Powrót do tamtych dni

Są takie filmy, gdzie marketing sugeruje zupełnie coś innego niż ostatecznie dostajemy. Taki jest właśnie przypadek nowego filmu Konrada Aksinowicza – reżysera głównie teledysków oraz dwóch fabularnych niewypałów, o których nawet nie warto wspominać. Ten film (początkowo noszący tytuł „Powrót do Legolandu”) to najlepsze dzieło reżysera, o wiele cięższe i poważniejsze niż się wydaje.

Akcja „Powrotu do…” toczy się we Wrocławiu początku lat 90., skupiając się na 14-letnim Tomku. Chłopak mieszka z matką, zbiera zestawy klocków Lego i chodzi do szkoły jak na nastolatka przystało. Jest jeszcze ojciec, ale on pracuje w USA i podsyła wiadomości na kasetach. Pojawia się jeszcze nowa koleżanka w szkole, a to oznacza jedno: amory. Właśnie wtedy wraca ojciec z Ameryki i wszystko wydaje się być w porządku. Porządek jednak ma to do siebie, że nie trwa długo.

Reżyser oparł historię tego filmu na własnych doświadczeniach i czuć to w każdej scenie. Początek zaczyna się jak obyczajowa historia w konwencji coming-of-age, jest Tomek z kumplami bujający się po okolicy. Sympatycznie jest bardzo, zaś klimat lat 90. oddano więcej niż dobrze. Myślisz sobie, że ten seans będzie troszkę w tonie „Zupy nic” czy jakiegoś innego komediodramatu w czasach zamierzchłych. Ale podczas obiadu przy stole z wujostwem zmienia się wszystko i zaczyna się dramat. Bo ojciec jest alkoholikiem, co oznacza jedno: będzie nieprzyjemnie. Wtedy zaczyna się najgorsze, choć głównie w sferze psychologicznej, odbijając się na wszystkich domownikach. Niby oni już mają doświadczenie z tym jak sobie poradzić, jednak to było dawno temu. Ale matka i syn próbują „ujarzmić” ojca, robiąc w domu sanatorium. Chowanie ostrych przedmiotów, karmienie gorzałą i zamykanie w pokoju. Co w zamian? Wyzwiska, majaki, szczanie w gacie, groźby – samej fizycznej przemocy nie ma. Czy to oznacza, że niby jest lepiej?

Niby takich opowieści o ludziach spętanych przez alkohol oraz najbliższych, którzy dostają rykoszetem. Aksinowicz jednak nie idzie w stronę emocjonalnego szantażu, ani też pokazywania całej tej sytuacji w sposób humorystyczny czy groteskowy. Niemniej sceny z ojcem pod wpływem (niesamowity Maciej Stuhr) wywoływały silny dyskomfort i ciężko było przewidzieć jak to się wszystko potoczy. Syn (debiutujący Teodor Koziar) przechodzi przyspieszony kurs dojrzewania, zmuszony do zmierzenia się z demonami, gdzie częściowo pcha go coraz ciężej znosząca to matka (zaskakująca Weronika Książkiewicz).

Ten trójkąt jest zagrany co najmniej bardzo dobrze, bez popadanie w przesadę i przerysowanie, o co byłoby bardzo łatwo. W szczególności widać to w roli Stuhra, którego bohater coraz bardziej doprowadza się do upodlenia, doprowadzając rodzinę do wstydu. I w żadnym momencie nie wywołuje to śmiechu, lecz cały czas czuć strach. Także drugi plan ma swoje przysłowiowe pięć minut (tutaj wybija się Oliwia Gołębiowska jako nowa koleżanka z klasy czy Bogdan Koca w roli sąsiada), bez jednej słabej roli.

W zasadzie jedynym poważnym problemem pozostaje otwarte zakończenie oraz drobne problemy z dźwiękiem. Nie zmienia to jednak faktu, że „Powrót do tamtych dni” to mocne, trzymające za gardło kino z alkoholem w tle. Nie dajcie się zwieść ani marketingowi, ani sympatycznej otoczce z początku filmu, bo nie oddaje sprawiedliwości temu dziełu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Żeby nie było śladów

Są takie filmy, po obejrzeniu których czuje się wściekłość, gniew oraz poczucie bezsilności. Myśli cały czas się kołatały i krążyły niczym planety po orbicie, próbując poskładać to w jakąś sensowną całość. Takie miałem odczucia po seansie filmu „Żeby nie było śladów”.

Film Jana Matuszyńskiego jest opartą na reportażu Cezarego Łazarewicza zapisem wydarzeń, które zaczęły się późną wiosną 1983 roku. Wtedy w Warszawie został zatrzymany Grzegorz Przemyk – młody chłopak, świeżo po zdaniu pisemnych egzaminów maturalnych. Dlaczego? Bo nie chciał pokazać dokumentów, a razem z nim zabrano kolegę, Jerzego Popiela. Trwa jeszcze stan wojenny (choć oficjalnie jest zawieszony), więc obaj zostają szybko zabrani na posterunek. Oraz obaj dostają łomot od milicjantów za pomocą pałek, pięści oraz butów. Ciężko sprany młodzian trafia do szpitala, gdzie umiera od zadanych ran. W zasadzie wydaje się, że sprawa zostanie załatwiona przez władze w prosty sposób: weźmie się paru brutalnych milicjantów oraz posiedzą na parę lat, zaś wszystko ucichnie.

zeby nie bylo sladow1

Co może pójść nie tak? Strach i poczucie zagrożenia mogą stanowić niebezpieczną mieszankę, a wszystko przez mszę prowadzoną przez księdza Popiełuszkę. Zebrany tam tłum wywołał przerażenie u generała Kiszczaka, czyli szefa MSW. Razem z całą ówczesną władzą decyduje się „sterować” śledztwem i podrzucać dowody oczyszczające milicjantów. Do czego się posuną? W końcu to oni są panami życia i śmierci, mają pełną kontrolę nad aparatem porządkowym, wymiarem sprawiedliwości oraz mediami. I w tym momencie zaczyna się jazda.

zeby nie bylo sladow3

Reżyser prowadzi narrację na kilku torach i różnych wątkach, przez co może się czasami wydawać chaotyczny oraz pozbawiony tempa. Nie będę się skupiał się faktografii, bo prawda już dawno się zatarła, została zmanipulowana i szansa na dotarcie do niej jest praktycznie niemożliwa. Sam początek to spokojna sielanka, brutalnie przerwana przez przypadek, agresję i głupotę. Scena bicia na komisariacie, choć nie pokazuje samego aktu, trzyma za gardło niczym ręka podczas duszenia. Potem sprawa coraz bardziej zaczyna się nawarstwiać, a do gry wchodzi aparat władzy i (nie)sprawiedliwości. Cel jest jeden: zwalić winę na sanitariuszy pogotowania, milicja ma pozostać czysta, a na wszelki wypadek zdyskredytować jedynego świadka.

zeby nie bylo sladow2

Jak? Szukaniem jakiekolwiek haka na niego samego oraz jego najbliższych, zastraszać, szantażować i złamać. Za wszelką cenę. Dlatego esbecja sięga po wszystkie dostępne metody: inwigilacja, obserwacja, rewizja, szukanie brudów, propaganda. Jak bardzo łatwo można było złamać każdego, bo każdy miał tu coś (lub kogoś) do stracenia. To ostatnie najmocniej wybrzmiewa w przypadku sanitariuszy pogotowania, którzy byli „uczeni” przez SB jak mieli bić Przemyka. To może wydawać się groteskowe, że nikt nie da się na to nabrać. Chyba, że sprawę będą prowadzić osoby wypełniające polecenia partyjnej jak prokurator Wiesława Bardon (Aleksandra Konieczna na granicy przerysowania). W wielu krajach takie praktyki są na porządku dziennym i ten film bardzo brutalnie o tym przypomina.

zeby nie bylo sladow4

Realizacyjnie film Matuszyńskiego wygląda wręcz monumentalnie. W końca trwa on nieco ponad dwie i pół godziny, z niesamowitym skupieniem się na detalach, scenografii oraz rekwizytach. Świetne są zdjęcia Kacpra Fertacza, nakręcone na 16 mm taśmie, przez co wizualnie przypomina filmy z lat 70., zaś bardzo gorzki finał trafia na podatny grunt. A wszystko rewelacyjnie zagrane, z masą cudownych epizodów. Niemniej jest jeden mocny zgrzyt dla mnie, czyli Sandra Korzeniak w roli Barbary Sadowskiej. Aktorka ma bardzo specyficzny sposób mówienia, który zawsze mnie irytuje i sprawia wrażenie wypranego z emocji. Z tego powodu nigdy nie byłem w stanie wejść oraz zrozumieć tej postaci (oraz poprzednich ról Korzeniak). Sama epizodyczna struktura też może wydawać się problematyczna z powodu różnego tempa orz natłoku postaci.

Dla mnie jednak „Żeby nie było śladów” to potwierdzenie wielkiego talentu Matuszyńskiego jako reżysera, który z uwagą oraz dokładnością odtwarza działanie brutalnych mechanizmów sterowania, manipulowania oraz kontrolowania ludzi. Bezwzględnie, potrafiące uderzyć z całą mocą kino.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Sprzątaczka

Netflix potrafi być niczym pudełko czekoladek, o którym mówił „Forrest Gump” – nigdy nie wiadomo, na co się trafi. Zwłaszcza, gdy trafia się na film lub serial bez dużej promocji, rozgłosu ani szumu. Może wyjść z tego albo średniak, coś niezłego albo co najmniej solidna lub bardzo dobra produkcja. Do tego drugiego grona zalicza się „Sprzątaczka”, która nie ma może zachęcającego tytułu. To jednak tylko pozory.

Bohaterką jest Alex – młoda dziewczyna, która mieszka ze swoim mężem oraz 3-letnią córeczką w kamperze. Gdy ją poznajemy, ucieka w nocy z córką. Wszystko przez faceta, Seana oraz skłonności do psychicznego znęcania się nad żoną. To jednak dopiero początek długiej drogi do usamodzielnienia się, w czym nie pomoże ani brak pieniędzy, ani biurokratyczny labirynt. By móc się utrzymać, dziewczyna zaczyna pracować jako sprzątaczka w domach głównie dzianych klientów. Jednocześnie musi znaleźć dla siebie nowe lokum, żłobek dla córki oraz uwolnić się z wpływów męża.

Brzmi jak bardzo poważny dramat, ale ekipa showrunnerki Molly Smith Metzler nie idzie w żadnym wypadku na łatwiznę. Oparta na wspomnieniach Stephanie Land „Sprzątaczka” balansuje między momentami bardzo na serio, gdzie rzeczywistość nie jest zbyt łatwa. Ile trzeba się namęczyć nad papierologią, by zdobyć zasiłek, mieszkanie zastępcze, wsparcie finansowe. I to w stanie, gdzie przemoc psychiczna nie jest uznawana prawnie za przemoc. CO DO K**** NĘDZY?! To, że jest to trudniejsze do udowodnienia nie oznacza, iż nie ma to miejsca. Jakby mało było kłód pod nogi, protagonistka nie ma w zasadzie żadnego wsparcia. Ojciec zostawił ją, zaś matka ma zapędy artystyczne i jest podstarzałą, antysystemową hippiską z nie do końca stabilnym umysłem. Co pozostaje?

Tutaj twórcy lawirują między kolejnymi wątkami: od psychicznej choroby matki i jej problemów z podejrzanym gachem przez próby znalezienia lokum, praca jako sprzątaczka za marne pieniądze, próby zdobycia w pełni praw do opieki nad dzieckiem aż do powrotu na studia. Czasem można odnieść wrażenie, że jest to łapanie kilku srok za ogon, lecz każda z tych opowieści potrafi zaangażować. I co najważniejsze, pozwala sobie na odrobinę humoru, lekkości oraz zabawy formą (radość ze znalezienia domu w rytm „Don’t Stop Me Now”).

Ten ostatni element pozwala też pokazać wszelkie stany emocjonalne bohaterki, rewelacyjnie zagranej przez Margaret Qualley. Jest twarz jest jak otwarta księga, gdzie emocje (od złości, desperacji i depresji po determinację) bardzo płynnie przenikają ze sobą, bez popadania w fałsz. Jeszcze bardziej zadziwiła mnie kreacja Nicka Robinsona jako męża bohaterki, Seana. Tak jak Alex nie jest przerysowanym czarnym charakterem, choć bywa porywczy. Zwłaszcza pod wpływem alkoholu, stając się jego niewolnikiem, przez co robiło mi się go żal. Jeszcze bardziej zadziwiały mnie momenty, gdy ten człowiek zaczyna uświadamiać sobie swoje problemy oraz niedoskonałości. Drugi plan też ma bardzo wiele wyrazistych ról, choć tutaj wybija się Andie McDowell jako pokręcona matka Alex, mająca wiele pretensji do wszystkich za swoje błędy. Postać na granicy przerysowania, na szczęście nigdy jej nie przekracza.

„Sprzątaczka” to mały, wielki mini-serial pokazujący jak bardzo wiele trzeba, by zacząć nowe życie z dala od toksycznej relacji. Gdzie każde zwycięstwo wydaje się małym krokiem do wolności, a wszystko w bardzo przyziemny, bez popadania w patos oraz wielkie słowa. Niby skromne, ale ma siłę rażenia bomby atomowej.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Przedszkolanka

Na pierwszy rzut oka Lisa Spinelli wydaje się być kobietą spełnioną. Mąż, dwoje dzieci w wieku licealnym, 20 lat pracy w przedszkolu – czy może czegoś brakować do szczęścia? Kobieta chodzi na zajęcia dla dorosłych z pisania wierszy, ale powiedzmy, że świat artystyczny jej dzieł nie będzie pamiętał. W końcu dochodzi do zaskakującego przełomu, a wszystko przez poznanego w szkole 5-letniego Jimmy’ego. Chłopak potrafi niczym z kapelusza rzucić kilka linijek, by potem o nich zapomnieć. Lisie udaje się zanotować wiersz i jest pod wielkim wrażeniem, dostrzegając geniusz młodego człowieka. Niespełniona artystka chce „pilnować” Jimmy’ego, by nie zmarnował swojego talentu, ale czy aby na pewno?

przedszkolanka1

Oparty na izraelskim dramacie film Sary Colangero to bardzo frapujący dramat. Jak tytuł wskazuje nie skupia się na uzdolnionym chłopaku, ale na jego nauczycielce. Kwestia talentu lub jego braku u bardzo młodego człowieka jest w zasadzie drugorzędna, jednak zmusza do postawienia sobie pytania. O to, co należy zrobić z talentem młodego człowieka – eksplorować i zostawić ku potomnych czy dać sobie z tym spokój oraz pozwolić dzieciakowi żyć swoim życiem? Dla Lisy ta relacja zaczyna zmieniać się w obsesję, chcąc niby zachować jego wiersze, lecz tak naprawdę wykorzystuje chłopca i relacja staje się bardzo niejednoznaczna. Czy ona naprawdę chce dla niego (i jego talentu) najlepsze, czy może tylko żeruje na nim i go wykorzystuje? Skrywając się za ciepłym głosem i serdecznością, w środku jest ciągle nasilające się poczucie niespełnienia, ciągłe niepogodzenie się ze swoimi ambicjami oraz brakiem talentu do pisania poezji.

przedszkolanka2

I te sprzeczne emocje bardzo delikatnie pokazuje znakomita Maggie Gyllenhaal, przez co trudno przewidzieć jej zachowanie. Do czego się ona posunie? Finał potrafi uderzyć z siłą huraganu, ale też parę drobnych scen z rodziną. Jedyną osobą wspierającą jej pasję jest kochający mąż oraz – po przesłaniu wierszy chłopaka – nauczyciel poezji o aparycji Gaela Garcii Bernala. Wydaje się być zachwycony „jej” talentem, zachęcając ją do dalszego tworzenia. A wiemy, co to oznacza – dalszą relację z chłopcem (cudowny Parker Jevak), będącą kluczem do całego filmu.

przedszkolanka3

Bez tego „Przedszkolanka” byłaby filmem zbyt dziwnym i niestrawnym. Choć toczy się powoli i bez fajerwerków, prowokuje do myślenia, a to już jest coś. Jeśli dodamy do tego zjawiskową Gyllenhaal, dostajemy naprawdę mocny dramat.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Obietnica

Na hasło współczesny polski film o nastolatkach czuję pewien rodzaj dreszczy na granicy z obrzydzeniem. Bo zazwyczaj takie próby kończyły się niewypałem lub rozczarowaniem (może z wyjątkiem „Sali samobójców”): sztuczne dialogi, bardzo drewniane aktorstwo, niewiarygodne postacie i/lub pewne oderwanie od rzeczywistości. Dlatego z pewnymi obawami podchodziłem do „Obietnicy” z 2014 roku, choć pewną nadzieję dawał Magnus von Horn jako współscenarzysta. Ale jak śpiewał Kazik: „nadzieja jest matką głupich i swoich dzieci nie lubi”.

obietnica1

Cała historia pokazana jest z perspektywy Lili (debiutująca Eliza Rycembel) – dziewczyny, którą wychowuje matka i jej chłopak, bo ojciec mieszka w Danii z nową rodziną. Kiedy ją poznajemy, rozmawia ze swoim chłopakiem (także debiutant Mateusz Więcławek), gdzie zarzuca mu niewierność. Dochodzi do kłótni, gdzie podczas wymiany zdań (w formie tekstowej) dziewczyna rzuca: Jeśli mnie kochasz, masz 24 godziny, żeby się jej pozbyć. Jeśli czujecie, że coś wisi w powietrzu, dochodzi do wybuchu.

obietnica2

Sam pomysł jest interesujący, dając szansę na poznanie umysłu tej dziewczyny. Z jednej strony wydaje się być zagubiona i niestablina, z drugiej bardzo silna manipulantka, świadoma swojej siły wobec swojego chłopaka. Tylko dlaczego nie mogę pozbyć się wrażenia, że te dwie osobowości nie są w stanie połączyć się w jedną osobę, co widać w wielu przeszarżowanych scenach (przesłuchanie na posterunku). Ale to nie jest jedyny problem, bo po intrygującym początku „Obietnica” rozdrabnia się, zaś sama tragedia wywołuje jedynie obojętność. Jakby wiem, że chodziło o pokazanie jaki wpływ może mieć słowo rzucone w sieci, że brak silnego autorytetu może doprowadzić do zezwierzęcenia. Że młodzi ludzie trzymają swoich rodziców w niewiedzy na temat swojego życia to wręcz oczywisty fakt. Tylko, że te wnioski wykładane przez reżyserkę są zwyczajnie banalne i brakuje mocniejszego uderzenia jak w „Sali samobójców”. Skupienie się na Lili troszkę przypomina kino skandynawskie z kamerą miejscami wręcz przyklejoną do jej twarzy, co jest pewną zaletą.

obietnica3

Ale jest to broń obosieczna – przez to „Obietnica” jest filmem chłodnym, pozbawionym emocji i zaangażowania. Jestem pewien, że był to celowy zabieg, jednak poszło to o krok za daleko. Historia nie angażuje, zaś postacie – w tym nasza bohaterka – są ledwo zarysowane, nie mając zbyt wiele do pokazania czy zaoferowania (dotyczy to głównie rodziców chłopaka). Wyjątkiem od tej reguły są: pojawiający się z Danii ojciec (mocny Andrzej Chyra) oraz chłopak matki (solidny Dawid Ogrodnik), postawienie w kontraście do siebie. Pierwszy, nieobecny i wycofany, drugi bardziej otwarty, wyluzowany oraz odpowiedzialny. Ale nawet oni nie są w stanie podnieść tego filmu na wyższy poziom.

„Obietnica” daje intrygujący początek, by dalej zakończyć się tylko niespełnieniem. Ciekawy pomysł oraz skandynawski chłód zderzone zostały z nijakością scenariusza oraz nierównym aktorstwem. Kolejna próba pójścia w trendy opowieści o młodzieży.

5/10

Radosław Ostrowski

Nauczycielka

Czeskie kino w naszej – przynajmniej mojej – świadomości kojarzy się z lekko jowialnymi komediodramatami, gdzie powaga i śmiech przeplatały się ze sobą. Tym bardziej jestem zaskoczony takim filmem jak „Nauczycielka”. Dzieło Jana Hrebejka z 2016 roku opowiada historię osadzoną w roku 1983 na słowackiej części kraju. Odbywa się zorganizowane przez dyrekcję zebranie rodziców w sprawie nowej nauczycielki – Marii Drezderowej. Co się stało? Doszło do pewnego incydentu, związanego z jedną uczennicą.

nauczycielka1

Reżyser przeplata dwa wydarzenia: samo zebranie i jego przebieg oraz retrospekcje pokazujące przebieg wydarzeń, które doprowadziły do tego zebrania. Ta dwutorowość może wydawać się trochę zbyt łatwym rozwiązaniem, ale działa bardzo mocno. Początkowo tylko rodzice Danki są na tyle zdeterminowani, by podpisać skargę i doprowadzić do zwolnienia Drezderowej. Jednak reszta rodziców broni ją i chcą nawet oskarżyć Kucerów o oczernianie niewinnej kobiety. Zresztą na pierwszej lekcji nauczycielka (znakomita Zuzana Maurery) nie zachowuje się podejrzanie: prosi tylko uczniów, by się przedstawili i powiedzieli czym się zajmują rodzice. Więc w czym problem? Z tym, co potem robi nauczycielka zarówno z uczniami, jak i rodzicami. W zamian za pewne – nazwijmy to przysługi – o które prosi rodziców, uczniowie dostają lepsze oceny. Chyba, że się postawisz, to masz przerąbane.

nauczycielka2

Już możecie się domyślić, że reżyser serwuje bardzo poważny dramat. Prowadzony bardzo spokojnie, jednak z podskórnie wyczuwalnym napięciem oraz narastającym poczuciem bezsilności. Bo paru osobom – zwłaszcza z tzw. wyższej sfery – taki układ odpowiada i utrzymanie status quo. Ale coraz bardziej zaczynamy słyszeć kolejne relacje osób, które decydują się mówić i pojawia się paradoks. Z jednej strony Drezderowa wydaje się być osobą budzącą sympatię, wyrozumiałą i w zasadzie miłą. Tylko, że z relacji pokrzywdzonych wyłania się portret osoby skupionej na własnych korzyściach, mistrzyni manipulacji oraz mszczącej się na osobach, które się przeciwstawiają jej. I tu zaczynają się mocne rzeczy, a demoniczność nauczycielki wynika z bierności innych ludzi niż jej samego charakteru.

nauczycielka3

Oglądałem ten film z napięciem jakby to był thriller i niemal do samego końca wyczuwałem, że to się wszystko źle skończy. Bo co może zrobić szary człowiek z potężną osobą u władzy? Odpowiedź mnie zaskoczyła, a sam film bardzo mocno polecam. Jest świetnie zagrany, napisany, zmontowany i wyreżyserowany, z masą niezbyt rozpoznawalnych aktorów w naszym kraju. Bardzo prowokujący, pełen szarości film.

8/10

Radosław Ostrowski

Otwórz oczy – seria 1

Hasło „polski serial Netflixa” raczej nie wywołuje zbyt pozytywnych skojarzeń. Bo i niezbyt wiele takich produkcji dla streamingowego potentata powstało i żadna która była w pełni udana. Tym razem jednak twórcy pod wodzą Anny Jadowskiej oraz Adriana Panka postanowili przenieść na ekran powieść Katarzyny Bereniki Miszczuk „Druga szansa”, tworząc dzieło zaliczane do gatunku mystery.

Bo i wszystko zaczyna się bardzo tajemniczo. Widzimy dziewczynę budzącą się w pokoju. Sprawia wrażenie jakby nie wiedziała gdzie jest i kim jest. Od razu słyszy, że znajduje się w ośrodku Druga Szansa, gdzie trafiła po pożarze. Tylko, że kompletnie niczego nie pamięta, nawet swojego własnego imienia. Poznaje jeszcze inne osoby – głównie nastolatki – z tym samym problemem: tancerza Szymona, mającą potencjał malarski Izę, komputerowca Pawła. Po jakimś czasie dołącza tajemniczy Adam, który podobno uciekł z tego miejsca. Jest jeszcze kierująca tym miejscem dr Morulska, stosująca dość niekonwencjonalne metody leczenia. W końcu jednak dziewczyna – o imieniu Julka – zaczyna wyczuwać, że coś z tym miejscem jest nie tak.

Jak sami widzicie, serial próbuje być mieszanką tzw. young adult (opowieści o „młodych dorosłych”, czyli nastolatkach) zmieszaną z psychologicznym thrillerem oraz budowaną aurą tajemnicy. Tutaj niemal od początku podejrzewałem, że coś jest nie tak. Tajemniczy głos wołający „Karolina”, krótkie przebitki, majaki, a kierująca wszystkim lekarka nie odpowiada na nurtujące pytania. A sam ośrodek, znajdujący się w jakimś dworku, też nie wygląda zbyt przyjaźnie, w czym pomaga lekko futurystyczna scenografia. Jawa to jest czy sen? Urojenia to czy rzeczywistość? Dlaczego w leczeniu ma pomoc rozwijanie swojego talentu? I czy naprawdę leczy się ludzi z amnezją, czy może próbuje się ich na nowo stworzyć? Wykorzystując brak pamięci zbudować nowe tożsamości? I czemu reszta znajomych Julki nie przejmuje się dziwnymi zjawiskami?

Atmosfera jest budowana powoli, a tajemnice odkrywane stopniowo, chociaż tempo pierwszych odcinków może działać usypiająco. Ale z odcinka na odcinek zaczyna się robić coraz ciekawiej, pojawiają się kolejne tropy i strzępki informacji, by w dwóch ostatnich odcinkach uderzyć z impetem. Jeśli jednak myślicie, że poznacie odpowiedzi na wszystkie pytania – muszę was rozczarować. W końcu potrzebny jest fundament do potencjalnej kontynuacji, tylko czy ona w ogóle powstanie? Jest na to szansa, ale czas pokaże. Sama realizacja jest więcej niż porządna, ze świetnymi zdjęciami i montażem oraz budującą klimat elektroniczną muzyką Jacaszka. Nawet efekty specjalne nie kłuły w oczy, w przeciwieństwie do dialogów, które czasem brzmiały tak jakby były najpierw pisane po angielsku, a następnie przetłumaczono na polski.

Aktorsko jest dość nierówno, ale w głównych rolach obsadzono debiutantów i na to mogę przymknąć oko, bo nikt tutaj nie daje ciała. Czuć jednak różnice w poziomie między nimi a bardziej doświadczonymi kolegami po fachu. W głównych rolach mamy Marię Wawreniuk (Julia) oraz Ignacego Lissa (Adam), którzy radzą sobie naprawdę nieźle i czuć chemię między nimi we wspólnych scenach. No bo skoro to young adult, to wątek romantyczny być musi i basta, ale on nie przeszkadza całkowicie. Choć z grona rezydentów najbardziej wybijają się postrzelona Iza (Klaudia Koścista) oraz uznana za obłąkaną Magda (rewelacyjna Sara Celler-Jezierska, która kradnie każdą scenę). I nie można nie wspomnieć zarówno o Marcie Nieradkiewicz i Marcinie Czarniku. Pierwsza jako dr Morulska jest bardzo enigmatyczna, a jej prawdziwe intencje pozostają zagadką do samego końca. Niby wydaje się tą próbującą pomagać, ale jest w niej coś niepokojącego. Na podobnym biegunie jest Czarnik jako „terapeuta” Piotr, choć jego twarz wydaje się bardziej niepokojąca.

Nie jest to przełomowa czy oryginalna pod względem tematyki produkcja, jednak „Otwórz oczy” potrafi zaciekawić oraz intrygować do samego końca. Jeśli będzie drugi sezon, z chęcią sprawdzę jak się to dalej potoczy. Bo wiele tajemnic pozostaje nierozwiązanych, a odpowiedzi – mam nadzieję – będą ciekawe.

7/10

Radosław Ostrowski

Zaginiony

To zadziwiające jak wiele filmów robionych za amerykańskie dolary, gdzie – bardziej lub mniej bezpośrednio – dotykają bardzo niewygodnych dla Stanów Zjednoczonych tematów i/lub są aktami oskarżenia wobec ich działań poza krajem są tworzenie przez filmowców spoza USA. O mniejsze lub większe pośrednictwo w obalaniu rządów dla krajów, które później doili w zamian za przymknięcie oczu na rządy dyktatury czy innych radykalnych fanatyków. Taki akt oskarżenia w 1982 roku zrealizował urodzony w Grecji francuski reżyser Costa-Gavras, opierając się na prawdziwej historii.

zaginiony1

„Zaginiony” opowiada historię młodego chłopaka, Charliego Harmona, który działał w kraju gdzieś w Ameryce Południowej (w filmie nie pada nazwa kraju, ale jest to Chile) AD 197x. Chłopak działał pisząc artykuły dla tworzonej przez kumpli lewicowej gazety, mieszkając razem z żoną Beth. Spokojne i w miarę szczęśliwe życie rozsypuje się w momencie przewrotu dokonanego przez wojskowych. Godzina policyjna, zerwana wszelka komunikacja, zablokowane drogi – każde wyjście na ulicę może skończyć się śmiertelnym strzałem. Któregoś dnia, mężczyzna znika bez śladu, a kobieta – nie bez problemów – trafia do domu, gdzie zastaje totalny chaos. Mimo próśb i pomocy urzędników ambasady, wszelkie próby znalezienia śladu mężczyzny prowadzą donikąd. W końcu ojciec zaginionego, bogobojny biznesmen Ed, decyduje się wziąć sprawy w swoje ręce. Przyjeżdża do kraju i razem z synową próbuje odnaleźć chłopaka, ale łatwo nie będzie.

zaginiony2

Reżyser już na samym początku nie cacka się i pokazuje kraj jako miejsce nie należące do bezpiecznych. Wszędzie słychać świszczące kule, widać wojskowe pojazdy na ulicy i każdego można zatrzymać, aresztować i przetrzymać. Gavras, także mający lewicowe poglądy, coraz bardziej podkreśla beznadzieję sytuacji Harmonów. Urzędnicy ambasady wydają się bezużyteczni, kolejni świadkowie początkowo przedstawiają sprzeczne informacje, a każdy trop prowadzi donikąd. Z czasem zaczynają dochodzi do bardzo przerażających i trudnych faktów. Zwłaszcza dla ojca, który jest takim wzorcowym obywatelem, nie mającym żadnego powodu ufać komukolwiek z osób reprezentujących rząd. W przeciwieństwie do Beth, będącej wręcz wrogo nastawionej do tej elity.

zaginiony3

I to zderzenie tych dwóch światopoglądów było dla mnie najmocniejszym punktem „Zaginionego”, co też wynikało z rewelacyjnie dobranych aktorów, czyli Jacka Lemmona oraz Sissy Spacek. Obje wobec siebie są początkowo nieufni, jakby wzięci z dwóch planet obcy ludzie. Niby rodzina, a tak naprawdę obcy ludzie, mieszanka siły i słabości. Z każdą kolejną chwilą te mury zaczynają się zakopywać i buduje się silna więź („Jesteś najbardziej odważną osobą jaką poznałem w życiu. Mówię szczerze”), przez co oboje zaczynają dostrzegać to samo i tak samo.

zaginiony4

To jednak jeden z bardziej depresyjnych filmów, pokazujący bezwzględność władzy junty oraz bezsilność jednostki wobec systemu. Zwłaszcza skupiającego wobec siebie ludzi silnych, wpływowych i dający w zasadzie bezkarność ludzi władzy, a prawa obywatelskie zostają zabrane. Bo nie są one wyryte na kamieniu. I przed tym ostatnim trzeba uważać.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Chłopiec z latawcem

Był kiedyś taki czas, że reżyser Marc Forster realizował bardzo kameralne, ale potrafiące uderzyć emocjonalnie opowieści. Nie inaczej jest z adaptacją powieści lekarza Khaleda Hosseiniego, gdzie trafiamy do Afganistanu. Kraju obecnie kojarzonego z wojną, zabijaniem i destrukcją. Może ciężko w to uwierzyć, ale nie zawsze tak było. Kiedyś był to kraj pełen życia, radości, kolorów. Tak było przynajmniej w roku 1978, gdzie żyło sobie dwóch chłopaków.

chlopiec z latawcem1

Amir i Hassan – jeden jest synem pewnego wpływowego człowieka z wyższej kasty, drugi to syn sługi pracującego dla ojca Amira. Mimo tych podziałów relacje między tymi ludźmi bardziej przypominają przyjaciół niż pan-sługa. A jedną z pasji chłopców są przygotowania do zawodów, gdzie „ścina” się obce latawce. Wydaje się, że ta przyjaźń będzie silniejsza niż jakakolwiek sytuacja. Ale rzeczywistość ma to do siebie, iż potrafi zweryfikować rzeczy, które wydają się być oczywiste. Jedno wydarzenie rzuca cieniem na całą relację – jeden chłopiec okazuje się lojalny wobec przyjaciela, ale drugi postępuje jak tchórz. I potem do gry wkracza historia, zmuszając do emigracji.

chlopiec z latawcem2

Sama akcja toczy się dwutorowo: z jednej strony poznajemy przeszłość Amira oraz jego przyjaźni z Hassanem, z drugiej jesteśmy w roku 2000, gdy Amir odnosi swój literacki sukces i wtedy dostaje telefon od dawno nie słyszanego przyjaciela rodziny. „Jest szansa, by znowu być dobrym człowiekiem”, mówi. O co chodzi? Na czym polegać ma ta szansa zmycia hańby? To będziemy próbowali odkryć razem z Amirem.

chlopiec z latawcem3

Najbardziej zaskakujące jest to, że Forster razem ze scenarzystą Davidem Benioffem (tak, to ten sam gość od „Gry o tron”) pokazują tą opowieść z dużym wyczuciem i próbą zrozumienia obcej kultury. Realizmu dodaje fakt, że aktorzy mówią w języku tego regionu. A angielski pojawia się tylko, gdy trafiają do USA i rozmawiają z osobami spoza swojego kręgu kulturowego. Nawet te drastyczne i brutalne momenty działają, choć nie ma tu epatowania przemocą i okrucieństwem. Zwłaszcza, kiedy wracamy z Amirem do Afganistanu za rządów Talibów, gdzie nie chcielibyśmy trafić. Nie mogę też nie wspomnieć o cudownych zdjęciach (szczególnie podczas scen z latawcami) oraz mocno czerpiącej z kultury Wschodu muzyce Alberto Iglesiasa. Bez niej ten film miejscami straciłby wiele ze swojej siły.

chlopiec z latawcem4

I ogląda się znakomicie, dzięki bardzo przekonującemu aktorstwu mniej znanych twarzy. Największe wrażenie zrobił na mnie Homayoun Ershadi jako ojciec Amira, Baba. Jest to człowiek z jednej strony pełny pokory oraz znający reguły życia w kastowym społeczeństwie, z drugiej ma w sobie wiele wewnętrznej siły i zasad. Jest jednak pewna tajemnica, która wychodzi po jego śmierci. Równie przekonujące są dziecięcy odtwórcy Amira oraz Hassana, gdzie nie ma miejsca na fałsz.

Może ten film dla wielu może wydawać się naiwnym i za bardzo wierzącym w człowieka. Jednak „Chłopiec z latawcem” jest zbyt poruszającym i intrygującym filmem, a także bardzo humanistyczną opowieścią o hańbie, przyjaźni i odkupieniu. Etniczny koloryt nie pozbawia go uniwersalności, co jest sporym zaskoczeniem. Prawdopodobnie najlepszy film w karierze Marca Forstera.

8/10

Radosław Ostrowski

Sweat

O tym kim jest influencer chyba nie trzeba mówić. Używa social mediów, by dotrzeć do jak najszerszego grona odbiorców na temat stylu życia. Zazwyczaj domyślamy się jak to niby-życie takich osób wygląda, ale ktoś postanowił to pokazać. Razem z reżyserem Magnusem van Hornem obserwujemy taką osóbkę.

Poznajcie Sylwię Zając – jest influencerką fitness. Kiedy ją poznajemy realizuje ćwiczenia dla swoich fanów w centrum handlowym. Ma wkrótce wystąpić w programie Dzień dobry TVN, jednak sprawy się komplikują. W między czasie jeszcze szykuje się na urodziny matki, przygotowuje filmiki dla swoich fanów i wydaje jej się, że ma stalkera. Innymi słowy, dzieje się i to sporo. A żeby zwrócić uwagę swoich followersów (ponad 600 tysięcy !!!!) trzeba się napocić. Zwłaszcza, że o dziewczynie zrobiło się głośno, gdy parę dni temu nagrała filmik, w którym pokazuje się ze słabszej strony. Czyli jest rozpłakana, mówiąca o swojej samotności i potrzebie spotkania bliskiej osoby.

sweat1

Już pierwsze sceny sugerują, że von Horn zamierza podejść do sprawy sławy oraz uzależnienia od niej z bardziej ludzkiej perspektywy. Kamera niemal cały czas jest bardzo blisko Sylwii. Już podczas sceny ćwiczeń podążą za nią, jej ruchami ciała, co tylko podkreśla poczucie intymności. Obserwujemy ją niemal jak owada pod mikroskopem – nie tylko podczas prowadzenia relacji na Instagramie, ale też przy zwykłych chwilach dnia codziennego. Schodzenie po schodach z prezentami, ćwiczenia na siłowni, spotkanie z matką w dniu jej urodzin czy przypadkowe spotkanie z dawną niewidzianą koleżanką. Ta bliskość wywoływała we mnie poczucie podglądactwa, zaś kilka wątków poszło w zupełnie innym kierunku jak w przypadku stalkera.

sweat2

To wszystko, by nie miało znaczenia, gdyby nie absolutnie rewelacyjna Magdalena Koleśnik w roli Sylwii. Bezbłędnie pokazuje sprzeczności swojego charakteru: od nabuzowanej energią podczas ćwiczeń czy na początku w galerii handlowej po chwile wyciszenia, z bardzo tłumionymi emocjami. Czasami ciężko wyczytać z jej twarzy myśli, można odnieść wrażenie – być może mylne – że potrzebuje atencji. A tak naprawdę chodzi o… akceptację. Tylko i aż tyle, co dobitnie pokazuje scena obiadu na urodzinach matki (cudowna Aleksandra Konieczna). Ale może się mylę? Reżyser jej nie osądza, tylko obserwuje, zaś wnioski daje samemu do wyciągnięcia.

sweat3

Jedynym poważniejszym zgrzytem jaki mam wobec „Sweat” są drobne dźwiękowe problemy na początku. Dialogi w scenie toczącej się w centrum handlowym są zagłuszane przez muzykę. Oprócz tego van Horn kolejny raz potwierdza, że warto go uważnie obserwować. Jego spojrzenie na social media pełne delikatności i bez komentarza jest bardzo odświeżające. Szczere, dynamicznie zrobione kino z lekko społecznym zacięciem.

7,5/10

Radosław Ostrowski