Senna

Każdy fan Formuły 1 zna to nazwisko. Ja nie miałem ani szansy, ani możliwości zobaczenia tych wyścigów oraz sławnych pojedynków z początku lat 90., jednak od czego są filmy. Pięć lat temu brytyjski dokumentalista Asif Kapadia postanowił opowiedzieć o brazylijskim kierowcy Ayrtonie Sennie.

senna1

Ten bardzo zdolny i utalentowany kierowca rozpoczął swoją karierę, najpierw w gokartach, by potem w 1984 roku eksplodował w Formule 1. Dalej widzimy jego drogę na szczyt, konflikt z kolegą z zespołu Alainem Prostem aż do tragicznego wypadku 1 maja 1994 podczas GP San Marino. Do dzisiaj nie udało się ustalić, co było przyczyną. Kapadia ma wielkie szczęście i wykorzystuje tutaj sporą ilością materiałów archiwalnych. Sam film to zmontowane archiwalia, bez gadających głów, głownie od realizatorów z F1 (widoki z kamer zainstalowanych w bolidach, rozmowy, wywiady, odprawy przed wyścigiem), a także prywatne archiwa rodziny Senny. Nikt tego do tej pory nie oglądał, a to wszystko układa się w złożony portret kierowcy – jego wzloty, upadki, spokój i gniew. A trudno było ciągle zachować spokój oraz pozytywna energię, gdy kłody pod nogi kładli szefowie FIA, faworyzujący Frosta (pewnie dlatego, że przewodniczący był Francuzem) i na początku próbowano Brazylijczyka zdyskredytować i osłabić jego pozycję. Konflikt z Prostem, bardziej rozumiejącym polityczne machinacje, z jednej strony doprowadzał samych kierowców do ostrych spięć, z drugiej zwiększył oglądalność samej Formuły 1 oraz popularność Senny na cały świat.

senna2

Reżyser jednak wsparł się wywiadami z kilkoma osobami, które miały kontakt z Senną, jednak nie pojawiają się te osoby, tylko słyszymy ich głosy. A udało się zebrać zacne grono (Alain Prost, siostra Ayrtona Viviane, lekarz Formuły prof. Watkins czy dziennikarz John Bisigniano), które ubarwia i tak znakomita całość, dodając różne anegdoty oraz opowieści, które legendarnego kierowcę czynią bardziej ludzkim.

senna3

Można żałować, że nie jest to fabuła, ale z drugiej strony archiwalne materiały potrafią poruszyć i trzymać za twarz. Kapitalny montaż, zgrana z ekranem muzyka oraz świetna reżyseria składają się na interesujący portret zwykłego człowieka, dokonującego niezwykłych wyczynów, pozostając normalnym. obok „Wyścigu” Rona Howarda to film dla fanów królowej sportów motorowych.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Jodorovsky’s Dune

W historii kina jest wiele filmów nie tylko takich, które są uznawane za arcydzieła, ale też takie, które nigdy nie zostały zrealizowane. I szkoda, że nie zostały zmaterializowane te wizje. W 1974 roku chilijski wizjoner Alejandro Jodorowsky postanowił przenieść na ekran powieść Franka Herberta „Diuna”. Wsparty przez francuskiego producenta Michela Seydouxa, Jodorovsky zaczął pracować i liczył, że hollywoodzcy bonzowie wyłożą 15 milionów dolarów (wtedy, to była gigantyczna suma).

dune1

O tym projekcie postanowił w swoim dokumencie pokazać Frank Pavich. Wydaje się być to tradycyjnym i konwencjonalnym dokumentem, opartym na rozmowach z twórcami tego niezwykłego przedsięwzięcia oraz materiałami archiwalnymi. Ale rozmówcy to nie byle kto – sam Jodorowsky jest tak barwną postacią, że mógłby powstać film tylko o nim. Poznajemy początki jego drogi jako reżysera, jego poglądy oraz filozofię uprawiania tego zawodu jako sztuki, a nie tylko jako biznesu, który ma przynieść dochód finansowy. O tym jakim filmem miała być „Diuna” mówi sam Jodorowsky: Chciałem stworzyć film, który ludziom zażywającym LSD w tamtych latach da takie same halucynacje, ale bez zażywania tego narkotyku. Brzmi zachęcająco?

dune3

Pavich pozwala Jodorowsky’emu opowiadać historię realizacji projektu, ale też rozmawia ze wszystkimi żyjącymi osobami zamieszanymi w to przedsięwzięcie (nie udało się – z powodu zejścia z tego świata – z Danem O’Bannonem, odpowiedzialnym za efekty specjalne oraz Jeanem „Moebiusem” Girardem – współtwórcą strony plastycznej). A plan był bardzo ambitny – w obsadzie mieli się znaleźć David Carradine, Mick Jagger, Salvador Dali i Orson Welles, od strony wizualnej – poza francuskim rysownikiem Moebiusem – pomagali mu autor okładek książek Christopher Foss oraz H.R. Giger. By oddać rozmach tego przedsięwzięcia, Pavich pokazuje fragmenty storyboardu ze szczegółowymi ilustracjami pokazującymi tło, stroje, a także – dzięki zastosowaniu animacji – fragmenty poszczególnych scen. To podkręca wyobraźnię i pokazuje jak daleko sięgał Jodorowsky w swoich pomysłach.

dune2

Tworzy to fascynujący portret nie tylko tej fantastycznej opowieści (spotęgowany muzyką elektroniczną, brzmiącą jakby z lat 70.), ale też silnej osobowości jaką jest Jodorovsky. Nie idący na kompromisy wizjoner, który jest wierny swojej filozofii oraz niesamowitego zmysłu wizualnego. Chilijski jest niesamowitym gawędziarzem, a anegdoty o tym, jak udało się przekonać Wellesa czy Daliego to fantastyczne opowieści. Także o prowadzonych rozmowach w sprawie zatrudnienia Douglasa Trumballa, by zajął się efektami specjalnymi, czy pierwsze spotkanie Jodorovsky’ego z O’Bannonem. Może reżyser wydaje się troszkę naiwny w tym, ale do samego końca jest szczery i wierzy, ze znajdzie się ktoś, kto byłby w stanie przenieść „Diunę” w oparciu o jego scenariusz (choćby w formie animacji).

dune4

Chociaż „Diuna” nie doczekała się takiej realizacji, jakiej chciałby Jodorowsky (o filmie Davida Lyncha lepiej zapomnieć), to jej wpływ na kino pozostaje nieoceniony, co niemal pod koniec pokazują wplecione sceny z klasyków kina porównane ze storyboardem Chilijczyka. Bez „Diuny” nie byłoby „Gwiezdnych wojen”, „Obcego”, „Blade Runnera”, „Matrixa” czy „Terminatora”. To świadczy o tym, jak wielką osobowością był Jodorowsky. I ja oczami wyobraźni, zobaczyłem ten film. Fani SF muszą ten dokument obejrzeć, a resztę też gorąco namawiam.

dune5

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Czekając na Joe

Góry są piękne – to wie każdy kto je widział. Wiedzą to też ci, którzy się na nie wspinają. Góry też potrafią być zdradliwe i niebezpieczne. W 1985 roku dwóch alpinistów – Joe Simpson i Simon Yates – podjęli się odważnej oraz trudnej wyprawy w Andy. Celem była niezdobyta góra Siula Grande – stromy sześciotysięcznik, dodatkowo wybierając zdradliwą ścianę góry. Dołączył do nich podróżnik Richard Hawking. Ekspedycja kończy się sukcesem, jednak w trakcie powrotu dochodzi do tragedii – Joe złamał nogę. Yates zdecydował się powoli opuszczać rannego kolegę na linie. Wszystko szło dość sprawnie do chwili, gdy Joe zawisł nad szczeliną. Wówczas Simon podjął trudną decyzję – odciął linę, zostawiając kolegę na pewną śmierć.

czekajac_na_joe1

Tym filmem na szerokie wody wypłynął brytyjski dokumentalista Kevin Macdonald, który w tym filmie pomieszał dokument z fabularyzowaną rekonstrukcją wydarzeń. Efekt jest po prostu porażający. Wszyscy członkowie ekspedycji opowiadają o swoich przeżyciach, jednak nie jest to w żaden sposób laurka. I wydawałoby się po opisie, że to ciężkie i dramatyczne kino – po części tak jest, jednak nie zabrakło tez miejsca na humor i wzruszenia. Najciekawsze jednak jest to, że Joe… przeżył upadek i udało mu się wrócić (film oparty jest na jego książce). Jak jednak do tego doszło, to musicie przekonać się sami.

czekajac_na_joe2

Macdonaldowi udało się dokonać dwóch rzeczy. Po pierwsze, pokazuje majestat gór oraz ich bezwzględność, która nie pozwala na popełnienie błędu. Błąd oznaczał śmierć. Drugi wątek to pokazanie jak radzi sobie człowiek w sytuacji ekstremalnej – wysokie temperatury ujemne, wiatr, śnieg. A dramatyczna kulminacja pozostawia jedno pytanie, które sobie zadałem: Co ja bym zrobił na miejscu Simona? I odpowiedź nie jest wcale taka prosta, ponieważ okoliczności niejako zmusiły go do podjęcia takiej decyzji – brak oznak życia z drugiej strony liny, zmęczenie i wyczerpujące się siły, które mogły spowodować śmierć obydwu alpinistów. Jednak na ich szczęście, kończy się to wszystko happy endem, chociaż żaden z nich tego się nie spodziewał.

czekajac_na_joe3

„Czekając na Joe” trzyma w napięciu i ogląda się go niemal jak rasowy thriller (próby powrotu Joe do obozu), potwierdzając wielką siłę dokumentu. Nie brakuje tu emocji, refleksji oraz pytań o człowieczeństwo w trudnych sytuacjach. Brawo, panie Macdonald.

czekajac_na_joe4

8/10

Radosław Ostrowski

20 000 dni na Ziemi

Wielu melomanów pewnie słyszało nieraz nazwisko Nick Cave – jednego z najbardziej znanych twórców muzyki alternatywnej. Więc nic dziwnego, że musiał powstać o nim film dokumentalny, jednak sposób opowieści wielu może zaskoczyć.

20000_dni2

Dlaczego? Gdyż widzimy pozornie jeden dzień z życia tego artysty, a gdy na początku słyszymy słowa Pod koniec XX wieku przestałem być ludzką istotą jednego można być pewnym – nudno nie będzie. Mamy tutaj mieszankę, która mogłaby nie wypalić – nadal przeplatają się materiały archiwalne, jednak nie są to klasyczne gadające głowy. Cave, który jest także współautorem scenariusza miesza poważne i ważkie słowa na temat tego, co to znaczy być artystą, widzimy go przy pracy w studiu. Jednak najciekawsze są tutaj trzy miejsca. Pierwsze to rozmowy w aucie, gdzie jego goście nagle się pojawiają i jeszcze szybciej znikają (Ray Winstone, Kylie Minogue). Drugie to wizyta u psychiatry, gdzie opowiada mu o swoich pierwszych doświadczeniach erotycznych oraz o swoim ojcu. Trzecie to archiwum, gdzie są przechowywane różne rzeczy z jego dawnych czasów. To wszystko się przeplata z narracją Cave’a w tle i trzeba przyznać, ze całość jest świetnie zmontowana. Jednak ciągle pojawiało się pytanie, które ciągle krążyło mi po głowie: co w tym portrecie jest prawdą, a co jest tylko grą, pozą Cave’a – kabotyństwem.

20000_dni1

Im bardziej oglądałem film, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że nie jestem w stanie wyróżnić mitów od prawdy. Nie zmienia to faktu, że ten film to wśród produkcji dokumentalnych przedsięwzięcie niezwykłe i nieszablonowe. Jednak dla wielu może być dziwne i niejasne, ale takie produkcje zdarzają się rzadko.

7/10

Radosław Ostrowski

Powstanie Warszawskie

Ten temat, czyli powstanie warszawskie zawsze wywoływał i wywoływać będzie ostrą dyskusję. Czyn heroiczny czy bezsensowna ofiara życia? Tego chyba nikt już w stu procentach nie rozstrzygnie, a ten temat filmowcy nasi wykorzystywali wielokrotnie, jednak tym razem Muzeum Powstania Warszawskiego wpadło na szalony i dość karkołomny pomysł nakręcenia filmu dokumentalnego o tym wydarzeniu.

powstanie1

Ktoś powie; no dobra, powstało już wiele filmów, także dokumentalnych, więc czy można jeszcze coś o tym opowiedzieć? Tym razem twórcy pilotowani przez Jana Komasę wpadli na pomysł wykorzystania archiwalnych materiałów z kronik powstańczych. Mało tego, poddali je rekonstrukcji, koloryzacji i udźwiękowieniu, a żebyśmy wiedzieli co tak naprawdę oglądali dodali postaci dwóch filmowców – Karola i Witka, którzy filmują całe powstanie. Być może ten wątek sprawia wrażenie niepotrzebnego i dodanego na siłę (także dubbing może budzić wątpliwości), ale oglądając całość przestało to dla mnie nie miało znaczenia. Autentyzm tego, co widzimy robi wrażenie nadal mimo 70 lat od tych wydarzeń. Udało się uchwycić zarówno nastrój radości, poczucia zwycięstwa jak i tych ostatnich, bardziej tragicznych wydarzeń (rannych powstańców, widoku martwych cywili czy ruin miasta). Jednocześnie widać dzień codzienny – fabrykę produkcji broni, piekarnię, drukowanie „Biuletynu Informacyjnego” czy schwytanie niemieckich jeńców.

powstanie2

Twórcy jednak świadomie nie stawiają pytań o sens, tylko ograniczają się do kronikarskiego zapisu, który ma poruszyć i zmusić do refleksji. Wnioski każdy z nas musi wyciągnąć sam. Dlatego każdy z was powinien sam obejrzeć ten film. Oceny wyjątkowo brak. 

Radosław Ostrowski

O krok od sławy

Filmy dokumentalne zazwyczaj kojarzą się – zresztą słusznie – z „gadającymi głowami”. Ten opowiada o osobach, które zazwyczaj na koncertach pojawia się z tyłu głównego artysty. Mowa oczywiście o chórzystkach, które czasami bardziej zapadają w pamięci. Kim one tak naprawdę są? Dlaczego niektórym udało się zrobić karierę, a innym nie?

o_krok_od_slawy1

Reżyser opowiada ich historię w dość typowy sposób dla filmów dokumentalnych – dużo rozmów, materiały archiwalne, filmy, zdjęcia. Rozmawiają tutaj nie tylko same chórzystki, ale też ci, u których śpiewają – Bruce Sprngsteen, Mick jagger, Sting, Chris Botti. Kariera chórzystek takich jak Judith Hill, Claudia Lannear czy Darlene Love przebiegała bardzo różnie. Jedno pozostały w cieniu, inne zrezygnowały z kariery w szołbiznesie, a tylko nielicznym udawało się przebić jako solistki. I one opowiadają o swojej młodości, marzeniach, aspiracjach. A także o tym, co teraz robią, czy żałują wycofania. Nie oszukujmy się – szołbiznes jest bezwzględny, a sam talent nie wystarcza do zrobienia kariery. Odpowiedzi są różne, bo i życie ułożyło się inaczej, choć łączyło je wiele – m.in. były córkami pastora (nie tego samego) i zaczynały od śpiewania w kościele.

o_krok_od_slawy2

Całość w dodatku jest też przy okazji historią szołbiznesu i porównaniem czasów dawnych, gdzie chórzystki wydawały się kluczowym elementem nie tylko przy pracy nad płytą, ale też podczas tras koncertowych (najbardziej to widać w latach 60. aż do 80.). Dzisiaj droga wydaje się pozornie łatwiejsza, ale prawda jest taka, że tylko muzycy zaczynający w tamtych latach korzystają z usług chórzystek, mają swoje ulubione panie (panów też), a współcześni wykonawcy rzadko korzystają. Nawet jeśli, to jest to technicznie (mechanicznie) udoskonalane. Brakuje „boskiego pierwiastka”.

o_krok_od_slawy3

Dobrze się ogląda ten ciekawy dokument, będący zbiorem anegdot, a jednocześnie bardzo poruszającą opowieścią o tych, którzy przez chwilę mogli poczuć się artystami. Naprawdę solidna robota.

8/10

Radosław Ostrowski

Miłość

Z polskimi filmami zawsze mam pewien problem. Produkcje tzw. komercyjne czy rozrywkowe przeżywa stagnację i (zazwyczaj) to kompletne niewypały lub co najwyżej średniaki, a tzw. kino artystyczne albo jest zbyt depresyjne i traumatyczne albo naznaczona martyrologią, zwyczajnie nieciekawą. I właśnie trafił do mojej ręki film dokumentalny z Polski, co samo w sobie jest kompletną abstrakcją. W dodatku jest on o muzyce.

milosc1

Wszystko zaczęło się pod koniec lat 80., kiedy to czterech muzyków z kompletnych różnych światów poznało się i założyli zespół Miłość. Mieli grać yass, czyli mniej konwencjonalny jazz. A byli to Tymon Tymański (kontrabas), Mikołaj Trzaska (saksofon), Leszek Możdżer (fortepian) i Jacek Olter (perkusja). Historię tego zespołu próbuje opowiedzieć debiutant Filip Dzierżawski.

milosc2

Punktem wyjścia dla opowieści o tym już kultowym (w pewnych kręgach) jest próba reaktywacji i zorganizowanie wspólnej próby przez żyjących członków (poza w/w był jeszcze Maciej Sikała – drugi saksofon) plus grający na perkusji Jakub Staruszkiewicz z zespołu Pink Freud. Przy okazji mamy rozmowy z członkami zespołu i poznajemy historię zespołu, przechodząc przez kluczowe punkty: pierwsze spotkanie, pierwsze płyty, spięcia aż do tragicznej śmierci Oltera (bardzo poruszający fragment opowiadany przez Tymona i Trzaskę), która doprowadziła do ostatecznego rozpadu. Wszystko to przeplatane dość bogatymi zbiorami archiwalnych filmów (prywatne zbiory), zdjęć i także muzyki.

milosc3

Jakby przy okazji Dzierżawski przedstawia ich przekonania i refleksje na temat muzyki i sensu tego, co robią. Widać, że mimo spięć między nimi każdy z nich naznaczył swoim piętnem każdego z siebie, że miedzy tymi różnymi muzykami (Tymon – taki żywy duch, Trzaska – żywiołowy, wręcz „agresywny”, Możdżer – mózgowiec, zwracający uwagę na dźwięki) nadal jest chemia. I nie ma tutaj żadnego przynudzania czy monotonii. A najciekawsze jest to, co nie powiedziane – mimo przyjaźni i chemii miedzy muzykami, widać pewne niezałatwione sprawy i trochę skryte żale. Widać to zwłaszcza w ostatnim akcie, gdy pada propozycja zagrania na Off Festiwalu w 2009 oraz reaktywacji zespołu Miłość, gdzie ze starego składu grają tylko Tymon z Możdżerem. Tutaj widać, jak bardzo drogi wszystkich muzyków za bardzo się rozeszły. To już podczas prób jest widoczne, gdy Trzaska jest coraz bardziej wycofany, niepewny, pełen wątpliwości. Ostatnie jego słowa wywołały we mnie ból, a jego postawa jest niezrozumiała i trochę nieuczciwa wobec reszty.

milosc4

Każdy na pewno ten film odbierze inaczej, ale jedno nie ulega wątpliwości – to kawał kapitalnego, mocnego kina. Brutalnie szczere, autentyczne i bardzo interesujące, ze świetną muzyką (chyba zacznę powoli szukać dorobku tego zespołu) i paroma obserwacjami naszego przemysłu muzycznego. I nie tylko.

8/10

Radosław Ostrowski

Baczyński

Biografie, zwłaszcza postaci związanych z pewnym krajem nad Wisłą zawsze wywołują emocje. Wystarczy wspomnieć choćby zbliżający się film o Wałęsie czy o księdzu Popiełuszce. Zazwyczaj są one laurkami, zachowawczymi i bezpiecznymi historiami. Więc jak opowiedzieć o Krzysztofie Kamilu Baczyńskim – osobie, który jest najpopularniejszym polskim poetą? No właśnie.

baczynski1

Debiutujący na stołku reżysera Kordian Piwowarski (tak, to syn TEGO Piwowarskiego) miał na to pewien pomysł formalny. Mieszanie dokumentu z fabułą nie jest niczym nowym, ale tutaj mamy aż trzy wątki i trzy pomysły. Pierwszy to zorganizowany w 90. rocznicę urodzin poety slam, drugi to typowe dla dokumentów „gadające głowy” z dwójka jeszcze żywych świadków wojennych losów Baczyńskiego, a trzeci to fabularyzowane fragmenty z jego życia. Innymi słowy mamy przeplatankę wierszy Baczyńskiego z fragmentami jego życiorysu i wspomnieniami – taki koktajl mógł podziałać wręcz piorunująco. W dodatku poezja miała mówić więcej o jej autorze niż dialogi, w dodatku okraszone bardzo pięknymi zdjęciami. Ale niestety, nie wszystko tu zagrało. Dlaczego?

baczynski2

Po pierwsze, dlaczego ten film trwa tylko godzinę? Już samo to zmusza do skracania i skrótowości. Po drugie, o samym Baczyńskim po filmie dowiedziałem się niewiele więcej. Przedstawianie jego życia w formie fabularnej przypomina odhaczanie wpisu encyklopedycznego. W dodatku nie ma tu specjalnie o czym tu mówić od strony aktorstwa. Aktorzy ograniczają się tylko do spojrzeń i bycia po prostu na ekranie. Po trzecie i najważniejsze, bo wynikające z poprzednich, jest to laurka, ślizgająca się po życiu Baczyńskiego, przez co mało angażuje.

Mam dziwne wrażenie, że „Baczyński” będzie pokazywany w szkołach na lekcjach języka polskiego. Dla nich będzie to całkiem niezłe źródło informacji. Ja niestety jestem na to za stary. Może w końcu komuś się uda nakręcić biografię tego poety, bo zasługuje na to.

6/10

Radosław Ostrowski


Roman Polański. Ścigany i pożądany

Nie ma chyba człowieka na świecie, który nie wiedziałby kim jest Roman Polański. Ten reżyser jest jedną z najważniejszych postaci światowego kina. Ale w 1977 roku jego kariera w Stanach Zjednoczonych zawisła na włosku. Zostaje on aresztowany i oskarżony o gwałt 13-letniej dziewczyny, Samanthy Gailey. W dniu ogłoszenia wyroku, reżyser ucieka ze Stanów.

Polanski1

Tyle wiadomo, jednak reżyserka Marina Zenovich postanowiła przyjrzeć się sprawie bliżej w swoim filmie dokumentalnym zrobionym dla HBO w 2008 roku. O sprawie Polańskiego zrobiło się znów głośno, kiedy półtorej roku później, kiedy reżyser został aresztowany w Szwajcarii i wtedy film trafił do polskich kin. Więc jak to było z tym procesem? Reżyserka zachowuje dystans wobec sprawy i rozmawia z wieloma osobami – przyjaciółmi reżysera (m.in. Genem Gutowskim, Anatheą Sylbert, Hansem Mollingerem czy Mią Farrow), ale też z policjantem, prokuratorem i obrońcą (Douglas Dalton), ale też i z samą „ofiarą” – Samanthą. Jednocześnie podejmuje się próby zrekonstruowania przebiegu procesu i okazuje się, że nie przebiegał on do końca uczciwie.

Polanski2

Choć film jest o Polańskim, tak naprawdę ma dwóch bohaterów – media i sędziego Rittenberga. Ci pierwsi, podkręcali wobec Polańskiego atmosferę skandalisty i kontrowersyjnego twórcy, skupiając się na ciemnej stronie jego życia (zabójstwo jego żony Sharon Tate, w które miał być zamieszany). Jednocześnie filmowiec traktowany był jako ktoś obcy, któremu udało się odnieść sukces, choć konserwatyści uważali go za enfent terrible (kobieciarz, po „Dziecku Rosemary” podejrzewany o satanizm). Ten drugi zaś był sędzią-celebrytą, który kochał medialny blichtr i zależało mu bardziej na rozgłosie i sławie niż dobrej sprawie. Jednocześnie Rittenberg pokazany jest jako manipulator (plan mający na celu deportację Polańskiego), stawiający prawników po kątach i kochający życie nie bardziej niż Polański.

Polanski3

Wydaje mi się, że Zenovich w sposób dość wyważany pokazuje racje obu stron – nie zaprzecza, że Polański dokonał przestępstwa (fragmenty zeznań Samanthy), ale jednocześnie pokazuje siłę mediów jako niebezpieczną instytucję żerującą na prywatnym życiu sławnych osób. A jednocześnie mamy multum archiwalnych materiałów. Druga istotna sprawa to fakt, że sam Polański nie wypowiada się w tej sprawie. Dlaczego nie broni się? Może uznał, że fakty będą mówiły same za siebie? A może nie jest jeszcze na to gotowy? Tego chyba się nigdy nie dowiemy, pozostaje jednak mieć nadzieję, że reżyserowi uda się zamknąć ten mroczny rozdział z jego życia. Jak będzie? Czas pokażę. Nie zmienia to faktu, że jest to bardzo interesujący dokument, który rzuca na tę głośną sprawę nowe światło.

8/10

Radosław Ostrowski

Słodki drań

Woody Allen tym razem bawi się w biografię Emmetta Raya – jednego z najzdolniejszych gitarzystów jazzowych czasów przedwojennych (choć zapowiadano, że to postać fikcyjna), który nagrał parę utworów, a potem zaginął.

slodki_dran1

Film jest stylizowany na dokument, w którym Allen, Ben Duncano i Douglas McGrath opowiadają historię Raya, bazując na niewielkich źródłach, a resztę zmyślając. Reżyser  tym razem krąży wokół sztuki, talentu, miłości i nieprzewidywalności ludzkiego losu – pełnego ironii i przewrotności. Każda z osób inaczej widzi postać Raya, dlatego jego portret jest dość trudny do rozgryzienia. Wszystko to okraszone świetną muzyką jazzową (głównie graną na gitarze, nawet jeśli ruch palców na gitarze nie współgra z tym, co słyszymy), klimatem lat 20-tych – klubów, spelunek pięknie sfilmowanych przez Zhao Fei. Całość ogląda się naprawdę dobrze i jest to dowód na stabilizację formy Allena oraz jego humoru – mniej absurdalnego, bardziej sytuacyjnego.

slodki_dran2

Jak wspomniałem Allen jest tutaj jednym z narratorów tej opowieści, więc nie pojawia się tu zbyt często. Główną rolę zagrał fantastyczny Sean Penn, któremu udało stworzyć i uwiarygodnić postać ekscentrycznego muzyka z wielkim talentem, jeszcze większym ego i prymitywnymi pasjami (patrzenie na pociągi, strzelanie do szczurów, alfons). Zderzenie tych cech jest mieszanką wybuchową. I kiedy wydawało się, że Penna nikt i nic nie przebije, zrobiła to Samantha Morton w roli Hattie – przypadkowo poznanej dziewczyny Raya, której nie kochał. Pełna empatii i uroku świetnie oddaje emocje co było tym trudniejsze, że bohaterka jest… niemową. Poza nimi na drugim planie wybija się Uma Thurman (Blanche, żona Raya przyzwyczajona do życia w dostatku) i Anthony LaPaglia (gangster Al Torrio).

slodki_dran3

Kolejny portret ekscentrycznej i fascynującej osobowości. Nie jest to może top topów Allena, ale to kolejny dobry film tego zdolnego reżysera.

7,5/10

Radosław Ostrowski