Hardkor Disko

Marcin jest młodym chłopakiem, który przybywa do Warszawy. Chłopak zwraca uwagę młodej dziewczyny Oli, która jest zafascynowana tajemniczym mężczyzną. Jednak nie wie, że przybył tu w konkretnym celu i ta znajomość może skończyć się tragicznie.

hardkor_disko1

Krzysztofa Skoniecznego kojarzą głównie ci, co oglądają teledyski. Nakręcił ich całą masę, m.in. dla Jamala, Nosowskiej, Myslovitz czy Kazika. Tym razem postanowił wykorzystać swoje doświadczenie do nakręcenia pełnometrażowej fabuły poza nurtem głównym. I trzeba przyznać, że technicznie to znakomita robota. Precyzyjnie dopieszczone zdjęcia Kacpra Fertacza budują i niosą całość, tak samo bardzo zgrabnie dopasowana muzyka, gdzie piosenki niejako mogą być kluczem do zrozumienia tej opowieści. Tylko o co tutaj chodzi? Mamy tajemniczego chłopaka, które chce zabić rodziców Oli – za co i dlaczego? Tego nie wiemy i chyba się nie dowiemy, bo nie jest to ani powiedziane wprost, ani nawet zasugerowane. W ogóle fabuła jest najsłabszym ogniwem – mocno pachnąca Lynchem (tajemniczość) i Haneke (przemoc), pełna niedopowiedzeń, dziur, zagadek. To miał być bunt wobec konsumpcjonizmu, bezstresowego wychowania? Niby portret buntownika, ale dla mnie cała rzeczywistość pokazana przez Skoniecznego (konsumpcjonizm, hedonizm) zwyczajnie nuży i nieciekawi. A finał tylko rozczarowuje. Wszelkie te obserwacje nie tylko nie są niczym zaskakującym, ale też zwyczajnie nuży i nie klei się do całości.

hardkor_disko2

Sytuacje próbują ratować aktorzy i częściowo im się to udaje. Magnetyzuje Marcin Kowalczyk jako… no właśnie. O samym Marcinie nie wiemy zbyt wiele, oprócz tego, że jest agresywny i skryty, coś go zżera. Może zagadką może być film kręcony z VHS, który się przewija w tle. Nie zawodzą też Agnieszka Wosińska (bardzo apetyczna matka) i Janusz Chabior (ojciec), a debiutująca na dużym ekranie Jaśmina (bardzo oryginalne imię) Polak jako rozwydrzona córeczka-gówniara radzi sobie całkiem nieźle.

Wydawał się obiecującym debiutem, ale „Hardkor Disko” to klasyczny przerost formy nad treścią. Mam nadzieję, że Skonieczny znajdzie odpowiedni scenariusz, bo widać wielki potencjał tego młodzika. Czekam na dalsze propozycje.

5/10

Radosław Ostrowski

Pan Pip

Rok 1989, wyspa Bougainville gdzieś na Pacyfiku. To tam toczyła się wojna o złoża miedzi, gdzie zagraniczni inwestorzy i pracownicy kopalni zaczęli uciekać przed rebeliantami. W ogóle cała cywilizacja uciekła, pozostawiając tylko kościół i opustoszałe budynki. Jedynym białym jest niejaki Thomas Watts zwany „Wytrzeszczem”. I to on zostaje nauczycielem, choć nie ma żadnego doświadczenia. I to właśnie on czytając dzieciom książkę „Wielkie nadzieje” Karola Dickensa zmieni życie pewnej dziewczyny Matyldy.

mr_pip1

Film miał swoją premierę dwa lata temu, ale potem wszelki słuch o nim zaginął, chociaż książka Lloyda Jonesa jest już dostępna w polskich księgarniach. Trochę szkoda, bo film Andrew Adamsona (reżysera „Shreka” oraz „Opowieści z Narnii”) to kawał bardzo interesującego i naprawdę wartościowego kina. Filmu, w którym miesza się obyczajowy dramat, imaginacja oraz groza wojny – brutalnej, bezwzględnej i wchodzącej nieproszonej do naszych drzwi. I czy wyobraźnia i nasz „wewnętrzny głos” jest w stanie pomóc nam przetrwać? Adamson wierzy, że tak. Nawet jeśli może wywołać to konflikt z lokalną społecznością (głęboka religia i wiara w Boga). A wybór książki nie jest dziełem przypadku. Nie tylko dlatego, że to klasyka literatury, ale opowieść o pokucie, moralnej winie oraz spłacaniu długów.

mr_pip2

Siłę literackiego dzieła widać w scenach, gdy Matylda wyobraża bohaterów książki mieszkających w swojej okolicy – to zderzenie rozegrane bardzo plastycznie, dzięki odtworzeniu kostiumów z XIX wieku. I to zderzenie tych światów może jednak wywołać perturbacje. Gdy wojsko żąda wydania Pipa, bo zobaczyli nazwisko Pip na plaży, są absolutnie przekonani, że to postać prawdziwa. I cena tej niewiedzy będzie wysoka. I mimo naprawdę pięknych zdjęć (wyspa wygląda bajecznie) oraz trzymającej w napięciu muzyki, udaje się stworzyć poruszającą, mądrą historię bez łopatologii czy nadmiernej symboliki.

mr_pip3

W zasadzie jedynym znanym aktorem w tym towarzystwie jest niejaki Hugh Laurie, pamiętany głównie dzięki charyzmatycznej postaci dra House’a. Pan Watts to kompletne przeciwieństwo doktorka – bardziej empatyczny, trochę skryty i pełny smutku. Ale widać, że angażuje się w swoją pracę i chce pokazać swoim uczniom podobieństwo ich losów do bohatera, co częściowo pozwala mu zachować człowieczeństwo. Bardzo mocna i wyrazista postać. Druga bohaterką jest Matylda, świetnie poprowadzona przez Xzannjah, która tworzy wiarygodny portret buntowniczki, szukającej swojego miejsca na ziemi. Jej naturalność wręcz uderza i w każdej scenie skupia uwagę. Relacja między tą dwójką staje się wielkim motorem tego filmu.

Jeśli będziecie mieli jakimś cudem możliwość, koniecznie zobaczcie ten film, który może wydaje się niepozorny i niezaskakujący niczym, ale to bardzo mocne i poruszające kino ze wszystkimi zaletami jakie tylko możecie sobie wyobrazić. A przy okazji, sięgnijcie też po literacki pierwowzór.

8/10

Radosław Ostrowski

Dobry człowiek

John Halder pracuje jako wykładowca akademicki w ogarniętych nazizmem Niemczech. I nagle dostaje wezwanie do Kancelarii Rzeszy, a to wszystko przez napisaną wiele lat temu powieści, w której wypowiedział się w sprawie eutanazji. Dostaje propozycję napisania artykułu na ten temat. Pozornie ten drobny ruch zmienia jego życie na zawsze, otwierając mu drogę do awansu. Ale na tym może ucierpieć jego przyjaźń z Żydem Mauricem.

good1

Adaptacja sztuki C.P. Taylora dokonana przez Vicente’a Amorina sięga po sprawdzony już temat człowieka uwikłanego w ideologię nazistowską. Czyli mamy moralne dylematy, pozornie bezpieczne kompromisy, tylko cena jest trochę za wysoka. Paranoja jest tutaj symbolizowana przez muzyczne omamy bohatera oraz jego rodzinę – matkę z demencją i chorą psychicznie żonę. Nawet nie o to chodzi, że film jest wtórny, ale historia jest mało wciągająca. Realizacja dość kameralna, przypominająca bardziej teatr telewizji (dialogi, na ekranie zazwyczaj dwie, trzy osoby), a wnioski wydają się oczywiste od samego początku. Bo nie trzeba być tylko dobrym człowiekiem, ale za wszelką cenę zachować swoje przekonania, bo może być za późno, gdy się przejrzy na oczy. Tylko, że ja to wszystko wiem i nie jest to dla mnie nic nowego. Dlatego dylematy naszego „dobrego” (niezawodny Viggo Mortensen) nie angażują do samego końca.

good2

Mimo to całość ogląda się naprawdę nieźle, także dzięki dobrym rolom Jasona Isaacsa (Maurice) i Jodie Whittaker (zapatrzona w nazizm Anne), jednak ja liczyłem na coś więcej. A tak mamy kolejne, teatralne kino. Szkoda.

good3

6/10

Radosław Ostrowski


Ostatni gwizdek

Czym jest draft day? To dzień w lidze NFL (futbol amerykański), gdzie dochodzi do transferów zawodników. Wyborów dokonują menadżerowie drużyny. Właśnie przed takim dniem najtrudniejszego wyboru będzie musiał dokonać menadżer Cleveland Browns, Sonny Weaver Jr. A że nie jest to przyjemne, bo trzeba spełnić oczekiwania trenera, menadżera i wyjść z cienia swojego wielkiego ojca, którego syn zwolnił przed śmiercią.

draft_day1

Amerykański sport jest zrozumiały i popularny głównie w USA, więc poza tym krajem filmy o ich sportach mogą mieć problem z przebiciem ze względu na niezrozumiałość zasad. Chyba że to baseball czy piłka nożna, zwana przez Jankesów soccerem. O tym, że można zrobić świetny film sportowy nie pokazując samego sportu pokazał „Moneyball”. Najnowszy film Ivana Reitmana „Draft Day” próbuje iść w tym samym kierunku, pokazując sport z perspektywy menadżera. Więc nie zobaczymy jak sobie radzą zawodnicy (poza materiałami archiwalnymi i zapisami z taśm), tylko zobaczymy jak się prowadzi negocjacje. A nie jest to łatwe – korzystanie z „wywiadu” (szukanie słabości), rozmowy z menadżerami, presja właściciela szukającego szumu i prestiżu. W dodatku dość skomplikowane życie osobiste Sonny’ego (nie najlepsze relacje z matką i byłą, w dodatku jeszcze pojawia się nowa kobieta – podwładna) jeszcze bardziej rozprasza i nie zawsze pozwala dokonać właściwego wyboru. Pozornie wydaje się dość nieciekawym i typowym dramacie ze sportem w tle.

draft_day2

Ale Reitman jest tego świadomy i dość zgranie pokazuje wszystkie wątki. W połowie filmu, gdy dochodzi do tytułowego dnia draftu, napięcie gwałtownie rośnie i opada dopiero w ostatnich minutach. Dość sprytnym, choć mało zaskakującym patentem jest dzielenie ekranu w trakcie rozmów, co spełnia swoje zadanie bezbłędnie. Wszelkie zagrywki, gra na czas i próba osiągnięcia swoich celów – wtedy film zaczyna nabierać rumieńców, a patrzenie na ruchy i posunięcia naszego bohatera robią duże wrażenie. Technicznie to solidny, dość spokojny film, bez żadnych popisów i bajeranckich cuda wianków, ale one nie są potrzebne.

W dodatku jest to naprawdę porządnie zagrane. I tutaj najbardziej trzeba pochwalić Kevina Costnera, który może i swoje najlepsze lata ma za sobą, ale pokazuje, że jest w naprawdę dobrej dyspozycji. Może i on nie wie, co to mimika twarzy, ale wie co to jest modulacja głosu. Wewnętrznie rozdarty, opanowany, a jednocześnie porywczy i pełen energii – tak można opisać Sonny’ego, który czasami zdaje się na instynkt i co pokazuje finał, umie podjąć ryzyko. Mocna, wyrazista i świetna rola tego aktora od dawna. Partneruje mu trzymająca fason Jennifer Garner jako Ali, która na sporcie zna się naprawdę dobrze i jest kimś więcej niż tylko sekretarką. Choć na drugim planie przewija się kilka znanych twarzy, m.in. Frank Langhella (właściciel Molina), Terry Crews (Earl Jennings) czy raper Sean „P. Diddy” Combs (agent Chris Crawford), to tam zdecydowanie rządzi Denis Leary jako trener Penn. Bywa porywczy, nie rozumie planów Sonny’ego i go skreśla łatwo, ale widać, że – tak jak menadżerowi – zależy mu na drużynie i klubie.

draft_day3

Film miał być okazją powrotu Reitmana jak i Costnera do pierwszej ligi, jednak wpływy do kasy były za małe, więc znów trzeba będzie trochę poczekać. Trochę szkoda, bo to kawał bardzo solidnego kina. Dobrze zagrany, nie pozbawiony napięcia i emocji, z solidnym scenariuszem. Ja nie zmarnowałem tych dwóch godzin.

7/10

Radosław Ostrowski

Fruitvale

Oscar Grant III był 22-letnim, czarnoskórym facetem, dla którego Sylwester 2008 roku miał być dniem sporych zmian. Jednak finał był tragiczny – razem z kumplami zostali zatrzymani za bójkę w metrze na stacji Fruitvale i został postrzelony. Niestety, zmarł w szpitalu. O jego ostatniej dobie opowiada film Ryana Cooglera.

fruitvale1

Paradokumentalna realizacja (surowa kolorystyka, kamera głównie z ręki) może się podobać i na pewno robi wrażenie. Tempo jest dość spokojne, bo to obyczajowe kino, jedynie finał mocniej trzyma za gardło. Cały chyba problem polega na tym, że reżyser chyba na siłę chcę wybielić swojego bohatera. Owszem, nie był święty – siedział w więzieniu, dilował prochami, bzykał się z innymi panienkami poza swoją żoną. Ale to jest pokazane jako przeszłość. Oscar stara się być w porządku i wyprostować swoje życie, być w porządku wobec swojej matki, żony i córki, które wielokrotnie okłamywał. Nowy Rok miał być nowym etapem, nowym rozdziałem, ale już nie zostanie on napisany. I te trochę wygładzone losy bohatera działają bardzo obojętnie, mimo próby łamania chronologii, choć aktorzy dwoją się i troją, by uwiarygodnić całą historię (i trzeba przyznać, że Michaelowi B. Jordanowi i Octavii Spencer – Oscar i jego matka – się to udaje), co nie wywołuje poczucia totalnego znużenia.

fruitvale2

Ale dobre aktorstwo i kilka niezłych dialogów to troszeczkę za mało, by uznać seans debiutanta za wielkie zwycięstwo. Niemniej życzę Cooglerowi powodzenia, gdyż mam wrażenie, że jeszcze nie raz usłyszymy o tym chłopaku.

6/10

Radosław Ostrowski

Czyż nie dobija się koni?

Rok 1932 nie był łatwy dla mieszkańców USA, gdyż ciągle trwał kryzys gospodarczy. I wtedy właśnie organizowano maratony taneczne, gdzie biedota mogła zawalczyć o spore pieniądze – 1500 dolarów. Tylko trzeba wytrzymać ponad 1200 godzin tańca non stop z przerwami na odpoczynek (10 minut co dwie godziny) i posiłek. Pytanie kto wygra ten wyścig, bo kandydatów jest wielu?

koni3

Niby kryzys był dawno temu, ale ciągle on powraca, wręcz rotacyjnie. Być może dlatego film Sydneya Pollacka z 1969 roku nie chce się zestarzeć pod względem refleksji na temat ludzi. Już sam początek zapowiada, że lekko nie będzie. Wejście młodego chłopaka Roberta, podczas którego poznajemy zasady maratonu skontrastowane są z przeplatającymi się ujęciami pokazującymi mężczyznę i dziecko goniącymi konia, który skręca nogę i zostaje zastrzelony. Już to wprowadza w nieprzyjemny nastrój, a dalej będzie już tylko gorzej. Dlaczego? Zamiast pięknego i poruszającego tańca, będziemy mieli ludzi idących na skraj swojej wytrzymałości, a nawet utraty zmysłów. Ale to akurat jest najmniejsza cena, gdyż jest nią utrata swojej godności oraz wartości tylko po to, by przetrwać. Najmocniej zmęczenie oraz walkę do upadłego widać w scenach wyścigu, gdzie pary muszą przez dziesięć minut biec, a trzy ostatnie pary upadają – dzięki szybkiemu montażowi oraz dynamicznej pracy kamery, pędzącej niemal za bohaterami. Innym elementem upokorzenia jest „zdobywanie” sponsorów dzięki pokazywaniu swoich talentów tanecznych czy wokalnych, za co widownia płaci rzucając monety na parkiet. Niczym tresowane małpki. Taniec staje się tutaj metaforą wyścigu szczurów, a wygrana okazuje się tylko złotą klatką i to boli najmocniej.

Reżyser poza mocnymi, doprowadzającymi wręcz do skraju wytrzymałości, scenami tańca, gdzie kobiety i mężczyźni zmieniają się w prawdziwe zombie, dodaje kilka mocnych dialogów, łamie zdarzenia wplatając sceny z Robertem oraz serwując bardzo brutalny finał. Wszyscy w tym wyścigu stracą złudzenia, szczęście, a nawet wiarę. I nawet skoczna muzyka okazuje się być tutaj złudzeniem, które nie uspokaja. Wszystko jest tutaj spektaklem, mającym na cele zabawienie bogatej widowni, by ją wzruszyć.

koni2

Ale to wszystko nie byłoby tak mocne, gdyby nie fantastyczne aktorstwo. Na temat Jane Fondy mogę powiedzieć wiele, ale na pewno ona kradnie ten film i zawłaszcza sobie każdą scenę jako zdesperowana i niespełniona aktorka Gloria, która ciągle przegrywa. Zmęczona życiem, za wszelką cenę próbuje zawalczyć o lepsze życie, ale nawet i ona będzie miała dość. Partnerujący jej Michael Serrezin (Robert) bardzo przekonująco sobie radzi jako młody, nie potrafiący się odnaleźć włóczęga, przypadkowo wplątany w całą zabawę. Pozostali bohaterowie drugoplanowi – z Suzannah York (wywyższająca się Alice) i Redem Buttonsem (doświadczony marynarz) na czele – również wypadają bardzo dobrze. Jednak tutaj najbardziej się wyróżnia fenomenalny Gig Young w roli mistrza ceremonii Rocky’ego. Prowodyr całego zamieszania rozkręca całą imprezę robiąc z niej wielki spektakl, a jego znakiem rozpoznawczym jest „Yauza! Yauza! Yauza!”. By uatrakcyjnić spektakl, jest w stanie posunąć się podstępu oraz nieczystych zagrywek (kradzież i zniszczenie sukienki, propozycja zawarcia publicznego małżeństwa), choć sam sprawia wrażenie zmęczonego tą cała zabawą, co nadaje mu tragicznego rysu tej postaci wiecznie uśmiechniętego klauna na scenie.

koni1

Pollack swoim filmem pokazał bezwzględność nie tylko reguł spektaklu, ale też życia w ogóle, gdzie trzeba być twardym albo zginiesz. Koń, gdy jest ciężko raniony, zostaje dobity strzałem, żeby więcej nie cierpiał. Jednak my ludzie preferujemy powolne umieranie, doprowadzające do stanu agonii. Co wy wtedy zrobicie? jaka jest wasza cena?

8/10

Radosław Ostrowski

Kamienie na szaniec

Książka Aleksandra Kamińskiego jest w zasadzie rzeczą, której nie należy przedstawiać – uczniowie powinni znać ją jako szkolną lekturę. Historia trzech harcerzy – Rudy, Alek i Zośka – działają podczas wojny w Szarych Szeregach. Kiedy jeden z nich zostaje schwytany przez Niemców, pozostali chcą go odbić, ale nie maja zezwolenia dowództwa. To tak w skrócie i w książce. Własną wersję wydarzeń postanowił zaserwować Robert Gliński – jeden z bardziej doświadczonych reżyserów średniego pokolenia.

I szczerze mówiąc, efekt jest dość porażający. Chociaż nie wiem, czy do końca o to chodziło. Sama historia jest mocno chaotyczny, choć nie brakuje tutaj nerwu i dynamiki (gazowanie kin, usuwanie flag), a brudna kolorystyka zdjęć potęguje dość realistyczny klimat, choć jest trochę przemycany humor (przysięga harcerzy w lesie, gdzie… patrol niemieckich żołnierzy zbierał jagody). Ale od momentu, kiedy to Rudy zostaje aresztowany, to mamy do czynienia z science-fiction. I nawet nie chodzi o sam przebieg akcji, ale raczej o wydarzenia dookoła. Padają oskarżenia, że AK świadomie sabotowało akcję, bojąc się większych ofiar, a nawet był w to wszystko zamieszany ojciec Zośki (wtf?), a dowódcy AK (major Kiwerski) to wręcz dyktatorzy, którzy żądają całkowitego posłuszeństwa i kompletnie zostawiają chłopaków samych ze sobą. Ja wiem, że intencją było odbrązowienie i demitologizacja, ale na litość boską, trzeba trzymać się faktów. I takie drobiazgi jak próba samobójcza Zośki, próba kupienia broni od Ślązaka czy seks to jest mały pikuś.

Paradoksalnie jednak ogląda się to całkiem nieźle, choć najlepsze były sceny szkolenia harcerzy w żołnierzy oraz przesłuchania Rudego na Szucha (brutalne i krwawe). I musze przyznać, że chłopaki grający główne role (czytaj: Rudego i Zoski, bo Alka zepchnięto do tła) radzą sobie naprawdę nieźle, zwłaszcza Tomek Ziętek jako Rudy – trochę łobuzerski, szarmancki. Natomiast o starszych aktorach mogę powiedzieć tylko, że byli i… mocno rozczarowali, zwłaszcza Andrzej Chyra jako Dyrektor, którego miałem ochotę rozszarpać. Ale i tak najlepszy był Wolfgang Boos jako sadystyczny Lange – kradł każda scenę i budził przerażenie od początku do końca.

kamienie5

Szczerze – „Kamienie” to na razie największe rozczarowanie tego roku. Gliński miał pomysł, ale problem jest jeden i istotny – to wszystko po prostu nie przekonuje. Odbrązowienie to jedno, ale uwiarygodnienie to jedno. To bardzo gorzka lekcja.

Radosław Ostrowski

Malena

Sycylia, rok 1941. Poznajcie Renato. Mieszka w Castelcuto, ma 12 lat i powoli zaczyna przechodzić okres dojrzewania, czyli powoli zaczyna myśleć o dziewczynach, a nawet kobietach. A zwłaszcza o jednej, której mąż wyruszył na wojnę. Imię jej Malena – niezwykle piękna kobieta, która budziła pożądanie u panów i zawiść u pań. Chłopiec krąży wokół niej jak cień i podgląda ją. Kiedy pojawia się wiadomość, że mąż zginął na wojnie, pojawia się pewni faceci na jej horyzoncie, co pewnym osobom może się nie spodobać.

malena1

Każdemu kinomanowi powinno mówić nazwisko Giuseppe Tornatore. Twórca kultowego „Kina Paradiso” dla mnie stał się znany dzięki swojemu ostatniemu dziełu – „Koneserowi” (świetny film), jednak tym razem cofa nas do czasów faszyzmu. Mamy tutaj piękne miasteczko (wspaniale sfotografowane przez Lajosa Koltaia) w kolorze palącego słońca. Upał jest tu ogromny, ale przyczyną jego nie jest słońce. Historia fascynacji młodego chłopca starszą kobietą to w zasadzie temat wykorzystywany przez filmowców od dłuższego czasu. Ta fascynacja coraz bardziej zaczyna przybierać na sile (obserwowanie jej jeżdżąc na rowerze, podglądanie nocą) i nie są w stanie tego powstrzymać ani modły, ani egzorcysta (serio?), nawet wizyta w burdelu nie jest w stanie wymazać Maleny z pamięci. Ona pojawia się w jego snach (czarno-białe, rozbrajające ujęcia, gdzie chłopiec m.in. jest Duce, kowbojem czy rzymskim gladiatorem), pięknie ubrana albo bez ubrania, coraz bardziej nakręcając jego żądzę.

malena2

A jak traktuje ją miasteczko? Z podziwem (panowie) i wrogością (panie), tylko że tak naprawdę każdy mieszkaniec wciskał ją do własnych wyobrażeń. Panowie chcieli ja tak naprawdę wykorzystać, była dla nich obiektem pragnień seksualnych – tak było z prawnikiem, pewnym oficerem, samą swoja urodą (bo strój raczej nie wywoływał zgorszenia, ale to kto ja nosił). I ta zawiść pozbawia ją najpierw finansów (proces o uwodzenie dentysty – żonatego), potem godności (upokarzająca sceny, gdy po pojawieniu się Amerykanów kobiety biją, kopią i… obcinają włosy – nie ma w słowniku ludzi kulturalnych określeń na tyle obelżywych, by określić tą grupę hipokrytek). Niby się to kończy happy endem, ale Włochy to nie Hollywood i dlatego czuć w tym pewien posmak goryczy.

malena3

Jest to też bardzo dobrze zagrane, jednak tak naprawdę mówiąc o tym filmie, przychodzi do głowy tylko jedna osoba: Monica Bellucci. Postrzegana z perspektywy nastolatka, wydaje się dla niego ideałem – czystym pięknem, które jest bardzo atrakcyjne, co kamera pokazuje kilkakrotnie. Choćby w scenie tańca ze zdjęciem swojego męża – tam kamera skupia się głównie na nogach i twarzy czy podczas spaceru po mieście. Ale tak naprawdę jest to bardzo samotna, pozbawiona prawdziwych przyjaciół persona. Chociaż nie widać tego na pierwszy rzut oka. Druga kluczową postacią jest Renato (uroczy Giuseppe Solfaro), który początkowo zauroczony kobietą staje się niemym świadkiem strasznych wydarzeń, ale jako jedyny zachowuje się w porządku (widać to w finale).

malena4

Tornatore okazuje się bardzo wnikliwym obserwatorem świata, gdzie ludzie skrywają swoje maski, a za wyróżnianie się z tłumu płaci się wysoką cenę. Ale jednocześnie pozostaje pewna nadzieja, że nie wszyscy ludzie są tacy zawistni i podli. Szkoda tylko, że ilość tego towaru jest mocno ograniczona. A poza tym, bardzo dobre, zmysłowe i piękne kino pokazujące, że nie tylko w Hollywood się robi interesujące rzeczy.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Anioł Śmierci

Rok 1960. Gdzieś w małym argentyńskim miasteczku mieszka rodzina częściowo niemiecka (matka), a po części argentyńska (ojciec i dzieci). I wtedy poznają pewnego niemieckiego lekarza, który prosi o pomoc, towarzyszy im w drodze. Dr Gregor zaczyna coraz bardziej zbliżać się do rodziny, zafascynowany ich córką Lilith, próbuje jej pomóc przy wzroście. Później wychodzi na jaw, że sympatyczny lekarz jest kimś zupełnie innym.

aniol_smierci1

Argentyńskie kino nie jest zbyt znane czy popularne w naszym kraju, jednak coraz bardziej jest w stanie przykuć uwagę całego świata. Lucia Puenzo tworzy tutaj naprawdę zaskakujące i bardzo mroczne kino, choć ten mrok nie wydaje się taki oczywisty. Zwłaszcza, że wszystko toczy się tutaj wokół dr Mengele. A tego człowieka przedstawiać nie trzeba – nazistowski lekarz, który przeprowadzał eksperymenty na dzieciach i zwierzętach, próbując stworzyć nadczłowieka. To także historia o osobie próbującej swojej tożsamości, mocno odstającej od reszty (czytaj: za niska). Perspektywa dziecka – niewinnego, za wszelką cenę pragnącej akceptacji ma nas na celu uspokoić, ale też zmusić do postawienia sobie kilku pytań na temat „banalności zła”, które nie rzuca się w oczy ani uszy. Postawę konformizmu najbardziej symbolizuje moment stworzenia fabryki idealnych lalek przez ojca dziewczynki według pomysłów Mengele. Tak triumfuje nazistowski ideał. Nie brakuje tutaj wątku szpiegowskiego (fotografka Nora – agentka wywiadu), jednak on ma znaczenie drugorzędne i robi za tło. Dla reżyserki najważniejsza jest tutaj psychologiczna gra nazistowskiego zbrodniarza z rodziną, która niczego nie świadoma staje się nowym obiektem badań.

aniol_smierci2

Wielu może znudzić spokojne tempo i pozorny brak akcji, ale reżyserka potrafi emocjonalnie mocno uderzyć. Jednak jest to zagrane naprawdę na wysokim poziomie. Znakomity jest Alex Brendemuhl w roli Mengele. Sprawia on wrażenie sympatycznego i zatroskanego człowieka, ale pod nią kryje się maska totalnego zobojętnienia maskującego udawaną empatię. Jego żądza wiedzy jest tutaj silniejsza i umie to tak ukrywać, że wielu z nas daje się zwieść. Drugą kluczową postacią jest Lilith (świetna Florencia Bado), która traktuje lekarza początkowo trochę nieufnie, ale zaczyna mu wierzyć na słowo. Tak bardzo jest zaślepiona potrzeba akceptacji przez rówieśników, że do samego końca nie orientuje się w zamiarach Mengele. Delikatna, niewinna i naiwna wobec otaczającej rzeczywistości. Za to kompletnym zaskoczeniem była Natalia Oreiro jako matka Lilith – nie wierzyłem w talent tej gwiazdki telenowel, a udało się stworzyć pełnokrwistą postać.

Niby w tym filmie nic się nie dzieje, akcja nie pędzi na złamanie karku, ale podskórnie czuć tutaj niepokój i napięcie. Mocne kino – naprawdę mocne.

7/10

Radosław Ostrowski

Noe: Wybrany przez Boga

Inspiracja Starym i Nowym Testamentem jest dla reżyserów bardzo ogromna i wielka. Jeśli bierze się za biblijną opowieść bardzo nieszablonowy reżyser, może powstać wszystko. Czegoś takiego podjął się Darren Aronofsky, który sięgnął po Noego – wiecie, tego kolesia co zbudował Arkę.

Reżyser po swojemu interpretuje biblijna opowieść dodając do nich upadłe anioły, które wyglądają jak kamienne golemy i pomagają ludziom (czytaj: Noemu i jego rodzinie), potomków Kaina, którzy podporządkowali sobie ziemię (są źli, tak źli, że za mięso oddają swoje żony i dzieci) oraz Noego, który ma wizję. Widzi w niej zagładę ludzkości i by do niej nie dopuścić, decyduje się zbudować Arkę i przenieść tam niewinne zwierzęta do nowego Edenu.

Noe1

I w zasadzie to tyle, ale Aronofsky nie byłby sobą, gdyby nie próbował przemycić poważniejszych treści. Bo tutaj Noe jako ślepo posłuszny Stwórcy (Bóg nie istnieje) powoli zaczyna się zmieniać w fanatyka, który uważa, że ludzkość skazana jest na zagładę. Tylko w ten sposób nie dojdzie do zbezczeszczenia Ziemi. Tylko czy do tego wszystkiego potrzeba było 120 mln dolców? Jak najbardziej. Bo jest tu kilka scen wizualnie zapierających dech (stworzenie świata, upadek aniołów czy wizje Noego), mimo surowej i stonowanej kolorystyki (znowu Matthew Libatique pokazuje klasę jako operator). Ale pytania o wiarę i jej sens przewijają się dość mocno, nie dając do końca jednoznacznej odpowiedzi. I w tym momencie „Noe” jest najciekawszy. Owszem, nie brakuje tutaj akcji (obrona Arki przez Noego i anioły), jednak one są dodatkiem do całości, nadając epickiego rozmachu – także sam potop wygląda imponująco. Aronofsky nie do końca jednak to wykorzystuje, co może wywołać pewne znużenie, parę scen można śmiało wyciąć (zbieranie jagód przez Matuzalema – panie Hopkins, wstydu oszczędź!), a miejscami wizualny przepych może doprowadzić do bólu oczu (inwazja ptaków), niemniej jest to interesująca propozycja.

Noe2

Ale najmocniejszym elementem nowego filmu Aronofsky’ego jest kapitalny Russell Crowe. Jeśli myślicie, że Noe to prawy i sprawiedliwy facet – jesteście w błędzie. Ma wizje (i twierdzi, że Stwórca coś do niego mówi), które stają się dla niego obsesją i czynią z niego fanatyka religijnego – ludzkość musi umrzeć, a jego synowie mają pozostać ostatnimi ludźmi na Ziemi. I to budzi w nim wewnętrzną wojnę miedzy posłuszeństwem wobec Boga (który wydaje się tutaj okrutnikiem) a szczęściem rodu swojego. Poza Russellem warto wyróżnić Raya Winstona jako bezwzględnego i twardego króla. Cała reszta, niestety robi tutaj za dekorację, a najbardziej szkoda tutaj Jennifer Connelly, czyli rozważnej żony Noego, która jest tutaj nadekspresyjna.

Noe3

Aronofsky postawił sobie trudne zadanie, ale wyszedł z niego z obronną ręką i pokazał, że nie ma dla niego zadań niewykonalnych. Ciekawe jak wypadnie jego kolejne przedsięwzięcie, które określono jako „Fargo” w kosmosie.

7/10

Radosław Ostrowski