W imię…

Kościół w ostatnim czasie staje się znowu „popularny”. I niestety nie chodzi mi tu o papieża Franciszka, ale raczej o afery pedofilskie, po części z naszymi duchownymi w rolach głównych. W celu podkręcenia całej atmosfery opowieść o księdzu postanowiła nakręcić Małgorzata (a nie jakaś Małgośka, jakby to miała być moja kumpela) Szumowska.

Poznajcie księdza Adama, który gdzieś na Mazurach prowadzi ognisko, w którym uczestniczą dzieciaki z poprawczaka. Ale to nie jest byle egzemplarz – jeździ wypasionym autem, nosi markowe ciuchy, ma też laptopa i iPhone’a. Jednak ksiądz posiada inną tajemnicę – jest gejem, dlatego został wcześniej przeniesiony. I ta historia o wykluczeniu mogłaby nawet zaciekawić (i nawet przez pewien czas tak jest), gdyby wziął się za to inny reżyser. Bo jest to strasznie nierówny film, gdzie za pomocą luźnych scen pokazane jest życie księdza, który nie radzi sobie z tym kim jest. Kiedy reżyserka nie mówi wszystkiego wprost, to wtedy jest ciekawie i interesująco. Ale wszelka obecność symboli: od imienia zaczynając po widok na niebo oraz dosłowność (nadmierna i częsta jak przy scenie homoseksualnego aktu) zabija i niszczy tą konstrukcję od środka. Jakby było tego mało, jest jeszcze nie najlepszy dźwięk (jedynie bluzgi są wyraźnie słyszalne, a tych jest więcej niż w „Psach” Pasikowskiego), luźna konstrukcja oraz zakończenie tak dziwaczne, że aż nie chciało mi się wierzyć. I to wszystko jeszcze miejscami naprawdę mocno sztuczne, zaś kościół niby nie zamiata spraw pod dywan, ale jak można inaczej nazwać przenoszenie duchownego z miejsca na miejsce?

w_imie1

Zaś jeśli chodzi o obsadę, to skupiłem się tylko na Andrzeju Chyrze, który brawurowo zagrał duchownego. Z jednej strony ma charyzmę i jest bardziej taki ludzki (trzymający się ziemi), ale nawet jemu zdarza się zachować jak normalny człowiek (scena, gdy nawalony słucha głośno muzyki z laptopa i tańczy z portretem papieża w ręku). Te sprzeczności są wygrywane delikatnymi spojrzeniami oraz gestami. O pozostałych aktorach mogę powiedzieć, że są i coś tam robią na ekranie, ale nic ponad to.

w_imie2

„W imię…” miało potencjał mocnego i poruszającego filmu, a wyszedł zbędny i tani skandal. Chyba nie o to tu chodziło. Szkoda.

5/10

Radosław Ostrowski

Nebraska

Poznajcie niejakiego Woody’ego Granta – faceta już w zaawansowanym wieku, który bardzo lubi wypić. I nagle dostaje list z informacja, ze wygrał milion dolarów, ale nagrodę musi odebrać w Lincoln, stan Nebraska. Zapomniałem wspomnieć, że Woody pochodzi z Billings w stanie Montana. Mężczyźnie towarzyszy jego syn, David, który jest przekonany, że cała ta wygrana to oszustwo. Ale po drodze panowie jadą do Hastings – rodzinnego miasta starszego Granta.

nebraska1

Alexandre’a Payne’a znam tylko z niezłych „Spadkobierców”, którzy mnie nie powalili na kolana. I tym razem mamy do czynienia z obyczajową historią, ubrana w konwencję kina drogi. I nie oszukujmy się, że jest to tylko wędrówka po forsę, bo obaj panowie bliżej się poznają i będą też mieli okazję spędzić ze sobą wiele czasu. Reżyser serwuje nam typowe elementy tej konwencji: sympatycznych, choć dziwacznych bohaterów, tajemniczą i powoli wyjaśniającą się przeszłość oraz ciepły humor okraszony pewną dawką ironii. Trochę to przypomina „Prostą historię” Lyncha, w dodatku okraszone czarno-białą taśmą. Nic zaskakującego, ale nie ma tu mowy o nudzie (choć tempo jest niespieszne). Payne bardzo wnikliwie i ze sporą dawką skrytych emocji angażuje, przykuwając uwagę do samego końca (nie powiem wam jakiego), pokazują tez przy okazji prowincję – pełną starych ludzi, braku perspektyw, gdzie wieść o wygranej nagle ożywia tą spokojną okolicę. Ale też pojawiają się „sępy” spragnione części z wygranej. I co wtedy? To już musicie zobaczyć sami.

Drugi mocnym elementem jest świetne aktorstwo. Zdecydowanie wybija się trochę zapomniany Bruce Dern. Woody w jego interpretacji to człowiek, który wie, że przepił swoje życie. Jest uparty, bardzo łatwowierny, dla niego podróż jest rozliczeniem z samym sobą i próbą odkupienia swoich win. Aktor bardzo oszczędnie gra swoją postać i potrafi wzbudzić sympatię wobec tego dość trudnego faceta z poniszczonym życiorysem. Sekunduje mu dzielnie Will Forte, czyli David – ułożony, trzymający się bardziej na ziemi syn, który decyduje popilnować ojca w tej wędrówce. Poza tymi dwoma panami, nie można zapomnieć o ironicznej i ostrej June Squibb (jędzowata żona Woody’ego), która wręcz szaleje na drugim planie.

nebraska2

„Nebraska” nie jest niczym zaskakującym, ale po raz kolejny potwierdza starą prawdę, że prostota jest największą siłą. Kameralnie, ale szczerze i uczciwie. To w obecnych czasach jest naprawdę dużo.

8/10

Radosław Ostrowski

Witaj w klubie

HIV – wirus, który spaskudził życie wielu osobom i robi to nadal. Ale w 1985 roku to był naprawdę wredny drań. Uważany za chorobę pedziów i narkomanów, dzisiaj większość zarażonych to heteroseksualni. Jednym z takich zarażonych był elektryk Ron Woodroof, który dorabiał sobie biorąc udział w rodeo i robiąc różne interesy. Desperacko próbuje brać wszelkie dostępne leki, czyli AZT. Przedłużył sobie trochę życie, ale organizm mocno to przeżył. W Meksyku trafia na byłego lekarza, który pomógł mu poskładać się do kupy. I Ron wtedy wpada na pomysł założenia klubu kupców, w którym sprzedawałby lekarstwa chorym na AIDS, zaś jego wspólnikiem jest transwestyta Rayon.

klub1

Reżyser Jean-Marc Valeee pokazuje temat pozornie już wyświechtany przez kino, czyli walka z chorobą śmiertelną. Wówczas czymś takim było AIDS, ale zderzmy chorego na AIDS, wsadźmy go w środowisko kowbojów (czyli męskim i samczym wręcz) i zobaczmy co z tego wyjdzie. Żeby mu jeszcze bardziej utrudnić życie, niech zawalczy z koncernami farmaceutycznymi i agencja zajmująca się zatwierdzaniem leków – to będziemy mieli piękną opowieść o tolerancji i walce z samym sobą. Reżyser z niesamowitą precyzją odtwarza realia epoki oraz ówczesną mentalność („pedalska krew” – homofobia), zaś praca kamery i świetny montaż tworzą naprawdę solidne i bardzo interesujące kino, które może i bazuje na kliszach, jednak ogląda się naprawdę dobrze.

Spora w tym także zasługa aktorów. To, że Matthew McConaughey w ostatnich latach nieprawdopodobnie zaskakuje swoimi rolami oraz wyborami (od przełomowego „Zabójczego Joe”) jest bardzo przyjemne, ale tutaj wspina się wręcz na wyżyny swoich umiejętności. Kim jest w jego wykonaniu Woodrof? Na początku to taki cwaniaczek, który jest strasznie wychudzony, dużo pije i jest jurny, ale jest homofobem. Swój spryt wykorzystuje do zdobycia leków (choć początkowo robi to, by zbić forsę) i nie godzi się po prostu, by czekać na śmierć w szpitalnym łóżku. To po prostu człowiek czynu, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych (m.in. przemyt leków jako ksiądz z Meksyku czy załatwienie interferonu w Japonii – prawie jak Polak). Chyba będzie Oscar dla Matthew. Drugim mocnym zaskoczeniem jest Jared Leto. Wokalista popularnego zespołu 30 Seconds to Mars jako transwestyta Ray zaskakuje, nie tylko wyglądem. Potrafi być uroczy i wredny, ale nigdy nie popada w przerysowanie, a nawet wzrusza (rozmowa z ojcem). Tych dwóch panów trzyma ten film na swoich barkach. Z postaci drugoplanowych najbardziej zapada w pamięć Jennifer Garner (dr Eva – bardzo sympatyczna lekarka, która staje się sprzymierzeńcem Rona).

klub2

Dobry i bardzo interesujący film, który nie jest tylko laurką dla Woodroofa, ale to kawał mięsistego kina. Może i jest ono skrojone pod Oscary, jednak nie należy tego traktować jako wady.

7/10

Radosław Ostrowski

Zniewolony

Był kiedyś tacy czas, ze u kraju potocznie zwanym Ju Es Ej, było niewolnictwo. Polegało to na tym, że „czarnucha” zmuszano do pracy w wielkich majątkach ziemskich, gdzie musieli robić wszystko, co im każą. Inaczej zabiją ich. Taki los spotkał Salomona Northropa. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie jeden drobny szczegół: był wolnym człowiekiem, ale został porwany i sprzedany jako niewolnik. Jak to możliwe? Wystarczy go upić.

zniewolony1

Ta prawdziwa historia Salomona posłużyła Steve’owi McQueenowi do stworzenia filmu „Zniewolony”, pokazującego jego 12-letnią niewolę. Pełna okrucieństwa, brutalności oraz grozy, jakiej nie chcielibyście poznać. Tylko ze reżyser nie pokazuje niczego nowego w tym temacie serwując nam dość oczywistą i banalna prawdę – niewolnictwo było i jest złem. Ale tyle już było filmów o tej tematyce (m.in. „Kolor purpury” czy ostatnio „Django” Tarantino, który mocno rozprawił się z tą tematyką), jednak trudno odmówić McQueenowi rzetelności w realizacji, sporej dawki realizmu (ale umówmy się – baty od plantatorów to nic w porównaniu z tym, co robił Hitler i spółka w Europie) oraz subtelnego rozłożenia akcentów (choć nie brakuje tutaj brutalnych) bez specjalnego moralizowania. Wiele scen budowanych jest na kontrastach, jak choćby piwnica z więzionym bohaterem obok Białego Domu czy wiszący Salomon na sznurze, a w tle niewolnicy normalnie zajmują się swoimi sprawami. Tylko, że tak jak mówię – to wszystko jest zaledwie poprawnie i nie pokazuje kompletnie nic nowego (poza sporymi kompleksami Amerykanów na punkcie swojej historii – tylko w ten sposób jestem w stanie wyjaśnić tyle nominacji do Oscara).

zniewolony3

Częściowo sytuację ratują aktorzy, którym udaje się wnieść w życie swoim bohaterom. Najbardziej przykuwa tutaj uwagę nie Salomon, tylko plantator Edwin Epps, grany przez świetnego Michaela Fassbendera. Ten gościu to zło – z jednej strony bardzo ostro traktuje swoich niewolników, z drugiej to hipokryta udający głęboko wierzącego i mający romans z jedna z niewolnic. A wracając do Salomona, to Chiwetel Eljofor wcielający się w tą postać wypada więcej niż przyzwoicie. Ten wykształcony człowiek, który by wytrzymać niewolę, musi ukrywać swoje umiejętności (poza gra na skrzypcach), a wszystkie jego rozterki pokazane są w bardzo subtelny sposób. Nie można też nie wspomnieć o małym epizodzie Brada Pitta (także współproducenta filmu) czy drobnych rolach Paula Dano (Tibeats), Paula Giamattiego (sprzedawca niewolników Freeman) czy Benedicta Cumberbatha (pan Ford).

zniewolony2

Jest to bardzo amerykański film, bo inne nie zdobywają najważniejszych nagród. Ale mimo to jest to naprawdę solidna robota, choć liczyłem na odrobinę więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Kamerdyner

Cecil Gaines jest młodym, czarnoskórym chłopakiem pracującym na plantacji. Po śmierci ojca i pracy w domu jako służący, ucieka z plantacji jako dorosły i szuka zatrudnienia. W końcu dokonuje kradzieży w ciastkarni, co doprowadza do… zatrudnienia jako lokaj w hotelu, aż w końcu dostaje propozycję pracy kamerdynera w… Białym Domu.

kamerdyner2

Amerykanie uwielbiają opowiadać o swojej historii i robią to w większości za pomocą prostoty, braku rozliczenia, co wywołuje odrobinę mdłości. I w ten nurt wpisywały się „Służące”, a także obraz Lee Danielsa. Twórca „Hej, skarbie” czy „Pokusy” dotyka spraw rasizmu, próbując sięgnąć rozmachem „Forresta Gumpa” (zaczynamy w latach 20., a kończymy w 2008 roku). Tylko że film Zemeckisa bardziej angażował i wciągał, pokazując obie strony Ameryki. Reżyser próbował pójść tą sama drogą – z jednej strony widzimy pracę Cecila jako kamerdynera (to głównie anegdotyczny wątek, gdzie prezydentów widzimy raptem w paru scenach), z drugiej widzimy walkę o prawa obywatelskie dla czarnoskórych. Niby jest to pokazane w sposób prosty i nieskomplikowany, a jednocześnie bez dosadności, nie zapominając o „ciemnej stronie” (Ku Klux Klan, Czarne Pantery, segregacja rasowa). Dla mnie jednak jest to mało angażujące, bardzo sentymentalne (ta muzyka w tle) i zbyt nijakie. Dlatego tak dobrze sprzedał się w USA.

kamerdyner1

Jednak „Kamerdyner” ma jeden, a nawet dwa mocne atuty – znakomite role Foresta Whitakera i Oprah Winfrey. Cecil w wykonaniu Whitakera jest facetem, który próbuje przetrwać w świecie, gdzie czarni tylko mieszkają, nie mając nic. Dlatego tak bardzo dba o swoja pracę, jest wręcz pedantyczny, co doprowadza do zaniedbań w domu i spięć z synem, który woli siłowe rozwiązania. Z kolei Oprah zaskakuje jako żona Cecila. Próbująca pogodzić zwaśnione strony, czuje się samotna i zaczyna zaglądać do kieliszka. Oboje są bardzo naturalni i ciągną ten film, który zaczyna przechodzić w zapis kluczowych dat.

kamerdyner3

Daniels mnie tym razem rozczarował, choć wcześniej nie zawodził. To typowy film ku pokrzepieniu serc, który zrozumieją i poczują tylko Amerykanie. Albo mający krewnych, którzy byli niewolnikami w USA.

6/10

Radosław Ostrowski

All Is Lost

Bohaterem tego dość oszczędnego filmu jest stary marynarz, który wypłynął jachtem w rejs. Po wybudzeniu odkrywa, że jego jacht zderzył się z kontenerem, co spowodowało dziurę. Ale wkrótce zbliża się sztorm i mężczyzna musi zmierzyć się z siłami natury.

lost1

J.C. Chandor, który dwa lata temu zadebiutował „Chciwością”, tym razem zrobił bardzo oszczędny film, gdzie mamy morze, jacht i Roberta Redforda, który praktycznie się nie odzywa (chyba ze woła o pomoc). Innymi słowy jest to coś, co nazywam kinem survivalowym, czyli walkę człowieka z naturą. Jak walczyć, gdy pada prąd, nie ma radia, a sztorm niszczy jacht. Nie ma tutaj efektów specjalnych, dynamicznej akcji czy szalonego tempa. Wielu to może zniechęcić, choć wyszło z tego naprawdę niezłe kino, zaś Redford jest w świetnej formie jako doświadczony, małomówny marynarz. Czasem tempo jest dość spokojne i monotonne, a materiał wydaje się bardziej na krótki metraż, jednak efekt jest całkiem przyzwoity. I tyle.

6/10

Radosław Ostrowski

Trzy kolory: Czerwony

Valentine pracuje jako modelka. Pewnego wieczora potrąca psa, który błąkał się po mieście. Na obroży psa znajduje adres właściciela, którym okazuje się emerytowany sędzia. Kobieta przypadkowo odkrywa, że mężczyzna podsłuchuje sąsiadów. Początkowo jest ona oburzona zachowaniem starszego pana, ale później zaczyna z nim spędzać coraz więcej czasu.

czerwony1

Krzysztof Kieślowski tym filmem pożegnał się z kinem i zamknął trylogię o „Trzech kolorach”, tutaj mamy czerwień, czyli symbol braterstwa. A czym ono jest? No właśnie. Pozornie mamy do czynienia z obyczajową historią z elementami metafizycznymi, czyli to, czym się zajmował Kieślowski pod koniec swojego życia. Żeby być bardziej precyzyjnym, mamy tutaj młodą i trochę naiwna modelkę oraz emerytowanego sędziego, zgorzkniałego, samotnego, która pozornie sprawia wrażenie Boga, który wie wszystko. Ale czy ta wiedza mu coś daje? No właśnie i tak tych dwoje zostaje przyjaciółmi, choć dzieli ich wszystko. Los, przypadek czy Bóg jest w stanie napisać kompletnie pokręcone scenariusze. Ten potrafi poruszyć, gdyż mamy tu postacie z krwi i kości, dialogi oszczędne, zdjęcia mocno nasycone czerwienią, co jest normą w przypadku poprzednich części. A jednocześnie jest ona bardziej pogodny, dodając odrobinę humoru. I pokazuje, że czasem wystarczy uśmiech, by zmienić życie niejednego człowieka. Kieślowski bardzo delikatnie i umiejętnie potrafi o tym opowiedzieć.

czerwony2

Dodatkowo ma tutaj świetnie dobranych aktorów w rolach głównych rolach. Irene Jacob bardzo dobrze wciela się w empatyczną Valentine, która mieszka sama (chłopak gdzieś daleko i kontaktuje się przez telefon) i czuje się odpowiedzialna za to co robi. Jednak bardziej przykuwa uwagę Jean-Louis Trintignant. Sędzia, który podsłuchuje innych sprawia wrażenie wszechwiedzącego i potężnego faceta, ale tak naprawdę jest zgorzkniały i zna człowieka ze złej strony. Potem powoli zmienia się, staje się odrobinę życzliwszy. Ta dwójka rozkręca ten film i czyni go bardzo ciekawym.

Kieślowski tym filmem pożegnał się z kinem, w charakterystycznym dla siebie stylu – pełnym skupień na drobiazgach, symbolach i przede wszystkim na ludziach. Głęboko humanistyczny i bardzo poruszający film.

8/10

Radosław Ostrowski

Trzy kolory: Niebieski

Julie była żoną znanego i cenionego kompozytora. Jednak wskutek wypadku samochodowego zostaje sama. Od tej pory decyduje odciąć się od wszystkiego, co miało związek z jej mężem (dom, partytury) i przenosi się z dworu do miasta, zabierając ze sobą tylko sznur niebieskich pereł. Próbuje żyć wolna od wszystkich norm społecznych, wartości czy wiązania się z kimkolwiek. Ale czy to jest w ogóle możliwe?

niebieski2

Krzysztof Kieślowski był uważany za najbardziej znanego polskiego reżysera na świecie, zaś trylogia „Trzy kolory” za ostatnie ważne dzieło kina pełnego metafizyki. Reżyser stawia tutaj na nastrój i atmosferę, dlatego „Niebieski” to ciąg scen, które pozornie nie łączą się ze sobą – to raczej obserwacje, przyglądanie się szczegółom (myszy w domu, kostka cukru przed włożeniem do kawy), które mogą mieć znaczenie symboliczne. Ale czy muszą? Budują nastrój opowiadając o tym, czym tak naprawdę jest wolność? Ucieczką od świata, zła, cierpienia, bólu? Czerpanie z życia pełnymi garściami? A może życie z drugą osobą? Bohaterka próbuje zagłuszyć swój ból i cierpienie pustką, ale to jest tylko rozwiązanie na krótki dystans, bo nie da się „wyzwolić” od traumy, cierpienia czy drugiego człowieka. Możemy zbudować wokół siebie kokon, ale czy to jest w ogóle życie? Wszystko to jest jeszcze potęgowane błękitna kolorystyką zdjęć (Sławomir Idziak pokazuje klasę) oraz podniosłej muzyki Zbigniewa Preisnera.

Ale to wszystko nie miałoby racji, gdyby nie stonowana, ale bardzo emocjonalna rola Juliette Binoche. Jak wspomniałem, jest to kobieta próbująca sobie radzić z życiem po tragedii. Problem polega na tym, że pustkę zawsze czymś należy wypełnić, w czym utwierdzają są spotkani ludzie – przyjaciel Olivier, sąsiadka zajmująca się prostytucją, sklerotyczna matka czy poznana przypadkowo kochanka męża.

niebieski1

Czyżby miłość była siłą, która wyzwala? Kieślowski sugeruje to w finale, gdzie brzmi „Pieśń o Miłości” św. Pawła. Ale czy na pewno? To już musicie sami odpowiedzieć, a film i tak warto obejrzeć – bardzo piękny wizualnie i delikatnie opowiedziany.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Statek pijany

Mort Gleason jest pijakiem, który nie potrafi nigdzie zagrzać miejsca na dłużej. Decyduje się przybyć do swojej dawno nie widzianej siostry. Kiedy kobieta wyjeżdża, Mort ma zając się jej siostrzeńcem – Abe’m. Chłopak chce wykorzystać wujka, by kupił dla niego łódź.

statek

Reżyser Bob Meyer postanowił przenieść na ekran własną sztukę teatralną, zaprosił uznanych aktorów i wyszedł z tego totalny gniot o niczym. Jest wiele dziwnych scen (Mort wkładający do ziemi butelki), jakieś wspominki pijaczka, ktoś próbuje zrobić przekręt ze sprzedażą łodzi, ale tak naprawdę ani to nie trzyma w napięciu, ani to nie angażuje, nawet śmieszne to nie jest. To tzw. artystyczne kino, czyli w tym wypadku kompletny bełkot, na który szkoda marnować czas, pieniądze i nawet taśmę filmową. I nawet zaangażowanie Johna Malkovicha oraz Johna Goodmana nie pomogło dla tego marnego gniota. Po prostu szkoda czasu i tyle, co ja wam będę mówił więcej.

3/10

Radosław Ostrowski

Uciekinier

Na wyspie nad rzeką Mississippi mieszka dwóch chłopaków: Neckbone i Ellis. Prowadzą dość spokojne życie, pomagają swoim przy połowie ryb i pereł. Ale to zmienia się w momencie, gdy przypadkowo trafiają na ukrywającego się mężczyzny, Muda. Prosi chłopaków o pomoc, bo chce uciec ze swoją dziewczyną na łodzi, za co chłopaki dostaną pistolet.

uciekinier1

Jeff Nichols, choć nakręcił raptem dwa filmy, został uznany za objawienie kina amerykańskiego. „Uciekinierem” tylko to potwierdza. Film jest mieszanką dramatu, romansu, kryminału i opowieści o męskiej przyjaźni oraz przygodzie. Osadzenie tego na południu USA buduje dość interesujący klimat, zaś plenery wyglądają pięknie. Z jednej strony reżyser opowiada o sile męskiej przyjaźni, inicjacji i wchodzeniu w dorosłość, ale z drugiej mamy dość zgrabnie poprowadzona intrygę, gdzie jednak wątek kryminalny nie jest najważniejsze. Ważne są tutaj stracone złudzenia, niespełniona miłość i rozczarowanie w ogóle dziewczynami, które wpędzają tylko w kłopoty. Wszystko jest bardzo pomysłowo opowiedziane, z dobrymi dialogami oraz trzymającym w napięciu finałem (strzelanina), pokazując przy okazji świat, który odchodzi, gdzie liczą się pewne wartości (praca, przyjaźń, lojalność).

uciekinier2

Jednak to wszystko nie byłoby takie ciekawe, gdyby nie obsada. Po raz kolejny zaskakuje Matthew McConaughey. Jego Mud to zbieg, który sprawia wrażenie zakochanego i ukrywa się przed światem. Dla chłopaków staje się wzorcem i fascynuje ich. I wierzymy mu. Debiutujący na ekranie Tye Sheridan (Ellis) i Jacob Lofland (Neckbone) są po prostu świetni. To są oddani i lojalni wobec siebie kumple, poza tym to z ich perspektywy poznajemy całą historię. Poza nimi na drugim planie błyszczy Reese Witherspoon (Juniper, która straciła złudzenia i próbuje żyć normalnie) oraz Sam Shephard (tajemniczy Tom Blankenship).

Nichols kolejny raz potwierdził swój nieprzeciętny talent. Mieszanka gatunkowa, która przykuwa uwagę i fascynuje.

8/10

Radosław Ostrowski