Cake

Grupy wsparcia w szpitalach służą, by pomagać innym ludziom wyjść z traumy na wskutek dramatycznych zdarzeń. Dla Claire Simmons czymś takim był wypadek, w którym straciła syna i sama mocno oberwała (chroniczny ból kręgosłupa). Od tej pory jej życie wydaje się puste i pozbawione jakiegokolwiek sensu. Wrażenie to potęguje samobójstwo jednej z członkiń grupy wsparcia – młoda Nina, która pozostawiła w żałobie męża oraz syna.

cake1

Dramat psychologiczny niejakiego Daniela Barnza pozornie może wydawać się jedną z tysiąca opowieści, gdzie mamy bohatera „trawiącego” własną traumę. I poniekąd tak jest – to zbiór scenek z życia Claire, która otoczyła się wewnętrznym murem, zamykając się od reszty świata. Unika kontaktu z byłym mężem, coraz bardziej pogrąża się w zgorzknieniu, odnosi się do innych z ironią oraz sarkazmem, świadomie zmierzając ku samozagładzie. Alkohol, leki, przypadkowy seks nie pozwalają stłumić tego bólu i odnaleźć sensu życia. Próby wyrwania się z tego letargu spełzają na niczym, jakby kompletnie na niczym nie zależało. I ten dramat ogląda się całkiem nieźle, choć taka luźna konstrukcja scenariusza zawsze mnie odpychała.

cake2

Sama słodko-gorzka tonacja byłaby dobrym kluczem, gdyby troszkę głębiej udało się „wejść” w umysł i psychikę Claire. Niby jest tam widoczny ból, gorycz i depresja, ale po pewnym czasie oglądanie kolejnych irracjonalnych zachowań bohaterki wywołuje znużenie. Chybiony jest też pomysł „nawiedzania”  przez ducha zmarłej Niny, co niepotrzebnie spłyca całość. Twórcy miotają się jak główna bohaterka, nie do końca wiedząc w jakim kierunku pójść i na której relacji się skupić – czy na byłym mężu, na wdowcu oraz jej synu czy na ciężko znoszącej ją gosposi Meksykanki. Dostajemy wszystkiego po trochu, a zakończenie (tylko pozornie) wydaje się szczęśliwe.

cake3

„Cake” trzyma się tak dobrze, co jest zasługą aktorki, po której nie spodziewałem się takiej kreacji. Jennifer Aniston w tym filmie to największa niespodzianka i skarb tego filmu, zawłaszczając każdą scenę, sytuację i zachowanie – od leżenia w samochodzie na cofniętym siedzeniu po kupno leków w Meksyku czy próbę samobójstwa na torach. Pozostali aktorzy, choć znani i doświadczeni (Felicity Huffman, Anna Kendrick czy William H. Macy) są tylko tłem dla jej popisu Aniston. Szkoda, że ekipa nie dorównała do jej poziomu, bo mógł być to dobry, a nawet świetny film.

6/10

Radosław Ostrowski

Frankie i Alice

Rok 1973. Frankie jest młodą i atrakcyjna striptizerką, która robi to, co potrafi najlepiej. Jednak zaczynają ją prześladować dziwne rzeczy – nie pamięta, ze kupiła sobie drogą sukienkę, podczas stosunku z facetem zaczęła go bić. Po ostatniej akcji została zwolniona z pracy i aresztowana przez policję, która kieruje ją do szpitala psychiatrycznego. Tam zajmuje się nią dr Oswald, który dostrzega u niej objawy wielorakiej osobowości.

frankie_i_alice1

Brytyjski filmowiec Geoffrey Sax mierzy się z prawdziwą historią Frankie Murduch – kobiety posiadającą w sobie jeszcze dwie osobowości – pewną siebie i mającą mentalność białej Alice oraz skrytej i niedowidzącej Genius. To między innymi przez to, wyniki badań psychologicznych są tak sprzeczne (raz jest inteligentna, raz głupia, innym razem pisze lewą ręką, a kiedy indziej prawą), że lekarz decyduje się nią zająć. I jak w każdej tego typu opowieści, informacje z przeszłości Frankie odkrywane są bardzo stopniowo, żeby nie wszystko odkrywać od początku. Najciekawsze są tutaj sceny, gdy nasza bohaterka dostaje ataków oraz terapia, co jest kwestią świetnego montażu, gdy nakładają się przeszłość z teraźniejszością (m.in. w gabinecie zaczyna padać deszcz). Rozwiązanie wydaje się dość proste, ale jest logiczne oraz potrafi poruszyć.

frankie_i_alice3

Twórcom udaje się przekonująco odtworzyć realia lat 70. i to nie tylko w warstwie muzycznej (soul i funk), ale też w warstwie wizualnej. Stylowe zdjęcia Newtona Thomasa Siegla budują klimat (zwłaszcza ujęcia nocne) i pozwalają wejść w skomplikowaną psychikę kobiety.

frankie_i_alice4

„Frankie i Alice” to tak naprawdę popis dwójki aktorów – Halle Berry i Stellana Skarsgarda. Aktorka podjęła się zadania wcielenia się w trzy postaci – pełną seksapilu Frankie, szorstką i inteligentną Alice oraz niewinną Genius. Trudno odmówić ambicji, a efekt jest naprawdę dobry, co dostrzegli też krytycy, przyznając jej nominację do Złotego Globu. Każda z tych osobowości jest wyraźnie nakreślona i udaje się uniknąć przerysowania i przeszarżowania. Z kolei Szwed wciela się w empatycznego psychiatrę, który może i jest opanowany, ale bardziej przypominał rasowego detektywa, próbującego rozgryźć łamigłówkę. A i metody są (jak na tamte czasy) dość niekonwencjonalne – żadnego faszerowania lekami, nagranie sesji na wideo, co tylko czyni tą postać interesującą.

frankie_i_alice2

„Frankie i Alice” to kino, które ma grać na emocjach, ale unika emocjonalnego szantażu i sztucznego wyciskania łez. Nie jest nic nowego w kwestii skomplikowanych osobowości psychologicznych, ale wciąga i dobrze się ogląda. Jakkolwiek to dziwnie zabrzmi, to przyjemne kino.

7/10

Radosław Ostrowski

Lucky You – Pokerowy blef

Huck to młody, ale bardzo ambitny pokerzysta. Problem w tym, że jak każdemu młodemu pokerzyście pieniądze nie kleją się do niego na długo – to pewnie dlatego ma sporo długów. Mimo to postanawia zawalczyć w Mistrzostwach Świata w zawodowym pokerze. Tam stanie do walki ze swoim ojcem, z którym nigdy nie wygrał. Jeszcze pojawia się w jego życiu Billie – marząca o karierze piosenkarki dziewczyna.

lucky_you1

Wszyscy kinomani znają Curtisa Hansona jako twórcę znakomitych „Tajemnic Los Angeles”, jednak tym razem postanowił nakręcić coś lżejszego. Sama historia bazuje na znanych kliszach, bo jest tu i wątek miłosny, trudna relacja ojciec-syn napędzająca dynamikę całości (stare, niezagojone blizny) oraz poker – karty, dużo kart i duża kasa do wygrania. Jako studium gracz-hazardzisty ten film nie do końca się sprawdza, bo posługuje się ogranymi kliszami, podobnie jest z wątkiem miłosnym (strasznie przewidywalny i w zbyt hollywoodzkim stylu). Więc pozostaje sama pokerowa rozgrywka i tutaj pojawia się napięcie, zarówno w samym zbieraniu forsy na grę, jak i w samym finale – nie do końca oczywistym. Jest tu kilka świetnych scen (zakład, że w 3 godziny zaliczy wszystkie dołki w golfie – rewelacja) oraz klimat Las Vegas – mekki hazardzistów i zawodowych graczy, w dodatku ładnie sfotografowana. Tylko całość nie porywa do końca, co jest niewybaczalnym błędem.

lucky_you2

Ten film już zostałby wymazany z pamięci, gdyby nie dobre aktorstwo Erica Bany i Roberta Duvalla. Pierwszy jest wnikliwym i uważnym graczem, który jednak bywa bardzo ryzykownie, niemal nerwowo. Drugi to spokojny, rozważny i opanowany zawodnik – prawdziwy profesjonalista. Obserwowanie tego duetu w akcji jest czystą przyjemnością. Nie do końca pasowała tu Drew Barrymore jako troszkę naiwna dziewczyna Billie (trzeba jednak przyznać, że ładnie śpiewa). Obecność zawodowych pokerzystów tez daje kolorytu całości, podobnie jak epizody Roberta Downeya Jra. (terapeuta Jack Telefon) i Michaela Shannona (gracz Ray Zumbro).

lucky_you3

„Pokerowy blef” to całkiem przyzwoity, choć dla mnie troszkę za lekki dramat. Za mało w tym pazura, a w przeciwieństwie do bohaterów Hanson gra zbyt zachowawczo i bezpiecznie. Czasami jednak trzeba ostro zaryzykować, by zdobyć większą stawkę.

lucky_you4

6/10

Radosław Ostrowski

Bez kompasu

Sam jest przedsiębiorcą, pracującym w dużej firmie. Pewnego dnia po pracy widzi w wiadomościach informacje, że jego syn zabił sześć osób w szkolnej bibliotece, sam ginąc. Dwa lata później mężczyzna odchodzi od żony, zamieszkuje w łodzi i pracuje jako robotnik przy malowaniu domów. I wtedy odbiera rzeczy po synu (Joshu), gdzie są m.in. kasety z nagranymi przez niego piosenki. Występuje w knajpie, gdzie gra jeden z jego kawałków i tak poznaje młodego gitarzystę Quentina, który chce z nim współpracować.

bez_kompasu2

Kino obyczajowe, w dodatku niezależne, nie należy do zbyt popularnego gatunku filmowego. Jednak to z tym gatunkiem postanowił się zmierzyć debiutujący w roli reżysera świetny aktor William H. Macy. I muszę przyznać, ze wyszło mu to całkiem nieźle, chociaż – jak to w każdej tego typu produkcji – wiadomo jak się to skończy. Sama historia toczy się wokół naszego bohatera oraz późniejszych relacji z Quentinem, którego zaczyna traktować jak syna. Jednak nieprzepracowana trauma związana ze śmiercią dziecka oraz konsekwencji wywołanych jego czynami jest równie ważna jak granie piosenek i szukanie sprzętu dla zespołu. Ale całość nie jest ani mroczna, ani depresyjna – na szczęście nie zabrakło miejsca dla humoru (scena, gdy Sam na okręcie gra na gitarze elektrycznej demolując regaty – perła), dzięki czemu film odbiera się jako sympatyczny i przyzwoity kawałek kina.

bez_kompasu1

Najlepsze są tutaj sceny koncertowe, gdzie (prawie) młoda kapela gra i szaleje. Czuć energię, chemię oraz pasję z grania. A i same wokale prezentują się dobrze i fajnie się tego słucha. Ale czegoś tutaj brakuje – jakiejś większej siły, która potrafiłaby zostawić ten film w pamięci dłużej.

bez_kompasu3

Sytuację częściowo ratuje solidne aktorstwo. Najbardziej tutaj błyszczy świetny Billy Crudup, który potwierdza swój nieprzeciętny talent. Jest zmęczony, ucieka od problemów w alkohol, a dopiero granie budzi w nim energię i staje się sobą. Podobnie ma się z Antonem Yelchinem – młody, niepewny siebie Quentin znajduje w Samie mentora oraz przyjaciela, pomagającego mu w wielu sprawach związanych z dojrzewaniem (m.in. jak poderwać dziewczyny). Poza tym duetem jest dość bogaty drugi plan, w którym przewijają się znane twarze, m.in. Laurence’a Fishbourne’a (sprzedawca instrumentów Del), Felicity Huffman (była żona, Emily) i Seleny Gomez (dziewczyna Josha, Kathy) – na szczęście pojawia się krótko i nie irytuje. Pojawia się też sam reżyser jako właściciel baru, w którym grają muzycy.

bez_kompasu4

Debiut Macy’ego jest rzeczą, której nie powinien się wstydzić, ale chwały też mu nie da. Całość jednak jest tak solidna, że czas spędzony przy „Bez kompasu” nie będzie straconym.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Daleko od okna

Gdzieś w małym miasteczku mieszka młode małżeństwo – Barbara i Jan. On zajmuje się malowaniem, ona zajmuje się domem. Do szczęścia brakuje tylko dziecka, ale wtedy wybucha wojna – czas strachu i niepokoju. Jan wprowadza do swojego domu Żydówkę Reginę, którą ukrywają. Nie jest łatwo, a sytuację komplikuje fakt, iż między Reginą i Janem dochodzi do zbliżenia. Dziecko zostaje wychowane przez małżonków.

daleko_od_okna2

Jan Jakub Kolski jest reżyserem, który posiada swój własny świat oraz formę, którą można nazwać realizmem magicznym. Tym większym zaskoczeniem był film na podstawie utworu Hanny Krall i opowiadający o czasach wojny. „Daleko od okna” to film mroczny, ciężki i stawiający niełatwe pytania o człowieczeństwo w sytuacji ekstremalnej. Wojenne tło jest tutaj zaledwie zarysowane (granatowi policjanci, żołnierze), jest schowane za domem, jednak jej obecność jest namacalna, a zagrożenie denuncjacją jest realne. Niemal całość rozgrywa się w domu naszych bohaterów oraz w okolicy miasteczka, gdzie widać siłę niemieckiego narodu (w jednej ze scen Jan czyści krew po egzekucji), a każdy gest i niewypowiedziane słowo ma znaczenie. Odebranie dziecka w sytuacji ekstremalnej (była wojna, matka Żydówka, za ukrywanie której groziła śmierć) budzi pytania o kwestie moralne w czasach, gdzie najważniejsze było przetrwanie.

daleko_od_okna1

Niepokojąca atmosferę budują znakomite zdjęcia Arkadiusza Tomiaka – pełne mroku, gry światłocienia, a jedynym jasny elementem kolorystycznym są wspomnienia Reginy z dawnych czasów pełne mocnych kolorów, niemal malarskie oraz ujęcia nieba. Również oszczędna scenografia robi dobre wrażenie, a muzyka Michała Lorenca współgra z ekranowymi wydarzeniami. Także bardzo naturalne dialogi, budują autentyzm całej historii, bez fałszu, zadęcia i patosu.

daleko_od_okna3

Ale to wszystko by się nie udało, gdyby nie bardzo dobre aktorstwo, co zawsze było mocnym atutem filmów Kolskiego. Zarówno Dorota Landowska jak i Bartosz Opania świetnie odnajdują się jako młode małżeństwo, nie mogące mieć dziecka. Ich postawa zmienia się pod wpływem wydarzeń – kobieta przejmuje tutaj inicjatywę i staje się matką, którą zawsze chciała być, on wycofuje się i zatraca się w pracy oraz alkoholu. Zaskoczeniem jest dla mnie Dominika Ostałowska, który poradziła sobie z rolą kruchej Reginy, której udaje się zachować godność w trudnych czasach, ale płaci za to cenę. I zdecydowanie najlepszy z całej obsady Krzysztof Pieczyński – pozornie cyniczny i bezwzględny granatowy policjant Jodła, jednak w tajemnicy kocha Barbarę i chce ją chronić. Emocjonalny czworokąt jest tutaj silnie poprowadzony, grany na półtonach i drobnych gestach oraz spojrzeniach.

Kolski pozbawiony swojego „Jańciolandu” okazuje się być twórcą zaskakującym. Czasami na minus (nieudany „Zabić bobra”), ale także na plus, co pokazuje ten film. Niezwykłe, opowiadające w sposób daleki od szablonów i zmuszający do myślenia – tak się powinno robić kino.

8/10

Radosław Ostrowski

Dzika droga

Dlaczego ludzie decydują się na wędrówki? Odpowiedzi zawsze jest więcej niż jedna – ciekawość świata, pokuta, emigracja, refleksja nad sobą. Co skłoniła do wyprawy z granicy USA-Meksyk do Kanady zwany – Pacific Crest Trail? No właśnie, o tej prawdziwej historii postanowił opowiedzieć kanadyjski reżyser Jean-Marc Vallee.

dzika_droga1

Twórca oscarowego hitu z zeszłego roku, czyli „Witaj w klubie” i tak jak w poprzednim filmie opowiada prawdziwą historię. Jednak robi to w troszkę inny sposób niż zwykle, gdyż akcja przebiega dwutorowo. Pierwszy tor to obecna wędrówka, gdzie słyszymy jej myśli (wewnętrzny monolog), jak poznaje innych ludzi, mierząc się z przyrodą, niewygodnymi butami, źle kupionym paliwem itp. Drugi tor z kolei to moment przed wyprawą, gdzie poznajemy jej dotychczasowe życie – silna relację z matką oraz jej śmierć, rozpad małżeństwa, narkotyki. Czasami te retrospekcje pojawiają się na kilka sekund, by potem powrócić jako fragment większej całości (są one mocniejsze kolorami oraz agresywniejszym montażem). I to akurat były najciekawsze fragmenty tego filmu, gdyż motywacja tej bohaterki była rzeczą, która trzymała mnie w największym zainteresowaniu. Sama wędrówka była ubarwiona i ładnymi plenerami (góry, lasy – piękne, ale tez bardzo stonowane), ale też niepozbawiona refleksji. Jednak jest to robione w sposób nienachalny, uniwersalny i dość lekki, co jest zasługą humoru oraz scenariusza Nicka Hornby’ego. Wszystko jest tutaj wyważone, bezpretensjonalne oraz uczciwie podchodzące do sprawy, serwując tez emocje (świetnie dobra muzyka, gdzie pojawia się m.in. Bruce Springsteen czy Simon & Garfunkel).

dzika_droga2

Ten film nie udałby się, gdyby nie naprawdę świetna Reese Witherspoon. Nie tylko udźwignęła rolę kobiety jednocześnie zdeterminowanej i delikatnej kobiety, dla której wyprawa staje się szansą na pozbieranie się do kupy (zasłużona nominacja do Oscara), lecz także wyprodukowała film. Świadczy to bardzo o jej dojrzałości oraz szukaniu nowych możliwości, które zostały tutaj w pełni wykorzystane. Reszta aktorów to w zasadzie mniejsze lub większe epizody, z który wyróżnia się solidna Laura Dern (matka Bobby), ciepły Thomas Sadoski (były mąż) oraz rozbrajający Mo McRae (dziennikarz Jimmy Carter).

dzika_droga3

Co ja będę dużo opowiadał – „Dzika dobra” jest dobrym i porządnie zrobionym filmem, który da wielu osobom do rozważań. Kameralne, wyciszone, ale emocjonalne i intrygujące. Vallee zamiast atakować i iść w hollywoodzką komerchę po prostu robi swoje i za to go szanuję.

7/10

Radosław Ostrowski

Zbliżenia

Marta jest młodą artystką rzeźbiarka, która mieszka razem z mamą, od której nie potrafi się uwolnić. W końcu pojawia się pewien chłopak, z którym pisze przez internet. Ale okazuje się, ze pomagał mu w tym kolega – Jacek. Młodzi się zakochują w sobie i biorą ślub, ale problemem staje się matka – zaborcza i dominująca nad jej życiem.

zblizenia1

Magdalena Piekorz po debiutanckich „Pręgach” zacieśniła współpracę z pisarzem Wojciechem Kuczokiem i próbuje kolejny raz opowiedzieć o toksycznej relacji rodzica i dorosłego dziecka. Jednak zamiast ojca i syna, mamy matkę i córkę. Problem w tym, ze całość jest pretensjonalna i angażująca na poziomie telenoweli. Brak emocji, pełen zbędnego symbolizmu (martwe ryby na plaży) oraz klisz (histeryczny atak podczas obiadu, przeszłość skryta barwnymi kolorami), które zwyczajnie nie działają. Poważne dialogi, z wplecionymi banałami wywołały we mnie efekt znużenia, które nie była w stanie zakryć pojawiająca się (na krótko) golizna i erotyka. Piekorz opowiada tą historię tak beznamiętnie i mechanicznie, że aż szkoda o tym gadać.

zblizenia2

Nawet całkiem nieźli aktorzy nie byli w stanie zbudować wyrazistych postaci, ciągle miotając się ze sobą na ekranie. Najbardziej wiarygodna była Ewa Wiśniewska jako pasywno-agresywna matka, która tak boi się samotności, ze chce związać młodych ludzi na wszelkie sposoby. Joanna Orleańska z Łukaszem Simlatem duszą się i nie do końca są w stanie wybronić swoje postacie – w czym przeszkadza dość manieryczna gra.

zblizenia3

Piekorz z Kuczokiem mierzą wysoko, ale mam już wrażenie, że oboje wypalili się w tego typu psychologicznym kinie. Całość jest zbyt poważna, ciężkostrawna i po prostu nudna. Przydałoby się jakieś odświeżenie formuły albo zmiana otoczenia, bo przy bliższej znajomości widać pustkę.

5/10

Radosław Ostrowski

Klub dla wybrańców

Elity, ach te elity. Ludzie światli, inteligentni i mający spore wpływy – znajomości i finanse. Gdzie można spotkać takich ludzi, poza środowiskiem politycznym, ekonomicznym i społecznym? Oczywiście, na wyższych uczelniach takich jak Cambridge, Oxford czy Uniwersytet Warszawski 😉 Z tym ostatnim może przesadziłem, ale jaki kraj taka elita. Wróćmy do Oksfordu – właśnie tam spotykamy dwóch chłopaków, Alistaira Ryle’a oraz Milesa Richardsa. Obydwaj panowie zostają członkami elitarnego The Riot Club, który skupia najmądrzejszych i najodważniejszych studentów, a imprezy inicjacyjne przechodziły do legend.

riot_club1

Luźna historię tego klubu (naprawdę nie nazywał się Riot Club, tylko Bullington Club) postanowiła opowiedzieć duńska reżyserka Lone Scherfig, która po sukcesach w swoim kraju („Włoski dla początkujących”, „Wilbur chce się zabić”) przeniosła się do Wielkiej Brytanii. Na początku film możemy traktować jako historię hedonistycznych studentów, który postanawiają po raz ostatni zaszaleć. Wydaje się to całkiem niezłą komedię – etapy inicjacji mają w sobie coś z wygłupu (polanie się winem, odpowiadanie na pytania i popijanie alkoholu z… prezerwatywy), a humor jest dość rubaszny. Jednak niewinne zabawy i wygłupy mijają, gdy dochodzimy do punktu kulminacyjnego – kolacji w knajpie na obrzeżach miasta. Zazwyczaj takie imprezy kończyły się ostrą popijawą, demolką miejsca oraz seksem. Wtedy widzimy prawdziwą twarz chłopaków – ludzi uważających się za bezkarnych i myślących, że za pieniądze można wszystko załatwić (nieudana próba zamówienia prostytutki) oraz gardzący ludźmi z niższej pozycji społecznej. Alkohol się leje, hamulce puszczają i wtedy zdaje się poważny test dojrzałości. Problem w tym, ze wnioski serwowane przez panią reżyser (elita jest moralnie zdegenerowana, wszystko można załatwić za forsę) nie jest dla mnie niczym nowym, jednak w kulminacji emocje są tak mocne, że nie da się przejść obojętnie.

riot_club2

Ale „Klub…” potrafi skupić uwagę dzięki świetnym, młodym aktorom. Najbardziej błyszczą grający na kontraście Sam Claflin (Alistair) oraz Max Irons (Miles). Obydwaj są zafascynowani klubem Riota, jednak mocno się różnią. Ten pierwszy niemal całkowicie się angażuje, idąc po bandzie, o tyle ten drugi ma dość silny kręgosłup moralny, poddany testowi. Obydwaj płacą za to swoją cenę. Właściwie każdy członek klubu stanowi barwną postać (z wybornym Freddie Foxem jako prezesem), z którą na początku możemy sympatyzować, ale ta sympatia trwa do czasu. Kontrastem dla nich są panie, które jako jedyne stają się postaciami z wyraźnymi zasadami (tu błyszczy Holliday Granger jako Lauren, dziewczyna Milesa).

riot_club3

Nie brakuje tutaj cierpkiego oraz ironicznego humoru, jednak „Klub…” to mocny dramat z dość przewrotnym finałem. Udana obserwacja współczesnych elit, chociaż tylko brytyjskich. A może się mylę?

7/10

Radosław Ostrowski

Serce, serduszko

Jesteśmy na Bieszczadach w bidulu, gdzie trafia wyglądająca jak kosmitka Kordula, by podjąć tam pracę. I to właśnie tam poznaje Maszeńkę – młoda dziewczynkę, która marzy o zostaniu baletnicą. Wskutek dość niefortunnego zbiegu okoliczności, obie panie uciekają i wyruszają na egzamin do Gdyni. W ślad za nimi rusza policja oraz ojciec dziewczynki, który jest nałogowym alkoholikiem.

serce_serduszko2

Jan Jakub Kolski ostatnio próbował pójść w kino gatunkowe, jednak „Zabić bobra” było porażką. Jego nowe kino jest produkcją familijną oraz kinem drogi, w którym zdarzy się wszystko, z czego znamy tego typu produkcje – podróż staje się okazją do weryfikacji swojego życia, relacja ulega dynamice i dojdzie po poważnych zmian. Wydaje się to tak kliszowe, że już bardziej się nie da? Jednak reżyser nie unika schematów, jednak stara się je ubarwić i unika jak ognia jednoznaczności oraz prostych odpowiedzi. W dodatku łagodzi to bardzo ciepłym humorem (rysowane wstawki Maszeńki – proste i kolorowe, ale rozbrajające), barwnymi ujęciami okolicy oraz barwnymi postaciami drugoplanowymi, dzięki czemu film ogląda się całkiem nieźle. Może zakończenie wielu może odstraszyć (piosenka finałowa), jednak to jest jedyna poważna wada, a kilka pomysłów pozytywnie zaskakuje (taneczny pojedynek Maszeńki z chłopakiem breakdancerem – nieźle zmontowane).

serce_serduszko1

Kolski nie tylko zgrabnie bawi się konwencją, ale tez aktorzy wczuli się w swoje postacie. Świetnie wypadła Julia Kijowska – Kordula w jej wykonaniu to buntowniczka, nie potrafiąca nigdzie zagrać miejsca na dłużej. W dodatku lubi tatuaże i słucha metalu, ale o wszystko jest maską, pod którą ukrywa się wrażliwa i samotna kobieta. Swój wizerunek przełamuje też Marcin Dorociński w roli ojca Maszeńki, alkoholika i jest wiarygodny. Podobną niespodzianka jest Borys Szyc, który przypomina się z dobrej strony jako… ksiądz, który jest otwarty wobec swoich parafian wykorzystując nowoczesne wynalazki (jego nawijka na videoblogu – perełka) i jest obdziergany Matkami Boskimi na swoim ciele. Jednak wszyscy oni bledną wobec debiutującej Marysi Blendzi grającej typową postać dla Kolskiego – nadwrażliwą istotę, która widzi więcej niż reszta i jest dojrzalsza od wszystkich. Naturalna, szczera i urocza, kradnie ten film. Jeśli będzie chciała iść dalej ta drogą, to będę czekał na jej następne role.

serce_serduszko3

Jan Jakub Kolski powoli wraca do dobrej formy i mam nadzieję, że następny film będzie lepszy od „Serca, serduszka”. To pogodne, łagodne i ciepłe kino – może i nie zaskakuje, ale po nim poczułem się lepiej. A to i tak sporo.

serce_serduszko4

6,5/10

Radosław Ostrowski

Ugryź mnie!

Poznajcie Linę i Lazara – jak można domyślić się po imionach, to chłopak i dziewczyna. Kiedyś byli ze sobą, ale trzy lata temu chłopak wyjechał z kraju. Kiedy umiera jego ojciec, wraca do domu i powoli zaczyna odradzać się uczucie między nimi.

Kino europejskie pozostaje dla mnie w sporej części łamigłówką. Głównie obracałem się w Polsce, Francji (czasami) i Wielkiej Brytanii. Tym razem trafiłem na film z Serbii, niejakiej Miny Djukić. Sam film ma być opowieścią o odradzającej się miłości młodych ludzi, którzy wchodzą w dorosłość. Tylko, że tego po prostu nie widać. Bohaterowie są strasznie małomówni, a jak już rozmawiają to – za przeproszeniem – o husarze i dupie Maryni („-Czy masz z kim jeść… – Arbuza? Tak.”). Nie wiem, czy to było tak planowane, czy po prostu na planie panowała improwizacja, ale efekt jest zwyczajnie tragiczny. Sceny wspólnej wycieczki też jakoś nie kleją się ze sobą – jadą oni na swoich rowerkach kompletnie bez celu, bez planu. Celu możemy się tylko domyślać, w czym pomaga nam pojawiający się kilka razy narrator, którego wypowiedzi czynią film jeszcze bardziej pretensjonalnym i banalnym. Sama aura (pojawiająca się w kilku ładnych ujęciach) oraz interesująca ścieżka dźwiękowa to mało.

ugryz_mnie1

O aktorstwie mógłbym powiedzieć, gdyby w ogóle ono było. Bohaterowie są nieciekawi, dziecinni i irytujący (włam na wesel jeszcze przełknę, ale gra w łapki w aptece, po której ona decyduje się pojechać z nim?), a ich zachowanie jest irracjonalne. Aż zastanawiam się, co oni takiego w sobie widzieli 3 lata wcześniej? Nie mam pojęcia. Może to miało być ciekawe i nieszablonowe kino, tylko wywołało we mnie znużenie i irytację. Nieznośny film, który jest pusty w środku.

3/10

Radosław Osteowski