Fruitvale

Oscar Grant III był 22-letnim, czarnoskórym facetem, dla którego Sylwester 2008 roku miał być dniem sporych zmian. Jednak finał był tragiczny – razem z kumplami zostali zatrzymani za bójkę w metrze na stacji Fruitvale i został postrzelony. Niestety, zmarł w szpitalu. O jego ostatniej dobie opowiada film Ryana Cooglera.

fruitvale1

Paradokumentalna realizacja (surowa kolorystyka, kamera głównie z ręki) może się podobać i na pewno robi wrażenie. Tempo jest dość spokojne, bo to obyczajowe kino, jedynie finał mocniej trzyma za gardło. Cały chyba problem polega na tym, że reżyser chyba na siłę chcę wybielić swojego bohatera. Owszem, nie był święty – siedział w więzieniu, dilował prochami, bzykał się z innymi panienkami poza swoją żoną. Ale to jest pokazane jako przeszłość. Oscar stara się być w porządku i wyprostować swoje życie, być w porządku wobec swojej matki, żony i córki, które wielokrotnie okłamywał. Nowy Rok miał być nowym etapem, nowym rozdziałem, ale już nie zostanie on napisany. I te trochę wygładzone losy bohatera działają bardzo obojętnie, mimo próby łamania chronologii, choć aktorzy dwoją się i troją, by uwiarygodnić całą historię (i trzeba przyznać, że Michaelowi B. Jordanowi i Octavii Spencer – Oscar i jego matka – się to udaje), co nie wywołuje poczucia totalnego znużenia.

fruitvale2

Ale dobre aktorstwo i kilka niezłych dialogów to troszeczkę za mało, by uznać seans debiutanta za wielkie zwycięstwo. Niemniej życzę Cooglerowi powodzenia, gdyż mam wrażenie, że jeszcze nie raz usłyszymy o tym chłopaku.

6/10

Radosław Ostrowski

Czyż nie dobija się koni?

Rok 1932 nie był łatwy dla mieszkańców USA, gdyż ciągle trwał kryzys gospodarczy. I wtedy właśnie organizowano maratony taneczne, gdzie biedota mogła zawalczyć o spore pieniądze – 1500 dolarów. Tylko trzeba wytrzymać ponad 1200 godzin tańca non stop z przerwami na odpoczynek (10 minut co dwie godziny) i posiłek. Pytanie kto wygra ten wyścig, bo kandydatów jest wielu?

koni3

Niby kryzys był dawno temu, ale ciągle on powraca, wręcz rotacyjnie. Być może dlatego film Sydneya Pollacka z 1969 roku nie chce się zestarzeć pod względem refleksji na temat ludzi. Już sam początek zapowiada, że lekko nie będzie. Wejście młodego chłopaka Roberta, podczas którego poznajemy zasady maratonu skontrastowane są z przeplatającymi się ujęciami pokazującymi mężczyznę i dziecko goniącymi konia, który skręca nogę i zostaje zastrzelony. Już to wprowadza w nieprzyjemny nastrój, a dalej będzie już tylko gorzej. Dlaczego? Zamiast pięknego i poruszającego tańca, będziemy mieli ludzi idących na skraj swojej wytrzymałości, a nawet utraty zmysłów. Ale to akurat jest najmniejsza cena, gdyż jest nią utrata swojej godności oraz wartości tylko po to, by przetrwać. Najmocniej zmęczenie oraz walkę do upadłego widać w scenach wyścigu, gdzie pary muszą przez dziesięć minut biec, a trzy ostatnie pary upadają – dzięki szybkiemu montażowi oraz dynamicznej pracy kamery, pędzącej niemal za bohaterami. Innym elementem upokorzenia jest „zdobywanie” sponsorów dzięki pokazywaniu swoich talentów tanecznych czy wokalnych, za co widownia płaci rzucając monety na parkiet. Niczym tresowane małpki. Taniec staje się tutaj metaforą wyścigu szczurów, a wygrana okazuje się tylko złotą klatką i to boli najmocniej.

Reżyser poza mocnymi, doprowadzającymi wręcz do skraju wytrzymałości, scenami tańca, gdzie kobiety i mężczyźni zmieniają się w prawdziwe zombie, dodaje kilka mocnych dialogów, łamie zdarzenia wplatając sceny z Robertem oraz serwując bardzo brutalny finał. Wszyscy w tym wyścigu stracą złudzenia, szczęście, a nawet wiarę. I nawet skoczna muzyka okazuje się być tutaj złudzeniem, które nie uspokaja. Wszystko jest tutaj spektaklem, mającym na cele zabawienie bogatej widowni, by ją wzruszyć.

koni2

Ale to wszystko nie byłoby tak mocne, gdyby nie fantastyczne aktorstwo. Na temat Jane Fondy mogę powiedzieć wiele, ale na pewno ona kradnie ten film i zawłaszcza sobie każdą scenę jako zdesperowana i niespełniona aktorka Gloria, która ciągle przegrywa. Zmęczona życiem, za wszelką cenę próbuje zawalczyć o lepsze życie, ale nawet i ona będzie miała dość. Partnerujący jej Michael Serrezin (Robert) bardzo przekonująco sobie radzi jako młody, nie potrafiący się odnaleźć włóczęga, przypadkowo wplątany w całą zabawę. Pozostali bohaterowie drugoplanowi – z Suzannah York (wywyższająca się Alice) i Redem Buttonsem (doświadczony marynarz) na czele – również wypadają bardzo dobrze. Jednak tutaj najbardziej się wyróżnia fenomenalny Gig Young w roli mistrza ceremonii Rocky’ego. Prowodyr całego zamieszania rozkręca całą imprezę robiąc z niej wielki spektakl, a jego znakiem rozpoznawczym jest „Yauza! Yauza! Yauza!”. By uatrakcyjnić spektakl, jest w stanie posunąć się podstępu oraz nieczystych zagrywek (kradzież i zniszczenie sukienki, propozycja zawarcia publicznego małżeństwa), choć sam sprawia wrażenie zmęczonego tą cała zabawą, co nadaje mu tragicznego rysu tej postaci wiecznie uśmiechniętego klauna na scenie.

koni1

Pollack swoim filmem pokazał bezwzględność nie tylko reguł spektaklu, ale też życia w ogóle, gdzie trzeba być twardym albo zginiesz. Koń, gdy jest ciężko raniony, zostaje dobity strzałem, żeby więcej nie cierpiał. Jednak my ludzie preferujemy powolne umieranie, doprowadzające do stanu agonii. Co wy wtedy zrobicie? jaka jest wasza cena?

8/10

Radosław Ostrowski

Kamienie na szaniec

Książka Aleksandra Kamińskiego jest w zasadzie rzeczą, której nie należy przedstawiać – uczniowie powinni znać ją jako szkolną lekturę. Historia trzech harcerzy – Rudy, Alek i Zośka – działają podczas wojny w Szarych Szeregach. Kiedy jeden z nich zostaje schwytany przez Niemców, pozostali chcą go odbić, ale nie maja zezwolenia dowództwa. To tak w skrócie i w książce. Własną wersję wydarzeń postanowił zaserwować Robert Gliński – jeden z bardziej doświadczonych reżyserów średniego pokolenia.

I szczerze mówiąc, efekt jest dość porażający. Chociaż nie wiem, czy do końca o to chodziło. Sama historia jest mocno chaotyczny, choć nie brakuje tutaj nerwu i dynamiki (gazowanie kin, usuwanie flag), a brudna kolorystyka zdjęć potęguje dość realistyczny klimat, choć jest trochę przemycany humor (przysięga harcerzy w lesie, gdzie… patrol niemieckich żołnierzy zbierał jagody). Ale od momentu, kiedy to Rudy zostaje aresztowany, to mamy do czynienia z science-fiction. I nawet nie chodzi o sam przebieg akcji, ale raczej o wydarzenia dookoła. Padają oskarżenia, że AK świadomie sabotowało akcję, bojąc się większych ofiar, a nawet był w to wszystko zamieszany ojciec Zośki (wtf?), a dowódcy AK (major Kiwerski) to wręcz dyktatorzy, którzy żądają całkowitego posłuszeństwa i kompletnie zostawiają chłopaków samych ze sobą. Ja wiem, że intencją było odbrązowienie i demitologizacja, ale na litość boską, trzeba trzymać się faktów. I takie drobiazgi jak próba samobójcza Zośki, próba kupienia broni od Ślązaka czy seks to jest mały pikuś.

Paradoksalnie jednak ogląda się to całkiem nieźle, choć najlepsze były sceny szkolenia harcerzy w żołnierzy oraz przesłuchania Rudego na Szucha (brutalne i krwawe). I musze przyznać, że chłopaki grający główne role (czytaj: Rudego i Zoski, bo Alka zepchnięto do tła) radzą sobie naprawdę nieźle, zwłaszcza Tomek Ziętek jako Rudy – trochę łobuzerski, szarmancki. Natomiast o starszych aktorach mogę powiedzieć tylko, że byli i… mocno rozczarowali, zwłaszcza Andrzej Chyra jako Dyrektor, którego miałem ochotę rozszarpać. Ale i tak najlepszy był Wolfgang Boos jako sadystyczny Lange – kradł każda scenę i budził przerażenie od początku do końca.

kamienie5

Szczerze – „Kamienie” to na razie największe rozczarowanie tego roku. Gliński miał pomysł, ale problem jest jeden i istotny – to wszystko po prostu nie przekonuje. Odbrązowienie to jedno, ale uwiarygodnienie to jedno. To bardzo gorzka lekcja.

Radosław Ostrowski

Malena

Sycylia, rok 1941. Poznajcie Renato. Mieszka w Castelcuto, ma 12 lat i powoli zaczyna przechodzić okres dojrzewania, czyli powoli zaczyna myśleć o dziewczynach, a nawet kobietach. A zwłaszcza o jednej, której mąż wyruszył na wojnę. Imię jej Malena – niezwykle piękna kobieta, która budziła pożądanie u panów i zawiść u pań. Chłopiec krąży wokół niej jak cień i podgląda ją. Kiedy pojawia się wiadomość, że mąż zginął na wojnie, pojawia się pewni faceci na jej horyzoncie, co pewnym osobom może się nie spodobać.

malena1

Każdemu kinomanowi powinno mówić nazwisko Giuseppe Tornatore. Twórca kultowego „Kina Paradiso” dla mnie stał się znany dzięki swojemu ostatniemu dziełu – „Koneserowi” (świetny film), jednak tym razem cofa nas do czasów faszyzmu. Mamy tutaj piękne miasteczko (wspaniale sfotografowane przez Lajosa Koltaia) w kolorze palącego słońca. Upał jest tu ogromny, ale przyczyną jego nie jest słońce. Historia fascynacji młodego chłopca starszą kobietą to w zasadzie temat wykorzystywany przez filmowców od dłuższego czasu. Ta fascynacja coraz bardziej zaczyna przybierać na sile (obserwowanie jej jeżdżąc na rowerze, podglądanie nocą) i nie są w stanie tego powstrzymać ani modły, ani egzorcysta (serio?), nawet wizyta w burdelu nie jest w stanie wymazać Maleny z pamięci. Ona pojawia się w jego snach (czarno-białe, rozbrajające ujęcia, gdzie chłopiec m.in. jest Duce, kowbojem czy rzymskim gladiatorem), pięknie ubrana albo bez ubrania, coraz bardziej nakręcając jego żądzę.

malena2

A jak traktuje ją miasteczko? Z podziwem (panowie) i wrogością (panie), tylko że tak naprawdę każdy mieszkaniec wciskał ją do własnych wyobrażeń. Panowie chcieli ja tak naprawdę wykorzystać, była dla nich obiektem pragnień seksualnych – tak było z prawnikiem, pewnym oficerem, samą swoja urodą (bo strój raczej nie wywoływał zgorszenia, ale to kto ja nosił). I ta zawiść pozbawia ją najpierw finansów (proces o uwodzenie dentysty – żonatego), potem godności (upokarzająca sceny, gdy po pojawieniu się Amerykanów kobiety biją, kopią i… obcinają włosy – nie ma w słowniku ludzi kulturalnych określeń na tyle obelżywych, by określić tą grupę hipokrytek). Niby się to kończy happy endem, ale Włochy to nie Hollywood i dlatego czuć w tym pewien posmak goryczy.

malena3

Jest to też bardzo dobrze zagrane, jednak tak naprawdę mówiąc o tym filmie, przychodzi do głowy tylko jedna osoba: Monica Bellucci. Postrzegana z perspektywy nastolatka, wydaje się dla niego ideałem – czystym pięknem, które jest bardzo atrakcyjne, co kamera pokazuje kilkakrotnie. Choćby w scenie tańca ze zdjęciem swojego męża – tam kamera skupia się głównie na nogach i twarzy czy podczas spaceru po mieście. Ale tak naprawdę jest to bardzo samotna, pozbawiona prawdziwych przyjaciół persona. Chociaż nie widać tego na pierwszy rzut oka. Druga kluczową postacią jest Renato (uroczy Giuseppe Solfaro), który początkowo zauroczony kobietą staje się niemym świadkiem strasznych wydarzeń, ale jako jedyny zachowuje się w porządku (widać to w finale).

malena4

Tornatore okazuje się bardzo wnikliwym obserwatorem świata, gdzie ludzie skrywają swoje maski, a za wyróżnianie się z tłumu płaci się wysoką cenę. Ale jednocześnie pozostaje pewna nadzieja, że nie wszyscy ludzie są tacy zawistni i podli. Szkoda tylko, że ilość tego towaru jest mocno ograniczona. A poza tym, bardzo dobre, zmysłowe i piękne kino pokazujące, że nie tylko w Hollywood się robi interesujące rzeczy.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Anioł Śmierci

Rok 1960. Gdzieś w małym argentyńskim miasteczku mieszka rodzina częściowo niemiecka (matka), a po części argentyńska (ojciec i dzieci). I wtedy poznają pewnego niemieckiego lekarza, który prosi o pomoc, towarzyszy im w drodze. Dr Gregor zaczyna coraz bardziej zbliżać się do rodziny, zafascynowany ich córką Lilith, próbuje jej pomóc przy wzroście. Później wychodzi na jaw, że sympatyczny lekarz jest kimś zupełnie innym.

aniol_smierci1

Argentyńskie kino nie jest zbyt znane czy popularne w naszym kraju, jednak coraz bardziej jest w stanie przykuć uwagę całego świata. Lucia Puenzo tworzy tutaj naprawdę zaskakujące i bardzo mroczne kino, choć ten mrok nie wydaje się taki oczywisty. Zwłaszcza, że wszystko toczy się tutaj wokół dr Mengele. A tego człowieka przedstawiać nie trzeba – nazistowski lekarz, który przeprowadzał eksperymenty na dzieciach i zwierzętach, próbując stworzyć nadczłowieka. To także historia o osobie próbującej swojej tożsamości, mocno odstającej od reszty (czytaj: za niska). Perspektywa dziecka – niewinnego, za wszelką cenę pragnącej akceptacji ma nas na celu uspokoić, ale też zmusić do postawienia sobie kilku pytań na temat „banalności zła”, które nie rzuca się w oczy ani uszy. Postawę konformizmu najbardziej symbolizuje moment stworzenia fabryki idealnych lalek przez ojca dziewczynki według pomysłów Mengele. Tak triumfuje nazistowski ideał. Nie brakuje tutaj wątku szpiegowskiego (fotografka Nora – agentka wywiadu), jednak on ma znaczenie drugorzędne i robi za tło. Dla reżyserki najważniejsza jest tutaj psychologiczna gra nazistowskiego zbrodniarza z rodziną, która niczego nie świadoma staje się nowym obiektem badań.

aniol_smierci2

Wielu może znudzić spokojne tempo i pozorny brak akcji, ale reżyserka potrafi emocjonalnie mocno uderzyć. Jednak jest to zagrane naprawdę na wysokim poziomie. Znakomity jest Alex Brendemuhl w roli Mengele. Sprawia on wrażenie sympatycznego i zatroskanego człowieka, ale pod nią kryje się maska totalnego zobojętnienia maskującego udawaną empatię. Jego żądza wiedzy jest tutaj silniejsza i umie to tak ukrywać, że wielu z nas daje się zwieść. Drugą kluczową postacią jest Lilith (świetna Florencia Bado), która traktuje lekarza początkowo trochę nieufnie, ale zaczyna mu wierzyć na słowo. Tak bardzo jest zaślepiona potrzeba akceptacji przez rówieśników, że do samego końca nie orientuje się w zamiarach Mengele. Delikatna, niewinna i naiwna wobec otaczającej rzeczywistości. Za to kompletnym zaskoczeniem była Natalia Oreiro jako matka Lilith – nie wierzyłem w talent tej gwiazdki telenowel, a udało się stworzyć pełnokrwistą postać.

Niby w tym filmie nic się nie dzieje, akcja nie pędzi na złamanie karku, ale podskórnie czuć tutaj niepokój i napięcie. Mocne kino – naprawdę mocne.

7/10

Radosław Ostrowski

Noe: Wybrany przez Boga

Inspiracja Starym i Nowym Testamentem jest dla reżyserów bardzo ogromna i wielka. Jeśli bierze się za biblijną opowieść bardzo nieszablonowy reżyser, może powstać wszystko. Czegoś takiego podjął się Darren Aronofsky, który sięgnął po Noego – wiecie, tego kolesia co zbudował Arkę.

Reżyser po swojemu interpretuje biblijna opowieść dodając do nich upadłe anioły, które wyglądają jak kamienne golemy i pomagają ludziom (czytaj: Noemu i jego rodzinie), potomków Kaina, którzy podporządkowali sobie ziemię (są źli, tak źli, że za mięso oddają swoje żony i dzieci) oraz Noego, który ma wizję. Widzi w niej zagładę ludzkości i by do niej nie dopuścić, decyduje się zbudować Arkę i przenieść tam niewinne zwierzęta do nowego Edenu.

Noe1

I w zasadzie to tyle, ale Aronofsky nie byłby sobą, gdyby nie próbował przemycić poważniejszych treści. Bo tutaj Noe jako ślepo posłuszny Stwórcy (Bóg nie istnieje) powoli zaczyna się zmieniać w fanatyka, który uważa, że ludzkość skazana jest na zagładę. Tylko w ten sposób nie dojdzie do zbezczeszczenia Ziemi. Tylko czy do tego wszystkiego potrzeba było 120 mln dolców? Jak najbardziej. Bo jest tu kilka scen wizualnie zapierających dech (stworzenie świata, upadek aniołów czy wizje Noego), mimo surowej i stonowanej kolorystyki (znowu Matthew Libatique pokazuje klasę jako operator). Ale pytania o wiarę i jej sens przewijają się dość mocno, nie dając do końca jednoznacznej odpowiedzi. I w tym momencie „Noe” jest najciekawszy. Owszem, nie brakuje tutaj akcji (obrona Arki przez Noego i anioły), jednak one są dodatkiem do całości, nadając epickiego rozmachu – także sam potop wygląda imponująco. Aronofsky nie do końca jednak to wykorzystuje, co może wywołać pewne znużenie, parę scen można śmiało wyciąć (zbieranie jagód przez Matuzalema – panie Hopkins, wstydu oszczędź!), a miejscami wizualny przepych może doprowadzić do bólu oczu (inwazja ptaków), niemniej jest to interesująca propozycja.

Noe2

Ale najmocniejszym elementem nowego filmu Aronofsky’ego jest kapitalny Russell Crowe. Jeśli myślicie, że Noe to prawy i sprawiedliwy facet – jesteście w błędzie. Ma wizje (i twierdzi, że Stwórca coś do niego mówi), które stają się dla niego obsesją i czynią z niego fanatyka religijnego – ludzkość musi umrzeć, a jego synowie mają pozostać ostatnimi ludźmi na Ziemi. I to budzi w nim wewnętrzną wojnę miedzy posłuszeństwem wobec Boga (który wydaje się tutaj okrutnikiem) a szczęściem rodu swojego. Poza Russellem warto wyróżnić Raya Winstona jako bezwzględnego i twardego króla. Cała reszta, niestety robi tutaj za dekorację, a najbardziej szkoda tutaj Jennifer Connelly, czyli rozważnej żony Noego, która jest tutaj nadekspresyjna.

Noe3

Aronofsky postawił sobie trudne zadanie, ale wyszedł z niego z obronną ręką i pokazał, że nie ma dla niego zadań niewykonalnych. Ciekawe jak wypadnie jego kolejne przedsięwzięcie, które określono jako „Fargo” w kosmosie.

7/10

Radosław Ostrowski

Więzy krwi

Nowy Jork, rok 1974. W mieście żyje dwóch braci. Frank jest policjantem, który próbuje wrócić do swojej byłej dziewczyny, związanej z cynglem mafii. Chris wychodzi z więzienia po odsiadce i próbuje poukładać swoje życie, a jego była żona pracuje jako prostytutka i narkomanka. Frank próbuje pomóc bratu i załatwia mu pracę jako mechanik, gdzie poznaje tam Natalie, z którą wiążę pewną przyszłość. Ale zerwanie z przeszłością łatwe nie będzie, a więzy krwi braci będą wystawione na ciężką próbę.

wiezy_krwi1

Tradycja kryminału jest znana w wielu krajach od dawna. Amerykanie też byli mistrzami w swoim gatunku, zwłaszcza w latach 70. I to tej estetyki próbuje wrócić francuski aktor i reżyser Guillaume Canet, dla którego jest to pierwsza amerykańska produkcja. I jest to przede wszystkim bardzo kameralne i stonowane kino. Sama intryga kryminalna jest w zasadzie prowadzona przy okazji, stoi gdzieś w tle, a najważniejsze są relacje międzyludzkie – zawsze skomplikowane i pogmatwane, będące źródłem różnych spięć, konfliktów i moralnych dylematów. Te kameralne sceny, gdzie wnikliwie obserwuje ludzi są właśnie najciekawsze, aczkolwiek sceny akcji są naprawdę dobrze poprowadzone i pokazane, każdy szczegół jest istotny, realia lat 70. zachowane (kostiumy, samochody, muzyka), tempo jest bardzo spokojne, ale pnie brakuje tutaj emocji. Wszystko to przypomina stylem jednego amerykańskiego reżysera – Jamesa Greya, który też się skupiał na ludziach. Ale to spokojne tempo jest rekompensowane przez naprawdę mocnym finałem, jednak więcej nie powiem więcej.

wiezy_krwi2

A jeśli chodzi o obsadę, to jest ona naprawdę gwiazdorska i w dodatku naprawdę bardzo dobrze poprowadzone. Świetnie sobie radzą Clive Owen i Billy Crudup, czyli dwaj bracia będący po obu stronach barykady, którzy czasami potrafią powiedzieć więcej niż to robią. Widać, że jeden dla drugiego zrobiłby wszystko, choć dzieli ich naprawdę wszystko. Widać to w każdym geście i spojrzeniu, wręcz namacalne. Panie także odgrywają tutaj istotne role – czasami potrafią być ostre i bezwzględne (Monica, czyli Marion Cotillard – walczące o swoją godność, świadoma swojej wartości), inne są zmęczone życiem (taka jest Vanessa Zoe Saldany), po przejściach, szukające normalności (zaskakująca Mila Kunis). Poza nimi jeszcze na drugim planie jest niezawodny James Caan (ojciec braci), który dominuje każdą scenę.

wiezy_krwi3

Może nie jest to film, będący na takim gangsterskim poziomie jak „Życie Carlita” czy „Donnie Brasco”, może nie jest on efekciarską rozwałką, ale ogląda się to naprawdę dobrze, a każdy detal jest istotny i rozkręca się z każdą minutą. Porządna robota i czekamy na więcej.

7/10

Radosław Ostrowski

Stań przy mnie

Jest rok 1959. W wakacje w małym miasteczku Castle Rock trwają poszukiwania zaginionego 12-letniego chłopaka Raya Browera. Na własną rękę poszukiwania zaczyna czwórka dzieciaków: Gordie, Teddy, Chris i Vern. Ten ostatni przypadkowo usłyszał o tym, jak jego brat (członek gangu niejakiego Ace’a) przypadkowo odnalazł ciało chłopaka, jednak jechali skradzionym autem i nie chcieli tego zgłosić. Więc dwie grupy śpieszą się ze znalezieniem zwłok i zdobycia sławy.

stand_by_me1

To jedna z bardziej znanych adaptacji Stephena Kinga. Wielu reżyserów mierzyło się z jego utworami jak David Cronenberg, Frank Darabont czy John Carpenter, a jednym z lepszych adaptatorów był Rob Reiner, co pokazał już w „Misery”. Ale cztery lata wcześniej Reiner przeniósł opowiadanie „Ciało”, tworząc dość zaskakujący i nietypowy film. Nie był to rasowy horror, tylko bardziej obyczajowa historia o pierwszej przyjaźni oraz przyśpieszonej dojrzałości. Chłopcy na początku chcą zyskać sławę, ale powoli zaczynamy odkrywać ich lęki i przeżycia – brak akceptacji od strony rodziców, wykluczenie, samotność. Tempo jest dość spokojne, dużo jest rozmów i narracji z offu (opowiada to wszystko dorosły już Gordie), a kilka momentów naprawdę trzyma w napięciu (ucieczka przez pędzącym pociągiem czy finałowa konfrontacja). Szukanie ciała staje się inicjacją, a całość okraszona jest naprawdę ładnymi zdjęciami oraz piękną muzyką (klamrą jest instrumentalna wersja „Stand By Me”). Można się czepiać, że film jest dość krótki, zbyt familijny i że można było jeszcze mocniej pokazać, ale to wszystko wydaje się nieistotne, bo jest to bardzo interesujące i przyjemne kino.

stand_by_me2

W dodatku całość jest świetnie zagrana, zwłaszcza przez aktorów dziecięcych, co w przypadku Stanów Zjednoczonych jest standardem. Każdy z dzieciaków jest nakreślony bardzo wyraźnie: żyjący w cieniu zmarłego brata Gordie (Will Wheaton), naznaczony piętnem złodzieja obrotny Chris (River Phoenix), narwany i lekko postrzelony Teddy (Corey Feldman) oraz mający nadwagę tchórzliwy Vern (Jerry O’Connell). Z pozostałych aktorów najbardziej wyróżnia się Kiefer Sutherland jako silny przywódca gangu Ace – typowy paskudny typek.

Trzeba przyznać, że Reiner ma dobrą rękę do utworów Stephena Kinga, co jest wystarczającą rekomendacją, by poznać „Stań przy mnie”. To bardzo ciepłe, odrobinę nostalgiczne kino pozwalające przypomnieć albo pomarzyć sobie o takim dzieciństwie i takich kumplach, których ma się tylko w wieku 12 lat.

7/10

Radosław Ostrowski

Droga do zapomnienia

Poznajcie Erica Lomaxa – faceta, który kocha kolej i jest jej wielkim pasjonatą. Wreszcie w jego życiu pojawia się kobieta poznana w pociągu, z którą bierze ślub. Wydawałoby się, że będą żyli długo i szczęśliwie. Błąd, gdyż mężczyzna zaczyna się coraz bardziej zamykać, dostaje ataków lekowych, traci kontakt z rzeczywistością. Żona próbuje się dowiedzieć o klubie weterana, który zrzesza byłych żołnierzy brytyjskich z czasów Ii wojny. Kobieta dowiaduje się, że jej mąż był jeńcem w japońskim obozie podczas wojny, gdzie przeżył piekło. Czy jest szansa wyrwania się przeszłości? Pewnym cieniem wydaje się wieść, że były oprawca przeżył.

Gdy ktoś nadal próbuje opowiedzieć coś o II wojnie światowej, wydaje mi się to zadaniem bardzo karkołomnym, wręcz próbą szybkiego zarobienia pieniędzy, nawet jeśli historia wydarzyła się naprawdę. Film Jonathana Teplitzky’ego przedstawia taką prawdziwą historię człowieka naznaczonego wojną. Dobrym pomysłem jest przeplatanka rzeczywistości ze scenami z czasów wojny, gdzie śledzimy losy Lomaxa – zbudowanie radia, schwytanie, tortury, bicie, próba złamania go. Te fragmenty są naprawdę mocne, mimo że takich ujęć widzieliśmy w ostatnim czasie mnóstwo. I zawsze pojawia się pytanie: jak można żyć dalej po czymś takim? Będąc zniszczonym psychicznie? Jak się okazuje, to działa w dwie strony. Zemsta tutaj ma wymiar symboliczny, choć nie jesteśmy tego pewni na początku. W momencie „kontaktu” po latach, byłem przekonany, że skończy się to dość gwałtownie i brutalnie (po cichu na to nawet liczyłem).

Problem z tym tytułem jest jeden: przewidywalny i trochę mało angażujący emocjonalnie, choć zarówno warstwa techniczna jest naprawdę solidna, a aktorzy dają z siebie naprawdę wiele (zwłaszcza Colin Firth oraz jego młodsze wcielenie, Jeremy Irving, a także niezawodzący Stellan Skarsgard). Mimo to wyszedł z tego całkiem przyzwoity tytuł, który może nie powala jako całość, ale parę scen zostaje w pamięci.

zapomnienie5

6,5/10

Radosław Ostrowski

Młoda i piękna

Isabelle jest młodą, 17-letnią dziewczyną, która zaczyna wchodzić w dorosły wiek. Podczas wakacji poznaje młodego Niemca, z którym przeżywa swój pierwszy raz, który… no po prostu był. Po tym zdarzeniu jesienią wraca do domu i tam zaczyna studiować. Wieczorami pracuje jako prostytutka. To podwójne życie trwa do momentu, gdy jej stały klient umiera na zawał w trakcie seksu.

piekna1

Francois Ozon ostatnio kręci film rok po roku, tym razem jednak sięgnął po dość trudny temat prostytucji nastolatków. To nie jest jednak w żadnym wypadku artystyczny pornos, choć trzeba przyznać, że golizny to tam jest trochę. Seks stał się czymś tak powszechnym, że nagie ciało przestało szokować czy robić na kimkolwiek wrażenie, a Internet czy inne media udostępniają to bardzo łatwo (o tym już mówił „Don Jon”), jednak obserwacja obyczajowa Ozona jest po raz kolejny pretekstem do gry z widzem. Obraz jest bardzo wysmakowany plastycznie (przynajmniej część „letnia” i „wiosenna”), czasami bardziej stonowany (jesień i zima), z pięknie dopasowaną muzyką. Podczas seansu pada jednak pytanie: dlaczego taka młoda dziewczyna podejmuje się pracy jako dziwka? Jest parę poszlak, ale żaden trop nie jest decydujący i ostateczny (brak ojca, nieudany pierwszy raz, matka posiadająca silny wpływ, pożądanie), co na pewno w tym przypadku jest zaletą, bo my możemy dopowiedzieć sobie resztę.

piekna2

A najmocniejszym atutem jest debiutująca na dużym ekranie Marine Vacth, która świetnie sobie radzi tworząc bardzo niejednoznaczny, ale wiarygodny portret psychologiczny Isabelle. Młoda, atrakcyjna i świadoma swojego seksapilu, a jednocześnie delikatna, samotna, skryta. Poza nią warto zwrócić uwagę na Geraldine Pailhas (matka), Johana Leysena (Georges – stały klient) oraz epizod Charlotte Rampling (Alice, żona Georgesa).

Ozon po raz kolejny tworzy film z niejednoznacznym głównym bohaterem oraz aurą tajemnicy, która pozostaje na długo po seansie. Tylko że brak odpowiedzi dla wielu może być dość dziwacznym posunięciem.

7/10

Radosław Ostrowski