Belfast

Co jest takiego w filmach coming-of-age opartych na osobistych doświadczeniach reżysera, że potrafią poruszyć? Pozornie odpowiedź wydaje się prosta: bo są szczere. Albo przynajmniej takie nam się wydają, choć może to być pułapka. Czemu? Bo wspomnienia zacierają się, są podkoloryzowane i polane nostalgicznym sosem, przez co czasem ciężar emocjonalny wydaje się nie mieć siły. Czasami jednak udaje się zainteresować, zaciekawić i złapać. Takie miałem odczucia podczas seansu nowego filmu Kennetha Branagha „Belfast”.

Historia oparta jest na przeżyciach filmowca z czasów, gdy mieszkał w tytułowym mieście. Jest lato 1969 roku i jesteśmy w protestanckiej dzielnicy miasta. Tutaj mieszka Buddy – 9-letni chłopiec, razem z mamą, dziadkami oraz starszym bratem. Ojciec pracuje w Anglii, więc w domu pojawia się bardzo rzadko. Sytuacja jednak na ulicy, gdzie paru protestanckich narwańców chce wykurzyć katolików z miasta. By tego dokonać szef grupy chce zmusić pobratymców do współpracy – jako walczący albo wykonujący drobne robótki typu przynieś to, daj kasę itp., a jeśli ktoś tego chce, zemsta go spotka sroga. Sytuacja jest dość niewesoła, co może zmusić całą rodzinę do opuszczenia Belfasta.

Pierwsze, co rzuca się w oczy to fakt, że wszystko widzimy z perspektywy Buddy’ego (debiutant Jude Hill). I jak każdy chłopiec lubi się bawić, ma swoje marzenia, nawet zakochuje się w koleżance. Ale też pakuje się w tarapaty, dzięki sąsiadce, dołączając do „gangu”. Obserwuje (a nawet podsłuchuje) jak rozmawiają rodzice, co pokazuje bardzo trudną sytuację rodziny. Spłacanie długu, praca poza krajem oraz panująca wewnętrzna wojna. Pojawia się policja, nawet wojsko, zbudowany zostaje mur po obu stronach ulicy, a nocą teren jest patrolowany. Telewizja oraz radio mówią, że jest coraz gorzej, są ofiary, a ludzie uciekają. Co wtedy zrobić – zostać, wytrzymać i liczyć, że obecna sytuacja jest tymczasowa, czy rzucić to wszystko i uciekać, licząc na szczęście w nowym kraju?

Reżyser przekonująco ogrywa paradoksy życia, mieszając chwile radości (wspólne wizyty w kinie, Święta) ze smutkiem (dziadek w szpitalu i jego śmierć), sceny humorystyczne (próba kradzieży na sklepie z offu czy rozmowy dziadka z babcią) z dramatycznymi (zamieszki, zakończone napadem na sklep oraz finałową konfrontacją w iście westernowym stylu – nie bez powodu w tle gra piosenka z „W samo południe”). Całość nakręcona jest na czarno-białej taśmie, a wyjątkiem od tej zasady są sceny pokazujące współczesny Belfast oraz podczas wizyt w kinie – pokazywane filmy są w kolorze, zaś cała reszta pozostaje czarno-biała. Zaś melancholijny klimat potęguje muzyka (a dokładnie piosenki) Van Morrisona. Nawet nie przeszkadzała mi ta forma scenariusza, będąca zbiorem epizodów na przestrzeni miesięcy.

To by nie zadziałało, gdyby nie naprawdę fenomenalne aktorstwo. Na mnie największe wrażenie zrobiła Caitriona Balfe, czyli matka. Jest niejako osamotniona w wychowaniu dzieci (nie zawsze daje sobie radę), zaś wizja opuszczenia domu budzi w niej strach. No bo jak zostawić miejsce, gdzie znasz wszystkich, każdy skrawek i czujesz się bezpiecznie, swojo? Ten konflikt wewnętrzny prowadzony jest znakomicie i to ona ostatecznie podejmuje decyzję. Świetny jest Jamie Dorman w roli ojca, pozytywnie nastawiony do życia, ale jednocześnie twardo stąpający na ziemi. Tak jak matka nie pokazuje swoich lęków przed dziećmi, a w ich relację wierzy się całkowicie. Tak samo złego słowa nie potrafię powiedzieć o dziadkach, zwłaszcza że grają ich Ciaran Hinds oraz Judi Dench. Ich obecność dodaje odrobiny lekkości oraz humoru, pokazując też bardzo silną więź, mimo długiego stażu. Ale nie można nie wspomnieć o debiutancie, czyli Judzie Hillu. Jak to jest możliwe, że w krajach anglosaskich mają takich uzdolnionych młodych ludzi, którzy nie brzmią sztucznie, nie drażnią uszu i są tacy naturalni? A może to reżyserzy lepiej potrafią z nimi pracować i takie są efekty? W każdym razie nie można oderwać oczu od tego uroczego chłopca.

Branagh dedykuje ten film „tym, co zostali, tym, co wyjechali i tym, co zaginęli”. A sam „Belfast” jest taką mieszanką dramatu i komedii, która potrafi poruszyć, wzruszyć, ale też sprawić, że się uśmiechniemy. Takie połączenia potrafią tworzyć tylko najwięksi alchemicy i do nich na pewno należy Kenneth Branagh.

8/10

Radosław Ostrowski

Piosenki o miłości

Czasami pojawia się taki film, który wygląda jakbyśmy już go znali, widzieli, słyszeli. Trochę tak jak mężczyzna widzi kobietę i na podstawie jej wyglądu zaczyna ją rozpracowywać. Że już wie o niej wszystko. Dopóki się nie odezwie i wtedy się wszystko okazuje – czy jest naprawdę urodziwa, czy to tylko wygląd zewnętrzny. Takie myśli przyszły mi po seansie „Piosenek o miłości” debiutanta Tomasza Habowskiego.

piosenki o milosci1

Zaczyna się banalnie, bo od uroczystości w knajpie. Rocznicy pracy artystycznej aktora Andrzeja Jaroszyńskiego (Andrzej Grabowski), gdzie zebrali się goście i rodzina. Wśród tego towarzystwa znajduje się Robert (Tomasz Włosok), który nie posiada żadnego zawodu, masę ambicji oraz jest niezdecydowany w kwestii, co dalej. I to bardzo działa ojcu na nerwy. Podczas imprezy mężczyzna wychodzi na zewnątrz, gdzie słyszy śpiewającą dziewczynę. Alicja (Justyna Święs) jest kelnerką i udaje się Robertowi umówić z nią. Powoli zaczyna między nimi iskrzyć, a nawet udaje się coś napisać.

piosenki o milosci2

Pierwsze, co uderza to czarno-białe zdjęcia, niemal w całości ruchoma, jakby rozedrgana. Kolorowe ujęcia pojawiają się tylko na kadrach z telefonu komórkowego. Razem z bardzo intymną pracą kamery (ze sporą ilością zbliżeń) buduje to klimat, troszkę ocierający się o melancholię. Jest bardzo delikatnie, wszystko toczy się bardzo spokojnym rytmem, a w tle gra liryczna muzyka. Nie brakuje jednak momentów spięć oraz konfliktów, a wszystkie one dotyczą Roberta. Jego niespełnienia artystycznego, bycia nikim, próby udowodnienia ojcu, że jest do czegoś zdolny. I ta ambicja zaczyna działać jak trucizna, bo jak nie teraz to nigdy.

piosenki o milosci3

I to wewnętrzne spięcie Tomasz Włosok pokazuje na różny sposób: od bardzo drobnych gestów po ekspresyjne wybuchy czy prób ubłagania innych o czas, o pieniądze. Rozumiałem go, choć nie zawsze byłem w stanie go polubić. Po części przez swoją ambicję, przez którą staje się skupionym na sobie palantem. Potrafi to o sobie przypomnieć zarówno podczas kłótni z ojcem (Grabowski tworzy mocną, szorstką kreację), jak i relacji z Alicją. Fakt, że Justyna Święs jest świetną, magnetyzującą wokalistką wie każdy, kto słuchał płyt The Dumplings. Jako aktorka była dla mnie zagadką i zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Wypada bardzo naturalnie, uroczo, a chemia między nią a Włosokiem jest wręcz potężna. Z jednej strony wydaje się uzdolnioną dziewczyną, z drugiej bardzo nieśmiałą, trochę obawiającą się kariery wokalistki (choć nigdy nie wiemy z czego to wynika). To jest dla mnie serce tego filmu, bez którego mielibyśmy szablonową historię miłosną.

„Piosenki o miłości” to jest przykład filmu, który na pierwszy rzut oka wydaje się znajomy. Ale różnice widać w szczegółach, bez poczucia pretensjonalności, ze świetnym aktorstwem oraz klimatem. Proste, szczere, czułe, słodko-gorzkie.

8/10

Radosław Ostrowski

Solaris

Udane adaptacje utworów Stanisława Lema można policzyć na palcach jednej ręki, choć wielu śmiałków mierzyło się z jego dorobkiem. W 2002 roku amerykański reżyser Steven Soderbergh postanowił zaadaptować „Solaris”, w czym pomógł mu finansowo sam James Cameron. Innymi słowy, miało być ambitne kino SF bez ładowania efektami specjalnymi.

Bohaterem jest psychiatra Chris Kelvin, który dostaje poważne zadanie. Jego przyjaciel, Gibarian, prosi go o przybycie na stację kosmiczną Prometeusz. Znajduje się ona koło planety Solaris, która miała być zbadana przez naukowców. Problem w tym, że zaczęły się dziać dziwne rzeczy, a od pewnego czasu nie ma kontaktu. Na miejscu okazuje się, iż Gibarian popełnił samobójstwo, zaś pozostali naukowcy (Gordon i Snow) wydają się niezbyt rozmowni. Kiedy jednak się odzywają, słowa wydają się niejasne oraz niezrozumiałe. Po wybudzeniu się ze snu psychiatra widzi swoją żonę. Ale czy to naprawdę ona?

Reżyser ewidentnie idzie w stronę dramatu psychologicznego, gdzie cała ta kosmiczna otoczka jest tylko tłem. Jest spora, bardzo sterylna stacja wokół dziwacznej planety, która wygląda jak wodnista kula bez stałej struktury. Jakie ma właściwości i czego tak naprawdę chce? – oto jest pytanie. Tajemnica, która Soderbergha fascynuje, lecz odpowiedź wymyka się z rąk. No i pojawiają się ci goście: kim oni są? Awatarami? Doppelgengerami? Ożywionymi wspomnieniami? Projekcjami? Jakie są ich cele? Kelvin mierzy się ze zmaterializowaną Rheyą – kobietą, którą kochał i była dla niego ważna. A ona pojawia się na stacji i zachowuje się jakby była na Ziemi. O co tutaj chodzi?

Soderbergh stosuje tutaj bardzo ciekawy zabieg wizualny (w końcu sam odpowiada za zdjęcia), pokazując silne różnice między stacją kosmiczną a Ziemią. Pierwsza jest bardzo sterylna, stonowana i pełna chłodnego błękitu, z kolei ta ziemska przypomina sepijne zdjęcia, gdzie niemal wiele jest czerni. Wszystko to doprowadza do intrygującego zakończenia, choć co ono oznacza pozostawiam wam.

Zaś aktorsko jest zaskakująco solidnie. George Clooney w roli Kelvina jest bardzo wyciszony, wycofany, jakby nieobecny. Rozumiem, że chodziło o pokazanie tej postaci jako udręczonej, niepogodzonej ze stratą, jednak nie zawsze to działa. Wiele lepiej prezentuje się Natasha McElhone jako Rheya – zarówno ta pojawiająca się na Ziemi, jak i jej zmaterializowana wersja. Niby takie same, ale kompletnie różne, co widać oraz słychać. Dla mnie jednak film skradła Viola Davis, czyli paranoiczna dr Gordon z niemal przerażonymi oczami. Trudno nie zapomnieć tego sposobu mówienia, zwłaszcza jak opowiada o poradzeniu sobie ze swoim „gościem”.

Wielu zarzuca interpretacji Soderbergha spłycenie oraz zbanalizowanie głębszej, bardziej filozoficznej fabuły. Ta wizja „Solaris” bardziej przypomina formą melodramat w otoczce SF, ale też pokazuje ludzi jako niepotrafiących do nawiązania kontaktu. A skoro nie potrafimy rozmawiać sami ze sobą, to jak mamy sobie poradzić z czymś spoza naszej planety?

7/10

Radosław Ostrowski

C’mon C’mon

Joaquin Phoenix to taki aktor, który bardzo lubi zaskakiwać i zadziwiać swoim wyborami. Każdy z nas się zastanawiał nad kolejną rolą tego znakomitego odtwórcy po nagrodzeniu Oscarem za „Jokera”. Nie był to wysokobudżetowy blockbuster, ale kameralna produkcja studia A24. Po kolei jednak.

W „C’mon C’mon” aktor gra Johnny’ego – prezentera radiowego, prowadzącego sondę z dziećmi/nastolatkami w różnych miastach, podczas której zadaje pytania. Są one w rodzaju: jaką chciałbyś mieć supermoc, jaką widzisz przyszłość, co myślisz o dorosłych itd. Mężczyzna mieszka sam w Nowym Jorku, nie utrzymuje relacji ze swoją siostrą po śmierci matki. Jego powolne egzystowanie zmienia się, gdy siostra do niego dzwoni. Prosi go o pomoc w zaopiekowaniu się swoim synem (Jesse), gdy będzie zajmowała się swoim mężem. Jej facet dostał pracę, ale nasiliły się pewne problemy. Johnny się zgadzać, choć chłopak nie pamięta go i jest dość dziwny.

Za film odpowiada Mike Mills, reżyser świetnych „Debiutantów”, który na ludziach się zna. Tutaj też to potwierdza, choć filmów o relacji dziecko-dorosły widzieliśmy wiele. Obaj próbują zbudować więź i lepiej się poznawać. Myk jednak polega na tym, że twórcy pozwalają naszych bohaterom rozmawiać jak ludzie. W sensie, że traktują się poważnie (choć nie zawsze), pozwalając sobie na odrobinę humoru dla balansu. Tak jak w życiu, a ich wspólne rozmowy potrafią skłonić do przemyśleń, a nawet poruszyć. Tak samo jak wykorzystanie w formie offu fragmenty różnych książek, których tytuł pojawia się na ekranie. A wszystko w bardzo niespiesznym tempie, niczym w kinie obyczajowym.

Clou są też sceny wywiadów z dzieciakami, które zostają wplecione do narracji. One bardzo pokazują, że dzieci nie powinny być traktowane jak… dzieci przez dorosłych. Czyli jak idioci, a ich głos zasługuje na wysłuchanie. Poniekąd widać to także w relacji Johnny’ego z Jessem, gdzie obaj próbują udźwignąć wiele poważnych problemów. Wszystko to brzmi bardzo naturalnie, bez żadnego skrętu w fałsz, o co byłoby bardzo łatwo (mam wrażenie, że wiele dialogów było improwizowane). To wszystko działa dzięki rewelacyjnym rolom Phoenixa oraz debiutanta Woody’ego Normana. Chemia między nimi jest namacalna, obaj się fantastycznie uzupełniają, dominując całkowicie nad resztą.

Dla tego cudownego duetu, klimatycznych (czarno-białych!!) zdjęć oraz braku emocjonalnego szantażu. Delikatne niczym rysowany kredkami obrazek, chwytający za serducho kawałek małego, lecz wielkiego filmu.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Wesele (2021)

Kolejne „Wesele” od Smarzowskiego – mniej więcej wiadomo, czego należy oczekiwać. Walenia prosto w oczy nieprzyjemnej prawdy na nasz temat. Że jesteśmy pełni nienawiści wobec siebie i innych, działamy na skróty, a najważniejsze są pozory, kłamstwa oraz dawno zakopane trupy. Czyli wszystko po staremu.

Tym razem jesteśmy na weselu organizowanym przez Ryszarda Wilka (Robert Więckiewicz) – właściciela masarni, szykującego się do dużego interesu z Niemcami. Państwo młodzi to córka Kasia (Michalina Łabacz) – ciężarna, planująca wyjechać do Irlandii, gdzie planuje prowadzić pub. Wybranek jej serca to Janek (Przemysław Przestrzelski) – piłkarz oraz nacjonalista. Wydaje się, że będzie wszystko dobrze, lecz dla Wilka pojawiają się kolejne komplikacje. Interes życia stoi pod znakiem zapytania, a jeszcze pojawia się przedstawiciel ambasady Izraela z nagrodą Sprawiedliwego wśród Narodów Świata dla dziadka rodu, Antoniego Wilka (Ryszard Ronczewski w ostatniej roli). A czy wspominałem, że to wesele jest w Jedwabnem?

Smarzowski kolejny raz pokazuje naszą mentalność w bardzo krzywym zwierciadle. Czyli kolejny przykład naszych wad przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Bez możliwości jakiejkolwiek szansy wyrwania się z tego przeklętego kręgu. Ale chyba po raz pierwszy miałem poczucie pewnego przeładowania sytuacji, postaci i wątków. Do tego bohaterowie kompletnie mnie nie obchodzili, jakby byli ledwie szkicami postaci. Wyjątkiem od tej reguły jest Antoni Wilk, dla którego obecne wesele staje się zapalnikiem, budzącym wydarzenia z przeszłości. A dokładniej z jego młodości (tą inkarnację gra Mateusz Więcławek) podczas II wojny światowej, gdzie przeżył miłość do żydowskiej dziewczyny.

Pogłębiająca się demencja powodują, że przeszłość i teraźniejszość zaczynają się przeplatać. Nie tylko za pomocą retrospekcji, ale też faktu, iż postacie z przeszłości pojawiają się teraz. Wszystko zaczyna się mieszać ze sobą, co wywołuje z jednej strony konsternację (montaż jest wręcz intensywny), ale pokazuje jedną (może zbyt oczywistą) prawdę: by móc wyciągnąć wnioski z historii, trzeba znać jej pełną wersję. Jednak czy chcemy ją znać? I czy może stanowić początek nowego etapu? Tutaj odpowiedź pozostaje w zawieszeniu, a im bliżej końca, tym mocniej uderzają kolejne wydarzenia.

Wtedy jednak dla mnie było już za późno, bo wątek przeszłości to za mało, by w pełni zaangażować. Bo wątek współczesny jest bardzo chaotyczny, bałaganiarski, gdzie nie wiadomo, na kim ma mi zależeć. Jeszcze te męczące momenty, gdy postacie zwracają się bezpośrednio do kamery (życzenia dla państwa młodych i nie tylko). Brakuje też zarysowanych relacji między członkami rodziny, przez co pozostają oni mało wyraziści, pozbawieni charakteru, mimo wielu znanych twarzy na ekranie. To bardzo boli i sprawiało, że gówno mnie to wszystko obchodziło.

Już w „Klerze” zacząłem czuć troszkę odczuwać zmęczenie formą i stylem Smarzowskiego, ale tam było trzech świetnie napisanych oraz zagranych postaci. „Wesele” to już przerost formy nad treścią, gdzie reżyser coraz bardziej zaczyna się zbliżać do… Patryka Vegi. Tylko, że idącym w przeciwną stronę. Czuję się przejedzony i mam na razie Smarzola dość.

5/10

Radosław Ostrowski

Babilon. Raport o stanie wojennym

Stan wojenny był okresem, kiedy władze w kraju przejęła armia. Chodziło o brutalne stłumienie Solidarności za wszelką cenę, co doprowadziło do intensywniejszej inwigilacji, obserwacji oraz opresyjności. Było wiele produkcji osadzonych w tym czasie, a najnowszą zrealizowało TVP. Tym razem zdecydowano się przenieść na ekran „Raport o stanie wojennym” Marka Nowakowskiego, wydany w 1982 roku w drugim obiegu.

Jak z takiego zbioru opowiadań ułożyć jedną opowieść? Reżyser Marek Bukowski wybrał formę mozaiki, prezentując opowieść toczącą się w jednym dniu, ale z kilku perspektyw. Jest 3 maja 1982 roku, a głównym bohaterem – poniekąd – jest młody uczeń, Jacek Korczyk. Na szkolnej tablicy umieszcza apel o przywrócenie do pracy polonistki. To zwraca uwagę dyrektora oraz wojskowego opiekuna, majora Stachonia. Do tego trwają przygotowania do demonstracji na Placu Zamkowym, gdzie wśród milicjantów mamy patrol kaprala Fornalika. Ta epizodyczność jest tutaj bronią obosieczną. Z jednej strony pozwala reżyserowi na pokazanie całej sytuacji z wielu perspektyw: od szarych, wystraszonych obywateli przez opozycjonistów, żądnych krwi milicjantów, co kochają bić pałą aż do osób przy władzy. Nie brakuje tu mocnych, rodzajowych scenek (kolejka przed mięsnym i pojawiający się patrol), które ubarwiają ten świat i zwiastują, że coś wisi w powietrzu.

Z drugiej jednak strony nie ma mowy o stworzeniu postaci z krwi i kości. Z tego powodu nie miałem za bardzo z kim się identyfikować. Niby był porządek oraz konstrukcja, a jednak nie mogłem pozbyć się pewnego zagubienia. Mocny pozostaje za to finał z przeplatanymi scenkami w równoległym montażu, zaś w tle słyszymy „Psalm stojących w kolejce”. Silne uderzenie pod koniec.

Co najbardziej przykuwa uwagę to warstwa formalna, która sama w sobie jest sporym kolażem. Jest to głównie aktorska fabuła, ALE wszystko to przeplata się z bardzo komiksowymi w stylu animacjami. Czy to będącymi osobnym elementem, czy częścią całego obrazka, urozmaicały wizualnie całość. Tak samo wykorzystane materiały archiwalne oraz zaczerpnięta z książki narracja z offu w wykonaniu świetnego Henryka Talara.

Te ubarwienia plus wiele znajomych twarzy sprawia, że „Babilon” okazuje się interesującym eksperymentem do pokazania tego mrocznego okresu naszej historii. Nie zawsze ten film porywa i ma momenty spowolnienia, niemniej dużo interesujących oraz ciekawych rzeczy.

6/10

Radosław Ostrowski

Powrót do tamtych dni

Są takie filmy, gdzie marketing sugeruje zupełnie coś innego niż ostatecznie dostajemy. Taki jest właśnie przypadek nowego filmu Konrada Aksinowicza – reżysera głównie teledysków oraz dwóch fabularnych niewypałów, o których nawet nie warto wspominać. Ten film (początkowo noszący tytuł „Powrót do Legolandu”) to najlepsze dzieło reżysera, o wiele cięższe i poważniejsze niż się wydaje.

Akcja „Powrotu do…” toczy się we Wrocławiu początku lat 90., skupiając się na 14-letnim Tomku. Chłopak mieszka z matką, zbiera zestawy klocków Lego i chodzi do szkoły jak na nastolatka przystało. Jest jeszcze ojciec, ale on pracuje w USA i podsyła wiadomości na kasetach. Pojawia się jeszcze nowa koleżanka w szkole, a to oznacza jedno: amory. Właśnie wtedy wraca ojciec z Ameryki i wszystko wydaje się być w porządku. Porządek jednak ma to do siebie, że nie trwa długo.

Reżyser oparł historię tego filmu na własnych doświadczeniach i czuć to w każdej scenie. Początek zaczyna się jak obyczajowa historia w konwencji coming-of-age, jest Tomek z kumplami bujający się po okolicy. Sympatycznie jest bardzo, zaś klimat lat 90. oddano więcej niż dobrze. Myślisz sobie, że ten seans będzie troszkę w tonie „Zupy nic” czy jakiegoś innego komediodramatu w czasach zamierzchłych. Ale podczas obiadu przy stole z wujostwem zmienia się wszystko i zaczyna się dramat. Bo ojciec jest alkoholikiem, co oznacza jedno: będzie nieprzyjemnie. Wtedy zaczyna się najgorsze, choć głównie w sferze psychologicznej, odbijając się na wszystkich domownikach. Niby oni już mają doświadczenie z tym jak sobie poradzić, jednak to było dawno temu. Ale matka i syn próbują „ujarzmić” ojca, robiąc w domu sanatorium. Chowanie ostrych przedmiotów, karmienie gorzałą i zamykanie w pokoju. Co w zamian? Wyzwiska, majaki, szczanie w gacie, groźby – samej fizycznej przemocy nie ma. Czy to oznacza, że niby jest lepiej?

Niby takich opowieści o ludziach spętanych przez alkohol oraz najbliższych, którzy dostają rykoszetem. Aksinowicz jednak nie idzie w stronę emocjonalnego szantażu, ani też pokazywania całej tej sytuacji w sposób humorystyczny czy groteskowy. Niemniej sceny z ojcem pod wpływem (niesamowity Maciej Stuhr) wywoływały silny dyskomfort i ciężko było przewidzieć jak to się wszystko potoczy. Syn (debiutujący Teodor Koziar) przechodzi przyspieszony kurs dojrzewania, zmuszony do zmierzenia się z demonami, gdzie częściowo pcha go coraz ciężej znosząca to matka (zaskakująca Weronika Książkiewicz).

Ten trójkąt jest zagrany co najmniej bardzo dobrze, bez popadanie w przesadę i przerysowanie, o co byłoby bardzo łatwo. W szczególności widać to w roli Stuhra, którego bohater coraz bardziej doprowadza się do upodlenia, doprowadzając rodzinę do wstydu. I w żadnym momencie nie wywołuje to śmiechu, lecz cały czas czuć strach. Także drugi plan ma swoje przysłowiowe pięć minut (tutaj wybija się Oliwia Gołębiowska jako nowa koleżanka z klasy czy Bogdan Koca w roli sąsiada), bez jednej słabej roli.

W zasadzie jedynym poważnym problemem pozostaje otwarte zakończenie oraz drobne problemy z dźwiękiem. Nie zmienia to jednak faktu, że „Powrót do tamtych dni” to mocne, trzymające za gardło kino z alkoholem w tle. Nie dajcie się zwieść ani marketingowi, ani sympatycznej otoczce z początku filmu, bo nie oddaje sprawiedliwości temu dziełu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Żeby nie było śladów

Są takie filmy, po obejrzeniu których czuje się wściekłość, gniew oraz poczucie bezsilności. Myśli cały czas się kołatały i krążyły niczym planety po orbicie, próbując poskładać to w jakąś sensowną całość. Takie miałem odczucia po seansie filmu „Żeby nie było śladów”.

Film Jana Matuszyńskiego jest opartą na reportażu Cezarego Łazarewicza zapisem wydarzeń, które zaczęły się późną wiosną 1983 roku. Wtedy w Warszawie został zatrzymany Grzegorz Przemyk – młody chłopak, świeżo po zdaniu pisemnych egzaminów maturalnych. Dlaczego? Bo nie chciał pokazać dokumentów, a razem z nim zabrano kolegę, Jerzego Popiela. Trwa jeszcze stan wojenny (choć oficjalnie jest zawieszony), więc obaj zostają szybko zabrani na posterunek. Oraz obaj dostają łomot od milicjantów za pomocą pałek, pięści oraz butów. Ciężko sprany młodzian trafia do szpitala, gdzie umiera od zadanych ran. W zasadzie wydaje się, że sprawa zostanie załatwiona przez władze w prosty sposób: weźmie się paru brutalnych milicjantów oraz posiedzą na parę lat, zaś wszystko ucichnie.

zeby nie bylo sladow1

Co może pójść nie tak? Strach i poczucie zagrożenia mogą stanowić niebezpieczną mieszankę, a wszystko przez mszę prowadzoną przez księdza Popiełuszkę. Zebrany tam tłum wywołał przerażenie u generała Kiszczaka, czyli szefa MSW. Razem z całą ówczesną władzą decyduje się „sterować” śledztwem i podrzucać dowody oczyszczające milicjantów. Do czego się posuną? W końcu to oni są panami życia i śmierci, mają pełną kontrolę nad aparatem porządkowym, wymiarem sprawiedliwości oraz mediami. I w tym momencie zaczyna się jazda.

zeby nie bylo sladow3

Reżyser prowadzi narrację na kilku torach i różnych wątkach, przez co może się czasami wydawać chaotyczny oraz pozbawiony tempa. Nie będę się skupiał się faktografii, bo prawda już dawno się zatarła, została zmanipulowana i szansa na dotarcie do niej jest praktycznie niemożliwa. Sam początek to spokojna sielanka, brutalnie przerwana przez przypadek, agresję i głupotę. Scena bicia na komisariacie, choć nie pokazuje samego aktu, trzyma za gardło niczym ręka podczas duszenia. Potem sprawa coraz bardziej zaczyna się nawarstwiać, a do gry wchodzi aparat władzy i (nie)sprawiedliwości. Cel jest jeden: zwalić winę na sanitariuszy pogotowania, milicja ma pozostać czysta, a na wszelki wypadek zdyskredytować jedynego świadka.

zeby nie bylo sladow2

Jak? Szukaniem jakiekolwiek haka na niego samego oraz jego najbliższych, zastraszać, szantażować i złamać. Za wszelką cenę. Dlatego esbecja sięga po wszystkie dostępne metody: inwigilacja, obserwacja, rewizja, szukanie brudów, propaganda. Jak bardzo łatwo można było złamać każdego, bo każdy miał tu coś (lub kogoś) do stracenia. To ostatnie najmocniej wybrzmiewa w przypadku sanitariuszy pogotowania, którzy byli „uczeni” przez SB jak mieli bić Przemyka. To może wydawać się groteskowe, że nikt nie da się na to nabrać. Chyba, że sprawę będą prowadzić osoby wypełniające polecenia partyjnej jak prokurator Wiesława Bardon (Aleksandra Konieczna na granicy przerysowania). W wielu krajach takie praktyki są na porządku dziennym i ten film bardzo brutalnie o tym przypomina.

zeby nie bylo sladow4

Realizacyjnie film Matuszyńskiego wygląda wręcz monumentalnie. W końca trwa on nieco ponad dwie i pół godziny, z niesamowitym skupieniem się na detalach, scenografii oraz rekwizytach. Świetne są zdjęcia Kacpra Fertacza, nakręcone na 16 mm taśmie, przez co wizualnie przypomina filmy z lat 70., zaś bardzo gorzki finał trafia na podatny grunt. A wszystko rewelacyjnie zagrane, z masą cudownych epizodów. Niemniej jest jeden mocny zgrzyt dla mnie, czyli Sandra Korzeniak w roli Barbary Sadowskiej. Aktorka ma bardzo specyficzny sposób mówienia, który zawsze mnie irytuje i sprawia wrażenie wypranego z emocji. Z tego powodu nigdy nie byłem w stanie wejść oraz zrozumieć tej postaci (oraz poprzednich ról Korzeniak). Sama epizodyczna struktura też może wydawać się problematyczna z powodu różnego tempa orz natłoku postaci.

Dla mnie jednak „Żeby nie było śladów” to potwierdzenie wielkiego talentu Matuszyńskiego jako reżysera, który z uwagą oraz dokładnością odtwarza działanie brutalnych mechanizmów sterowania, manipulowania oraz kontrolowania ludzi. Bezwzględnie, potrafiące uderzyć z całą mocą kino.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Sprzątaczka

Netflix potrafi być niczym pudełko czekoladek, o którym mówił „Forrest Gump” – nigdy nie wiadomo, na co się trafi. Zwłaszcza, gdy trafia się na film lub serial bez dużej promocji, rozgłosu ani szumu. Może wyjść z tego albo średniak, coś niezłego albo co najmniej solidna lub bardzo dobra produkcja. Do tego drugiego grona zalicza się „Sprzątaczka”, która nie ma może zachęcającego tytułu. To jednak tylko pozory.

Bohaterką jest Alex – młoda dziewczyna, która mieszka ze swoim mężem oraz 3-letnią córeczką w kamperze. Gdy ją poznajemy, ucieka w nocy z córką. Wszystko przez faceta, Seana oraz skłonności do psychicznego znęcania się nad żoną. To jednak dopiero początek długiej drogi do usamodzielnienia się, w czym nie pomoże ani brak pieniędzy, ani biurokratyczny labirynt. By móc się utrzymać, dziewczyna zaczyna pracować jako sprzątaczka w domach głównie dzianych klientów. Jednocześnie musi znaleźć dla siebie nowe lokum, żłobek dla córki oraz uwolnić się z wpływów męża.

Brzmi jak bardzo poważny dramat, ale ekipa showrunnerki Molly Smith Metzler nie idzie w żadnym wypadku na łatwiznę. Oparta na wspomnieniach Stephanie Land „Sprzątaczka” balansuje między momentami bardzo na serio, gdzie rzeczywistość nie jest zbyt łatwa. Ile trzeba się namęczyć nad papierologią, by zdobyć zasiłek, mieszkanie zastępcze, wsparcie finansowe. I to w stanie, gdzie przemoc psychiczna nie jest uznawana prawnie za przemoc. CO DO K**** NĘDZY?! To, że jest to trudniejsze do udowodnienia nie oznacza, iż nie ma to miejsca. Jakby mało było kłód pod nogi, protagonistka nie ma w zasadzie żadnego wsparcia. Ojciec zostawił ją, zaś matka ma zapędy artystyczne i jest podstarzałą, antysystemową hippiską z nie do końca stabilnym umysłem. Co pozostaje?

Tutaj twórcy lawirują między kolejnymi wątkami: od psychicznej choroby matki i jej problemów z podejrzanym gachem przez próby znalezienia lokum, praca jako sprzątaczka za marne pieniądze, próby zdobycia w pełni praw do opieki nad dzieckiem aż do powrotu na studia. Czasem można odnieść wrażenie, że jest to łapanie kilku srok za ogon, lecz każda z tych opowieści potrafi zaangażować. I co najważniejsze, pozwala sobie na odrobinę humoru, lekkości oraz zabawy formą (radość ze znalezienia domu w rytm „Don’t Stop Me Now”).

Ten ostatni element pozwala też pokazać wszelkie stany emocjonalne bohaterki, rewelacyjnie zagranej przez Margaret Qualley. Jest twarz jest jak otwarta księga, gdzie emocje (od złości, desperacji i depresji po determinację) bardzo płynnie przenikają ze sobą, bez popadania w fałsz. Jeszcze bardziej zadziwiła mnie kreacja Nicka Robinsona jako męża bohaterki, Seana. Tak jak Alex nie jest przerysowanym czarnym charakterem, choć bywa porywczy. Zwłaszcza pod wpływem alkoholu, stając się jego niewolnikiem, przez co robiło mi się go żal. Jeszcze bardziej zadziwiały mnie momenty, gdy ten człowiek zaczyna uświadamiać sobie swoje problemy oraz niedoskonałości. Drugi plan też ma bardzo wiele wyrazistych ról, choć tutaj wybija się Andie McDowell jako pokręcona matka Alex, mająca wiele pretensji do wszystkich za swoje błędy. Postać na granicy przerysowania, na szczęście nigdy jej nie przekracza.

„Sprzątaczka” to mały, wielki mini-serial pokazujący jak bardzo wiele trzeba, by zacząć nowe życie z dala od toksycznej relacji. Gdzie każde zwycięstwo wydaje się małym krokiem do wolności, a wszystko w bardzo przyziemny, bez popadania w patos oraz wielkie słowa. Niby skromne, ale ma siłę rażenia bomby atomowej.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Przedszkolanka

Na pierwszy rzut oka Lisa Spinelli wydaje się być kobietą spełnioną. Mąż, dwoje dzieci w wieku licealnym, 20 lat pracy w przedszkolu – czy może czegoś brakować do szczęścia? Kobieta chodzi na zajęcia dla dorosłych z pisania wierszy, ale powiedzmy, że świat artystyczny jej dzieł nie będzie pamiętał. W końcu dochodzi do zaskakującego przełomu, a wszystko przez poznanego w szkole 5-letniego Jimmy’ego. Chłopak potrafi niczym z kapelusza rzucić kilka linijek, by potem o nich zapomnieć. Lisie udaje się zanotować wiersz i jest pod wielkim wrażeniem, dostrzegając geniusz młodego człowieka. Niespełniona artystka chce „pilnować” Jimmy’ego, by nie zmarnował swojego talentu, ale czy aby na pewno?

przedszkolanka1

Oparty na izraelskim dramacie film Sary Colangero to bardzo frapujący dramat. Jak tytuł wskazuje nie skupia się na uzdolnionym chłopaku, ale na jego nauczycielce. Kwestia talentu lub jego braku u bardzo młodego człowieka jest w zasadzie drugorzędna, jednak zmusza do postawienia sobie pytania. O to, co należy zrobić z talentem młodego człowieka – eksplorować i zostawić ku potomnych czy dać sobie z tym spokój oraz pozwolić dzieciakowi żyć swoim życiem? Dla Lisy ta relacja zaczyna zmieniać się w obsesję, chcąc niby zachować jego wiersze, lecz tak naprawdę wykorzystuje chłopca i relacja staje się bardzo niejednoznaczna. Czy ona naprawdę chce dla niego (i jego talentu) najlepsze, czy może tylko żeruje na nim i go wykorzystuje? Skrywając się za ciepłym głosem i serdecznością, w środku jest ciągle nasilające się poczucie niespełnienia, ciągłe niepogodzenie się ze swoimi ambicjami oraz brakiem talentu do pisania poezji.

przedszkolanka2

I te sprzeczne emocje bardzo delikatnie pokazuje znakomita Maggie Gyllenhaal, przez co trudno przewidzieć jej zachowanie. Do czego się ona posunie? Finał potrafi uderzyć z siłą huraganu, ale też parę drobnych scen z rodziną. Jedyną osobą wspierającą jej pasję jest kochający mąż oraz – po przesłaniu wierszy chłopaka – nauczyciel poezji o aparycji Gaela Garcii Bernala. Wydaje się być zachwycony „jej” talentem, zachęcając ją do dalszego tworzenia. A wiemy, co to oznacza – dalszą relację z chłopcem (cudowny Parker Jevak), będącą kluczem do całego filmu.

przedszkolanka3

Bez tego „Przedszkolanka” byłaby filmem zbyt dziwnym i niestrawnym. Choć toczy się powoli i bez fajerwerków, prowokuje do myślenia, a to już jest coś. Jeśli dodamy do tego zjawiskową Gyllenhaal, dostajemy naprawdę mocny dramat.

7,5/10

Radosław Ostrowski