Klub Jimmy’ego

Na samym początku widzimy czarno-białe obrazki z Nowego Jorku. Ale to zmyłka, gdyż zaraz potem pojawiają się zielone pola Irlandii. Tam powraca Jimmy Gralton – czołowy komunista, który musiał uciec do USA. Wtedy działał jego klub, gdzie była potańcówka, uczono dzieci i prowadzono dyskusje. Jednak klub był solą w oku miejscowego proboszcza – ojca Sheridana, próbującego zwalczyć klub. A jak Jimmy wrócił, to klub też zostaje reaktywowany.

klub_jimmyego1

Jeśli mamy Irlandię i poruszane są kwestie społeczne, to reżyserem może być tylko jedna osoba – Ken Loach. Spór ideologiczny między lewicowym społecznikiem (bo tak należy nazwać Graltona) z konserwatywnym księdzem jest nieunikniony oraz pasuje do sytuacji społecznej w Irlandii. Kler walczy o władzę i kontrolę nad ludźmi (mają monopol na nauczanie oraz silne wpływy w rządzie), a Gralton staje po stronie ludzi słabszych, biednych, pozbawionych wykształcenia. Rozmowy obu antagonistów mają silny ładunek emocjonalny, ale co najważniejsze – obie strony są równoprawnymi antagonistami, bez popadania w karykaturę (najmocniej to widać w przeplatających się scen tańca w klubie z ostrym atakiem z ambony). Wielu może zrazić dość spokojny rytm opowieści oraz troszkę brak klasycznie rozumianej fabuły, jednak trafna obyczajowa obserwacja realiów epoki z silną pozycją kleru oraz podzieloną IRA czyni całość interesującą. Loach wie jak prowadzić opowieść i zaangażować do dyskusji.

klub_jimmyego2

Dodatkowo ma świetnych aktorów w głównych rolach, którzy tworzą pełnokrwiste postacie. Zarówno Barry Ward (twardo stąpający po ziemi Gralton) jak i Jim Norton (strasznie konserwatywny ojciec Sheridan – brakowało mu tylko wideł i wody święconej do wypędzenia diabła 😉 ) idealnie pasują do swoich postaci, których spór jest nie do uniknięcia. Zwycięzca tego starcia, niestety też.

klub_jimmyego3

Loach zapowiada, że „Klub Jimmy’ego” to jego ostatni film w karierze. Jeśli tak, to Anglik godnie zamyka swój dorobek. Mam wrażenie, że warto odwiedzić ten klub.

7/10

Radosław Ostrowski

Motywacja

Cała opowieść toczy się wokół poradnika „Reach Me”, którego autor ukrywa się przed ludźmi. Dzieło to osiągnęło status bestsellera oraz odmieniło życie paru osób. A kogo tutaj nie mamy: policjanta dość łatwo i chętnie sięgającego za broń, dwóch gangsterów, dziennikarza mającego wytropić autora, kobietę wychodząca z wiezienia marzącą o pracy projektantki mody. Ich losy będą się przycinać i przeplatać.

motywacja1

O filmie John Herzfelda usłyszałem, gdy twórca zbierał fundusze na Kickstarterze. Muszę przyznać, że efekt jest całkiem przyzwoity jak na dość krótki (półtorej godziny) filmik. Twórcy próbują opowiedzieć dość prostą prawdę, że nigdy nie jest za późno na przewartościowanie i zweryfikowanie swojego życia. Brzmi jak banał z powieści Paolo Coehlo? Po części tak jest, a pewne wątki i postacie są zaledwie zarysowane (raper E-Ruption) i czas trwania działa mocno na niekorzyść. W dodatku przewija się konwencja zarówno dramatu obyczajowego, filmu sensacyjnego i przez krótką chwilę – komedii. Ogląda się to bez bólu, jednak angażują tylko pewne fragmenty i momenty, jak postać Teddy’ego – autora „Reach Me” walczącego ze swoimi demonami.

motywacja2

Sytuację próbuje broić gwiazdorska obsada i rzeczywiście – nie brakuje tutaj znanych twarzy: od Sylvestra Stallone’a (Gerald – szef portalu internetowego), Kyry Sedgwick (Colette) i Kelseya Grammara (Angelo) po Toma Sizemora (gangster Frank), Danny’ego Aiello (ksiądz Paul) oraz – chyba najlepszego w zestawie – Thomasa Jane’a (policjant Wolfie) oraz Toma Berengera (Teddy). Ale nawet aktorzy nie są w stanie zrobić wiele, jeśli scenariusz nie pozwala rozwinąć skrzydeł, a lista jest oczywiście o wiele dłuższa.

motywacja3

W zasadzie film można obejrzeć, jeśli nie mamy co wybrać w popołudnie. To ciepłe i dość letnie kino, a można było więcej wycisnąć.

6/10

Radosław Ostrowski

Biutiful

Hiszpania wydaje się być pięknym krajem, ale ulice i slumsy wszędzie wyglądają tak samo. Na jednym z takich ulic mieszka Uxbal – samotny ojciec, który mieszka z dwójką dzieci. Z czego się utrzymuje? Zarabia na imigrantach, którym stara się zapewnić pracę. I sam przy okazji troszkę zarabia, starając się zapewnić byt. Jednak jego dość stabilne życie zmienia się z powodu jednej diagnozy – nowotwór. I jak tu pomoc przetrwać dalszą walkę o byt?

biutiful1

O Alejandro Gonzalesie Inarritu mówiłem już przy okazji „Birdmana”, a „Biutiful” to jego wcześniejszy film sprzed 5 lat. Historia w zasadzie wydaje się prosta i widzimy bohatera, który powoli odchodzi ze świata. Otoczenie jest bardzo brudne, szare i parszywe – praktycznie pozbawione jakiejkolwiek nadziei, jak i jakiejkolwiek jasnych kolorów. Widać to zarówno w paradokumentalnej formie (ujęcia głównie w ręki, brak mocnych kolorów), jak i dość powolnym tempie. Jest codzienna walka o byt, toczona zarówno przez imigrantów (głównie z Chin i Afryki), jak i naszego bohatera. Problem jednak w tym, ze Inarritu troszkę skręca w stronę moralizatorstwa (etyczne rozterki) oraz pretensjonalności (zakończenie), jednak miejscami tworzony jest oniryczny klimat (wizyta w dyskotece z pulsującym montażem), ale zdarzają się pewne dłużyzny jak relacja z była żoną chorującą na dwubiegunowość czy szef chińskich imigrantów, ale klimat beznadziei oraz depresji potrafi mocno się udzielić.

biutiful2

Ale tak naprawdę ten film jest popisem jednego człowieka – Javiera Bardema. Uxbal przez niego grany to człowiek dźwigający na sobie sporo nieszczęść i cierpień, mocno ukrywający swoją chorobę. Ale jest to też facet wywołujący empatie oraz naprawdę chcący pomóc innym ludziom, co widać w rozmowach z szefami imigrantów jak i żona jednego z aresztowanych. Pozornie zmęczona i zgaszona twarz potrafi pokazać wiele emocji – nic dziwnego, że aktor otrzymał nominację do Oscara.

biutiful3

Piękno w „Biutiful” jest ulotne, zgaszona i pełne brzydoty. Inarritu jest brutalny i bezwzględny wobec otaczającego go świata. Dla tej wizji oraz znakomitego Bardema absolutnie warto.

7/10

Radosław Ostrowski

Lewiatan

Współczesne rosyjskie miasteczko. Tutaj mieszka Kola razem z żoną Lilą oraz synem Romą. Ale nie na długo, gdyż jego dom zostaje przejęty przez mera miasta pod budowę marketu. Mężczyzna z pomocą swojego dawnego towarzysza broni, Dimitra, próbuje odwołać się od decyzji oraz nacisnąć na mera.

lewiatan1

W rosyjskich filmach bardzo krytycznie i negatywnie przedstawiana jest rzeczywistość, gdzie człowiek jest tak naprawdę zdany tylko na siebie. Do tego grona gorzkich obserwatorów dołącza Andriej Zwiagincew ze swoim „Lewiatanem” – filmem długim, złożonym i… nudnym, gdzie kino mocno artystyczne próbuje połączyć się z kryminałem. Jest tutaj kilka interesujących obserwacji współczesnych Rosjan, próbujących poradzić sobie z przemianami po 1991 roku. Korupcja, chciwość, bezradność i nieczyste intencje – a wszystko to mocno popijane wódką. Portret jest wyjątkowo gorzki i przygnębiający, wszelkie wartości rozpadły, rodzina przestaje być siła i wsparciem (Lila rozdarta między mężem a kochankiem), a Cerkiew wspiera skorumpowanych polityków swoimi prostymi słowami o boskim pochodzeniu władzy. Nawet pewne elementy biblijne (inspiracja Księga Hioba czy wspomnienie Lewiatana) okazują się być fałszywymi tropami interpretacyjnymi. Problem w tym, że mimo ambicji oraz powagi tematu, „Lewiatan” okazuje się przerostem intencji nad realizacją. Mimo świetnego aktorstwa pozostaje kolejnym, gorzkim portretem Rosji, który znamy już od wielu lat i nic tak naprawdę nowego nie dowiadujemy się, a nawet przypomina on troszkę swoim ciężarem „Dom zły” Smarzowskiego.

lewiatan2

Powiem krótko – nowy film Andrieja Zwiagincewa jest zaledwie przyzwoite kino, które zdobywa nagrody za swoją „antyputinowskość”. Ja się przy seansie znużyłem nadmiarem wątków i interpretacji, co wywołało chaos. Ale i tak jest to film lepszy od „Idy”.

6/10

Radosław Ostrowski

Medium

Wierzycie w zaświaty czy życie pozagrobowe? Ta historia bazuje na trójce bohaterów, którzy bardziej lub mniej zetknęli się ze śmiercią. Francuzka dziennikarka Marie podczas urlopu przeżywa atak tsunami i przez chwilę znajduje się w stanie chwilowego zgonu. George wydaje się zwykłym robotnikiem, ale naznaczony jest darem widzenia zmarłych, wcześniej działał jako medium. Wreszcie jest dwóch braci bliźniaków – Jason i Marcus, opiekujący się matką-alkoholiczką. Podczas pójścia po leki, starszy zostaje zaatakowany przez gnojków i uciekając przed nimi wpada pod auto.

medium1

Clint Eastwood mięknie z wiekiem i stara się poruszać ważkie tematy. Razem z uznanym scenarzystą Peterem Morganem („Królowa”, „Ostatni król Szkocji”, „Frost/Nixon”) próbuje opowiedzieć o życiu po śmierci. Nie jest to jednak żaden horror, ale pełnokrwisty dramat obyczajowy, gdzie losy całej trójki przeplatają się ze sobą. O ile początek jest intrygujący (scena tsunami jest naprawdę świetna), o tyle dalej cała historia zwyczajnie nuży. Szukanie kontaktu ze zmarłymi jest tutaj próba pogodzenia się i pożegnania się z innymi. Ale tez przy okazji widzimy jak żyją osoby, które mają „kontakt” z zaświatami.

medium2

Ciekawszy był dla mnie watek George’a (Matt Damon pozytywnie zaskoczył) –  medium, który traktuje swój dar bardziej jako klątwę, nie pozwalającą mu prowadzić normalnego życia. Dlatego chce się od tego odciąć, niemal desperacko. Podobnie Marie (świetna Cecile De France), która o mało nie umarła i próbuje przetrawić to. Szuka informacji i chce napisać o tym książkę, a bracia bliźniacy (George i Frankie McLaren) byli po prostu świetni. Więc aktorsko nie mam żadnych zastrzeżeń, także kameralna forma nie przeszkadzała – to był zawsze znak rozpoznawczy Clinta.

medium3

Ale dla mnie to wszystko trochę za łagodne, za bajkowe i tylko ślizgające się po problemie. Zaświaty i życie po śmierci to jedna ze spraw prześladująca każdego człowieka. Ale tutaj jest to takie naiwne i bajkowe, że głowa mała. A zakończenie to dla mnie czysty kicz (więcej nie powiem). „Medium” może śmiało rywalizować o miano jednego z najgorszych filmów Eastwood. Nudny, powolny i poruszający tylko momentami. A mogło być tak fajnie.

5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda


Dwa dni, jedna noc

Sandra jest pracownica sklepu w belgijskim miasteczku. Po ciężkiej chorobie chce wrócić do pracy, ale zostaje zwolniona w skutek tajnego głosowania. Jednak udaje się przekonać dyrektora, by zagłosować jeszcze raz: Sandra ma weekend, by przekonać swoich kolegów, by zgodzili się na powrót do jej pracy. Jednak jest jeden haczyk – jeśli zostanie, jej pensja zostanie wypłacona z premii zaplanowanej wcześniej.

2_dni_1_noc1

Po opisie można stwierdzić, że jest to film europejski. Zwłaszcza, że twórcami są bracia Jean-Pierre i Luc Dardenne, którzy przyglądają się tutaj człowiekowi postawionemu pod finansową ścianą. Ale nie bawią się w publicystykę, nie wrzucają żadnych ozdobników, są po prostu dokumentalistami i obserwatorami rzeczywistości. Sama opowieść jest bardzo prosta i nieskomplikowana, ale kibicowałem bohaterce do samego końca. Jej walka nie należy do łatwych, bo niektórzy po prostu potrzebują tych pieniędzy. dylemat moralny jest tutaj iście poważny i każdy ma swoje racje. Ale Dardenne’owie potrafią trzymać w napięciu jak w niejednym thrillerze. A próba wywarcia wpływu i przekonywanie do siebie, będzie także dla bohaterki wewnętrzną wędrówką – trudną i niełatwą, ale dającą odrobinę nadziei, która nie brzmi fałszywie ani sztucznie. A jak się skończy ta walka o godność – to sami oceńcie.

2_dni_1_noc2

Aktorsko jest tutaj bardzo dobrze, choć większość postaci pojawia się tu przez kilka minut. Ale i tak całość kradnie grająca główną role znakomita Marion Cotillard. Sandra jest mieszanką niepewności, strachu i determinacji troszkę wbrew sobie. Nie wiemy co jej dolega, początkowo sprawia wrażenie biernej, niemal obojętnej na swój los (za dużo bierze leków). To dzięki swojemu mężowi (Fabrizio Rognione) nakręca się i zmusza do działania. Ten duet staje się siłą napędową tego małego filmiku.

2_dni_1_noc3

Dardenne, dzięki swojemu ascetycznemu stylowi, może wielu zniechęcić czy odstraszyć. Jednak „Dwa dni, jedna noc” pokazuje, że można zrobić kino zaangażowane społecznie, które nie trąci publicystyką czy tendencyjnością. Taką uczciwość należy docenić.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Sędzia

Henry Palmer jest piekielnie zdolnym i skutecznym adwokatem w Waszyngtonie. Jednak jego życie prywatne nie układa się – rozstaje się z żoną, z córką ma dość dobre układy. I wtedy dostaje wiadomość, że jego matka zmarła. Przyjeżdża do rodzinnego miasteczka na pogrzeb i chce jak najszybciej wyjechać z powodu niezbyt dobrych relacji z ojcem – miejscowym sędzią o nieposzlakowanej reputacji. Jednak w nocy sędzia wraca z uszkodzonym autem, a następnego dnia zostaje oskarżony o morderstwo. Henry chcąc nie chcąc zostaje jego obrońcą.

sedzia1

Dramat sądowy to gatunek niemal na wyginięciu – rozprawy przed sądem obecnie jakoś mało chętnie są kręcone w ostatnich latach, jednak to nie zraziło Davida Dobkina, dotychczas reżysera komedii, by się zmierzyć z tym gatunkiem. Ale tak naprawdę jest to dramat obyczajowy, gdzie proces służy rozwiązaniu relacji Hanka (Henry’ego) ze swoim ojcem. W dodatku twórcy sięgają po wszelkie możliwe klisze – dawno niewidziane miasteczko, spotkanie z dawną dziewczyną, braćmi mającymi problemy (jeden był obiecującym sportowcem, drugi jest upośledzony umysłowo), zaś wynik rozprawy jest łatwy do przewidzenia. Jednak mimo tej schematyczności i przewidywalności jest w stanie mnie przekonać do siebie. I to na wiele sposobów – humorem (bójka z redneckami), odrobiną sentymentalizmu (muzyka Thomasa Newmana), ale też szczerymi dialogami oraz naprawdę porządnym aktorstwem. Rozprawy ogląda się wnikliwie, a próba zabliźnienia starych ran, pretensji i rozczarowań przebiega uczciwie.

sedzia2

Jak mówiłem, aktorzy robią swoje. Robert Downey Jr. początkowo może wydawać się kopią Ajron Mena (to samo poczucie humoru, elegancki gajerek – brakuje tylko zbroi), ale radzi sobie dobrze o roli faceta, starającego się zyskać aprobatę swojego ojca. Jednak tak naprawdę szoł ukradł mu Robert Duvall w roli tatusia. Udaje się mu pokazać jego twardy charakter, przyzwoitość i szorstkość, a jednocześnie jak ważne są dla niego respekt, autorytet i reputacja. Jest to bardziej złożona postać niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Także drugi plan jest tutaj porządny (Vera Farmiga jako dawna dziewczyna, Vincent D’Onofrio i Jeremy Strong – bracia), może tylko Billy Bob Thornton jest zaledwie solidny w roli prokuratora (wydawałoby się, że powinien być bardziej upierdliwy i złowrogi). Ale i tak udaje się tym postaciom nadać życia, choć wydaja się dość schematyczne.

sedzia3

Dobkin wydaje się być typowym rzemieślnikiem, ale efekt okazał się zaskakująco solidny. Niby takich opowieści było tysiące, jednak duet dwóch Robertów (i nie tylko oni) uwiarygodniają całą fabułę, a reżyser pilnuje, by nic się nie zepsuło. Dla mnie niespodzianka.

7/10

Radosław Ostrowski

Motyl (Still Alice)

Choroba towarzyszy człowiekowi niemal od początku. Kino też interesuje się różnymi chorobami z jednej strony dlatego, że jest to bardzo interesujące i pozwala obserwować osoby inaczej odbierające rzeczywistość (choroba psychiczna) albo pomagają oswoić nam daną chorobę, zrozumieć ją. Myślę, że taki też cel przyświecał twórcom filmu „Still Alice” – Richardowi Glatzerowi oraz Washowi Westmorelandowi.

Poznajcie Alice Howland – jest doktorem wykładającym lingwistykę na Uniwersytecie Columbia, bardzo inteligentna kobieta w wieku średnim, lat 50 dokładnie. Mieszka z mężem (lekarzem i naukowcem), wychowała troje dzieci – można śmiało stwierdzić, że jest szczęśliwa i spełniona. Jednak zaczynają zdarzać się drobne problemy z pamięcią – zapominanie słów, zagubienie się w terenie. Pozornie wydaje się to czymś normalnym – przecież z wiekiem organizm słabnie. Jednak badania lekarskie u neurologa stawiają ostateczną diagnozę: Alzheimer we wczesnym stadium. Trzeba mówić coś więcej?

still_alice1

Wydaje się, ze ta choroba nie jest zbyt atrakcyjna dla filmu – jest mało „widowiskowa”, że się tak wyrażę. Zmiany następują w ludzkiej psychice, a nie w warstwie fizycznej. Tutaj mózg rozpada się wcześniej od reszty. Pytanie jak to pokazać na ekranie? Twórcy stawiają tutaj na prostotę realizacyjną – pomaga tutaj zarówno montaż działający niemal jak repeta, by pokazać pewne momenty zapominania (pojawiające się fragmenty starego filmu jako zamglone wspomnienia) oraz pokazanie w sposób niewyraźny wszystkiego poza samą bohaterką. Przy okazji choroba działa nie tylko na nasza Alice, która coraz bardziej staje się bezradna i nieporadna, ale też na jej najbliższych.okazuje się, ze jej odmiana Alzheimera jest genetyczna i jej dzieci mogą mieć to samo. Twórcy idą w delikatne subtelności, obyczajowe obserwacje oraz odrobinę czarnego humoru. Jak mówi sama Alice: „Wolałabym mieć raka. Nie czułabym takiego wstydu. Dla chorych na raka ludzie noszą różowe bransoletki, biegają w maratonach, zbierają datki, a ja nie czułabym się jak jakiś społeczny… zapomniałam słowa.” Na pewno twórcom udało się wiarygodnie przedstawić rozwój choroby, poczucie pewnej bezsilności oraz bezradności –  to powolne umieranie, gdzie jesteś tak naprawdę zależny od innych i zostajesz pozbawiona swojej osobowości, intelektu, nie mogąc zrobić nic.

still_alice2

Film też jest pamiętany głównie ze względu na nominowaną do Oscara kreację Julianne Moore. Bardzo lubię i cenię tą aktorkę, jednak jej nominacja jest dla mnie zastanawiająca. Czy to jest źle zagrane? Nie, ale sama rola nie wymagała jakiejś fizycznej metamorfozy, nie jest w żaden sposób efektowna czy dynamiczna. Z drugiej strony są kreacje, które nie są zbyt efektowne czy widowiskowe, ale miały siłę rażenia niemal atomowej bomby. Tutaj Moore radzi sobie dobrze i oddaje to, co powinna przeżywać osoba cierpiąca na ta chorobę – zagubienie, przygnębienie, bezradność. Nie mniej i więcej, jednak ma kilka mocnych momentów (przemowa dla Stowarzyszenia Osób Chorych na Alzheimera) i potrafi poruszyć. Ale chyba więcej mieli do przedstawienia jej partnerzy. Zarówno Alec Baldwin (oddany i starający się wesprzeć mąż), jak i kompletnie zaskakująca in plus Kristen Stewart (skłócona z matką córka Lydia) pokazują więcej i przykuwają moją uwagę bardziej.

still_alice3

Po obejrzeniu „Still Alice” przychodzą do głowy przymiotniki: smutny, ciężki, depresyjny. O happy endzie możecie zapomnieć, bo nie ma na to na razie lekarstwa. Na pewno będę  tym filmie przez jakiś czas myślał i parę scen będę pamiętał. Mam taką nadzieję.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Whiplash

Każdy człowiek ma jakieś plany, marzenia i ambicje. Dla niejakiego Andrew Neymana, lat 19, takim marzeniem jest bycie największym muzykiem swoich czasów. A że gra na perkusji, to sprawa jest dla niego bardzo ważna. W końcu dostaje szanse zagrania w swojej szkole muzycznej (Konserwatorium Schiffera) w zespole dyrygowanym przez charyzmatycznego Terrence’a Fletchera. Myślicie, że to będzie spacerek?

whiplash1

Damian Chazelle, lat 29 postanowił zadebiutować tym filmem na szerokie wody i wygrał festiwal w Sundance. Czyżby objawił się nowy talent? Na to wygląda. A efekt jest niemal mistrzowski.  Pozornie może wydawać się to kolejnym filmem o walczeniu ze swoimi ambicjami, przekonaniami oraz tym, że sam talent nie wystarczy, by osiągnąć perfekcję. Myślicie, że jazz polega tylko na improwizacji oraz popisywaniu się w bezsensownym waleniu po perkusji? Może i tak, ale to tylko część prawdy. Najważniejsza jest praca i poświęcenie, a żeby osiągnąć wielkość oraz potwierdzić swój talent wymagane jest tutaj przekroczenie swoich własnych barier. Jak? O tym jeszcze wam opowiem, ale skupmy się na samej konstrukcji.

whiplash2

„Whiplash” przypomina utwór muzyczny, co w przypadku filmów, gdzie muzyka gra główną rolę jest szalenie istotne. Wszystko jest niej podporządkowane – i nie chodzi tu tylko o fabułę, ale poszczególne sceny (ćwiczenia Andrew – zapętlone repety czy sam początek, gdy widzimy miasto, a ujęcia zmieniają się w rytm perkusji). Chazelle składa tutaj hołd wszystkim muzykom jazzowym, których warsztat robi tutaj piekielnie dobre wrażenie. Ale w tle ciągle wybrzmiewa ważkie pytanie – jaka jest cienka granica między determinacją i przełamaniem swoich barier a podcinaniem skrzydeł i wypaleniem? Gdzie kończy się pierwsze, a zaczyna to drugie? Tempo jest tutaj miejscami dynamiczne, a napięcie podczas gry oraz ćwiczeń większe niż we wszystkich akcyjniakach z Tomem Cruisem razem wziętych (zobaczcie sam finał).

whiplash3

To także jest to zasługa starcia dwóch osobowości na ekranie. Pierwsza to Miles Teller, czyli Andrew. Chłopak jest przekonany o swoim talencie i jest niemal w tym bezczelny. Nie wie jeszcze, ze będzie to wymagało większego wysiłku niż się może spodziewać (aż do niemal szpiku kości). Drugim jest tutaj J.K. Simmons zwany tutaj Fletcherem. Uczniowie traktują go niemal jak Boga, od którego słowa zależy być albo nie być. Jednak metody wyciągania ich talentu są dość zastanawiające. Prawdopodobnie muzyki uczył się u sierżanta Hartmana z „Full Metal Jacket” – silny wycisk, manipulacja, wyzwiska i bluzgi latające na prawo i lewo. Jak sam twierdzi: Nie ma bardziej krzywdzącego wyrażenia niż „dobra robota”. A relacja miedzy tą dwójka bardziej przypomina syndrom sztokholmski, co niemal uderza niż relację mistrz-uczeń.

Chciałbym powiedzieć reżyserowi, ze wykonał dobrą robotę, ale obawiam się, że mógłby przez to spocząć na laurach i sobie odpuścić. W końcu, jak podaje jeden z wycinków prasowych: Beztalencia grają w zespołach rockowych. Liczę, że następne filmy Chazelle’a będą równie dobre, a nawet lepsze od tego debiutu. Tak się powinno robić kino niezależne.

8/10

Radosław Ostrowski

Oszukana

Los Angeles, rok 1929. Christine Collins pracuje w firmie telefonicznej, gdzie nadzoruje połączenia i mieszka sama z synem Walterem. Pewnego dnia kobieta wraca do domu, ale jej syna już nie ma. zawiadamia policję i po kilku miesiącach zostaje odnaleziony jej syn – przynajmniej tak twierdzą policjanci. Bo matka go nie poznaje, a gliniarze nie chcą się przyznać do błędu.

oszukana1

Clint Eastwood tym razem postanowił opowiedzieć prawdziwą historie kobiety, która stała się symbolem walki ze skorumpowaną policją. W oparciu o akta sprawy stworzył mocny i poruszający dramat z intrygującym wątkiem kryminalnym. Ale jednocześnie pokazuje i piętnuje działania policji, która posuwa się do kneblowania ust, by nie przyznać się do błędu. W przypadku pani Collins takim kneblem był szpital psychiatryczny – a wcześniej przemoc i zastraszanie. Film mocno działa emocjonalne, także dzięki zdyscyplinowanej pracy Eastwooda, który stosuje oszczędną narrację i unika wszelkich pułapek oraz stosowania szantażu. Jak zawsze wydaje się, że jednostka w starciu z systemem jest bezsilna – chyba że takich jednostek jest więcej, to szansa się zwiększa.

oszukana2

Sama intryga kryminalna prowadzona jest swoim rytmem, jednak następuje przełom w sprawie, dzięki czemu wpadają na trop seryjnego zabójcy. Więcej nie zdradzę, bo wtedy można poczuć znużenie. Pewną wadą może być zbyt długie zakończenie oraz zbyt prosty podział postaci (dobra Collins, zła policja), jednak wszystko to ogląda się dobrze (świetne zdjęcia, stylizowane na dawne lata), a reżyser potrafi zaangażować.

oszukana3

Jednak ten świat zostaje ożywiony przez świetnych aktorów. Pozytywnie zaskakuje Angelina Jolie w roli zagubionej i bezsilnej matki. Są pewne sceny na granicy przerysowania, jednak Jolie nie przekracza tej granicy i jest bardzo wiarygodna. Silna, niezależna kobieta w tych czasach była rzadkością, a sceny w psychiatryku pokazują jej charakter mocno. Partneruje jej obsadzony nietypowo John Malkovich w roli pastora Gustav Brigleb, który piętnuje policyjne przekręty i nieuczciwości. Jednak nie jest tylko głosem sumienia, ale walczy także czynami. Dawno aktor nie grał takiej pozytywnej postaci. Poza nimi są tutaj antypatyczny Jeffrey Donovan (kapitan Jones – gnida, nie policjant), trzymający fason Michael Kelly (detektyw Ybarra) oraz tajemniczy Jason Butler Harner (Gordon Northcott).

oszukana4

„Oszukana” to mieszanka dramatu, kryminału i jednocześnie akt oskarżenia wobec niesprawiedliwości oraz braku dobrej woli. Wszystko zrobione w sposób uczciwy i bez oszukiwania, ani pójścia na łatwiznę. Film potwierdza dobrą dyspozycję Eastwooda.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda