Mowa ptaków

Czy my lubimy reżyserów-wariatów? Takich, co grają wszystkim na nosie – krytykom, widzom, kolegom z branży. A po obejrzeniu ich dzieł ma się taki mętlik, że nie wiadomo, co z tym fantem zrobić? Możecie próbować to rozgryźć, tylko że to może być droga donikąd, bo nie wszystkie sensy są jasne i czytelne. Albo wskoczyć do tego rozpędzonego pociągu z nadzieją, że wrócicie w jednym kawałku. Już na samym plakacie jest ostrzeżenie: To nie jest film dla Ciebie. Prowokacja, prawda czy wyzwanie? Zostaliście ostrzeżeni.

mowa ptakow1

O fabule nie chce mówić, bo w zasadzie trudno ją opisać, a całość skupia się na czterech bohaterach. Marian jest nauczycielem języka polskiego i etyki, który zostaje zwolniony z pracy. Wszystko dlatego, że stanął w obronie kolegi Ludwika – historyka. Ten przez swoich uczniów, co wchodzą mu na głowę, dołącza do grupy kibolów. Jest jeszcze kompozytor Józef ze swoją dziewczyną, Anią. Ona sprząta u nowobogackiego prezesa banku, on chce napisać przebój i choruje na trąd. Jest jeszcze ktoś piąty: „szpiegówa” Ala, co filmuje wszystko na swoim telefonie i kocha kino. Wszystko się skupia na zderzeniach tych postaci z naszą rzeczywistością, a konstrukcją podzielone jest na segmenty.

mowa ptakow4

„Mowa ptaków” to takie problematyczne kino, które bardzo trudno jest opowiedzieć. To inna bajka, gdzie nie do końca wiadomo czego się spodziewać. Właściwie ciężko też rozgryźć (na początku) o co tu w ogóle chodzi. Bo tematów dotykanych przez reżysera jest multum. Bardzo krzywe spojrzenie na rzeczywistość, pełną bełkotu oraz pustej gadaniny, świadomych (lub nie) odniesień do (pop)kultury, estetyczne kolaże, dziwaczne jazdy kamery, tzw. inteligencja (choć nie wiem, czy pasuje do definicji) posługująca się swoim własnym, niezrozumiałym językiem, hołd skierowany ku Żuławskiemu oraz próba rozliczenia z nim, relacja ojciec-syn. To ja wyłapałem, ale na pewno jest tego o wiele więcej. I wiem jedno: jeden seans nie wystarczy, by posklejać to wszystko do kupy.

mowa ptakow2

Jak ogarnąć ten cały pierdolnik? Chaotyczne, wariackie, pokręcone, bełkotliwe, a może genialne? Ja wam tej odpowiedzi nie dam. A jeśli myślicie, że reżyser też jej udzieli. Najwyżej może pokazać wam środkowy palec i walnąć takimi słowami, iż nie będziecie wiedzieli co odpowiedzieć. Granie na nosie widać tu wielokrotnie: od konstrukcji narracji przez lekko surrealistyczną muzykę i gwałtowne cięcia montażowe aż po ostatnią scenę. A ona rozrywa głowę na strzępy, nie zostawiając nic. Czegoś takiego nie widziałem od dawna.

mowa ptakow3

Wszystko jest też świetnie zagrane. Po prostu. Zarówno młodzi z Erykiem Kulmem i Jaśminą Polak, jak i bardziej doświadczeni pokroju Andrzeja Chyry oraz Daniela Olbrychskiego. Jednak jest jeden aktor, który zawłaszcza ekran dla siebie i jest to… Sebastian Fabijański. Jego Marian to dziwaczna postać: niespełniony pisarz, inteligent pełnokrwisty, ale dialogi wypowiada jakby był dresiarzem. Magnetyzuje swoją obecnością, z czasem stając się kimś w rodzaju demiurga, zmieniającego rzeczywistość według własnych reguł. Ja chcę tego aktora oglądać częściej w takich rolach.

Nie jestem w stanie ogarnąć tej kosmicznej przestrzeni zwanej „Mową ptaków”. Bełkot, grafomania czy geniusz? Na pewno jest to unikatowe, niesamowite doświadczenie, mocno odbijające się od poziomu polskiego kina. Ale ostrzegam, to nie będzie łatwa przeprawa, lecz warta spróbowania.

7,5/10, może nawet 8/10

Radosław Ostrowski

Kamerdyner

Dawno nie było w polskim kinie produkcji, która miałaby ambicje bycia historycznym freskiem, skupiającym się na jednej familii. Dwa lata temu postanowił się z tym gatunkiem zmierzyć Filip Bajon w swoim „Kamerdynerze”, który wywołał bardzo mieszane opinie.

Cała historia zaczyna się w roku 1900 na terenach Pomorza. Należały one do Prus, a mieszkali tam oprócz Niemców i Polaków Kaszubi. Wszystko zaczyna się w momencie przyjścia na świat Mateusza Krolla. Matka umiera przy porodzie, a o ojcu niewiele wiadomo. Chłopiec w wieku niemowlęcym trafia pod opiekę rodziny von Krauss, co jest ością w gardle głowy rodziny. Z czasem chłopak dorasta, niemal stając się członkiem rodziny. Coraz bardziej zaczyna podobać się córka arystokratów, Marita i to z wzajemnością. Historia jednak ma wobec nich inne plany, doprowadzając do poważnych zmian.

kamerdyner(2018)1

Pierwsze, co rzuca się w oczy podczas seansu to niemal szczegółowe odtworzenie świata pierwszej połowy XX wieku. Sam pałac von Kraussów wygląda imponująco, z bardzo wieloma szczegółami oraz bardzo sporą ilością rekwizytów. Kamera niemal płynnie przechodzi z miejsca na miejsce, wręcz malarsko pokazując piękne krajobrazy. Zupełnie jakbyśmy oglądali obrazy świata już nieistniejącego. Jeszcze bardziej zadziwił mnie czysty dźwięk oraz kilka niezłych dialogów. Problem jednak w tym, że ta otoczka nie jest w stanie przesłonić największego problemu tego filmu.

kamerdyner(2018)2

A jest nim, niestety, historia. Jest ona rozbita na kilka wątków, ale żaden z nich nie zostaje rozwinięty do końca. Mamy tu i zakazaną miłość między Maritą a Mateuszem, coraz bardziej tracącą swoje wpływy rodzinę von Krauss, są Kaszubi kierowani przez Bazylego Miotke, który chce włączyć ziomków do odrodzonej Polski, fascynacja nazizmem oraz rzeź Kaszubów przez nazistów. Reżyser sprawia wrażenie jakby próbował złapać kilka srok za ogon i nie może się zdecydować na czym się skupić. Wątek miłosny pozbawiony jest emocji, sytuacje konfliktowe są ledwie zarysowane, zaś skoki w czasie miejscami tak gwałtowne, że można się łatwo pogubić. Postaci jest zwyczajnie za dużo i w większości stanowią albo niezbyt interesujące tło (Fryderyk von Krauss i jego żona artystka), albo są pionkami nie mającymi zbyt wiele wpływu na historię (Kurt – zafascynowany nazizmem homoseksualista). Jest parę imponujących momentów jak scena z okopów I wojny światowej czy niemal finałowa scena rzezi w lesie Piaśnicy, jednak to jest o wiele za mało przez co długi metraż staje się męczący.

kamerdyner(2018)3

Najlepsze są jednak momenty pokazujące powoli odchodzący świat arystokracji oraz brutalne przemijanie dokonywane przez historię. Chciałoby się zobaczyć pogłębione relacje między Niemcami, Polakami a Kaszubami, gdzie nie brakuje spięć oraz wrogości (podział majątku von Krauss przez granicę czy próba linczu sprawców pobicia Miotkego) czy portretu mniejszości kaszubskiej.

kamerdyner(2018)4

Najgorzej mają tutaj aktorzy, w sporej części pozbawieni materiału do grania oraz zmarnowani przez reżysera. Przeciętnie tutaj wypada Sebastian Fabijański w roli niby tytułowej, ale zagranej na jednej minie oraz bardzo usypiającym głosem. Podobnie wypada Marianna Zydek jako Marita. Owszem, ładnie wygląda i może się podobać, ale to za mało. Między tą dwójką nie ma kompletnie żadnej chemii, a uczucie między nimi jest bardziej na słowo. Podobno jak się przetrze dwa kawałki drewna mogą pojawić się iskry, ale w przypadku ludzi ta reguła nie ma zastosowania. Nawet doświadczeni aktorzy pokroju Borysa Szyca, Łukasza Simlata czy Daniela Olbrychskiego nie mają wiele do zagrania. Są jednak dwa wyjątki od tej reguły. Pierwszym jest świetny Adam Woronowicz jako wręcz demoniczny hrabia Heinrich, który samym spojrzeniem jest w stanie wyrazić wiele i jest jedną z najciekawszych postaci tego filmu. Drugi jest zawsze trzymający poziom Janusz Gajos w roli „króla Kaszubów”, Bazylego Miotke, serwując charyzmę w ilościach hurtowych. Lecz nawet ich charyzma nie jest w stanie wznieść filmu powyżej średniej.

Zmarnowanie tematu oraz potencjału tkwiącego w „Kamerdynerze” to jedna z większych zbrodni jakiej dokonali polscy reżyserzy w ostatnich latach. Wszystko z powodu marnowania talentu aktorów przez reżysera oraz bardzo chaotycznego scenariusza, który nie wie o czym chce opowiadać. Wstyd, panie Bajon, po prostu wstyd.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Potem nastąpi cisza

Rok 1944, czyli czas powolnego końca wojny. Do Polski wjeżdżają polskie wojska generała Berlinga, wprowadzające nowe, komunistyczne porządki. Tutaj mamy dwóch żołnierzy z bardzo różnymi postawami, choć obaj mają wspólne korzenie. Porucznik Kolski jest postępowy, czyli działający zgodnie z ideologią, wyruszając z zesłania szlakiem od Lenino. Podporucznik Olewicz, choć jest dość ceniony przez podwładnego, wcześniej należał do AK. Jedno zdarzenie powoduje, że Olewicz dezerteruje, zaś Kolski doprowadza do fatalnej decyzji.

potem nastapi cisza1

O Januszu Morgensternie już mówiłem, ale jego skromny dorobek jest wart odkrywania. Tak jak nakręcony w 1965 roku film „Potem nastąpi cisza”. Tytuł oparty na powieści Zbigniewa Safjana, podejmującej próbę rozliczenia z przeszłością, która jeszcze parę lat mogła być pokazana tylko w jeden sposób. My (w sensie „polskie” wojsko, komunistyczne) mamy rację, zaś ci z AK to „zaplute karły reakcji”, byli przemilczani, wymazywani. Najbardziej zaskakujące jest to, że w ogóle dopuszczone ten film do realizacji. Bo dylematy ludzi z podziemia dotyczące udziału w budowaniu nowego porządku jest czymś zaskakującym. Tak samo jak nieufność tej drugiej strony, podejrzewającą „nowych” o wszelkie złe rzeczy, spiskowanie, nielojalność. Jak tu nie myśleć o dezercji, ucieczce, ukrywaniu się?

potem nastapi cisza2

By było ciekawiej, reżyser łamie chronologię i przedstawia zdarzenia z trzech perspektyw: Kolskiego, Olewicza oraz majora Świętowca (dowódca obydwu). Największe wrażenie robiły losy tych dwóch pierwszych, pokazujące dwie skrajne postawy: tą pełną wątpliwości oraz prześladowań (Olewicz), jak i niemal posłusznych, lecz zderzonych z przeszłością (Kolski). Obaj – w różnych okolicznościach – czują się obco. W przypadku Kolskiego dobitnie pokazuje to scena odwiedzin dawnych znajomych, gdzie czuć różne postawy, mocno ukrywaną wrogość, tak samo Olewicz (rozmowa z oficerem wywiadu) w wojsku. Te właśnie momenty były dla mnie najciekawsze. Wreszcie jest też dowódca, który szybko zaczyna łączyć klocki ze sobą.

potem nastapi cisza4

Zaskakująco wielkie wrażenie robią tutaj sceny batalistyczny. Pomogło nie tylko wsparcie wojska, ale popisy pirotechniczne oraz wręcz pędząca praca kamery Jerzego Wójcika. Wystarczy wymienić nie tylko początek czy finał koło Drezna na skrzyżowaniu, ale przede wszystkim atak Niemców na miasto. Tutaj wręcz czuć zagrożenie, jak i rozmach inscenizacji, chwytający za gardło nawet dzisiaj. By jednak nie było słodko, „Potem nastąpi cisza” mocno zalatuje propagandą. Bo mamy tutaj światłego oraz widzącego więcej niż dyrektywy dowódcy (pozornie papierowa, ale Tadeusz Łomnicki jest w stanie ją ożywić), uczestnictwo w reformie rolnej, niby polskie, ale wspierane przez Sowietów wojsko. to tylko parę klisz z epoki czy scen wymuszonych przez cenzurę.

potem nastapi cisza3

Reżyser również świetnie prowadzi aktorów. Tutaj najbardziej wybijają się Marek Perepeczko z Danielem Olbrychskim jako Kolski i Olewicz. Obydwaj bardzo różni, ale bardzo ciekawie się uzupełniający. Pierwszy to pozornie służbista, który nie potrafi się dogadać z dawnymi znajomymi (tutaj najbardziej zapamiętuje się ironicznego Damiana Damięckiego oraz zjawiskową Barbarę Brylską). Ten drugi czuje się obcy w nowym otoczeniu, czyli wojsku. Niemniej stara się odnaleźć w tym nowym środowisku, choć jego ostatnia decyzja może wydawać się niezrozumiała. I niezapomniany epizod Ryszarda Filipskiego

Muszę przyznać, że „Potem nastąpi cisza” to zaskakująco uczciwe spojrzenie na okres wejścia nowej władzy na polskie rejony. Nie pozbawiona wpływów tamtego systemu, potrafi uderzyć batalistycznym rozmachem, świetnymi dialogami oraz pewną ręką Morgensterna.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Jowita

Kraków, miasto tak znane i znajome, że już bardziej się nie da. To tutaj żyje niejaki Marek Arens – bardzo młody i zdolny chłopak. Studiuje architekturę i jest bardzo dobrym biegaczem. Jest oczytany, ma wiele uroku, co sprawia, że kobiety do niego lgną niczym ćma do światła. Ale on sam nie potrafi się odnaleźć w tym całym świecie. Wszystko się jednak zmienia podczas balu przebierańców, gdzie pojawia się tajemnicza piękność w woalce. Przedstawia się jako Jowita i chce, żeby zaczekać po balu. Tylko, że ona nie pojawia się, a zamiast niej jest równie intrygująca Agnieszka.

jowita1

Dla wielu kinomanów Janusz Morgenstern zawsze pozostanie twórcą kojarzonym z produkcjami wojennymi, głównie robionymi dla telewizji („Stawka większa niż życie”, „Kolumbowie”, „Polskie drogi”). Dlatego seanse jego filmów dziejących się w czasach współczesnych realizacji mogą wprawić w sporą konsternację. „Jowita” oparta jest na bardzo popularnej w tym czasie powieści Stanisława Dygata „Disneyland” i jest to opowieść skupiona na psychice młodego bohatera. Z jednej strony jest to człowiek odnoszący sukcesy, ale nie czuje się szczęśliwy, spełniony. Wydaje się bardzo apatyczny, wręcz dryfujący po życiu, sterowany przez innych: trenera Księżaka, poprzedniego trenera Szymaniaka (bokser), który popełnia samobójstwo, wreszcie przez kobiety. Całość płynie dość powoli skupiając się na kolejnych rozmowach (niektórzy mogą się czepić, że za bardzo literackie) – zazwyczaj prowadzonych między Arensem i Agnieszką – gdzie zaczynamy odkrywać kolejne maski, twarze oraz marzenia. Nie ma tutaj tej naiwności znanej z „Do widzenia, do jutra”, pojawia się więcej cynizmu (ale nie aż tyle, co w „Trzeba zabić tę miłość”), wyrachowania oraz coraz bardziej złożonych obrazów tego, co można nazwać miłością.

jowita2

Formalnie reżyser też zaskakuje, bo całość wydaje się dwiema dużymi retrospekcjami, zaś wszystko toczy się podczas koncertu symfonicznego. Na początku to może wywołać konsternację oraz poczuciem dezorientacji, jednak to odczucie mija bardzo szybko, zaś kilka formalnych pomysłów (scena balu okraszona dźwiękowo tylko za pomocą muzyki, gra oświetleniem w scenach nocnych, krótkie zbitki montażowe) nadal robi imponujące wrażenie. Tak samo jak przepiękna, liryczna muzyka Jerzego Matuszkiewicza (temat przewodni chwyta za serducho) oraz mocny finał.

jowita3

Ten film nadal zachwyca także tym, jak jest fantastycznie zagrany. Nadal wrażenie robi Daniel Olbrychski w roli Arensa – bardzo czarującego, inteligentnego, ale jednocześnie bardzo płytkiego emocjonalnie. Widać, że czegoś szuka, tylko czego? Idealnej kobiety, o ile ona w ogóle istnieje? Stabilizacji, sensu? Wszystkie te deklaracje mogą się wydawać pretensjonalne, choć kilka zdań (m.in. kłótnia z Księżakiem czy odwiezienie przez milicję) potrafi chwycić i poruszyć. Jeszcze bardziej pociągającą była Barbara Kwiatkowska jako Agnieszka – urocza, niegłupia z pięknymi oczami. Czuć tutaj chemię między tą dwójką, co podnosi wartość filmu. Poza nimi jest bardzo bogaty drugi plan ze Zbigniewem Cybulskim (trener Księżak) i Kaliną Jędrusik (Księżakowa) na czele.

Mimo prawie 50 lat na karku, „Jowita” ma w sobie nadal masę uroku, klimatu tamtych lat i trafnie opisuje zagubienie młodego człowieka, który może osiągnąć dużo. Tylko, czy będzie mu się chciało, czy będzie mógł się zmienić i stworzyć siebie od początku? Pierwszy krok chyba zrobił, a zakończenie nie daje odpowiedzi. Coraz bardziej mnie zaskakuje ten Morgenstern.

8/10

Radosław Ostrowski

Maria Skłodowska-Curie

Czy ktoś w tym kraju nie znał tej kobiety? Naukowiec, żona, matka, kochanka i podwójna laureatka Nagrody Nobla. Było o Skłodowskiej-Curie wiele filmów, ale w zeszłym roku powstała polsko-francuska koprodukcja, próbująca przedstawić portret tej niezwykłej kobiety.

maria_curie1

Akcja toczy się między pierwszą, a drugą Nagrodą Nobla, bardziej skupiając się na jej życiu prywatnym. Z jednej strony mamy pracę nad radem i wykorzystania do zwalczania nowotworów, ale z drugiej jest nagła śmierć męża, samotne wychowywanie oraz ukryty w tajemnicy związek z innym naukowcem. Ale reżyserka Maria Noelle nie do końca panuje nad materiałem, tworząc kompletny chaos wątków. Nie udało się w pełni rozwinąć żadnego z wątków: próby zdobycia katedry na Sorbonie, spotkanie z Einsteinem, kontynuacja badań, próba pogodzenia się ze śmiercią męża – to wszystko jest ledwie dotknięte, pozostawiając w kompletnej obojętności. Nawet wątek związany z siostrą wydaje się wrzucony na siłę, podobnie jak senne wizje gdzieś na pustyni czy w wodzie – po co to? Mówi się o zasługach, jednak za co ten Noble były przyznane, to będziecie mogli poczytać w Wikipedii, o twórcy kompletnie tą kwestię olali. Ja po biografii zawsze się spodziewam, że o głównym bohaterze/bohaterce będę wiedział więcej po niż przed. Niestety, Noelle nie jest w stanie tych informacji dostarczyć, a co gorsza gubi się w tym, o czym tak naprawdę ma być ten film. O nauce, feminizmie, przełamywaniu schematów, romansie? Nic z tego mieszania grzybków nie wynika.

maria_curie2

Broni się za to warstwa techniczna. Zarówno do scenografii, jak i kostiumów trudno się przyczepić, widać przywiązanie do realiów. Także muzyka potrafi delikatnie zbudować klimat oraz pokazać emocje, których tutaj zadziwiająco jak na lekarstwo. Tylko, że to dużo za mało, by pociągnąć całość do końca.

Aktorsko jest może nie tyle nierówno, ile nie wszyscy aktorzy zostają w pełni wykorzystani. Znane nam nazwiska (Kuna, Olbrychski, Frycz) są ograniczeni tylko do roli tła, które nie wnosi zbyt wiele. Świetny jest Piotr Głowacki w roli Einsteina, wnoszącego odrobinę lekkości oraz humoru, ale pojawia się tylko w jednej scenie. A jak sobie poradziła w głównej roli Karolina Gruszka? Jest najmocniejszym atutem w tej talii, przyciągającym uwagę aż do samego finału. Tylko, że nawet ona nie była w stanie zamaskować niedoróbek scenariusza, przeskoków z wątku na wątek.

maria_curie3

Jeśli to miał być mocny, wspaniały pomnik, to twórcy filmu zrobili go z bardzo kruchego materiału. Pomieszanie z poplątaniem, czyli próba złapania kilku srok za ogon, musiała doprowadzić do uderzenia głową w mur. „Maria Skłdowska-Curie” nie daje żadnej satysfakcji i nawet nie sprawdza się ani jako laurka, ani jako dramat, ani jako opowieść o niezwykłej kobiecie, przecierającej szlaki innym w świecie nauki.

5/10

Radosław Ostrowski

Sęp

W ciągu sześciu lat zniknęło lub uciekło kilkudziesięciu kryminalistów, zaś śledztwa w ich sprawie utknęły w martwym punkcie. Kiedy jednak zostaje odbity z więziennego konwoju po procesie Radosław Raczek „Djuna”, generał policji prosi o pomoc w rozwiązaniu sprawy inspektora Bożka i komisarza Aleksandra Wolina „Sępa”.

sep1

Mówi się, że w Polsce nie da rady zrobić filmu akcji na poziomie amerykańskim. A jednak, zadania tego podjął się Eugeniusz Korin – reżyser teatralny, który debiutuje na dużym ekranie. Sama intryga jest naprawdę pomysłowo i nieszablonowo opowiedziana – reżyser myli tropy, kluczy, parę razy potrafi zaskoczyć, zaś finał pozytywnie zaskakuje (jednak moralne rozterki bohatera zbyt łatwo zostają rozwiązane). Choć film trwa około dwóch godzin, nie ma tu miejsca na nudę. Owszem, dialogi nadal bywają niesłyszalne, sceny pod tablicą (Sęp rozwiązujący matematycznie zagadkę) wydają się zbędne, ale za to jest świetnie zrealizowane (zdjęcia i montaż zasługują na uznanie), czuć tutaj inspiracje Davidem Fincherem i Christopherem Nolanem (montaż równoległy). Dawno nie było filmu, który by tak wyglądał na naszym podwórku.

sep2

A skoro porównuje się do Hollywood, to i obsada musi być gwiazdorska. No i jest – pytanie, czy poza tym idzie coś więcej? O dziwo tak, choć nie jest idealnie. Naprawdę dobrze wypadł Michał Żebrowski w roli wnikliwego śledczego, który jak naukowiec łączy fakty w całość, a i przyłoić też potrafi. Partnerujący mu Daniel Olbrychski w roli inspektora Bożka wypada bardzo przekonująco i ma ten błysk w oku. Z drugiego planu zdecydowanie należy wyróżnić Piotra Fronczewskiego (generał Krasucki), Andrzeja Seweryna (profesor Reaktorski) i Mirosława Bakę (Rajski, dowódca oddziału odbijającego więźniów). Ale żeby nie było zbyt dobrze, są dwie poważne rysy: irytujący Paweł Małaszyński (komisarz Robaczewski) – na szczęście nie pojawia się zbyt długo i Anna Przybylska (Natasza McCormack), która średnio pasuje na instruktorkę kickboxingu.

sep3

Korin swoim debiutem udowodnił, że i u nas da się zrobić dynamiczny i nieszablonowy kryminał. Choć może nie wszystko jest dopracowane, to jednak potrafi zrobić mocne wrażenie.

7/10

Radosław Ostrowski