotowało na chopinowską w duchu “Szopkę d-moll op. 86” (jest też wersja instrumentalna), gdzie fortepian gra wręcz z rozmachem, chociaż czasami troszkę nieczysto.

By dalej trzymać się zabarwienia etnicznego, wybrane na singla “Od Jokohamy do Fujisawy” zabarwione jest “japońskimi” smyczkami, chociaż troszkę (to przez gitarę oraz “tykające” dzwoneczki) przypomina mi “Until” Stinga. Bluesowe “A jak patrzy się z Przehyby” z ciężkimi klawiszami oraz oszczędną gitarą luzem mogło powstać gdzieś w latach 80., zaś wejście saksofonu oraz absurdalne poczucie humoru (współczesne losy Sobieskiego i Marysieńki). Równie zabawne jest góralsko-greckie “Sybciej wyżej mocniej”, chociaż refren jest wręcz patetyczny. Zaskakujący koktajl Mołotowa. Spokojniejszy folklor miejski serwuje utwór tytułowy z prześlicznym klarnetem, by na koniec zaatakować szybkim tangiem “Leszku, synu Kazimierza”, gdzie najwięcej do powiedzenia mają dęciaki oraz klarnet (nawet “Podmoskiewska wieczerza” się tu znalazła). A żeby nie było nudno to jako dodatkowe nagranie dostanie instrumentalną “Szopkę” oraz psychodeliczny duet z Czesławem Mozilem (“Trzeba mieć specjalną skrzynię”).

Jak sobie na tym polu poradził sobie sam gospodarz? Płynnie odnajduje się w tym całej gatunkowej żonglercce, zaś oparte na absurdalnych pomysłach teksty nie są pozbawione trafnych obserwacji społecznych (kwestia podsłuchów w “Stargard in the Night”), kwestia wieku pewnej ciotki odkryta przez czy greckiej olimpiady z udziałem… podhalańskich górali, antywojenny song (“Leszku synu Kazimierza”) czy filozoficznej refleksji czy człowiek pochodzi od… bociana (“Sokratesa 18”).

Trafnie, dowcipnie oraz inteligentnie – to bardzo niebezpieczna mieszanka, która każe ustawić albumy Andrusa obok choćby dzieł Kabaretu Starszych Panów (nie, nie przesadzam). Fani mistrza będą usatysfakcjonowani, a miłośnicy absurdalnych sytuacji tym bardziej znajdą wiele dla siebie. Reszta powinna spróbować, bo są duże szanse na złapanie wielkiego haju. A nawet padniecie ze śmiechu, tak jak ja.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Czesław Śpiewa – Czesław Śpiewa & Arte dei Suonatori

czeslaw-spiewa-arte-dei-suonatori-b-iext48103239

Urodzony w Danii Czesław Mozil to jedna z wyrazistych, wręcz kontrowersyjnych postaci polskiej muzyki. Nie tylko ze względu na swój accent, ale miejscami bardzo gorzkie teksty, co pokazała “Księga Emigrantów. Tom I” (tytuł jednego z utworów: “Nienawidzę Cię Polsko” jest dość jednoznaczny). Tym razem postanowił połączyć siły z barokową orkiestrą Arte dei Sounatori, dodając odrobinę świeżości w tej intrygującej muzyce. I albo to będzie wielki sukces albo spektakularna porażka, do której dołączy piszący teksty Michał Zabłocki.

Pozornie jest to mieszanka barokowego (nie w sensie przesyconego dźwiękami) brzmienia smyczków z bardziej popową produkcją, ale jest to bardzo eleganckie połączenie, co słychać w otwierającym całość “Mam trzy latka” z przepięknym wstępem smyczkowym oraz finałowym popisem skrzypiec, a pośrodku dostajemy elektryczną gitarę. “Na straganie” bardziej idzie w stronę rapu, gdzie smyczki łączą się z akordeonem, a wokal miejscami jest przerobiony cyfrowo. Równie chwytliwa jest krótka “Kłamczucha”, gdzie perkusyjny bit miesza się z “tańczącymi” smyczkami oraz powolny, jazzowo-psychodeliczny “Polak mały”. Także “Na wyspie Bergamocie” coraz bardziej nakręca się aż do mocnego finału. Mroczniej się robi przy klawiszowej “Kaczce Polaczce” oraz bardziej melancholijnej “Lokomotywie”. Nawet “Wlazł kotek za płotek” brzmi dość dziwacznie, z kolei łagodne “Pokłóciły się zwierzaki” tylko pozornie są spokojne, wręcz sakralnie. Oniryczna “Jesień”, gdzie dźwięki odbijają się jak echo brzmi świetnie, a całość kończy “Ach dass ist wasser gnug hatte”, idealnie pasujący do filmów Davida Lyncha, pozornie sielankowy, lecz podskórnie bardzo mroczny.

Tak samo poczucie dualizmu serwują teksty – pozornie brzmiące niczym szkolne wierszyki, ale z tekstów odbija się pokazany w krzywym zwierciadle portret Polaków: buractwo, chciwość, manipulacja, poczucie wyższości, wieczne pretensje. To zderzenie ma w sobie prawdziwą siłę ognia, prowokując do refleksji. Pod warunkiem, że będziecie chcieli się dokopać do drugiego dna.

To połączenie barokowego brzmienia z gorzką refleksją ubraną w ironię, okraszona elegancką muzyką. Czesław z Arte dei Sounatori wystrzelili prawdziwą petardę. Nie da się przejść obojętnie.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Quebonafide – Egzotyka

2509_quebonafide_egzotyka_front_cover_queshop

To miał być najambitniejszy album rap sceny roku 2017. Pochodzący z Ciechanowa raper tym razem postanowił zrealizować wydawnictwo, będące zapisem jego podróży po świecie. Każdy utwór to inny kraj, inny klimat, praca trwała dwa lata (były problem z wizą do USA) I to miało być bardzo epickie doświadczenie. Czy warto było czekać na “Egzotykę”?

Początek to prawdziwy bangier od Sherlocka w stylu techno, czyli “Oh My Budda”, gdzie wpleciono jeden z hiciorów lat 80. – “One Night in Bangkok” Murraya Heada mieszając z agresywnymi bitami oraz “orientalnymi” wstawkami. Bardziej refleksyjny i poważniejszy jest meksykański “quebahombre”, przepełniony gitarami. A potem wchodzi niemal oniryczny “Szejk”, gdzie elektronika jest bardziej gęsta niż jakakolwiek zupa, a dodatkowo jeszcze słyszymy jakieś wplecione teksty z pracy nad teledyskiem (chyba). Mantryczna wstawka “Bollywood” wprawia w konsternacje, tak samo jak łagodne dźwięki fortepianu oraz gościnne wejście Czesława Mozila. I ten koktajl tworzy bardzo melancholijny klimat. Bardziej pogodne oraz energetyczne jest brazylijska “Luis Nadario de Lima”, gdzie w tle jest wrzawa niczym ze stadionu. Oniryczny wstęp okazuje się zmyłką do bangerowego “Madagaskaru”, tak samo jak oparta na perkusjonaliach “Changa”, gdzie czuć ducha Afryki (ryk lwa, wokalizy brzmiące niczym odgłosy szamanów). Bardziej szpanerski oraz pełen elektroniczno-perkusyjnych zabarwień ma “C’est la vie”, a “Zorza” porusza bardziej melancholijnymi dźwiękami smyczków i fortepianu. Równie smutne są “Między słowami”, zanurzone ambientem oraz drobnymi wejściami “japońskości”, pokazując samotność. A niewypałem jest dla mnie “Arabska noc”, ale nie z powodu bitu, lecz udziału Wac Toji oraz Solara, rekompensowane chwytliwym refrenem. Podróż do USA ma posmak klasycznego stylu, serwowanego przez The Returnes w “To nie jest hip-hop” z KRS-Onem na gościnnym wejściu w świetnej dyspozycji, a wszystko kończy wręcz transowy “Odyseusz”, będący podsumowaniem całej ekspedycji.

Quebo jest w cholernie dobrej formie wokalnej, nie boi się przyspieszyć czy walić hasztagami, ale też przybliżyć ten świat: biedę, nędzę, beznadzieję, samotność czy hedonizm. Wielu będzie się czepiać, ze raper korzysta z typowych skojarzeń związanych z każdym krajem (aikido, bumerang, Bollywood, kartele), ale robi to w bardzo niewymuszony sposób i tak inteligentnie, że nie można tego odbierać jako wady, nawet gdy pozornie smęci. Tak złożonego projektu jak “Egzotyka” nie spotkacie zbyt długo w muzyce.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Różni wykonawcy – nowOsiecka

nowosiecka-b-iext49353366

Agnieszka Osiecka zawsze była inspiracją i źródłem, z którego dorobku wielu artystów czerpało, czerpie i będzie czerpać dalej. Dowodem na to jest wydawnictwo „nowOsiecka”, w którym wykonawcy szeroko pojętej muzyki alternatywnej postanowili zmierzyć się z jej wieloma niezapomnianymi tekstami. Po raz pierwszy te utwory wybrzmiały podczas koncertu poświęconego twórczości Osieckiej w katowickim NOSPR w listopadzie 2016 roku.

I rzeczywiście skład wykonawców jest imponujący: Natalia Grosiak (Mikromusic), Misia Furtak, Brodka, The Dumplings, Krzysztof Zalewski, Łona i Webber. To nie wszyscy, ale już to robi wielkie wrażenie. Zaczyna pani Grosiak wspierana przez melancholijne smyczki, ze swoim bardzo charakterystycznym głosem chwyta za serce w „W dziką jabłoń Cię zaklęłam”. Po minucie utworu nagle wchodzi perkusja oraz gitara elektryczna, smyki zaczynają plumkać, zmienia się tempo, by pod koniec wszystko wraca do normy. Mroczniej, co jest spowodowane dźwiękami organów i ostrych dźwięków perkusyjno-gitarowo-dęty, jest w „Kto tam u Ciebie jest?”, wykonywanym przez Brodkę. Wokalistka dźwiga ten utwór, pozornie beznamiętnym głosem, chociaż nie mogłem pozbyć się wrażenia, że Nosowska wypadła lepiej w tym utworze. Czesław Śpiewa podszedł ambitnie i połączył pięć krótkich opowieści w jedną ośmiominutową kompilację, mieszającą akordeonowe popisy z elektroniką, perkusją oraz swoim zaśpiewem, ciągle zmieniając klimat, tempo i rytm. Psychodelia gwarantowana (jedyny utwór w wersji koncertowej). Niespodzianką był dla mnie przygnębiający, polany smyczkami, trąbką i elektroniczną perkusją „Ja nie chcę spać” w wykonaniu… Piotra Roguckiego.

Bardziej tanecznie próbuje zagrać Misia Furtak, podparta przez bas i perkusję w „Zabaw się w mój świat”, jednak nadal zachowana zostaje melancholijna aura, co jest też spowodowane barwą głosu Misii. I wtedy pojawia się drugi (po Mozilu) strzał w postaci onirycznego „Ach nie mnie jednej”, pachnącego elektroniką lat 80. od The Dumplings (Justyna Święs czaruje swoim delikatnym, ale niepozbawionej dużego ładunku emocjonalnego – posłuchajcie refrenu), idealnie pasując do słodko-gorzkiego spojrzenia na miłość. Ale kiedy kończy się utwór, pojawia się rozczarowanie w postaci „Chwalmy Pana”, czyli psychodeliczno-jazzowa aranżacja wiernie (nawet za bardzo) trzymająca się oryginału. Nawet głos Krzysztofa Zalewskiego wydaje się troszkę zachowawczy. Szaleństwo wraca z raperem LUC-iem, który tym razem próbuje śpiewać i rapować (na szczęście, nie jednocześnie). „Rajski deser” brzmi wyjątkowo apetycznie, mieszając bity ze smyczkami (pod koniec), co fanów rapera raczej nie zaskoczy. Bardziej elegancko, bo z fortepianem wchodzi Mela Koteluk w ładnej wersji „W naszym domu nie ma drzwi”, a zaskoczeniem jest tutaj wejście… thereminu. Niby drobiazg, a zmienia wszystko. Podobnie jak gitarowa wersja „Urody”, dodająca odrobiny mroku. Riffami czaruje Raphael Rogiński, a głosem – Natalia Przybysz, co też jest mocnym strzałem, dodając odrobinę lekkości.

Co mamy pod koniec wędrówki? Instrumentalny, funkowo-jazzową wersję „Wymyśliłem Ciebie” od Przemek Borowiecki nO Band (też dość wierny oryginałowi, choć ma klasę), oparty na klasycznych Hammondach „Karnawał raz w życiu” w big-beatowej wersji od Joanny Ewy Zawłockiej, która całkiem nieźle się bawi. Jednak końcówka to zdecydowanie popis Łony, dokonującego własnej wersji „Na zakręcie”, traktując oryginał jako punkt wyjścia do własnego tekstu. Profanacja? Absolutnie nie, gdyż raper sprytnie ogrywa tekst (zachowany zostaje refren), a w połączeniu z minimalistycznymi bitami Webbera „Ostatnia prosta” jest najlepszym kawałkiem na płycie. A o „Polonezie” DJ-a Feel-xa oraz Gutka wolę się nie wypowiadać.

Jak odebrać tą kompilację? Nie brakuje ambicji i kilku pomysłów na spore dzieło, ale brakowało większego naznaczenia utworów swoim piętnem. I nie chodzi tylko o glos czy sposób ekspresji, lecz własny styl tak jak zrobili The Dumplings, Natalia Przybysz z Rogińskim czy Czesław Śpiewa. Troszkę mi tego zabrakło, chociaż nie mogę odmówić pozostałym wykonawców podjęcia wyzwania i wyjścia z tego obronną ręką.

7/10

Radosław Ostrowski

Ania Rusowicz i Goście – RetroNarodzenie

image-4793-orig

Kolędowania ciąg dalszy, więc będzie następny album christmasowy. Przyznaje się bez bicia, że jestem fanem Ani Rusowicz – wokalistki tak zakorzenionej w rock’n’rollowo-hipisowskim entourage’u, a jednocześnie tak naturalnej w tej stylistyce, iż bardziej nie jestem w stanie tego opisać. Na wieść jednak o albumie bożonarodzeniowym bylem dość sceptyczny, gdyż spodziewałem się standardowego zestawu w niestandardowej formie. I jak się kolejny raz okazało, nie miałem racji – na szczęście.

Po pierwsze, to album w całości zawierający autorskie utwory. I już za to należy docenić „RetroNarodzenie”, które – jak sama nazwa wskazuje – jest retro, czyli po hipisowsku. Obowiązkowo pojawia się delikatnie grająca gitara elektryczna, nie zabrakło też miejsca dla Hammondów i trąbek („Trudne życzenia”). Najbardziej jednak zaskakują góralskie fragmenty w postaci smyków („Cosik się kolebie”, „Odwołano Narodzenie”), fletów („Pastorałka radosna”) i obowiązkowych cymbałków (ocierające się o reggae „Nie mówmy już nic”), a nawet ksylofon (rozmarzone „Cicho cichuteńko”). Nie zawsze jednak jest słodko i barwne, co pokazuje wyjątkowo melancholijne „Choć w stajeneczce” z akordeonem na pierwszym planie.

Po drugie, w każdym utworze pojawia się gość, który współtworzy każdą z piosenek. I to nie są jacyś niedoświadczeni leszcze, tylko prawdziwe tuzy jak: bracia Zielińscy (Skaldowie), Adam Nowak, Czesław Mozil, Artur Andrus, Marek Piekarczyk, Renata Przemyk czy Martyna Jakubowicz. Na mnie jednak największe wrażenie zrobiły Południce, brzmiące niczym dawny zespół ludowy. Sama gospodyni radzi sobie bardzo dobrze, ale nie jest tutaj osobą dominującą, raczej wspiera, by każdy utwór wybrzmiał, co te jest zasługą refleksyjnych, ale i niepozbawionych humoru tekstów (satyryczne „Odwołano Narodzenie” z marketami w tle).

Co ja więcej mogę powiedzieć? „RetroNarodzenie” to album świąteczny wielokrotnego użytku, gdyż za rok na pewno włączę sobie do przesłuchania to wydawnictwo. Wszystko tam jest zgrane, dopięte i czarujące, co w przypadku takich albumów nie jest sprawą oczywistą. Gotowi na święta w starym stylu?

8,5/10

Radosław Ostrowski

Czesław Śpiewa – Księga Emigrantów. Tom I

Czeslaw_Spiewa__Ksiega_Emigrantow_Tom_I

Polska jest trudnym krajem, nawet dla naszych rodaków, a co dopiero dla cudzoziemców. Wiem o tym niejaki Czesław Mozil, który jest kojarzony z powodu swojej specyficznej mowy (jak to u Duńczyków), który przypomniał sobie o tym, że Czesław Śpiewa i postanowił opowiedzieć o emigracji.

Na pewno nie jest to album miły i sympatyczny. „Milion za rok” zaczyna się pomrukami puzonu oraz depresyjnym tekstem. A dalej jest jeszcze dziwaczniej, gdyż nie brakuje zarówno skrętów lekko dyskotekowych („Nienawidzę cię Polsko!”), nawet trip-hopu („Poszukaj męża” z pomrukami i delikatną gitarą), a nawet nową falę („Dom na budowie” z trąbkami oraz chórkami trochę pachnie The Police). Zdarza się też sam akordeon („Biały Murzyn”) czy nawet „ulicznego” grania („Łabędzie”) oraz obowiązkowego tanga (spokojne „Tango magister”). Instrumentarium jest mocno klasyczne (gitara, akordeon, trąbka, puzon) i tworzy ono lekko kabaretowy sznyt, co współgra z wokalem Czesława.

Pozornie zabawna muzyka jest mocnym kontrastem dla tekstów Zabłockiego, które – choć nie pozbawione humoru (czarnego zresztą) – pozostają gorzkim portretem emigrantów. Nie brakuje intelektualistów pracujących jako… sprzątaczy („Tango magister”), pijaństwo, oszustwa wobec współtowarzyszy („Z dala od rodaków”), poszukiwanie bogatego męża („Poszukaj męża”) czy hipokryzję („Do kościoła”). To wszystko brzmi z jednej strony trochę groteskowo, ale też i poważnie („Owce”). Więcej wam nie powiem, bo to musicie sami zweryfikować.

Dla mnie takiej ostrej i krytycznej płyty o nas samych nie słyszałem od czasu „Jezus Marii Peszek”. I tak samo jak na tamtej płycie, jeśli nie lubicie tej muzycznej stylistyki proponowanej przez twórcę, nie sięgajcie po to. Dziwna, pozornie wesoła, ale bardzo brutalnie szczera. Pytanie czy będą następne tomy.

8/10

Radosław Ostrowski

Olaf Deriglasoff – XXX

XXX_Olaf_D.

Dzieci Kapitana Klossa, Pudelsi, Homo Twist, Kazik, Apteka, Yugoton – wszystkie te grupy i projekty łączy postać basisty oraz wokalisty Olafa Deriglasoffa. W tym roku muzyk obchodzi 30-lecie pracy artystycznej i z tej okazji wydał dwupłytową kompilację.

Nie jest to do końca typowy Greatest Hits, tylko wszystkie utwory, w których maczał palce Olaf postanowił nagrać od nowa, zmieniając aranżacje i brzmienie plus parę nowych piosenek. Efekt – mieszanka mocnego grania z wyrazistym wokalem Olafa. A niektóre aranżacje mogą doprowadzić w stan szoku i niedowierzania. Przykłady? Chociażby otwierająca całość „Pieśń o bohaterze” bazująca na temacie przewodnim ze „Stawki większej niż życie” (aranżacja smyczkowo-gitarowo-perkusyjna), elektroniczna perkusja i delikatny fortepian w „Szuwarach”, idący w stronę orientu „Kolacyja”, zabarwiona stylizacją na cygański romans „Jesienna deprecha” (te skrzypce!, tylko czemu w tle wałęsają się jakieś kury?), mocno elektroniczne „Maljczyki” (dźwięki niemal fabrycznej produkcji), imitujące hip-hop (jeno z instrumentarium żywym – kosmiczna elektronika m.in.) „Komandor Tarkin”. Co utwór, to zaskoczenie nawet dla fanów i znawców dorobku Olafa. Nie brakuje też garażowego, punkowego brzmienia (premierowy „XXX” oraz „Grzeczny”), lekkiego falstartu (początek „Emeryten Party”), bardzo mrocznego klimatu („Arkadiusz” z przesterowaną gitarą oraz fortepianem w tle czy najdłuższa w zestawie nieco monotonna „Norwegia”), niemal akustycznych melodii (”Danka” i „Falochron”) czy jazzowych wstawek (końcówka „Noży”), nawet tło „Mendy” (w oryginale kłótnia z policjantami) została zmieniona w bajkę.

Ale żeby było jeszcze ciekawiej, Deriglasoff zaprosił wielu gości. Najbardziej utkwili mi w pamięci Mela Koteluk („Szuwary” zabrzmiały rewelacyjnie) oraz Czesław Mozil („Jesienna deprecha” nie brzmiała już tak samo), ale Olafowi towarzyszyli także m.in. Arkadiusz Jakubik („Ballada o bohaterze”), Grzegorz Nawrocki z zespołu Kobiety („Danka”) czy Sidney Polak („Jesień przyszła do miasta”).

Jeśli ktoś robi takie podsumowanie jak Deriglasoff, to trzeba przyznać, że nie można mówić o jakimkolwiek rozczarowaniu. A „Mars napada” to już w ogóle wyszedł nieprawdopodobnie. Koniecznie przesłuchać.

8,5/10

Radosław Ostrowski


Bracia Figo Fagot – Eleganckie chłopaki

Eleganckie_chlopaki

W życiu każdego człowieka przychodzi moment, kiedy robi coś, czego nikt po nim się nie spodziewa. Często wtedy padają poważne pytania w stylu: wszystko w porządku? Potrzebujesz porady specjalisty? Kto mi zajumał leki antydepresyjne? Te pytania pojawią się zapewne, po tym tekście. Bo rzadko pojawiają się recenzje płyt disco polo. Ale ta jest wyjątkowa. Dlaczego?

Wszystko zaczęło się jakieś 3 lata temu, gdy Bartosz Walaszek (reżyser robiący seriale animowane dla 4.fun TV) oraz Piotr Połać założyli duet, by napisać razem muzykę do serialu „Kaliber 200 volt”. Wywołało to taki entuzjazm, że panowie jako Bracia Figo Fagot wydali debiutancki album „Na bogatości”. Potraktowano ich jako gwiazdy jednego sezonu, jajacarzy i wygłupiających się. Ale teraz wydali drugi album. I wierzcie mi, czegoś takiego jeszcze nie słyszeliście.

„Eleganckie chłopaki” zawiera 12 piosenek, parodiujących disco polo. Niby mamy tandetnie brzmiący kibord, ale jest to trochę zbyt wyrafinowane i nawarstwione. Z drugiej strony nie mogłem powstrzymać się od śmiechu – coś ze mną nie tak? Chyba nie. Przesterowanie („Już polane stoi szkło”), imitacja dzwonków („Bujaj łbem do przodu”), perkusja waląca jak w „Blue Monday” New Order (i to kilka razy, najbardziej to słychać w „Elegancja Francja”), nawet organy kościelne („Ballada o Stachu żołnierza”) – albo to przeżyjecie albo wam zamuli mózgi. W najgorszym wypadku będziecie chcieli mnie zabić.

Śpiewanie, umówmy się to jest najmocniejszy element tego albumu, jednak dziwnie to pasuje. Bardziej zniewieściały Połać skontrastowany z mocniejszym Walaszkiem tworzą piorunującą mieszankę, zaś gościnny występ Czeslawa Mozila (Sztefan Wons w „Zobacz dziwko co zrobiłaś”) może wywołać konsternację.

Jeśli zaś chodzi o teksty, tematyka typowa dla disco polo (seks, seks i jeszcze raz seks), tylko że tutaj nie ma żadnych subtelnych tekstów ani aluzji. Jest prosto z mostu, mięso leci jak w niejednym hip-hopowym kawałku, zaś specyficzny humor („Nie płacz chłopie – zwykła sprawa,/Że ci świnia nie dała/Mało który chłop zalicza/Po to są burdele”) jest chamski, co wyróżnia ich od innych zespołów grających tą muzykę. I znowu oberwało się Cyganom.

Proszę państwa, przed przesłuchaniem „Eleganckich chłopaków” należy się poważnie zastanowić, bo po tej płycie nic już nie będzie takie samo. Na własną odpowiedzialność, a ja w tym czasie idę przesłuchać jeszcze raz.

6,5/10

Radosław Ostrowski