Zabić drozda

Jest rok 1932, małe miasteczko Maybome a stanie Alabama na południu USA. Spokojnie miejsce, gdzie nic się nie dzieje. A jednak zostaje pobita i zgwałcona Mayella Evell, a oskarżony o ta zbrodnię zostaje czarnoskóry Tom Robinson. Do obrony oskarżonego zostaje wyznaczony szanowany adwokat Atticus Finch, który bardzo poważnie podchodzi do swojego zadania. Nie wszystkim się to spodoba.

Trudno w zasadzie zaszufladkować ten uznany za arcydzieło film Roberta Mulligana. Niby jest to dramat sądowy, ale tak naprawdę jest to bardziej obyczajowa historia pokazana z perspektywy dzieci, a dokładniej córki Fincha, Jean Louise zwanej Smykiem, a sama rozprawa to zaledwie fragment całości (bardzo interesujący fragment). O czym tak naprawdę jest ten film? O uprzedzeniach, które czynią z nas słabeuszy, przerażonych byle czym i byle kim, nie pozwalają one dojść do prawdy, a inni są dla nas dobrzy tylko wtedy, gdy podzielają nasze zdanie, co na południu USA jest czymś oczywistym. Takie stereotypowe pokazanie procesów na Południu, gdzie sprawiedliwość jest dobra dla każdego, kto jest biały było już pokazywane w kinie wielokrotnie i nie jest ono niczym nowym. I nawet zmiana perspektywy nie jest w stanie tego zmienić, choć trzeba przyznać, że realizacja stoi na naprawdę wysokim poziomie, a czarno-białe zdjęcia naprawdę budują klimat. Mimo, że sama opowieść miejscami była dość przewidywalna (werdykt sądu, próba linczu), to jednak oglądało się to naprawdę dobrze, mimo dość staroświeckiej pracy kamery oraz spokojnego tempa (aczkolwiek próba zabicia dzieci – mimo braku pokazania przemocy robi wrażenie).

drozd1

Największa siła napędową filmu jest świetna rola Gregory’ego Pecka, choć wydaje się, że ten bohater jest trochę zbyt kryształowy. Uczciwość ma wypisaną na twarzy, jest oddany swojej pracy (podchodzi do niej bardzo poważnie) i dzieciom, które próbuje chronić przed wszystkim co złe. Wierzy w to, co robi, podchodzi racjonalnie do sprawy (w scenach procesu to widać najmocniej). Co do dzieci, to tutaj prezentują się naprawdę przyzwoicie (ze wskazaniem na Mary Badham jako Smyk – taka chłopczyca), a z drugiego planu trudno przejść obojętnie wobec Brooka Petersa (Tom Robinson – oskarżony) i Franka Overtona (szeryf Heck Tate).

drozd2

Muszę się jednak przyznać, że film nie do końca przetrwał próby czasu, są dłużyzny i miejscami napięcie mocno siada. Ale o dziwo plusów jest tutaj więcej niż minusów, a dla zaczynających podróż z wymiarem sprawiedliwości można od niego spokojnie zacząć.

7/10

Radosław Ostrowski

Złodziejka książek

Rok 1938. Liesel jest młodą dziewczynka, która straciła brata, a matka ją zostawiła. Trafia ona do rodziny zastępczej, gdzie próbuje jakoś funkcjonować. Dzięki swojemu „ojcu” zaczyna uczyć się czytać, ale zbliża się wojna i szczerze mówiąc to nie jest dobry moment na czytanie książek.

zlodziejka1

Najtrudniej jest dzisiaj zrobić film o II wojnie światowej, bo w zasadzie ten temat został tak wyeksploatowany, że w zasadzie nic nowego nie da się opowiedzieć. Reżyser Brian Percival przenosząc na ekran bestsellerową powieść Markusa Zusaka balansuje między realizmem z bajką i te rozkrok mocno przeszkadza. Niby jest tam wojna, są umundurowani Niemcy, ale to wszystko gdzieś tam w tle, jakby nieobecne. Niby bohaterowie mówią z niemieckim akcentem i wrzucając słówka typu ja, nein, jednak brzmi to sztucznie. Niby jest brudno i ciężko, ale to wszystko wygląda zbyt ładnie wygląda. Ten film jest pełen sprzeczności i nie tylko nie wnosi niczego nowego (ciekawa była tylko narracja z offu), to jeszcze strasznie przynudza, co w przypadku dwóch godzin nie jest niczym trudnym. Jedynie miłość do książek wydaje się najatrakcyjniejszym wątkiem, ale to troszeczkę za mało, by przykuć uwagę. Także muzyka Johna Williamsa potrafi przykuć uwagę i przekazać całą paletę emocji.

zlodziejka2

Drugim mocnym punktem jest świetna Sophie Nelisse w roli tytułowej złodziejki. Jest tak naturalna i autentyczna, że pozostali członkowie ekipy robią po prostu za tło. Nawet doświadczeni Emily Watson („matka”) i Geoffrey Rush („ojciec”) przy niej wypadają blado, aczkolwiek jest to solidny poziom. Szkoda jednak, że te postacie są zbyt jednowymiarowe. Drugą dobrze wypadającą postacią jest… narrator, czyli Śmierć. Głos Rogera Allama w połączeniu z ciekawymi i niepozbawionymi ironii dialogami tworzy naprawdę mocną mieszankę.

Chciałbym powiedzieć coś dobrego o „Złodziejce”, ale więcej nie potrafię. Jest to co najwyżej przeciętne i mocno archaiczne kino, które nie za bardzo wie w jaką stronę pójść. Takie niezdecydowanie się po prostu nie opłaca.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Pod Mocnym Aniołem

Alkohol towarzyszy człowiekowi tak długo, że nawet przestał pamiętać kiedy po raz pierwszy go wypił. Filmowcy tez opowiadali o nałogowcach, bo ci trochę inaczej widzą świat. Narkomani, alkoholicy, hazardziści – ile o nich powstało filmów nie mam pojęcia. Tym razem opowieść o pijaku postanowił pokazać Wojciech Smarzowski, ale tym razem wsparł się powieścią Jerzego Pilcha.

mocny_aniol1

Poznajcie Jerzego – pisarza, który nawet odnosił sukcesy. Kiedy zaczął pić – nikt nie pamięta, bo ten ciąg trwa już od bardzo dawna. Ile razy był na detoksie – nie starczyłoby palców u rąk i nóg, by policzyć. I w zasadzie obserwujemy Jerzego, który obserwuje innych pijaków opowiadających o swoim życiu lub łudzących się jeszcze, że będą mogli się wyplątać z tego. Smarzowski świetnie pokazuje ciąg alkoholowy, za pomocą rwanego montażu, repety, dźwiękowego eksperymentowania czy przeplatania różnych miejsc i osób. Wszystko idzie wobec prostego schematu: chlanie – detoks – wyjście – chlanie – detoks – padaczka  – seks – wóda – detoks – wóda – detoks i tak do usranej śmierci. To zaklęty krąg, z którego są tylko dwa wyjścia: albo zachlejesz się na śmierć albo sam odbierzesz sobie życie. Choć zwiastuny zapowiadały komedię, jest to pełnokrwisty dramat pokazujący ludzi znajdujących się w sytuacji bez wyjścia. Nikt z nich już nie wierzy, że można się z tego wyplątać, a czemu piją? Każdy powód jest dobry (kapitalna scena, gdy przeplatają się „wyznania” pijaków), ponura kolorystyka i depresyjna muzyka, buduje mocno psychodeliczny klimat (może dialogi wydają się trochę zbyt metaforyczne i plastyczne), a zakończenie pozostaje kwestią otwartą (wszedł do knajpy czy nie). Jakby było tego mało, reżyser wrzuca aluzje do swoich poprzednich filmów, co jest pewnym małym plusem.

mocny_aniol2

Obsada nie jest zaskakująca, bo to prawie stała ekipa Smarzowskiego: Arkadiusz Jakubik („Terrorysta”), Marian Dziędziel („Król Cukru”), Jacek Braciak („Kolumb”), Kinga Preis (Mania) czy pojawiający się w epizodach Eryk Lubos (Charles Bukowski) i Adam Woronowicz (On). Jednak filarem tutaj jest Robert Więckiewicz, czyli pijak Jerzy. Inteligentny, choć nie w pełni zdający sobie sprawę z siły nałogu jest naszym przewodnikiem i komentatorem po ośrodku, gdzie rozgrywa się 90% scen. Zawsze zdystansowany i celnie trafiający ze swoimi komentarzami, w końcu zaczyna do niego docierać to, co widzi. Ale czy będzie miał w sobie siłę, by pokonać swój cug?

mocny_aniol3

Ktoś mi kiedyś powiedział, że pijak, by przestać pić musi stracić wszystko. Czy to jednak wystarczy? Tego nie wiem, Smarzowski też nie daje jednoznacznej odpowiedzi. Nie zmienia to jednak faktu, że to naprawdę mocny i dobry film. Opinie o wypaleniu się reżysera są odrobinę przesadzone.

7/10

Radosław Ostrowski

Not Fade Away

Lata 60. – czas, w którym szaleje rock’n’roll. Na fali tej muzyki pewien młody chłopak o imieniu Douglas razem z kumplami postanawia założyć kapelę. Jednak rodzina nie jest jakoś specjalnie zadowolona z tego wyboru, ale chłopak nic sobie z tego nie robi. Ma wsparcie poznanej dziewczyny Grace, ale jego marzenia zostają wystawione naprawdę poważnej próbie.

not_fade_away1

Pewnie wiele osób kojarzy nazwisko David Chase. Facet odpowiedzialny za serial „Rodzina Sporano”, tym razem postanowił spróbować swoich sił jako reżyser i scenarzysta na dużym ekranie. I wyszedł z tego pozornie jeden z wielu filmów obyczajowych, który przy okazji (i w dużym skrócie) przedstawia fragment z historii USA, gdzie wielu zafascynowanych muzyka młodych ludzi, próbowało pójść w ślady The Rolling Stones czy Boba Dylana. Dla nich muzyka była przede wszystkim pasją, a pierwsze próby są jeszcze dość amatorskie (granie po domach, ćwiczenia w garażu), ale potem pojawia się proste pytanie: czy da się z tego wyżyć? No właśnie, a rzeczywistość bywa bardzo brutalna, a los okrutny – spięcia, konflikty wewnątrz grupy, kobiety, w końcu poważny wypadek stawiają przyszłość pod znakiem zapytania. Chase jest najlepszy, gdy pokazuje rozterki młodych ludzi oraz sceny prób, „koncertów”, ale sama historia jest dość rwana i skrótowa, przez co nie do końca byłem w stanie wczuć się w tą opowieść. I to jest najpoważniejsza wada, która jednak mocno „rozrywa” ten film. Realia zachowano, zdjęcia są solidne, a scenografia i kostiumy naprawdę robią dobre wrażenie.

not_fade_away2

Jeśli chodzi o aktorstwo, to jest ono całkiem przyzwoite, zwłaszcza w wykonaniu młodych aktorów jak John Magaro (Douglas), Will Brill (Wells), Jack Huston (Eugene) czy Bella Heathcote (Grace). Starsze pokolenie aktorskie najlepiej reprezentuje James Gandolfini w roli ojca, który powoli zaczyna nawiązywać lepszą więź z synem (rozmowa w knajpie, gdy wyznaje, że zostawiłby swoją matkę).

not_fade_away3

Czy warto gonić za swoimi marzeniami? Reżyser nie daje jednoznacznej odpowiedzi, ale „Not Fade Away” pozostaje kawałkiem naprawdę niezłego kina. Niby nic wielkiego, ale czy zawsze film musi być wielkim dziełem?

6,5/10

Radosław Ostrowski

Lawendowe wzgórze

Jest rok 1936, powoli zbliża się widmo II wojny światowej. Ale w Kornwalii nie widać tego, wszystko toczy się tu bardzo spokojnym rytmem. W jednym małym miasteczku mieszkają sobie dwie siostry – Ursula i Janet Widdington. To dość spokojne życie zostaje przerwane, kiedy na plaży koło ich domu znajdują nieprzytomnego młodzieńca, którego ściągnęła woda. Mężczyzna okazuje się być Polakiem, nazwiskiem Andrea Marowski i powoli zaczyna aklimatyzować się w nowym kraju. Także przypadkowo wychodzi na jaw, że młodzieniec jest utalentowanym skrzypkiem. Ale nieuniknione jest to, że Andrea będzie musiał opuścić panie.

lawenda1

To, że aktor bierze się za reżyserowie nie jest niczym nowym ani zaskakującym. Do grona takich aktorów-rezyserów dołączył Brytyjczyk Charles Dance, który ostatnio kojarzony jest z rolą lorda Tywina Lannistera z serialu „Gra o tron”. A doszło do tego dziesięć lat temu, jednak „Lawendowe wzgórze” to bardzo wyciszone i spokojne kino. W zasadzie można rzec, że jest to bardzo obyczajowa opowieść. Jednak nie oznacza to w żadnym wypadku ani nudy ani monotonii. Wszelkie emocje są bardzo głęboko skrywane i tłumione, choć czasami (bardzo rzadko) są eksponowane. A że jest to historia miłosna, to emocje muszą się pojawić. Brzmi to jak melodramat? Spokojnie, reżyser unika pułapek sentymentalizmu i przesłodzenia. Wszystko jest tutaj bardzo subtelnie i delikatnie poprowadzone, za to w pełni angażuje. A Kornwalia wygląda po prostu pięknie, w dodatku okraszone naprawdę ładnymi kolorami (scenografia i zdjęcia zasługują tutaj naprawdę na wielkie uznanie). Także dialogi dość proste i nutka humoru dodają animuszu temu tytułowi.

lawenda2

Największym tutaj atutem jest też tutaj wyborne aktorstwo. Szczególnie trzeba wyróżnić Judi Dench, czyli Ursulę, której obecność młodego mężczyzny budzi dawno stłumiona namiętność, która przyszła o wiele, wiele lat za późno. Razem ze stonowaną i powściągliwą Maggie Smith (Janet) tworzą bardzo interesujący duet. Czuć, że między siostrami jest silna relacja i wspierają się nawzajem. Ale największą niespodzianką był Daniel Bruhl. Wierzcie mi, tylko Anglik mógł wymyślić, żeby Polaka zagrał Niemiec. Owszem, wypowiada parę zdań w języku polskim, ale i tak przez większość czasu nawija po niemiecku. Ale bardzo dobrze sobie poradził w roli zagubionego i obcego człowieka. Od razu wzbudza sympatię, nie boi się imprezować, a na skrzypcach gra po prostu świetnie. Kluczowa jest tutaj postać niejakiej Olgi Daniłow (piękna Natasha McElhone), która powoli staje się sympatią i osobą, która odegra kluczową rolę w tej całej historii.

Co ja wam będę mówił? Ten tytuł zasłużył, by trafić do tego cyklu. I zasłużył, by zostać na nowo odkrytym. Piękna historia miłosna.

8/10

Radosław Ostrowski

Zabić prezydenta

Jest rok 1974. Druga kadencja prezydenta Richarda Nixona odbywa się w cieniu afery Watergate. W tym nieprzyjaznym dla Ameryki czasie, żyje niejaki Sam Bicke – sprzedawca mebli w średnim wieku. Ten facet dopiero ma pecha. Nienawidzi swojej pracy, bo musi klientom wciskać kit, z żoną jest w separacji, próbuje stworzyć własną firmę, ale nie może dostać kredytu, gdyż jego wspólnik jest czarny. Zdesperowany facet postanawia wziąć sprawy w swoje i zrealizować szalony plan: porwać samolot i uderzyć nim w Biały Dom, by zabić prezydenta Nixona.

zabic_prezydenta1

Trudno w to uwierzyć, ale kiedy reżyser Niels Muehler opowiadał tą historię, był przekonany, że jest ona tylko wytworem jego wyobraźni. W trakcie realizacji okazało się, że to wydarzyło się naprawdę. I to od samego początku wiadomo, jak to się skończy. Jeśli widzimy facet idącego na lotnisko, ze spluwą w ręku, to raczej nie robi tego dla zabawy. Krok po kroku przyglądamy się upokarzającym sytuacjom Bicke’a, u którego coraz bardziej pogłębia się pewna psychoza oraz wiara w „uczciwość”, zaś sama próba zamachu to tylko ostatnie pół godziny. Całość w dodatku oparta jest na stonowanych zdjęciach (podkreślają stan emocjonalny), oszczędnej muzyce i świetnym montażu, gdzie używa się repety i zapętlenia (oczekiwanie na pocztę czy kończenie pracy).

zabic_prezydenta2

Ale to wszystko nie miałoby takiej siły ognia, gdyby nie fantastyczny Sean Penn, który zawłaszcza sobie każdą scenę. Sam Bicke (to chyba nie jest przypadkowe skojarzenie z Travisem Bickle, pewnym nowojorskim taksówkarzem) to facet, który sprawia wrażenie nieudacznika. Ale im dalej go oglądamy, tym większe wywołuje on przerażenie (jego taśmy do Leonarda Bernsteina, gdzie przedstawia swoje poglądy wywołują grozę), że zaczynamy podejrzewać chorobę psychiczną. A może jest to po prostu szukanie osoby odpowiedzialnej za swoje nieszczęścia? Na to nie ma jednoznacznej odpowiedzi, ale Penn magnetyzuje. Poza nim jeszcze warto wspomnieć świetnych Dona Cheadle’a (Bonny, mechanik) i Naomi Watts (była żona).

Mocne kino psychologiczne z magnetyzującym Pennem. Przerażająca wizja.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ida

Anna jest młodą dziewczyną wychowywaną przez siostry zakonne. Na kilka dni przed przyjęciem ślubów, poznaje swoją ciotkę Wandę, która opowiada o jej przeszłości. Dziewczyna jest Żydówką, której rodzice zostali zamordowani w trakcie wojny. Ida, bo takie jest prawdziwe imię siostry Anny, próbuje z Wandą odnaleźć grób swoich rodziców.

ida1

Jeśli w tej chwili przychodzą wam skojarzenia z „Pokłosiem” Pasikowskiego, muszę was rozczarować: są one trafne, jednak najnowszy film Pawła Pawlikowskiego (polski reżyser mieszkający i tworzący w Wielkiej Brytanii) nie ma takiej siły ognia. Owszem, jest to bardzo stylowe i eleganckie kino utrzymane w czarno-białej kolorystyce. Jednak poza warstwą wizualną w tym filmie nie ma tutaj niczego ciekawa, bo sama opowieść jest w stylu: „idziemy z punktu A do punktu B, rozmawiamy z kimś, ruszamy do punktu C, rozmawiamy” itd. To jeszcze bym przeżył, nawet dość powolne i monotonne tempo, ale dwie sprawy. Po pierwsze, ponieważ jest to polski film, jakość dźwięku pozostawia wiele do życzenia i nie wszystko byłem w stanie wychwycić. Po drugie, warstwa realizacyjna przyćmiewa całą fabułę i odwraca od niej uwagę. I prawdę powiedziawszy, miałem gdzieś to, co się będzie dalej działo. Czyli był to totalny snuj.

Obsada niespecjalnie też porywa, może poza Agatą Kuleszą, czyli sędzia Wandą Gruz i Dawidem Ogrodnikiem (saksofonista Lis), którzy wnoszą odrobinę życia. Zwłaszcza Kulesza będąca niejednoznaczną bohaterką, znacznie ciekawszą od nudnej Idy (bezbarwna i monotonnie mówiąca Agata Trzebuchowska).

ida2

Więcej nie chce mi się dyskutować o „Idzie”, bo zamiast ciekawego i przynajmniej dobrego filmu, otrzymałem kompletnie nijakiego i mało interesującego snuja.

5/10

Radosław Ostrowski

W imieniu diabła

Gdzieś na polskiej prowincji jest żeński klasztor prowadzony przez dość surową matkę przełożoną. Wśród zakonnic jest młoda siostra Anna, naznaczona tragiczną przeszłością. Wszystko w klasztorze ulega zmianie, gdy matka przełożona rezygnuje ze spowiednika (miejscowy ksiądz Stefan) i nie podporządkowuje się decyzji kurii o przeniesieniu się. Wtedy matka przełożona razem z nowym spowiednikiem, ojcem Franciszkiem decydują się odizolować się od świata i wprowadzić nową „wiosnę Kościoła”.

diabel1

Wiele lat temu w Polsce głośno było o siostrach betankach w Kazimierzu, które odizolowały się od reszty świata i zerwały z Kościołem. Historia była na tyle interesująca, że prędzej czy później musiało upomnieć się o nią kino. Próbę opowiedzenia tej historii podjęła się wracająca po długiej przerwie do kina Barbara Sass. I wychodzi jej naprawdę przyzwoite kino. Nie znajdziemy jednak odpowiedzi na pytanie o przyczyny całego szaleństwa, które nawiedza klasztor. Ale widzimy powoli, jak do klasztoru wchodzi zło, a przyczyną tego staje się fanatyzm oraz ślepe posłuszeństwo, jakie wymagane jest od duchowych przewodników. Miejsce pełne Boga i modlitwy (ale też i lżejsze zabawy w przerwie między obowiązkami) staje się siedliskiem sekty, nawiedzonych ekstaz i dziwacznych zachowań. Po części można to usprawiedliwiać fascynacją nowym spowiednikiem, ale coraz bardziej zacząłem dostrzegać, że coś tu jest nie tak.

diabel2

Świetne zdjęcia Wiesława Zdorta (zwłaszcza nocne) potęgują tylko atmosferę grozy i alienacji, jednak brakuje tutaj mocniej zarysowanego konfliktu między młodą i trochę naiwną Anną (bardzo dobra Katarzyna Zawadzka) a matką przełożoną (demoniczna Anna Radwan) i ojcem Franciszkiem (jeszcze bardziej demoniczny Mariusz Bonaszewski), którzy nie są jednak przerysowani, ale mocno wierzą w słuszność obranej przez nich drogi. W dodatku są świetnymi manipulatorami, którzy wiedzą jak kierować ludźmi (post, umartwianie się czy wspólne nazwijmy to „modły”).

diabel3

To „opętanie” jest przeciwstawione przez postać księdza Stefana (dobry Marian Dziędziel) – prostego i zarazem bardzo uczciwego duchownego, który jest bardziej przy Ziemi, jednak nie jest ono w pełni rozegrane do końca. Zaś wnioski jakie wysuwa reżyserka są dość oczywiste i mocno przeszkadzają (łatwiej jest się zbuntować niż być wiernym), a kwestia utraty wiary przez główną bohaterkę jest ledwie rozrysowana pod koniec, a jej los pozostaje otwarty. Jednak te wady nie są w stanie mi zasłonić emocjonalnej siły tego filmu. Naprawdę wyszła z tego mocna rzecz, która powinna skłonić do refleksji.

7/10

Radosław Ostrowski

Joanna

Polski film można poznać po kilku czynnikach. Jednak ostatnio kilka z nich zostało konsekwentnie wytępionych (słaba jakość zdjęć i dźwięku), jednak tematyka pozostała w zasadzie stała. Wiadomo, musi być albo o wojnie (że tak strasznie cierpieliśmy) albo że życie u nas jest do dupy, bez względu na to kto rządzi. O podobnej tematyce opowiada ostatni film Feliksa Falka „Joanna”.

Tytułowa bohaterka jest samotną kobietą mieszkającą w Krakowie i czekającą na powrót męża. A wokół trwa wojna, jest rok mniej więcej 1943. Pracuje jako kelnerka w kawiarni i przypadkiem po łapance, znajduje w kościele mała dziewczynkę, która jest prawdopodobnie Żydówką, a imię jej Róża. Jej matkę zabrano podczas obławy. Kobieta podejmuje się trudnego zadania i bez pracy, próbuje pomóc dziewczynce przetrwać. Ale nie może o tym powiedzieć nikomu – ani rodzinie, ani sąsiadom, a tym bardziej Niemcom, którzy szukają Żydów.

joanna2

Z „Joanną” mam spory problem i nie chodzi mi o wałkowanie tego samego tematu, co zawsze (czy warto być przyzwoitym w czasie wojny, gdzie panuje strach?). Nie chodzi tez nawet o kwestię realizacyjne czy technicznie, bo tutaj naprawdę nie ma się czego przyczepić (zwłaszcza pochwalić należy zdjęcia Piotra Śliskowskiego). Cały numer polega na tym, że film pozostawił mnie w stanie kompletnego zobojętnienia, a nawet można przewidzieć jakie będą następne ruchy postaci (szlachetna i pomocna Polska, urocza Żydówka i także dobry Niemiec), bo one są aż nadto czytelne. Nic mnie nie ruszyło, ani ofiarność głównej bohaterki, ani tym bardziej cena tej ofiary – ostracyzm od rodziny, sąsiadów, oskarżenia o kolaborację. To wszystko po prostu spłynęło po mnie jak po kaczce i prawdę mówiąc nie dowiedziałem się niczego nowego, a także emocjonalnie nic mnie to nie obchodziło. I nie pomaga tutaj nawet całkiem przyzwoite aktorstwo z Urszulą Grabowską na czele.

joanna1

Papier z tego filmu leci strumieniami, a mimo poczucia realizmu wszystko jest takie sztuczne, nudne i fałszywe. Tym bardziej dziwi, że nie jest to robota początkującego reżysera, tylko bardzo doświadczanego i nagradzanego. Coś tu jest nie tak.

5/10

Radosław Ostrowski

Tajemnica Filomeny

Poznajcie Filomenę – to taka starsza pani, która lubi czytać romansidła, głęboko religijna i wierząca. Skrywa jednak pewną tajemnicę, która ją prześladuje. Otóż, gdy była młodą dziewczyną zaszła w ciążę, w ten sposób hańbiąc swoją rodzinę i oddano ją do klasztoru. Tam urodziła syna, zaś zakonnice, by chronić dziecko przed złem i pokusami tego świata, oddały – nie, to za łagodne słowo – sprzedały jej dziecko Amerykanom do adopcji. Gdzie teraz jest jej syn? Zakon milczy. I wtedy historię tą poznał (dzięki córce Filomeny) były dziennikarz polityczny Martin Sixsmith, który decyduje się pomóc starszej pani i napisać o tym artykuł.

filomena1

Ta historia brzmi dość nieprawdopodobnie, ale to się wydarzyło naprawdę i nie jest to wyssane z palca. Sixsmith spisał to w książce, którą przeniósł na ekran Stephen Frears – bardzo doświadczony brytyjski reżyser. Twórca „Królowej” bardzo delikatnie i z wyczuciem opowiada tą dość smutną historię poszukiwań. Kościół (czytaj: zakon) milczy, a nawet nie pomaga, poza zdjęciem jako dziecka nie ma nic. Od czego zacząć? Reżyser pokazuje to śledztwo w sposób bardzo stonowany, bardzo kameralny i nieśpieszny. Ale kibicujemy bohaterom w poszukiwaniach, jednak kiedy okazuje się, że syn nie żyje, to i tak chcemy się dowiedzieć czegoś o nim, poznać prawdę. Przy okazji mamy też pokazane zderzenie dwóch różnych osobowości – Filomena (ciepła Judi Dench) to kobieta pełna wiary, dobroduszna, sprawia wrażenie pogodzonej z losem i ufnej w Boga. Z kolei Sixsmith (dorównujący jej kroku Steve Coogan) to kompletne przeciwieństwo – cyniczny ateista, który początkowo traktuje tą sprawę jako dobry materiał i możliwość powrotu do zawodu. Ale i on potrafi być wrażliwym i ciepłym człowiekiem. Ich spotkanie mocno oddziałuje na nich, będąc jednocześnie źródłem delikatnego humoru w tym filmie.

filomena2

Czy Frears w tym filmie atakuje Kościół katolicki za swoje ciemne karty? Pośrednio tak, jednak nie idzie w stronę moralizowania czy popadania w depresyjny dramat. Jak jednak postawiłbym inne pytanie: czy po tych wszystkich strasznych czynach, bylibyście w stanie wybaczyć? Pokora i głęboka wiara Filomeny mocno uderza w finale, wydając się czymś nieracjonalnym, wręcz niedorzecznym (można też podejść jak Sixsmith nie szczędząc ostrych słów), to jednak tylko świadczy o sile bohaterki.

Niewielu byłoby stać na taki czyn jak Filomenę, ale jeśli uważacie się za katolików czy ludzi wierzących, zobaczcie koniecznie ten film. I potem się zastanówcie.

7/10

Radosław Ostrowski