Dzień kobiet

Halina Radwan jest pracownicą sieci sklepów „Motylek” – serdeczna, przyjacielska, próbująca zapewnić byt sobie i 13-letniej Misi. Zostaje awansowana na stanowisko kierownika. Poza wyższą pensją i przywilejami, jednak cena związana z tym jest wysoka – zmuszanie do pracy, fałszowanie dokumentów. Nawiązuje romans ze swoim przełożonym. Kiedy jedna z pracownic podczas inwentaryzacji poroniła, kobieta zostaje zwolniona. Decyduje się wytoczyć proces swojej dawnej firmie.

dzien_kobiet1

Filmów antykorporacyjnych (czyli walka jednostki przeciwko systemowi i korporacji) było na pęczki. Wystarczy wymienić „Adwokata”, „Informatora”, „Erin Brockovich” czy „Michaela Claytona”. W Polsce też powstawały tytuły, gdzie zaślepienie mamoną miało poważne konsekwencje jak „Nie ma zmiłuj”. Do tego grona próbuje dołączyć pełnometrażowy debiut Marii Sadowskiej, którą jest bardziej znana jako wokalistka niż reżyserka. Ale ona ma potencjał. Niby nie jest to nic zaskakującego w tej konwencji (mieszanka dramatu z thrillerem), a wnioski są zaskakujące (w korporacji zysk przede wszystkim, człowiek jest głęboko w d., zaś w walce możesz być zdany tylko na siebie), jednak całość jest bardzo autentyczna i wiarygodna. Sceny w supermarkecie porażają (zmuszenie do inwentaryzacji czy sytuacja, gdy człowiek umiera, ale mimo to pracujemy dalej i zakryjmy czymś zwłoki do przyjazdu zakładu pogrzebowego), zaś stosowanie ekonomicznego szantażu, by zmusić do posłuszeństwa i lojalności – zgroza.

dzien_kobiet3

Wszystko to jest świetnie zrealizowane, z paradokumentalnymi zdjęciami Radka Ładczuka (zwłaszcza ujęcia inwentaryzacji, gdzie wszystko się rozmazuje), wyraźnym dźwiękiem (co w przypadku polskich produkcji zasługuje na szczególne wyróżnienie) oraz bardzo solidnym montażem. Można się trochę przyczepić, że za dużo złego spada na głowę naszej bohaterki, że czasami konwencja thrillera nie do końca pasuje (obserwacja Haliny w lesie przez złego, łysego faceta) czy że zakończenie trochę za szybkie. Nie zmienia to jednak faktu, że to dobry film. Po prostu.

W dodatku wszystko jest zagrana na wysokim poziomie, co podnosi wiarygodność i poziom filmu. Fantastyczna jest Katarzyna Kwiatkowska w głównej roli. Jej Halina nie jest świętą osobą. Na początku jest sympatyczną i uśmiechniętą kobietą, która potem zostaje „zmuszona” do bycia bezwzględną suką, pozbawioną emocji i godności. Tu widać wszystko – strach, gniew, bezsilność, smutek. Mocna kreacja, gdzie widzimy kobietę z krwi i kości. Równie wyborny jest Eryk Lubos jako jej szef, Eryk. Czarujący, szarmancki i uwodzicielski, by potem stać bezwzględnym szefem, stawiającym twarde warunki. Poza tym duetem jest jeszcze bogaty drugi plan – od Doroty Kolak (Maryla), Anity Janci (Jadźka), Ewy Konstancji Bułhak (Ania) przez Leonarda Pietraszaka (mecenas Gawlik – taki adwokat to skarb) aż do epizodów Agaty Kuleszy (psycholog na szkoleniu), Ireneusza Czopa („przyjaciel”) i Marii Seweryn (nauczycielka).

dzien_kobiet2

Zdaje sobie sprawę, że nie jest to nic zaskakującego, ale „Dzień kobiet” to kolejny dowód na to, że u nas można nakręcić dobry i mocny film opowiadający o współczesności bez popadania ze skrajności w skrajność. Tyle i aż tyle.

7/10

Radosław Ostrowski

Koliber

Joseph Jones był żołnierzem brytyjskich sił specjalnych stacjonujących w Afganistanie. Teraz ukrywa się w londyńskich uliczkach jako bezdomny i towarzyszy mu Isabelle. Uciekając przed łobuzami wpada do domu i przejmuje tożsamość właściciela, który wyjechał na długo. Zdobywa pracę w chińskiej mafii, pomagając siostrze Cristinie zajmującej się bezdomnymi. Ale kiedy dowiaduje się, że Isabelle została zamordowana, chce ją pomścić.

koliber1

Dziwny film zaserwował debiutujący w roli reżysera Steven Knight (scenarzysta m.in. „Wschodnich obietnic” Davida Cronenberga), bo jak na film akcji za mało akcji, tempo jest spokojne, a dużo psychologii. Londyn nocą nie wygląda tak fajnie jak za dnia i nie chodzi mi tu o neony, ale nocą budzą się demony. Wiem, brzmi to banalnie, ale to akurat prawda – prostytucja, haracze, handel towarem, ściąganie długów. Tu sprawiedliwość wymierza się na własną rękę. Klimatu brudu dopełniają ciekawe i niepozbawione uroku zdjęcia Chrisa Mengesa, dobry montaż oraz dość intrygująca fabuła, która może nie jest specjalnie oryginalna, ale nie zanudza. Jak dla mnie to za spokojnie było (ze względu na pewnego aktora liczyłem na więcej zadymy), ale efekt jest niezły, zaś rzadko pojawiające się sceny akcji są porządnie zrobione.

Liczyłem na jatkę i kino akcji, bo zagrał tu niejaki Jason Statham, który jednoznacznie kojarzy się z byciem twardzielem. Tutaj jednak gra faceta z przeszłością, od której próbuje uciec, a by odkupić swoje winy, musi sam załatwić sprawy za pomocą pięści. I facet jest wiarygodny, nawet jeśli nikomu nie spuszcza łomotu. Drugą kluczową postacią jest siostra zakonna grana przez Agatę Buzek. Nie, to nie jest żart. Nie dość, że dobrze mówi po angielsku (choć kilka zdań jest po polsku) i całkiem nieźle poradziła sobie z rolą dość skomplikowanej kobiety.

koliber2

„Koliber” to od czasu „Revolvera” Guya Ritchiego najbardziej nietypowy film w dorobku Jasona Stathama. Jak na film akcji, za dużo gadania i spokoju, a jak na dramat trochę dużo akcji. Efekt wyszedł przyzwoity, a i parę razy potrafi zaskoczyć.

6/10

Radosław Ostrowski

…I sprawiedliwość dla wszystkich

Arthur Kirkland jest młodym prawnikiem z 12-letnim stażem, który wierzy w prawo i jest naprawdę dobry w tym co robi. Nie robi tego ani sławy, władzy czy pieniędzy, ale dlatego, że tak trzeba. Próbuje pomóc młodemu chłopakowi, który dostał wyrok, choć sędzia miał pójść na układ. Zastąpił go jednak sędzia Fleming, który kurczowo trzyma się litery prawa. Jednak Fleming wkrótce zostaje aresztowany i oskarżony o gwałt i pobicie. Chce, żeby Kirkland był jego obrońcą.

sprawiedliwosc1

Dramatów sądowych na ekranie było wiele i każdy bardziej lub mniej poruszał temat sprawiedliwości. Jednak Norman Jewison przy okazji pokazał wady systemu sądowniczego. Wiem, nie był on pierwszym reżyserem, który się tego podjął, ale zrobił to bardzo sugestywnie. Sam film jest tak naprawdę zapisem kilku dni (tygodni) z dnia Kirklanda, gdzie przy okazji poznajemy drobniejsze sprawy dnia codziennego (m.in. niesłusznie skazany Jeff czy transwestyta oskarżony na obnażanie się). Te sprawy pozornie błahe służą napiętnowaniu systemu sprawiedliwości, gdzie prawda nikogo nie obchodzi, a liczy się tylko wygranie sprawy. Gdy jeszcze dodamy do tego korupcję i nieuczciwość sędziów (jeden jest seksualnym maniakiem, drugi żyje na krawędzi i kocha adrenalinę), widok nie jest wesoły, zaś komisja d/s etyki okazuje się kolejną ściemą. Wszystko to zrobione więcej niż dobrze – klimatyczne zdjęcia, funkowo-jazzowa muzyka Dave’a Grusina, mocne dialogi oraz świetny montaż i zaskakujący finał.

sprawiedliwosc2

No i udało się też zebrać świetną obsadę. Bryluje tutaj niezawodny Al Pacino, który bardzo wiarygodnie zagrał młodego idealistę, który wbrew swojej woli zostaje wplątany w brudną sprawę. Jego wątpliwości, a jednocześnie oddanie sprawom małych ludzi są świetnie pokazane i kibicujemy temu bohaterowi do samego końca. Poza nim mamy bardzo mocny drugi plan ze świetnymi rolami Jacka Wardena (sędzia Rayford, który…  parę razy próbował się zabić), Johna Forsythe (śliski sędzia Fleming), Christine Lahti (Gail Packer z komisji d/s etyki) i Lee Strasberg (dziadek Arthura, chorujący na Alzheimera).

Film Jewisona nie zestarzał się, mimo ponad 30 lat na karku. Mocna tematyka, dobra realizacja, świetna konstrukcja. Jeśli nadal chcecie zostać prawnikami, zobaczcie byście wiedzieli co was czeka.

8/10

Radosław Ostrowski

Nieulotne

Michał i Karina są studentami, którzy spędzają wakacje w Hiszpanii i parą. Spędzają razem czas i kochają się. Podczas nurkowania Michał zostaje zaatakowany przez pewnego mężczyznę po nurkowaniu na jego terenie. Agresja doprowadza do tragedii, która rzutuje na ich dalsze losy.

nieulotne1

Jacek Borcuch to jeden z tych reżyserów, którzy wyróżniali się wśród młodych twórców. Po nostalgicznej opowieści o starości („Tulipany”) oraz filmie o miłości ze stanem wojennym w tle („Wszystko, co kocham”), tym razem opowiada współczesną historię o wchodzeniu w dorosłość. Jednak tym razem nie wyszło. Pomysł wydawał się ciekawy, ale sama historia zwyczajnie była nudna i nie wciągająca. Od strony formalnej trudno się przyczepić. Zdjęcia Michała Englerta imponują zarówno kolorystyką (część w Hiszpanii), jak i techniką, montaż też jest na poziomie, zaś elektroniczna muzyka Daniela Blooma buduje wrażenie surrealizmu. Jednak sama historia jest dość pourywana, konstrukcja oparta na przypadkowych spotkaniach i rozmowach, z których niewiele wynika i nasi bohaterowie snują się po okolicy, ładnie wyglądają i cierpią, ale to wszystko takie chłodne i wykalkulowane.

nieulotne2

Trochę szkoda, bo grający główne role Jakub Gierszał i Magdalena Berus dają z siebie wiele, grając naprawdę nieźle. Poza nimi reszta aktorów nie miała zbyt wielu szans pokazania się.

Borcuch zawsze trzymał fason i robił naprawdę dobre filmy. Tym razem jednak coś nie do końca zagrało. Naprawdę szkoda, bo wyszła z tego wydmuszka.

6/10

Radosław Ostrowski

Inna kobieta

Marion Post jest pisarką, która od długiego czasu żyje z mężem i córką z jego pierwszego małżeństwa. Właśnie skończyła 50 lat i jej związek jest dość rutynowy. Wszystko to się zmienia, kiedy zza ściany obok (gabinet psychologa) słyszy kobietę, która jest nieszczęśliwa. To wydarzenie zmuszą ją do przyjrzenia się swojemu życiu.

inna_kobieta1

Po dwóch dość chłodno przyjętych próbach zrobienia filmu w stylu Bergmana, Woody Allen nie odpuszcza i kręci najbardziej zaskakujący film w swoim dorobku. Owszem, jest to dramat obyczajowy, jednak jest on najbardziej przystępny i najbardziej oswajalny w porównaniu do „Wnętrz” i „Września”. Tutaj skupiamy się na psychice kobiety, która odniosła spory sukces, jednak czuje emocjonalną pustkę, której nie jest w stanie wyciszyć. Dawne żale i pretensje w końcu dają o sobie znać, jednak Allen rozgrywa je w dość ciekawy sposób, używając snów, wykorzystując wspomnienia. Choć jest poważny, nie szydzi ze swoich bohaterów. Reżyser daje nadzieję na to, że nigdy nie jest za późno na zmianę. Okraszone to wszystko zarówno elegancką i piękną muzyką, jak i świetnymi zdjęciami Svena Nykvista.

inna_kobieta3

Jednak poza imitowaniem tematyki i stylu Bergmana, Allen świetnie prowadzi aktorów i kolejny raz nie pojawia się na ekranie. Marion w świetnej kreacji Geny Rowlands jest kobietą, która nie jest szczęśliwa. Kolejne sny i spotkania z osobami pozwalają dostrzec swoje błędy i zmusić ją do autorefleksji. Wszystko to przez pacjentkę Hope (Mia Farrow), która – przynajmniej dla mnie – jest odbiciem samej Marion – kobieta młodą, ale nieszczęśliwą i próbującą odebrać sobie życie. Spotkanie z nią w restauracji jest punktem zwrotnym. Wśród panów tutaj wybijają się będący w świetnej formie Ian Holm (dr Ken Post – lekarz, przyzwyczajony do swojej rutyny) i pojawiający się na krótko Gene Hackman (Larry Lewis – zakochany w Marion mężczyzna, który zostaje przez nią odrzucony). Dzięki temu kwartetowi ten film ożywa i wciąga.

inna_kobieta2

Poprzednie „poważne” filmy Allena zastanawiały mnie nad tym, dlaczego tak ceniony reżyser podejmował się wysiłku, który nie był do końca udany. „Inna kobieta” potwierdza, że ten reżyser potrafi nakręcić pełnokrwisty dramat, który potrafi poruszyć i angażować, co wcześniej się nie udawało.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Wrzesień

W małym domku nad morzem, mieszka 5 osób: aktorka Diane i jej partner życiowy Lloyd, jej córka Lane, przyjaciółka Stephanie i pisarz Peter. Czasem dom odwiedza zakochany w Lane Howard. Lane zamierza sprzedać dom, zaś w ciągu dnia i nocy wyjdą dawno skrywane żale.

wrzesien2

Woody Allen znów postanowił zrobić poważny dramat, w dodatku mocno on przypominana bardziej sztukę teatralną. Mamy jedno miejsce, gdzie rozmawiają zazwyczaj dwie postacie, która ma swoje tajemnice, niespełnione ambicje i marzenia, które raczej nie zostaną spełnione, tak jak skryte namiętności i dawne żale, których eksplozja mocno rani. Problem dla mnie jednak jest taki, że Allen na poważnie nie za bardzo do mnie przemawia, nie rusza i nie angażuje tak bardzo, jak w swoich komediach. Jedynie finał jest mocny, ale to dla mnie trochę za mało. W zasadzie nie ma tez tu akcji jako takiej, bohaterowie gadają i miotają się ze sobą. Tak jak we „Wnętrzach”, choć tutaj jest to trochę bardziej strawne.

wrzesien1

Nie można się przyczepić do obsady, która trzyma poziom. Najbardziej wybija się tu Elaine Stritch jako toksyczna matka, która nie ma sobie nic do zarzucenia. Mia Farrow i Dianne Wiest grające kolejne znerwicowaną Lane i jej przyjaciółkę Stephanie wypadły bardzo dobrze, tworząc ciekawe i złożone kreacje. Zaś partnerujący im panowie (Jack Warden, Sam Waterson i Denholm Elliot) trzymają fason.

wrzesien3

Niby tu jest wszystko utrzymane i na poziomie, ale nie trafia do mnie. Allen raczej nie powinien robić poważnych dramatów.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Wnętrza

Joey, Renata (poetka) i Flyn (aktorka) są siostrami z ambicjami artystycznymi, a film skupia się na relacjach między nimi, a także między ich rodzicami (matka – dominująca specjalistka od dekoracji wnętrz, ojciec – adwokat), żyjącymi w separacji. Wszystko się zmienia w momencie, gdy Arthur (ich ojciec) decyduje się ponownie ożenić z poznaną w Atenach kobiecie Pearl.

wnetrza1

Woody Allen tym razem postanowił zrobić film w stylu swojego ulubionego reżysera Ingmara Bergmana, czyli opowieści o pustce emocji i miotaniu się ze sobą, światem oraz swoimi ambicjami. Wszystko absolutnie na poważnie, bez żadnego żartu czy odrobiny humoru, który mógłby być pewną odtrutką. Jednak nazwać ten film za udany do końca. Film ten jest bardzo chłodny i zdystansowany wobec swoich bohaterów, z którymi naprawdę trudno się identyfikować. Alienacja i samotność jest też spotęgowana bardzo sterylnymi, chłodnymi dekoracjami oraz brakiem muzyki (obecna jest ona tylko w jednej scenie – dnia ślubu). Wszyscy bohaterowie są tu nieszczęśliwi, niespełnieni, mający wielkie ambicje i chęć zmiany swojego życia, kończy się zaś tylko na słowach.

Aktorsko trudno się przyczepić, bo jest to zagrane naprawdę dobrze (najlepiej wypadły Geraldine Page, i Mary Beth Hurt) ale dystans jest zbyt duży i film zwyczajnie męczy. Trochę szkoda, bo mogło z tego wyjść coś naprawdę ciekawego.

6/10

Radosław Ostrowski


Aviator

Biografie sławnych ludzi zawsze interesowały innych, także filmowców. Martin Scorsese nakręcił wiele biografii („Wściekły byk”, „Kundun”), ale najcięższym kalibrowo filmem w tej kwestii pozostaje „Aviator”. Jest to historia Howarda Hughesa – milionera, który zdecydował się zdominować rynek lotniczy.

aviator1

Reżyser skupił się na latach 1923-47, czyli czasów największej aktywności tego ekscentrycznego milionera (od realizacji „Aniołów piekieł” aż do lotu Herkulesa), tworząc prawie 3-godzinny fresk o geniuszu balansującym na granicy szaleństwa. Reżyser pokazuje i rozkłada na czynniki pierwsze osobowość Hughesa, którego nie było w stanie złamać nic i zawsze dostawał to, co chce. Nie ważne czy chodzi tu o realizację filmu, kobiety czy pieniądze. Całość robi epickie wrażenie, zaś sceny lotnicze (kręcenie „Aniołów piekieł”, lot samolotem szpiegowskim i katastrofa) robią ogromne wrażenie. Całość ogląda się znakomicie, choć pewne wątki są ledwo zasygnalizowane. Zdjęcia i montaż są rewelacyjne (m.in. sceny przesłuchań komisji Brewstera czy przybycie Hughesa na premierę), muzyka z epoki pasuje do realiów i dopełnia klimatu, a sama historia nie jest w żaden sposób schematyczna czy szablonowa. A obsesję bohatera są bardzo przekonująco pokazane.

aviator2

Jeśli zaś chodzi o aktorstwo, reżyser wybrał prawdziwą śmietankę. Hughesa świetnie zagrał Leonardo DiCaprio w pełni pokazując jego obsesje (mycie rąk), lęki i paranoje, a jednocześnie pewnego siebie marzyciela, który dokonywał rzeczy niemożliwych. Jest to prawdopodobnie najlepsza rola w dorobku tego aktora. Drugi plan też jest wręcz przebogaty, a znani aktorzy jak Willem Dafoe czy Jude Law pojawiają się w epizodach. Jednak na tym planie dominuje zjawiskowa i fantastyczna Cate Blanchett jako Katherine Hepburn – silna, pewna siebie i temperamentna. Poza nią warto też zwrócić uwagę na Alana Aldę (skorumpowany senator Brewster), Iana Holma (prof. Fitz), wracającego do formy Aleca Baldwina (Juan Tripp, szef Pan Am) i Johna C. Reilly’ego (księgowy Noah Dietrich).

Scorsese tym filmem mi naprawdę zaimponował i pokazał, że wrócił do formy, kręcąc jeden ze swoich najlepszych filmów. I nie ma w tym przesady.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Kundun – życie Dalaj Lamy

Chyba nie muszę wam tłumaczyć, czym był i jest Tybet. Kręcenie filmów o tym kraju, jest bardzo ryzykowne i grozi zakazem przyjazdu do Chin, które mają własną wersję historii. W 1997 roku powstały równolegle dwa filmy o Tybecie z Dalajlamą w tle – „Siedem lat w Tybecie” Jeana-Jacquesa Annauda i „Kundun” Martina Scorsese, o którym opowiem wam więcej.

kundun1

Film jest niczym innym jak biografią Dalajlamy XIV od odnalezienia przez mnicha i uznania jako kolejnego wcielenia Buddy aż do ucieczki do Indii, gdzie przebywa do dnia dzisiejszego. Film imponuje zarówno rozmachem jak i realizacją. Udało się twórcom odtworzyć świat, który zniknął bezpowrotnie. Świat pozbawiony przemocy, głębokiej wiary i zwyczajnej dobroci, pełen kolorów i zwyczajów (pogrzeb ojca, wyrocznia, zwoływanie rządu), ale kiedy w Chinach władzę przejęli Chińczycy, Tybet zmienił się nie do poznania, co najbardziej pokazują sceny wizyt Lamy w Chinach oraz relacje jego najbliższych współpracowników, a także sceny wizji Dalajlamy, gdzie przeszłość miesza się z teraźniejszością (genialnie zmontowane). Całość jeszcze jest okraszona genialnymi zdjęciami Rogera Deakinsa (zwłaszcza ujęcia plenerów i rysunków) oraz bardzo klimatyczną muzyką Philipa Glassa, dopełniając opowieści o bezsilności jednostki wobec Historii – bezwzględnej i ślepej.

kundun2

Aktorstwo w tym filmie jest fantastyczne, tym bardziej zaskakuje, że wszystkie role zagrali naturszczycy. Nie będę tu wymieniał nazwisk, bo wszyscy nie zawiedli, ale i tak najważniejszą postacią jest Dalajlama, który wierny ideom Buddy, stara się powstrzymać to, co nieuniknione. Naprawdę polubiłem tego człowieka.

Scorsese znów zaskakuje i nakręcił ostatni film, który był powszechnie uznany za arcydzieło. Potem podobno miał zejść w dół, ale to temat na osobną historię.

8/10

Radosław Ostrowski

Nowojorskie opowieści

Nowy Jork to miejsce, o którym powstało wiele filmów i ma swoich ulubionych reżyserów. W 1989 r. trzech z nich postanowiło połączyć siły i stworzyć jeden film. Tak powstały „Nowojorskie opowieści” – trzy historie z Nowym Jorkiem w tle, nakręcone przez wybitnych filmowców. Ale jak wiadomo, kino to nie matematyka i tutaj 2+2 nie zawsze daje 4. Więc opowiem po kolei.

Całość zaczynają „Życiowe lekcje”, w których Martin Scorsese opowiada o toksycznej miłości ekscentrycznego malarza Lionela ze swoją asystentką, która marzy o działalności artystycznej. On potrafi tworzyć tylko w czasie kłótni, ona chce od niego odejść. Nie zabrakło tu paru znaków rozpoznawczych reżysera: długich, płynnych ujęć, szybkiego montażu (sceny malowania) oraz przebojowej muzyki (m.in. Procol Harum i Cream), tworząc ciekawy portret środowiska artystycznego w konwencji love story. W dodatku ze świetnymi rolami Nicka Nolte (Lionel) i Rosanny Arquette (Paulette) oraz przewijającego się w epizodzie Steve’a Buscemi (komik George). Jednak czułem pewien niedosyt oglądając ten film. Jak na pana Scorsese, mogło być lepiej, ale tak naprawdę wstydu wielkiego też nie ma.

newyork1

Dalej mamy „Życie bez Zoe”, którego bohaterką jest dziewczynka, której rodzice się rozstali, zaś sama Zoe jest bardzo zaradna i pomysłowa. Intryga zaczyna się w momencie, gdy w jej hotelu dochodzi do włamania, zaś złodzieje zgubili z depozytu ojca dziewczynki klejnot należący do arabskiej księżniczki. Niestety, sama historia jest dla mnie zbyt bajkowa i przesłodzona, a jedyne, co przykuło moją uwagę na dłużej to muzyka. Tym większe rozczarowanie, bo reżyserem tej noweli jest Francis Ford Coppola. Na szczęście to najkrótsza z trzech opowieści (ok. 30 minut).

newyork2

Trzecia mogła być albo jeszcze gorsza albo podniosłaby poziom. Stało się to drugie, ale nie ma co się dziwić, bo to w końcu Woody Allen. Tutaj mamy Sheldona – niemłodego faceta, który nie może przeciwstawić się swojej matce, której nienawidzi. Ale kiedy ona znika, tak naprawdę zaczynają się prawdziwe problemy, bo nawet z zaświatów go prześladuje. Nie brakuje typowo allenowskiego poczucia humoru (próby wypędzenia przez medium czy magiczny spektakl z matką Sheldona), zabawnych dialogów, psychiatry i Allena w roli głównej. Ale i tak całe szoł ukradła Mae Questel w roli matki Sheldona – jej troskliwość bywa wręcz drażniąca, jednak nie ma tu przerysowania. Ta nowela jest najlepsza z całego zestawu, bo w krótkim czasie Allen daje z siebie wszystko.

newyork3

Film ten jak każda kompilacja filmowa jest dość nierówna – Scorsese przyzwoity, Coppola nieudany, Allen najlepszy. Choćby dla tej ostatniej opowieści absolutnie warto, a bilans wychodzi na plus.

7/10

Radosław Ostrowski