Sędzia

Henry Palmer jest piekielnie zdolnym i skutecznym adwokatem w Waszyngtonie. Jednak jego życie prywatne nie układa się – rozstaje się z żoną, z córką ma dość dobre układy. I wtedy dostaje wiadomość, że jego matka zmarła. Przyjeżdża do rodzinnego miasteczka na pogrzeb i chce jak najszybciej wyjechać z powodu niezbyt dobrych relacji z ojcem – miejscowym sędzią o nieposzlakowanej reputacji. Jednak w nocy sędzia wraca z uszkodzonym autem, a następnego dnia zostaje oskarżony o morderstwo. Henry chcąc nie chcąc zostaje jego obrońcą.

sedzia1

Dramat sądowy to gatunek niemal na wyginięciu – rozprawy przed sądem obecnie jakoś mało chętnie są kręcone w ostatnich latach, jednak to nie zraziło Davida Dobkina, dotychczas reżysera komedii, by się zmierzyć z tym gatunkiem. Ale tak naprawdę jest to dramat obyczajowy, gdzie proces służy rozwiązaniu relacji Hanka (Henry’ego) ze swoim ojcem. W dodatku twórcy sięgają po wszelkie możliwe klisze – dawno niewidziane miasteczko, spotkanie z dawną dziewczyną, braćmi mającymi problemy (jeden był obiecującym sportowcem, drugi jest upośledzony umysłowo), zaś wynik rozprawy jest łatwy do przewidzenia. Jednak mimo tej schematyczności i przewidywalności jest w stanie mnie przekonać do siebie. I to na wiele sposobów – humorem (bójka z redneckami), odrobiną sentymentalizmu (muzyka Thomasa Newmana), ale też szczerymi dialogami oraz naprawdę porządnym aktorstwem. Rozprawy ogląda się wnikliwie, a próba zabliźnienia starych ran, pretensji i rozczarowań przebiega uczciwie.

sedzia2

Jak mówiłem, aktorzy robią swoje. Robert Downey Jr. początkowo może wydawać się kopią Ajron Mena (to samo poczucie humoru, elegancki gajerek – brakuje tylko zbroi), ale radzi sobie dobrze o roli faceta, starającego się zyskać aprobatę swojego ojca. Jednak tak naprawdę szoł ukradł mu Robert Duvall w roli tatusia. Udaje się mu pokazać jego twardy charakter, przyzwoitość i szorstkość, a jednocześnie jak ważne są dla niego respekt, autorytet i reputacja. Jest to bardziej złożona postać niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Także drugi plan jest tutaj porządny (Vera Farmiga jako dawna dziewczyna, Vincent D’Onofrio i Jeremy Strong – bracia), może tylko Billy Bob Thornton jest zaledwie solidny w roli prokuratora (wydawałoby się, że powinien być bardziej upierdliwy i złowrogi). Ale i tak udaje się tym postaciom nadać życia, choć wydaja się dość schematyczne.

sedzia3

Dobkin wydaje się być typowym rzemieślnikiem, ale efekt okazał się zaskakująco solidny. Niby takich opowieści było tysiące, jednak duet dwóch Robertów (i nie tylko oni) uwiarygodniają całą fabułę, a reżyser pilnuje, by nic się nie zepsuło. Dla mnie niespodzianka.

7/10

Radosław Ostrowski

Motyl (Still Alice)

Choroba towarzyszy człowiekowi niemal od początku. Kino też interesuje się różnymi chorobami z jednej strony dlatego, że jest to bardzo interesujące i pozwala obserwować osoby inaczej odbierające rzeczywistość (choroba psychiczna) albo pomagają oswoić nam daną chorobę, zrozumieć ją. Myślę, że taki też cel przyświecał twórcom filmu „Still Alice” – Richardowi Glatzerowi oraz Washowi Westmorelandowi.

Poznajcie Alice Howland – jest doktorem wykładającym lingwistykę na Uniwersytecie Columbia, bardzo inteligentna kobieta w wieku średnim, lat 50 dokładnie. Mieszka z mężem (lekarzem i naukowcem), wychowała troje dzieci – można śmiało stwierdzić, że jest szczęśliwa i spełniona. Jednak zaczynają zdarzać się drobne problemy z pamięcią – zapominanie słów, zagubienie się w terenie. Pozornie wydaje się to czymś normalnym – przecież z wiekiem organizm słabnie. Jednak badania lekarskie u neurologa stawiają ostateczną diagnozę: Alzheimer we wczesnym stadium. Trzeba mówić coś więcej?

still_alice1

Wydaje się, ze ta choroba nie jest zbyt atrakcyjna dla filmu – jest mało „widowiskowa”, że się tak wyrażę. Zmiany następują w ludzkiej psychice, a nie w warstwie fizycznej. Tutaj mózg rozpada się wcześniej od reszty. Pytanie jak to pokazać na ekranie? Twórcy stawiają tutaj na prostotę realizacyjną – pomaga tutaj zarówno montaż działający niemal jak repeta, by pokazać pewne momenty zapominania (pojawiające się fragmenty starego filmu jako zamglone wspomnienia) oraz pokazanie w sposób niewyraźny wszystkiego poza samą bohaterką. Przy okazji choroba działa nie tylko na nasza Alice, która coraz bardziej staje się bezradna i nieporadna, ale też na jej najbliższych.okazuje się, ze jej odmiana Alzheimera jest genetyczna i jej dzieci mogą mieć to samo. Twórcy idą w delikatne subtelności, obyczajowe obserwacje oraz odrobinę czarnego humoru. Jak mówi sama Alice: „Wolałabym mieć raka. Nie czułabym takiego wstydu. Dla chorych na raka ludzie noszą różowe bransoletki, biegają w maratonach, zbierają datki, a ja nie czułabym się jak jakiś społeczny… zapomniałam słowa.” Na pewno twórcom udało się wiarygodnie przedstawić rozwój choroby, poczucie pewnej bezsilności oraz bezradności –  to powolne umieranie, gdzie jesteś tak naprawdę zależny od innych i zostajesz pozbawiona swojej osobowości, intelektu, nie mogąc zrobić nic.

still_alice2

Film też jest pamiętany głównie ze względu na nominowaną do Oscara kreację Julianne Moore. Bardzo lubię i cenię tą aktorkę, jednak jej nominacja jest dla mnie zastanawiająca. Czy to jest źle zagrane? Nie, ale sama rola nie wymagała jakiejś fizycznej metamorfozy, nie jest w żaden sposób efektowna czy dynamiczna. Z drugiej strony są kreacje, które nie są zbyt efektowne czy widowiskowe, ale miały siłę rażenia niemal atomowej bomby. Tutaj Moore radzi sobie dobrze i oddaje to, co powinna przeżywać osoba cierpiąca na ta chorobę – zagubienie, przygnębienie, bezradność. Nie mniej i więcej, jednak ma kilka mocnych momentów (przemowa dla Stowarzyszenia Osób Chorych na Alzheimera) i potrafi poruszyć. Ale chyba więcej mieli do przedstawienia jej partnerzy. Zarówno Alec Baldwin (oddany i starający się wesprzeć mąż), jak i kompletnie zaskakująca in plus Kristen Stewart (skłócona z matką córka Lydia) pokazują więcej i przykuwają moją uwagę bardziej.

still_alice3

Po obejrzeniu „Still Alice” przychodzą do głowy przymiotniki: smutny, ciężki, depresyjny. O happy endzie możecie zapomnieć, bo nie ma na to na razie lekarstwa. Na pewno będę  tym filmie przez jakiś czas myślał i parę scen będę pamiętał. Mam taką nadzieję.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Whiplash

Każdy człowiek ma jakieś plany, marzenia i ambicje. Dla niejakiego Andrew Neymana, lat 19, takim marzeniem jest bycie największym muzykiem swoich czasów. A że gra na perkusji, to sprawa jest dla niego bardzo ważna. W końcu dostaje szanse zagrania w swojej szkole muzycznej (Konserwatorium Schiffera) w zespole dyrygowanym przez charyzmatycznego Terrence’a Fletchera. Myślicie, że to będzie spacerek?

whiplash1

Damian Chazelle, lat 29 postanowił zadebiutować tym filmem na szerokie wody i wygrał festiwal w Sundance. Czyżby objawił się nowy talent? Na to wygląda. A efekt jest niemal mistrzowski.  Pozornie może wydawać się to kolejnym filmem o walczeniu ze swoimi ambicjami, przekonaniami oraz tym, że sam talent nie wystarczy, by osiągnąć perfekcję. Myślicie, że jazz polega tylko na improwizacji oraz popisywaniu się w bezsensownym waleniu po perkusji? Może i tak, ale to tylko część prawdy. Najważniejsza jest praca i poświęcenie, a żeby osiągnąć wielkość oraz potwierdzić swój talent wymagane jest tutaj przekroczenie swoich własnych barier. Jak? O tym jeszcze wam opowiem, ale skupmy się na samej konstrukcji.

whiplash2

„Whiplash” przypomina utwór muzyczny, co w przypadku filmów, gdzie muzyka gra główną rolę jest szalenie istotne. Wszystko jest niej podporządkowane – i nie chodzi tu tylko o fabułę, ale poszczególne sceny (ćwiczenia Andrew – zapętlone repety czy sam początek, gdy widzimy miasto, a ujęcia zmieniają się w rytm perkusji). Chazelle składa tutaj hołd wszystkim muzykom jazzowym, których warsztat robi tutaj piekielnie dobre wrażenie. Ale w tle ciągle wybrzmiewa ważkie pytanie – jaka jest cienka granica między determinacją i przełamaniem swoich barier a podcinaniem skrzydeł i wypaleniem? Gdzie kończy się pierwsze, a zaczyna to drugie? Tempo jest tutaj miejscami dynamiczne, a napięcie podczas gry oraz ćwiczeń większe niż we wszystkich akcyjniakach z Tomem Cruisem razem wziętych (zobaczcie sam finał).

whiplash3

To także jest to zasługa starcia dwóch osobowości na ekranie. Pierwsza to Miles Teller, czyli Andrew. Chłopak jest przekonany o swoim talencie i jest niemal w tym bezczelny. Nie wie jeszcze, ze będzie to wymagało większego wysiłku niż się może spodziewać (aż do niemal szpiku kości). Drugim jest tutaj J.K. Simmons zwany tutaj Fletcherem. Uczniowie traktują go niemal jak Boga, od którego słowa zależy być albo nie być. Jednak metody wyciągania ich talentu są dość zastanawiające. Prawdopodobnie muzyki uczył się u sierżanta Hartmana z „Full Metal Jacket” – silny wycisk, manipulacja, wyzwiska i bluzgi latające na prawo i lewo. Jak sam twierdzi: Nie ma bardziej krzywdzącego wyrażenia niż „dobra robota”. A relacja miedzy tą dwójka bardziej przypomina syndrom sztokholmski, co niemal uderza niż relację mistrz-uczeń.

Chciałbym powiedzieć reżyserowi, ze wykonał dobrą robotę, ale obawiam się, że mógłby przez to spocząć na laurach i sobie odpuścić. W końcu, jak podaje jeden z wycinków prasowych: Beztalencia grają w zespołach rockowych. Liczę, że następne filmy Chazelle’a będą równie dobre, a nawet lepsze od tego debiutu. Tak się powinno robić kino niezależne.

8/10

Radosław Ostrowski

Oszukana

Los Angeles, rok 1929. Christine Collins pracuje w firmie telefonicznej, gdzie nadzoruje połączenia i mieszka sama z synem Walterem. Pewnego dnia kobieta wraca do domu, ale jej syna już nie ma. zawiadamia policję i po kilku miesiącach zostaje odnaleziony jej syn – przynajmniej tak twierdzą policjanci. Bo matka go nie poznaje, a gliniarze nie chcą się przyznać do błędu.

oszukana1

Clint Eastwood tym razem postanowił opowiedzieć prawdziwą historie kobiety, która stała się symbolem walki ze skorumpowaną policją. W oparciu o akta sprawy stworzył mocny i poruszający dramat z intrygującym wątkiem kryminalnym. Ale jednocześnie pokazuje i piętnuje działania policji, która posuwa się do kneblowania ust, by nie przyznać się do błędu. W przypadku pani Collins takim kneblem był szpital psychiatryczny – a wcześniej przemoc i zastraszanie. Film mocno działa emocjonalne, także dzięki zdyscyplinowanej pracy Eastwooda, który stosuje oszczędną narrację i unika wszelkich pułapek oraz stosowania szantażu. Jak zawsze wydaje się, że jednostka w starciu z systemem jest bezsilna – chyba że takich jednostek jest więcej, to szansa się zwiększa.

oszukana2

Sama intryga kryminalna prowadzona jest swoim rytmem, jednak następuje przełom w sprawie, dzięki czemu wpadają na trop seryjnego zabójcy. Więcej nie zdradzę, bo wtedy można poczuć znużenie. Pewną wadą może być zbyt długie zakończenie oraz zbyt prosty podział postaci (dobra Collins, zła policja), jednak wszystko to ogląda się dobrze (świetne zdjęcia, stylizowane na dawne lata), a reżyser potrafi zaangażować.

oszukana3

Jednak ten świat zostaje ożywiony przez świetnych aktorów. Pozytywnie zaskakuje Angelina Jolie w roli zagubionej i bezsilnej matki. Są pewne sceny na granicy przerysowania, jednak Jolie nie przekracza tej granicy i jest bardzo wiarygodna. Silna, niezależna kobieta w tych czasach była rzadkością, a sceny w psychiatryku pokazują jej charakter mocno. Partneruje jej obsadzony nietypowo John Malkovich w roli pastora Gustav Brigleb, który piętnuje policyjne przekręty i nieuczciwości. Jednak nie jest tylko głosem sumienia, ale walczy także czynami. Dawno aktor nie grał takiej pozytywnej postaci. Poza nimi są tutaj antypatyczny Jeffrey Donovan (kapitan Jones – gnida, nie policjant), trzymający fason Michael Kelly (detektyw Ybarra) oraz tajemniczy Jason Butler Harner (Gordon Northcott).

oszukana4

„Oszukana” to mieszanka dramatu, kryminału i jednocześnie akt oskarżenia wobec niesprawiedliwości oraz braku dobrej woli. Wszystko zrobione w sposób uczciwy i bez oszukiwania, ani pójścia na łatwiznę. Film potwierdza dobrą dyspozycję Eastwooda.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda

Za wszelką cenę

Frankie Dunn to starszy pan, który posiada własną salę bokserską i trenuje młodych fighterów na przyszłych mistrzów. Mówi niewiele, doradza dobrze, ale boi się zaryzykować. I do właśnie do niego przychodzi niemłoda dziewczyna Maggie Fitzgerald, która nalega na to, by Frankie został jej trenerem. Pod wpływem swojego przyjaciela, Eddie’ego „Scrap-Iron” Dupuis, mężczyzna postanawia zostać jej trenerem oraz menadżerem.

za_wszelka_cene1

 

Tak naprawdę ten film miał być debiutem Paula Haggisa, który także napisał scenariusz i miał pomysł na obsadę. Chciał obsadzić Clinta Eastwooda, ale ten powiedział, że zagra pod jednym warunkiem – że wyreżyseruje ten film, tak też się stało. Z filmami o boksie jest tak, że zazwyczaj najważniejsze jest to, co się dzieje na ringu (efektownie sfilmowane walki), a to, co poza nim wydaje się drobiazgiem, niemal dodatkiem. Ale coraz bardziej widac jest pewne odwrócenie tych proporcji, gdzie najważniejsze staje się to, co jest poza ringiem. A co tam jest? Nieustanna i ciągła walka. O co? O godność, szacunek do siebie, o przebaczenie dawnych win. Eastwood tworzy bardziej dramat obyczajowy niż stricte bokserską opowieść. Utrzymana jest niemal w półmroku (wiele nocnych ujęć, z oszczędnym oświetleniem), tempem dość spokojnym, ale bez przesady oraz uważnymi refleksjami na temat boksu. Technicznie jest bardzo konserwatywna, niemal konwencjonalna, ale to pewien znak rozpoznawczy Brudnego Eastwooda. Nie przeszkadza mu to jednak grać na emocjach i pokazać kilka postaci, dla których nauka u Frankiego będzie istotna. Jedni nauczą się pokory (arogancki i pewny siebie Shawrelle), inni dostaną skrzydeł i przejrzą na oczy (niepozbawiony serca do walki Danger) – pozornie to film jakich wiele, co może sugerować także obecność narracji z offu (Eddie’ego). Jednak finał dosłownie wgniata w fotel i pozostaje w pamięci na długo (musicie to sami obejrzeć, więcej nie powiem).

za_wszelka_cene2

Sam film ociera się o arcydzieło, ale na to miano wnoszą go także aktorzy. Eastwood pozornie gra ten sam typ postaci, czyli małomównego, twardego mężczyznę. Jednak pod tą maską widać pewne cechy mniej spotykane w tych postaciach: troska, odpowiedzialność, a także strach i dawne winy, nie dające spokoju (pogorszone relacje z córką, która nie chce z nim mieć kontaktu). Także Morgan Freeman radzi sobie wybornie jako przyjaciel i podpora Frankiego, który ma wiele do opowiedzenia, obserwuje wiele, a jednocześnie będąc tłem zawłaszcza sobie ekran. Jednak tak naprawdę wszystko to sprowadza się do jeszcze jednej osoby – Hilary Swank. Maggie w jej wykonaniu to pozornie obojętna kobieta, dla której boks staje się pasją oraz sensem życia. Jej energia i determinacja wynikająca z bycia tą gorszą jest zrozumiała i bardzo wiarygodnie pokazana, a jej relacja z Frankie początkowo przypomina relację mistrz-uczeń, by potem ewoluować na poziom ojciec-córka. Upór, konsekwencja i pewna siła, której nie umiem  nazwać – dla mnie to kompletna rola, w pełni zasługująca na Oscara. Reszta aktorów, prezentuje przynajmniej dobry poziom, nie odwracając uwagi od tego trójkąta.

za_wszelka_cene3

Pamiętam jak ten film obejrzałem po raz pierwszy i poruszył mną całkowicie. W tej kwestii nic się nie zmieniło, a widok widowni krzyczącej podczas walki „Mo Cuishle” pozostanie mi w pamięci do samego końca. Podobnie jak ostatni dylemat moralny. Tak się robi po prostu wielkie kino. Następne filmy Eastwooda już nie były w stanie osiągnąć tego pułapu, co nie znaczyło, ze były one nieudane. Ale o tym opowiem innym razem.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda

Doskonały świat

Jest rok 1963, do Dallas ma przyjechać prezydent JFK. W tym samym czasie z więzienie ucieka dwóch ludzi – złodziejaszek Butch Haynes oraz psychopatyczny morderca Terry Pugh. Po drodze porywają 7-letniego Phillipa, a Butch zabija wspólnika. Między dzieckiem a mężczyzna tworzy się więź. Tropem zbiega wyrusza Strażnik Teksasu (nie, nie mylić z Chuckiem Norrisem) Red Garnett.

doskonaly_swiat1

Clint Eastwood postanowił nie spoczywać na laurach i rok po legendarnym „Bez przebaczenia” nakręcił kolejny film. Pozornie jest to film sensacyjny, ale tak naprawdę jest to obyczajowa historia o przyjaźni oraz inicjacji. Atmosfera przez większość czasu wydaje się lekka, niemal jak na wycieczce, ale o obławie przypominają sceny z Garrettem. Ale mimo tego całość sprawia wrażenie autentycznie poruszającego filmu z bardzo dramatycznym finałem, który nie kończy się do końca happy endem. Eastwood pewnie trzyma rękę na pulsie, nie brakuje tutaj zarówno scen przemocy, jednak nie są one pokazywane wprost (wyjątkiem jest to, co się dzieje u czarnoskórej rodziny), a wszystko to jest pozbawione naiwności i sentymentalizmu (może poza lekko rozciągniętą końcówką). Towarzyszą temu naprawdę piękne zdjęcia, trzymająca w napięciu muzyka oraz niepozbawiona dobrych dialogów oraz zabawnych sytuacji historia.

doskonaly_swiat2

Eastwood jednak nie byłby sobą, gdyby nie dobrał świetnych aktorów. Tym razem jednak na pierwszy plan wybija się Kevin Costner. Mówi się, że ten aktor nie wie, co to jest mimika twarzy, ale potrafi grać na emocjach, a Butch to tak naprawdę spoko facet. Gdyby nie jego kryminalna przeszłość, byłby naprawdę fajnym kolesiem. Inteligentny, niepozbawiony pewnego silnego kręgosłupa, ale potrafi się w nim obudzić psychol (po uderzeniu dziecka, grozi zabiciem ojca oraz knebluje usta całej rodzinie, a ojcu jeszcze związuje ręce). Razem z partnerującym mu T.J. Lowtherem tworzą zgrany duet, a chemia między nimi jest mocno silna. Sam Eastwood pojawia się na drugim planie jako tropiący gliniarz, jednak nie jest to emerytowana wersja Brudnego Harry’ego. To przede wszystkim facet unikający przemocy i używający przede wszystkim mózgiem oraz doświadczeniem. Podobnie działa Laura Dern jako psycholog Sally Gerber.

doskonaly_swiat3

Eastwood znów chwyta za gardło i utrzymuje swoją wielką formę. Może nie jest to Az tak wielki film jak „Bez przebaczenia”, ale to i tak bardzo dobre kino. Niepozbawione emocji, empatii oraz pewnej pozytywnej energii.

8/10

Radosław Ostrowski

doskonaly_swiat4

nadrabiam_Eastwooda

Mapy gwiazd

Hollywood – zapraszam was na wycieczkę po tej części Hollywood, gdzie rządzi blichtr i bogactwo. Nasza przewodniczką po tym świecie będzie niejaka Agatha Weiss. Jej ojciec jest znanym psychiatrą, matka agentką, a jej brat dziecięcym aktorem oraz gwiazdą. Sama dziewczyna ma ślady po poparzeniach z powodu pożaru, którego dokonała kilka lat wcześniej. Teraz pojawia się w Hollywood, gdzie podejmuje pracę u Havany Segrand.

mapy_gwiazd1

David Cronenberg jest jednym z najbardziej chorych reżyserów, który przedstawia zazwyczaj swoje pokręcone wizje. Tym razem postanowił zrobić satyrę na Hollywood, jednak zrobił to po swojemu. Narkotyki, duchy przeszłości (dosłownie), obsesje, seks, cielesność i żądza sławy – tutaj Cronenberg idzie miejscami mocno po bandzie, próbując działać na psychikę człowieka. Mozaikowa konstrukcja przypominająca filmy Roberta Altmana (brak jednego głównego bohatera), gdzie losy kilku postaci przeplatają się ze sobą. Reżyser próbuje wsadzić szpile producentom (Harvey – wiesz o kim mówię), celebrytom (dzieciarnia) i przebrzmiałym gwiazdom, żyjącym w cieniu swoich sławnych rodziców. Wszyscy są tutaj zombiakami, którym bardziej zależy na sławie, popularności, pozostawiając za sobą wielką moralną degrengoladę. Wszystko to bardziej pachnie psychodelicznym klimatem Lyncha (podkreślanym przez orientalną muzykę Howarda Shore’a), a reżyser przygląda się swoim żałosnym i pozbawionym hamulców bohaterów niczym insektom pod mikroskopem. Tylko dlaczego oglądałem to wszystko z taką obojętnością? Być może z powodu niemal totalnego przerysowania świata Hollywood, z niemal groteskowymi bohaterami, którzy wywołują jedynie obrzydzenie i antypatię.

mapy_gwiazd2

Każdy tu kogoś gra i udaje – widać to na przykładzie rodziny Weissów. Rodzice (niezły John Cusack i znerwicowana Olivia Williams) popełnili kazirodztwo, nie wiedząc o tym i zależy im bardziej na swojej reputacji oraz by mroczne tajemnice pozostały w szafie. Tak jak Agatha (intrygująca Mia Wasiowska), która wydaje się być wyleczona, jednak objawia w sobie psychiczne odchyły (finał). Ale tak naprawdę aktorsko błyszczy tutaj jedna osoba – wyborna Julianne Moore. Havana jest totalną mimozą, która nie potrafi się wyrwać z cienia swojej tragicznie zmarłej matki, ale jest chyba najbardziej nieobliczalną postacią, znającą reguły szołbiznesu. I chyba tylko ona była w stanie wywołać odrobinę współczucia.

mapy_gwiazd3

Gdyby „Mapa gwiazd” pozostał tylko satyrą, mogła być mocnym filmem wsadzającym kij w mrowisko. Jednak jako dramat opisujący dysfunkcyjną rodzinę po prostu jest zbyt przerysowany. Zbyt porąbany i mocno zobojętniający. Widać Cronenberg nadal nie będzie moim ulubionym reżyserem.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Kalwaria

James Lavelle jest prostym księdzem, który od lat pracuje w parafii. Prowadzi dość spokojny i stabilny tryb życia, jednak podczas spowiedzi ktoś grozi mu śmiercią. Ksiądz domyśla się kto życzy mu śmierci, jednak nie decyduje się bronić czy uciekać. Ma tydzień do dnia egzekucji.

calvary1

John Michael McDonaugh jest młodszym bratem pokręconego Martina odpowiedzialnego m.in. za „In Bruges”. Po świetnie przyjętym debiucie jakim był „Gliniarz”, tym razem twórca mierzy wyżej, próbując zmieszać dramat religijny z thrillerem. I trzeba przyznać, że ta kombinacja jest całkiem intrygująca. Wątek kryminalny jest poniekąd przy okazji prowadzony, jednak tak naprawdę jest to odpowiedź o cierpieniu, rozrachunku z samym sobą oraz sensie wiary. Zapalnikiem jest tutaj kwestia pedofilii w Kościele, jednak mogło być nim wszystko. Klimat przypomina powieści Dostojewskiego, łagodzonego czarnym humorem, a małe irlandzkie miasteczko jest miejscem, które Bóg opuścił już dawno temu. Ducha zastąpił hedonizm, konsumpcja, seks, narkotyki, a Kościół osłabiony skandalami, żądzą pieniędzy  oraz aferami nie ma już tego posłuchu ani siły. I jak tu być autorytetem w świecie, gdzie nie jest się nikomu potrzebnym? I nie są w stanie tego zmienić piękne plenery (operator dokonuje pięknej roboty) ani ludzie, na poły groteskowi i bardziej dbający o swoje potrzeby (scena spalenia kościoła), mający swoją własną wiarę oraz problemy, z którymi nic nie zamierzają zrobić. I to wszystko daje do myślenia.

calvary2

Swoje robi też pierwszorzędne aktorstwo. Breendan Gleeson, który stał się ulubionym aktorem obojga braci McDonaugh jest bardzo dobry w roli księdza Lavelle’a – poczciwego i starającego się być porządnym facetem. Jego próby nawrócenia spotykają się z obojętnością, co czasami doprowadza go do zwątpienia (rozmowa z dziewczynką przerwana przez przyjazd ojca czy wyznanie złożone młodemu księdzu po pijaku), jednak nie poddaje się, ciągle walczy. Aktor bardzo uważnie buduje subtelności tej postaci – niepozbawionej mądrości, ale też niepozbawionej słabości, nie tylko do alkoholu. Poza nim towarzyszą mu równie wyborni Chris O’Dowd (narwany rzeźnik Jack), Kelly Reilly (wycofana córka księdza Fiona) oraz Aidan Gillen (cyniczny lekarz Frank).

calvary3

Nie brakuje tu religijnej symboliki czy poważniejszej treści, jednak „Calvary” nie jest nudnym, powolnym czy dziwacznym filmem. McDonaugh bardzo zgrabnie łączy różne gatunki, a jednocześnie daje wiele do myślenia, co jest naprawdę rzadką kombinacją. Takie rzeczy tylko w Irlandii.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Bliżej

W Londynie poznajemy czwórkę postaci, których losy się połącza i będą przeplatać. Dwoje Amerykanów i dwoje Anglików. Zaczyna się wszystko od wypadku – ona Alice wpada pod auto, on Dan odwozi ją do szpitala. Parę lat później Dan poznaję fotografkę Annę, która robi mu zdjęcia do okładki jego powieści. Potem mężczyzna „umawia” ja przez Internet z przystojnym lekarzem Larrym. I tak ten czworokąt będzie się zmieniał na przestrzeni lat.

blizej1

Mike Nichols wiele razy udowadniał, że analiza uczuć i emocji jest jego mocną stroną. Tym razem wsparł się sztuką teatralną Patricka Marbera, by opowiedzieć o ludziach miotających się i szukających tego, czego człowiek szuka od zawsze – miłości. A czymże jest ta miłość? Skażona kłamstwem, zdradą, zboczeniem, brakiem stałości, gdzie nasi bohaterowie gubią się, odbijając jak piłeczki we flipperze. W dodatku reżyser ciągle miesza chronologię – przesuwa akcję do przodu, by potem nagle się cofnąć (nie dając nam żadnych wskazówek), jednak nie wywołuje to żadnego chaosu. A gdzie w tym wszystkim jest prawda? Nikogo ona nie obchodzi, a kiedy w końcu ją dostają – wywołuje ona upokorzenie i ból. W to wszystko jeszcze zostają wplecione inteligentne dialogi i pozorny emocjonalnie chłód, który nadaje postaciom odrobiny tragicznego rysu. Dobitnie to słychać w będącej klamrą piosence Damiena Rice’a „Blower’s Daughter”. Jesteśmy brutalnymi świadkami upadku wszystkich tych ważnych wartości – miłości, lojalności, zaufania.

blizej2

W dodatku całość jest naprawdę dobrze poprowadzona przez aktorski kwartet. Dobrze poradziła sobie Julia Roberts i Jude Law. Ona wydaje się silna i twardą kobietą, która pozwala sobie na flirt w pracy, potem wychodzi za mąż, ale nadal nie przestaje kochać swojego kochanka. On jest niespełnionym pisarzem i wydaje się być człowiekiem, który chce wszystkiego, czyli niczego niczego konkretnego. Chwiejny i niezdecydowany. Ale szoł ukradła dwójka aktorów grająca bardziej złożone postacie, mianowicie znakomita Natalie Portman (striptizerka Alice) i wyborny Clive Owen (lekarz Larry). Ona jest najtrudniejsza do rozgryzienia – wydaje się niewinna, ale swoją niewinność straciła dawno i potrafi być bardziej wyrachowana i zimna niż niejeden facet. On wulgarny, niemal prymitywny, nawet w pracy szukający mocnych seksualnie doznań, ale nie ukrywający swojej natury. To ich sceny oraz dialogi wybrzmiewają najmocniej.

blizej3

Nichols przypomina dość brutalną prawdę, że wszystko potrafi być piękne, dopóki człowiek nie spotka drugiego człowieka. Wtedy nakładamy więcej masek niż aktorzy w teatrze i ciągle pojawia się jedno pytanie: dlaczego musimy sobie komplikować sprawy, które wydaja się proste i jasne. Sam nie wiem, a może nie chce tego wiedzieć?

blizej4

8/10

Radosław Ostrowski

Dowcip

Profesor Vivian Bearing jest wykładowcą akademickim specjalizującym się w barokowej poezji. Prowadziła dość spokojne życie, ale stan zdrowia pogarsza się. Trafia w końcu do szpitala, gdzie diagnoza zostaje postawiona szybko: zaawansowany rak jajników. Choć szansy na wyzdrowienie nie ma żadnych, otrzymuje ostrą chemioterapię.

dowcip1

Po wpadce, jaka był film „Z Księżyca spadłeś?” Mike Nichols postanowił odnaleźć swoją zgubioną formę podczas pracy dla telewizji. A że padło na HBO, efekt przerósł chyba największe oczekiwania. Sam film jest wykładem, pokazujący powolne umieranie, gdzie ani leki, ani terapia, ani nawet intelektualna próba przełknięcia tej sytuacji nie są w stanie pomóc. Sonety Jonna Donne’a, w których specjalizuje się nasza bohaterka dodają bardzo interesującej refleksji na temat śmierci, stanowiąc pewną wartość dodaną. W ślad za mocną treścią, która potrafi poruszyć i zmusić do refleksji, idzie niemal ascetyczna forma – bardzo stonowane przestrzenie szpitalne, retrospektywy mieszające się z pobytem w szpitalu (m.in. znakomita scena, gdy bohaterka wyobraża siebie na wykładzie, a wtedy przychodzi pielęgniarka zabrać ją na badania), równie stonowana muzyka będąca kompilacją dzieł klasycznych.

dowcip2

Przy okazji Nichols pokazuje stosunek lekarzy i badaczy wobec naszej pacjentki, traktując ją niemal jako królika doświadczalnego („wielki obchód”), niemal ignorując jej cierpienie i ból. Jedyną osoba, która próbuje nawiązać emocjonalny i bliższy kontakt jest pielęgniarka. Nic dziwnego, że film jest pokazywany w szkołach medycznych, by pokazać jak nie powinni zachowywać się lekarze.

dowcip3

Jednak największym atutem poza świetna reżyserią i bezbłędną warstwą techniczną (i scenariuszową) jest wybitna kreacja Emmy Thompson, która zwraca się niemal bezpośrednio do kamery, zwierzając się ze swoich obaw i lęków. Powoli dostrzegamy jak pewna siebie i twarda kobieta dokonuje ostatecznego bilansu, godząc się ze śmiercią, widać to w niemal każdym spojrzeniu, słowie. Pozostali aktorzy (m.in. Christopher Lloyd, Aurora MacDonald czy Jonathan Woodward) robią przy niej za tło, co potrafią zrobić tylko wielcy.

Tak udanego filmu Nichols nie zrobił chyba od czasów swojego debiutu. Mocne, inteligentne, ale także poruszające i refleksyjne kino. Co z tego, ze na mały ekran skierowany?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski