Z odzysku

Nazwisko Sławomira Fabickiego na początku XXI wieku elektryzowało. Wszystko dzięki nominowanej do Oscara krótkometrażówki „Męska sprawa”. Dlatego w 2006 roku tak wyczekiwano jego pełnometrażowego debiutu. Film nagrodzonego w Cannes i wystawionego jako nasz kandydat do Oscara za film nieanglojęzyczny. „Z odzysku” chyba jednak trafiła do zapomnienia, ale czy zasługuje na to?

Głównym bohaterem jest Wojtek (Antoni Pawlicki) – 19-latek, mieszkający na Śląsku. Żyje ze starszą od siebie Katją (Natalia Wdowina), czyli ukraińską imigrantką, co mieszka nielegalnie w Polsce z synkiem. Chłopak próbuje znaleźć stałą pracę, jednak łatwo nie jest. Walczy w nielegalnych walkach bokserskich, gdzie zostaje zauważony przez niejakiego Dariusza Gazdę (Jacek Braciak) – szefa firmy ochroniarskiej. Przynajmniej tak się przedstawia, bo w rzeczywistości jest egzekutorem długów. Alternatywą jest załatwiona przez dziadka (Jerzy Trela) praca w chlewni. Jednak szybkie pieniądze są zbyt kuszące, żeby zrezygnować.

z odzysku1

Jak widać debiut Fabickiego gdzieś krąży w duchu kina moralnego niepokoju, czyli ma dylemat między dobrym a złem. Czyli prosta opowieść o trudnym życiu i wyrwaniu się z biedy, nizin. Tylko jak zawsze jest pytanie: za jaką cenę? Jak bardzo to wpływa na jego psychikę? I czy taki układ nie jest zaprzedaniem duszy diabłu? Krajobraz jest dość znajomy, niczym wyrwany z lat 90. oraz początków XXI wieku: czyli ubóstwo, nędza, podniszczone domostwa i bloki. A nawet by dotrzeć do chlewni trzeba przejść promem, bo nie ma mostu. Jeszcze nielegalne walki w jakich opuszczonych halach. Więc Fabicki nie tworzy niczego oryginalnego, ale… to wszystko wydaje się wiarygodne.

z odzysku2

O ile sama historia jest dość przewidywalna, „Z odzysku” potrafi porwać realizacją. Niemal dokumentalne, ziarniste zdjęcia tworzą dziwnie niepokojący klimat. Choć nie brakuje scen mocnych i brutalnych, Fabicki wiele pokazuje albo poza kadrem, albo gdzieś niewyraźnie w tle. Lub, co jeszcze ciekawsze, urywa scenę. Przemiana Wojtka, czyli wrażliwego chłopaka w bandytę, coraz bardziej odsuwającego granice moralne jest przekonująca, nawet jeśli znamy finał tej drogi. A ten potrafi uderzyć, rozegrany niemal bez słów i chyba symboliczną sceną.

z odzysku3

Tutaj to wszystko trzyma na barkach są dwie fantastyczne role. Debiutujący wówczas na ekranie Antoni Pawlicki zaskakuje w roli Wojtka, mieszając swoją bardziej wrażliwą stronę, która walczy z tą brutalniejszą stroną. Nie bez oporów zaczyna przesiąkać tym złem z jakim ma styczność i zapada mocno w pamięć. Drugą fantastyczną postacią jest Gazda w wykonaniu rewelacyjnego Jacka Braciaka. Zawsze elegancko ubrany, spokojny i opanowany może sprawiać wrażenie nawet porządnego gościa. To wszystko jednak pozory, gdzie skrywa się bezwzględny gangster, który tylko w ostateczności brudzi sobie ręce. Takiego Braciaka nie widziałem ani wcześniej, ani później i to zadziwia. Drugi plan też potrafi zabłysnąć, gdzie przewija się m. in. Natalia Wdowina (Katja), Wojciech Zieliński („Kalafior”) czy Jerzy Trela (dziadek).

„Z odzysku” z jednej strony krąży wokół ogranych i znanych elementów polskiego kina po transformacji, ale z drugiej jest w tym dużo szczerości, emocji. Fabicki opowiada z ciekawością, w czym pomaga dobry scenariusz oraz niemal paradokumentalna realizacja (poza miejscami skopanym dźwiękiem).

7/10

Radosław Ostrowski

Po miłość/Pour l’amour

Na pierwszy rzut oka film Andrzeja Mańkowskiego składa się ze znajomych elementów. Historia krąży wokół małżeństwa w kryzysie. Ona, Marlena (Jowita Budnik) pracuje jako sprzątaczka w szkole. On, Zbigniew (Artur Dziurman) pracuje na budowach, ale bardzo lubi wypić. Dla niej jego picie staje się ciężarem i chce go rzucić. Próbuje interweniować miejscowy proboszcz (Andrzej Gałła), jednak łatwo nie jest. Wszystko zmienia aplikacja w telefonie oraz poznany mężczyzna z Senegalu (Mamadou Ba).

Wydaje wam się, że wiecie w jakim kierunku to wszystko zmierza? To macie rację – wydaje wam się. „Po miłość” to zdecydowanie, gdzie w centrum znajduje się kobieta. Kobieta niespełniona, samotna, od dawna nie czująca bycia kochaną i pożądaną. Szczególnie po kilkunastu latach małżeństwa, a mąż woli spędzać więcej czasu z gorzałą. Ale co wtedy? Przenieść się do jednego z dorosłych dzieci? Wtedy pojawia się Bruno z Senegalu. Ten facet wydaje się rozumieć kobietę i używa słów, jakich ona nie słyszała od dawna. Mało tego, kobieta zaczyna (choć początkowo nieufna) odczuwać na jego urok. Ale reżyser nie idzie tak prostą drogą. Że nagle wszystko się zmieni, że padnie parę mocnych słów o rozgoryczeniu i zawodzie, braku szczęścia itp.

Jednak Mańkowski podchodzi do tematu z wyrozumiałością, bez osądzania ani z góry. Nie pokazuje bohaterów w czarno-białym obrazku. Przy okazji poznajemy jeszcze Kingę (Patrycja Ziniewicz) – koleżankę Marleny z pracy, co marzy o byciu modelką. Sympatyczna dziewczyna, choć bardzo naiwna i łatwo podatna na manipulacje. Równie zaskakującą postacią jest proboszcz, który w odpowiednich momentach (atak na Kingę online po tym, jak „wyciekł” filmik z nią) piętnuje postępowanie jakie można uznać za odległe od chrześcijańskiego. Z drugiej jest w nim wiele empatii oraz dostrzeżenia słabości, czego w tego typu postaciach ostatnio nie widać na ekranie.

Ale najważniejsza jest tutaj relacja Marleny z Bruno. Ona bardzo drobnymi gestami pokazywana jest przemiana, jaka już wcześniej była sygnalizowana. Jak coraz bardziej próbuje się uniezależnić i żyć własnym życiem, które wydaje się być nieobecne. I choć tą parę dzieli spora odległość, to wiele razy widzimy oboje razem. Pokazuje to jak sporą bliskość może stworzyć telefon komórkowy i social media. Jednak ten świat może być pułapką, gdzie nie każdy łagodnie mówiący delikwent ma dobre intencje. Te sceny najmocniej mnie złapały za serce i uderzyły najmocniej, także dzięki świetnym rolom Budnik i Ba.

„Po miłość” mnie zaskoczyło, choć nie miałem żadnych oczekiwań. Świetnie zmontowane, niemal dokumentalne w formie. Tylko pozornie prosta historia, gdzie wszystko wydaje się zmierzać w oczywistym kierunku. Kino moralnego niepokoju, ale lekko zmodyfikowane.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Od nowa

David E. Kelley to jeden z bardziej zapracowanych twórców serialowych, głównie o tematyce sądowej. Jeśli nie całościowo („Ally McBeal”, „Orły z Bostonu”), to gdzieś wątek związany z procesem pojawia się jak w „Panu Mercedesie” (drugi sezon). I poniekąd tak też jest w zrealizowanym w 2020 roku mini-serialu „Od nowa”.

Akcja znowu skupia się na klasie wyższej białych bogaczy. Ona, Grace Walker (Nicole Kidman) jest psychiatrią, prowadzącym prywatną terapię. On, Jonathan Walker (Hugh Grant) jest lekarzem, a dokładnie onkologiem dziecięcym. Ona jest bardzo wycofana, wręcz stoicka (na ile to kwestia scenariusza, a na ile przeładowanej botoksem „czymś, co kiedyś było twarzą”), z kolei on jest jak na Angola lekko sarkastyczny, ironiczny i bardzo sympatyczny. No i jeszcze jest Henry (Noah Jupi), 15-latek chodzący do prywatnej szkoły, która – jak każda w Nowym Jorku – kosztuje kupę siana. W zasadzie porządna rodzinka. Do czasu. A wszystko z powodu brutalnego morderstwa młodej, latynoskiej kobiety, której syn dołączył do szkoły. Z kolei Jonathan niby jest na konferencji medycznej, lecz… nie wziął telefonu? Coś tu jest nie tak. A to nie jedyna tajemnica.

Tym razem całość wyreżyserowała Susanne Bier – mi najbardziej znana dzięki adaptacji „Nocnego recepcjonisty” dla BBC i AMC. Jeśli spodziewacie się stricte kryminalnej zagadki, to trochę nie do końca. Odpowiedź na pytanie „kto zabił?” nie jest – przynajmniej dla mnie – najważniejsza w tej 6-odcinkowej opowieści. Bo wszystko poznajemy z perspektywy kobiety, której szczęśliwy świat zaczyna się rozpadać niczym domek z kart. Jakby sen (śpiewany w czołówce cover nieśmiertelnego „Dream a Little Dream”) skończył i zmaterializował się w najgorszy koszmar. Kolejne sekrety, kłamstwa wokół męża mocno podważają, czy ten związek naprawdę był taki cudny jak myślimy. A może kolejne poszlaki policji i rewelacje są spreparowane, zaś ofiara była manipulującą wariatką? Sprawcą może być ktoś inny? Kryminalna intryga brzmi dość znajomo, jednak mam wrażenie, że bardziej twórców interesuje psychologiczny portret tej sytuacji oraz reperkusje (prawdziwych lub nie) oskarżeń.

Kolejne retrospekcje, poszlaki, koszmarne majaki pojawiające się nawet na jawie – wszystko bardziej lub mniej świadomie wydaje się wskazywać na winę mężczyzny. Jeszcze to zniknięcie. Jest bardzo źle. Z drugiej strony to desperackie poszukiwanie czegokolwiek, co mogłoby obalić te oskarżenia (także wobec Grace o współudział) i potwierdzić niewinność. I już słyszę te padające pytania: jak ona mogła niczego nie zauważyć? Skoro jest doświadczonym psychologiem, powinna dostrzec pewne sygnały, wychwycić coś nieoczywistego, zaskakującego. A może jest tak, że wobec najbliższej osoby tworzymy pewien wyidealizowany obraz, kiedy nie jesteśmy z nią 24 godziny na dobę. I dlatego ciężko nam uwierzyć, wypieramy niepasujące do tego obrazka fakty? Ten aspekt oraz pokazanie rozpadu fundamentów rodziny, które wydają się za głębokie do sklejenia był najbardziej interesującym elementem. Wszystko to jeszcze sfotografowane w bardzo „jesiennej” kolorystyce, co jeszcze bardziej potęguje klimat obcości, mroku oraz niepokoju.

Technicznie trudno się do czegoś przyczepić, zaś zdjęcia są fantastyczne. Dużo skupień na detale (niemal każda scena rozmów Grace z policjantami), wiele zbliżeń czy ujęć na twarze bardzo działają emocjonalnie. Montażowe przebitki jeszcze bardziej podkręcają atmosferę niepokoju, tak jak mocno schowana w tle muzyka. Jedyne, co mi naprawdę przeszkadzało to finał. Dla mnie zbyt hollywoodzki, trochę efekciarski i jakby z innej opowieści. To jednak w zasadzie nie za duża skaza.

Za to aktorsko jest co najmniej bardzo dobrze. Pozytywnie mnie zaskoczyła Nicole Kidman, do której miałem największe wątpliwości i wyszła więcej niż solidnie. Głosem potrafi pokazać swoje wątpliwości, obawy i cały czas zależało mi na niej. To jak mierzy się z kolejnymi tajemnicami oraz jak więcej zasłon opada z tej wizji jej życia czy podczas zeznań w sądzie błyszczy. Ale tak naprawdę szoł kradnie Hugh Grant, który jako Jonathan pokazuje kilka twarzy: czarującego Anglika, empatycznego lekarza oraz… przekonanego o swojej niewinności gościa. Pod każdą z nich wypada znakomicie, gdzie musi lawirować między winą a brakiem winy, by móc wywołać sprzeczne sygnały. Magnetyzował niemal do samego końca. Tak samo Noah Jupe (bardzo mocno wierzący w ojca i mający fiksację na punkcie sprawy syn Henry) oraz zawsze trzymający fason Donald Sutherland (dziadek Franklin, który nie akceptował Jonathana) świetnie uzupełniają drugi plan. Ale jest tam dużo, dużo bogactwa w postaci m. in. Edgara Ramireza (detektyw Mendoza), Lily Rabe (Sylvia, przyjaciółka Grace) czy Noma Dumezweni (rewelacyjna prawniczka Haley Fitzgerald).

„Od nowa” dość mocno podzieliło widzów, gdzie większość raczej była rozczarowania intrygą kryminalną i jej rozwiązaniem. Dla mnie jednak to bardzo mocny thriller psychologiczny, który może nie odkrywa niczego nowego (każda rodzina ma swoje tajemnice, które prędzej czy później powrócą ze zdwojoną siłą), jednak to w zbyt angażujący sposób, żeby to zignorować. Kolejna mocna produkcja w katalogu HBO.

8/10

Radosław Ostrowski

Młody papież

Włoski serial o papieżu? Współprodukowany przez HBO i Canal+? Do tego stworzony przez Paolo Sorrentino? Będzie kontrowersyjnie, prowokacyjnie czy to wszystko jest jaką zmyłką? Cała historia skupia się na nowo wybranym papieżu. Ku zdumieniu wszystkich nie jest to stary pierdziel, co w każdej chwili może przenieść się na tamten świat. Ani oderwany od rzeczywistości duchowny z dużym doświadczeniem. Ani papież czarnoskóry, by mógł nastać koniec świata. To młody, czyli przed 50-tką Lenny Belardo z Nowego Jorku. Przyjmuje on imię Piusa XIII, co oznacza mocny skręt ku konserwatyzmowi.

mlody papiez1

Sam serial próbuje złapać kilka srok za ogon, co wymaga ogromnej gimnastyki. Przede wszystkim serial jest portretem psychologicznym papieża, jakiego dawno nie widziałem na ekranie. A przynajmniej od czasu „Rodziny Borgiów”. To zdecydowanie intelektualista, który podchodzi do wszystkiego z chłodną głową. Przechodzi poważny kryzys wiary, przez co bycie duchowym przywódcą bywa problematyczne. Nie daje się uwieść kwiecistym stylem, ale jednocześnie przyzwyczaja się do otaczającego bogactwa. Niemal zawsze z papierosem w ręku. Chodząca sprzeczność: bywa wyrozumiały, ale też przebiegły niczym polityk, wszędzie ma swoich ludzi (jego informatorem jest… spowiednik) i wie wszystko. Nawet o najmniejszych sekretach i tajemnicach swoich współpracowników.

mlody papiez2

I tutaj zaczyna się kolejny element, czyli bardziej zakulisowe zagrywki. Trochę jak w „Sukcesji” czy innej „Grze o tron”. Istotnymi graczami tego wątku jest wszechpotężny (przynajmniej według siebie) sekretarz stanu, kardynał Voiello. Bez niego nic się tu nie odbywa, w zasadzie on wydaje się najważniejszym zawodnikiem. Jest jeszcze szefowa PR-u Sofia Dubois, dbająca o image naszego papieża oraz nowa osobista asystentka, czyli… siostra Mary. Jest jeszcze kardynał Kongregacji Wiary (czyli kwestie świętych i błogosławionych), monsigniore Gutierrez zajmujący się muzeum oraz zabytkami, kolega z przedszkola kardynał Dussolier, a także – nie powiązana z Kościołem – Esther, czyli zona jednego ze szwajcarskich gwardzistów. Sorrentino cały czas lawiruje między władzą, religią, polityką a szarym dniem codziennym. O ile papież ma to coś takiego.

mlody papiez3

Do tego jeszcze pojawiające się sny, wizje (sam początek to prawdziwa podpucha w postaci snu we śnie we śnie), modlitwy w najbardziej zaskakujących miejscach jak choćby na parkingu przy stacji benzynowej (bo czemu nie). I tu się zaczynają robić ciekawe rzeczy, jakby nasz Lenny wierzący-nie wierzący zaczyna robić… cuda. A do tego miksu jeszcze czasem wydarzają się nagłe zjawiska pogodowe, jeszcze pojawia się rzekomy cudotwórca, co leczy za pomocą… owcy czy dochodzenie w sprawie nowojorskiego kardynała z zarzutami pedofilii. Jeśli jeszcze dodamy jako tło mieszankę muzyki elektronicznej, sakralnej i popowej w najmniej oczekiwanym momencie jak kiedy papież przebiera się przed przemówieniem do kardynałów, zaś w tle gra… „I’m Sexy and I Know it” (DAAAAAAMN).

mlody papiez4

Co ten Sorrentino odwala, to nie mam pojęcia. Czy jest to serial obrazoburczy, kontrowersyjny? Jeśli dla was pokazanie księży jako ludzi, podkreślę to, LUDZI, może być to kontrowersyjne. Bo to ludzie samotni, pełni słabości, ale też zaskakującą siłą. Nawet zakonnice grają w… piłkę nożną lub siatkówkę, co jakoś mnie nie dziwi. Przy spotkaniach z politykami nie brakuje sarkastycznych, błyskotliwych dialogów, nie pozbawionych trafnych spostrzeżeń. A wszystko kończy się bardzo nagłym cliffhangerem, przez co historia znajduje się w zawieszeniu.

mlody papiez5

Aktorsko jest więcej niż rewelacyjnie. Na barkach trzyma to genialny Jude Law jako Lenny/Pius XIII. Ateista, myśliciel, duchowny, polityk, zagubione dziecko – te sprzeczności aktor wygrywa w zasadzie bezbłędnie. I wygląda niesamowicie w tych cudacznych strojach, zaś kilka monologów (pierwsza przemowa przed placem św. Piotra, jego wizja Kościoła dla kardynałów czy rozprawa z zakonnikami, co grożą schizmą) to prawdziwe tour de force. Dla mnie najlepsza rola tego aktora, który z każdą sceną jest coraz bardziej fascynujący, niejednoznaczny, nigdy jednak niespójny. Drugą petardą jest Silvio Orlando, czyli sekretarz stanu Voiello. Bardzo gładki i sprawny w słowach, choć jego intencje pozostają niejasne. Zręczny polityk, znający wszystkie sztuczki, mechanizmy oraz prawa, zdecydowanie ktoś raczej nie budzący zaufania. A może to wszystko tylko fasada, co skrywa bardziej wrażliwego i uważnego człowieka? Druga wybitna rola tego serialu. A że jeszcze w składzie mamy równie świetnych Diane Keaton (siostra Mary), Jamesa Cromwella (kardynał Michael Spencer, mentor papieża) czy absolutnie wyraziste Cecile de France (Sofia Dubois) oraz Ludivine Sagnier (Esther Aubry) jest kogo oglądać. Nie ma tu nikogo w słabej formie czy grającego sztucznie. Bez względu na to, czy mówią po angielsku, włosku czy łacinie.

mlody papiez6

„Młody papież” to imponująca produkcja, nawet jak na Sorrentino. Z imponującą scenografią, kostiumami, świetnym montażem, bardzo płynnymi zdjęciami. Dla wielu ta wizualna uczta może być przerostem formy nad treścią, dla innych absolutnie przełomowy tytuł jakiego nie było od lat. Dla mnie to absolutne zjawisko, pozwalające odrobinę lepiej poznać skomplikowaną strukturę Kościoła katolickiego. Teraz muszę wziąć na warsztat drugi sezon, eeee, tzn. „Nowego papieża”.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Babel

Czym była wieża Babel? Dawno, dawno temu (przynajmniej według Biblii, która nie jest tekstem naukowym) ludzie chcieli zbudować wieżę tak wielką, by mogliby zobaczyć Boga. Bogu się jednak wkurzył i postanowił rozwiązać problem. Ponieważ wtedy wszyscy ludzie mówili jednym językiem, to Bóg pomieszał im języki, by nie mogli się ze sobą porozumieć. I poniekąd o tym też opowiada nakręcony w 2006 roku film Alejandro Gonzaleza Inarritu.

Akcja tej mozaiki toczy się w Maroku, USA, Meksyku i Japonii, jest (jak we wczesnych filmach Meksykanina) poszatkowana w montażu, przeplatając się ze sobą. Czyli mamy kompletną mieszankę, mogącą zrobić w głowie mętlik. Spróbuję jednak opowiedzieć o co tu chodzi, więc UWAGA na spojlery. Japoński biznesmen podczas polowania w Maroku wręcza swojemu przewodnikowi w prezencie swój karabin. Mężczyzna wręcza go swojemu kuzynowi Abdullahowi, by móc bronić swoje kozy przed szakalami. Abdullah wyrusza do miasta, zostawiając stado pod opieką dwóch synów i córki. Synowie, jak na dzieci przystało, bardziej bawią się bronią. I to kończy się postrzeleniem jednej z pasażerek autobusu – Amerykanki Susan. Jej mąż Richard desperacko próbuje prosić o pomoc, jednak władze USA uważają postrzał za atak terrorystyczny i komplikuje to relacje z władzami Maroko.

Ich dzieci pozostały w domu z opiekunką z Meksyku. Kobieta ma jednak problem, bo wkrótce zbliża się ślub oraz wesele jej syna w ojczystym kraju. Najgorsze jest to, że nie ma z kim ich zostawić, więc… bierze je ze sobą. W czym pomaga jej siostrzeniec Santiago. Niejako poza tymi wydarzeniami znajduje się Chieko – nastoletnia, głuchoniema córka wspomnianego na początku biznesmena. Oboje się nie dogadują ze sobą i nie chodzi tylko o język.

„Babel” niejako idzie drogą, którą wyznaczali tacy reżyserzy jak Robert Altman, Quentin Tarantino czy Paul Thomas Anderson. Ale bardziej bawi się tu chronologią i montażem, co pokazało „21 gramów”. Niemniej w przeciwieństwie do tamtego filmu jest to dzieło o wiele mniej chaotyczne, bałaganiarskie i nieczytelne. Polifoniczna narracja prowadzona jest dużo pewniej (aczkolwiek nie brakuje tu dłużyzn), przejścia między postaciami płynniejsze, zaś dialogi wydają się mniej pretensjonalne i zaskakująco oszczędne. Zdjęcia niemal paradokumentalne w formie (sceny w Maroku i Meksyku) jeszcze bardziej budują bardzo nerwową atmosferę. Inarritu w paru momentach trzyma za gardło (kontrola graniczna, skorzystanie z usług lokalnego lekarza w celu zatrzymania rany postrzałowej czy pokazana z perspektywy Chieko wypad na dyskotekę), czego nie spodziewałem się.

Ale o dziwo bardziej niż historia małżeństwa (granego przez najbardziej znane gwiazdy, czyli Brada Pitta i Cate Blanchett) interesowały mnie opowieści dookoła. Czyli wątek meksykańskiej opiekunki oraz nastoletniej głuchoniemej dziewczyny. Pierwsza grana przez fantastyczną Adrianę Barrazę z jednej strony jest bardzo odpowiedzialna, z drugiej jednak podejmuje spore ryzyko ufając siostrzeńcowi (mocny Gael Garcia Bernal). Ten w decydującej sytuacji zawodzi, co doprowadza do dramatu. Chwila po przekroczeniu granicy jest poruszający. Ale dla mnie najlepiej wypadła Rinko Kikuchi, czyli głuchoniema Chieko. Skonfliktowana z ojcem, wkurzona na swoje ograniczenia i niejako obrażona na ten świat, reagująca agresją lub prowokacyjnym zachowaniem (m. in. wizyta u dentysty). Jednak w pewnym momencie „łamie się” przed obcą osobą, co nawet ją bardzo zaskakuje.

„Babel” powstał w czasach, kiedy Inarritu mógł być nazywany meksykańskim Kieślowskim. Może trochę na wyrost, ale w tym filmie to widzę najmocniej. Historia nie tylko o braku komunikacji z powodów kulturowych czy językowych, lecz także z powodów uprzedzeń, wrogości i podejrzliwości. Jak jedno drobne wydarzenie niczym kula śnieżna ogarnia coraz więcej osób, nawet niekoniecznie znających się ze sobą. Wszystko jest połączone.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Sundown

Acapulco – wręcz idealne miejsce na wypoczynek. Jeśli cię na to w ogóle stać, tak jak naszą cholernie bogatą rodzinę w wypasionym hotelu. Neil (Tim Roth) sprawia wrażenie bardzo nieobecnego, wycofanego i do bólu uprzejmego. Jego siostra Alice (Charlotte Gainsbourg) razem z dwójką nastoletnich dzieci. Niby wypoczywa, ale w ręce częściej jest telefon. No i telefon odpali pierwszą „bombę” tego filmu: ich matka umiera. Wypoczynek się kończy, trzeba się zwijać i zorganizować pogrzeb. ALE na lotnisku okazuje się, że Neil zgubił paszport, więc zostaje na miejscu. Poszukać paszport? Nie. Wynajmuje pokój w innym hotelu i… zostaje. Jakby nigdy nic się nie wydarzyło.

Meksykański reżyser Michel Franco w swoim filmie ciągle zaskakuje. Na pierwszy rzut oka wygląda to wszystko jak coś w stylu „Białego lotosu”. Jednak reżyser bardzo powoli i oszczędnie zdradza kolejne informacje. A największym hakiem jest tutaj zachowanie Neila. Irracjonalne, jakby się ukrywał, uciekał przed odpowiedzialnością, był kompletnie obojętny. Przyglądamy się mu niczym owadowi pod mikroskopem, próbując zrozumieć jego dziwne decyzje. Niby na pierwszy rzut oka nic się nie dzieje, bohater pływa, pije piwo, poznaje pewną kobietę. Ale podskórnie czuć, że coś wisi w powietrzu. Zagrożenie może pojawić się dosłownie zewsząd (mocna scena zamachu na plaży). Żeby rozwinąć tą myśl, musiałbym wejść w strefę spojlerów oraz kolejnych zakrętów i niespodzianek. Bo te reżyser serwuje niczym królik z kapelusza.

A co ciekawsze, Franco wszystko trzyma mocno w ryzach. Nie ma tutaj wrażenia, że to jest wydumane, pretensjonalne czy naiwne. Jest po drodze parę szokujących niespodzianek, który zmieniają perspektywę i rzucają nowe światło na mężczyznę. Tim Roth jest bardziej wycofany niż w jakimkolwiek innym filmie w swojej karierze. Bardzo stonowany, z twarzą tak plastyczną, że trudno z niej jakiekolwiek emocje odczytać, jest enigmatyczny i magnetyzujący do samego końca. Dzięki niemu to wszystko trzyma się w ryzach. Reszta postaci w zasadzie pełni rolę tła (poza świetną Charlotte Gainsbourg, która tworzy mocną rolę Alice), które jest ledwo zarysowane.

„Sundown” jest mocnym dramatem psychologicznym i frapującym portretem człowieka obojętnego wobec całego świata. Toksyczny mężczyzna czy zgorzkniały facet, co stracił złudzenia? Na to pytanie odpowiedzieć musicie sami, jeśli zdecydujecie się wybrać na „Sundown”. Jest w nim coś brutalnie szczerego w tej historii.

8/10

Radosław Ostrowski

Zadra

Ile to już było historii o młodych, zdolnych, lecz nie mających szczęścia i dostają szansę. Ale czy ją wykorzystają, czy wszystko pójdzie gładko i bez problemu, czy będą poważne wyboje. No cóż, odpowiedź na to pytanie jest oczywista. Na nieszczęście dla nas.

Tytułowa Zadra (Magdalena Wieczorek) ma na imię Sandra, mieszka z matką i młodszym bratem. Pracuje jako kelnerka w kawiarni, ale raczej nie jest zbyt dobra. Za to próbuje przebić się na scenie rapowej. Ma swój profil na Twarzaku, wspiera ją kumpela Justi (Margaret) oraz chłopak Bartek (Ignacy Liss). Łatwo nie jest, a kiedy zostaje zwolniona, wszystko jeszcze bardziej się komplikuje. Wtedy pojawia się szansa, kiedy na koncercie niejakiego Motyla (Jakub Gierszał) dostaje szansę wejść na scenę. On zauważa w niej potencjał i zatrudnia ją do swojej ekipy jako hajpmenkę (mam nadzieję, że to dobrze zapisałem).

Film reżysera Grzegorza Mołdy i scenarzystki Moniki Powalisz jest tak szablonowy oraz przewidywalny, że aż to boli. Może nie jest to przewidywalność w stylu, że jesteś w stanie przewidzieć co do zdania jakie padnie. Ale schematy są tu tak naładowanie niczym słabe wersy w utworach Sentino czy innego Malika Montany. W dużym skrócie – wiemy, że Zadra zostanie zwolniona z pracy (bo weszła w pyskówkę z celebrytką), do tego jeszcze niszczy szefowi auto (ta scena zrobiona w formie teledysku nawet mi się podobała). Że pójdzie drogą kariery i (oczywiście) uderzy jej woda sodowa do łba, przestanie pisać do kumpli, zacznie ćpać, oddalać się od rodziny. Co jeszcze? Dochodzi do zagrożenia zdrowia braciszka, gdy ten niezauważenie bierze piguły (dragi) od siostrzyczki podczas zakupów. Potem jakoś w jednej scenie dogada się z matką i wszystko jest spoko (że co??). Kradzież tekstu oraz nagranie „swojej” piosenki, upadek oraz powolna droga na szczyt.

Nic was tu nie zaskoczy, a dialogi to czasem potrafią przyprawić o ból uszu. Miałem wrażenie jakby twórcy bali się zaryzykować i dodać czegoś innego, mniej znajomego oraz oczywistego niż droga od nikogo do celebryty z zachłyśnięcie się sławą, upadkiem i powrotem do dawnego siebie. Wątki poboczne wydają się być liźnięte (relacja Sandry z kumpelą, chłopakiem czy matką), wspólna trasa koncertowa to szybka zbitka montażowa, a wszystko opowiedziane jest bardzo skrótowo. Nawet pokazanie mediów społecznościowych jako narzędzia promocji czy budowaniu wizerunku nie odgrywa zbyt dużej roli. Technicznie trudno się do czegoś przyczepić. Wygląda to kompetentnie, muza oraz kawałki są naprawdę niezłe (duet muzyczno-tekstowy 1988/Żyto dał radę) i jest parę ładnych kadrów.

Aktorzy starają się jak mogą, by ożywić te szabloniki, jednak scenariusz mocno podcina im skrzydła, nie dając zbyt dużego pola manewru. Niemniej udaje się tym postaciom dać odrobinę charakteru oraz ciężaru, szczególnie na drugim planie. Nie jestem w stanie złego słowa powiedzieć o Magdalenie Różczce (matka Sandry), Ignacym Lissie (Bartek) czy dość zaskakującej Margaret (Justi) – to solidne role, mające swoje pięć minut. Świetnie wypada Gierszał jako raper Motyl i nie chodzi tylko o nawijanie na scenie (bo robi to cholernie dobrze), ale bardzo dobrze pokazuje jego dwa oblicza: to sceniczne jako imprezowy hustler oraz bardziej prywatne, gdzie jest poukładanym, trzymającym się ziemi gościem. I to nie gryzie się w żadnym momencie.

Ale co czyni „Zadrę” zjadliwą oraz oglądalną jest Magdalena Wieczorek. Ta dziewczyna dokonuje cudów na ekranie, bo cały czas patrzyłem na nią jak zahipnotyzowany i podążałem za nią. Mimo ograniczeń scenariusza udaje się jej zbudować postać z krwi i kości, której chce się kibicować, zaangażować, każdą scenę (jakkolwiek by była banalna) oraz dialog jest w stanie podać tak naturalnie, bezboleśnie, że mnie to wszystko obchodziło. To jest bardzo, bardzo trudne zadanie i mam nadzieję (bo niczego innego mieć nie mogę), że jeszcze o niej usłyszę.

Chciałbym coś powiedzieć dobrego o „Zadrze”, ale ostatecznie bilans układa się na szali wskazującej „rozczarowanie”. Niby film próbuje opowiedzieć coś o naszej rap-scenie, jest pewna energia i pasja, tylko wszystko to jest zaplątane w ogromną paczkę banałów. Jakby cała para, zaangażowanie poszła w próżnię, nie mogąc wyrwać się z marazmu.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Halston

Roy Halston – czy komuś z tu obecnych coś mówi to nazwisko? Zapewne nie. Mnie również nic nie mówiło, bo na modzie się znam jak politycy na sztuce nowoczesnej. Dałem jednak sobie szansę dla tego miniserialu o (dzisiaj) zapomnianym projektancie mody z dwóch powodów. Po pierwsze: producencko palce maczał drogi narybek Netflixa, czyli Ryan Murphy. Po drugie, tytułową rolę zagrał sam Ewan McGregor. I co z tego wyszło?

halston3

Wszystko zaczyna się w 1962 roku, gdy nazwisko Halstona pierwszy raz wypłynęło w mediach. Wszystko dzięki prezydentowej USA Jackie Kennedy, a dokładniej noszonym przez niej kapeluszu. To spowodowało sporą sprzedaż, jednak trwało to kilka lat. Designer zaczął szukać nowych rzeczy do zaoferowania, jednak brakowało mu zarówno wsparcia finansowego, jak i współpracowników. Jedno i drugie powoli udało się zdobyć, ale cały czas potrzebował przełomu. Czegoś, co da mu rozpoznawalność oraz zapewni duży sukces. Taką szansą staje się „bitwa o Wersal”, czyli wspólnym pokaz mody francuskich i amerykańskich projektantów, będący konfrontacją współczesnych trendów.

halston1

Sam miniserial, choć krótki (odcinków tylko 5), próbuje bardzo dużo zmieścić. Z jednej strony mamy karierę Halstona, jego coraz bardziej rozrastające się imperium na przestrzeni dekad oraz upadek, z drugiej coraz bardziej zmieniające się trendy lat 60., 70. i 80., a także następująca komercjalizacja, co doprowadza do większego głosu korporacje. Z trzeciej mamy spojrzenie na samego Halstona, którego przekonanie coraz bardziej autodestrukcyjna droga i przekonanie o swojej wyższości oraz racji doprowadza do izolacji, samotności, wreszcie utraty praw do swojej marki.

halston2

Dzieje się dużo, nawet za dużo i można łatwo się w tej chaotycznej narracji pogubić. Bo po drodze jeszcze ostre imprezy w Studio 54, przyjaźń z Lizą Minnelli, wreszcie prywatna relacja z męską prostytutką Victorem Hugo. Życie prywatne miesza się z życiem zawodowym, mamy krótkie przebitki z czasów dzieciństwa (awantury rodziców), coraz większa obecność narkotyków, branie na siebie obowiązków. Reżyserowi Danielowi Minahanowi oraz scenarzystom pod wodzą Sharra White’a ciężko się zdecydować o czym tak naprawdę „Halston” ma być. Przeskoki w czasie są spore, postacie nagle potrafią zniknąć (jak np. zaczynający u Halstona przyszły kostiumolog i reżyser Joel Schumacher), co tylko wywołuje dezorientację. A jednak jest kilka bardzo mocnych czy olśniewających wizualnie scen jak stworzenie nowej sukienki, przygotowania do pokazu czy reklamy kolejnych produktów Halstoma. Gdyby jednak ktoś po seansie mnie zapytał, kim tak naprawdę był Roy Halston, odpowiedź byłaby dalej niż bliżej.

halston4

Co może się podobać w serialu? Na pewno scenografia i kostiumy, którym poświęcono wiele czasu oraz uwagi. Klimat realiów też oddano świetnie, w czym na pewno pomogła świetnie dobrana muzyka. Na drugim planie też jest kilka interesujących ról (m. in. Gian Franco Rodriguez, Rebecca Dayan, David Pittu czy zjawiskowa Krysta Rodriguez jako Liza Minelli). Ale i tak najważniejszy w tym wariactwie jest Ewan McGregor w roli tytułowej. Jest odpowiednio charyzmatyczny, władczy, kreatywny oraz silną osobowością, ale pod tym wszystkim skrywa się bardzo zagubiony, niepewny siebie, desperacko pragnący uwagi oraz akceptacji mężczyzna. Im dalej w las, tym coraz bardziej wyraźna staje się megalomania, nieopanowane ego i żądza władzy. Finał tej postaci nie mógł być inny, ale aktor znakomicie pokazuje złożoność tego bohatera, bez popadania w teatralną przesadę czy karykaturę. A o to byłoby bardzo łatwo, grając geja. Szkot jednak wszystko wygrywa bezbłędnie, włącznie z akcentem.

Ciężko mi jednoznacznie polecić czy zachęcić do obejrzenia „Halstona”. Z jednej strony jest absolutnie charyzmatyczny McGregor oraz świetne sceny modowe i związanie z tworzeniem ubrań. Ale z drugiej brakuje w tym wszystkim jakiejś spójności, skupienia, przez co narracja jest bardzo chaotyczna i skokowa. Niby jest to portret artysty, ale wydaje się być bardzo powierzchowny, płytki, pozbawiony jakichś mocniejszych haków emocjonalnych.

6/10

Radosław Ostrowski

Tata

Uwaga!
Recenzja zawiera spojlery!

Tytułowym tatą jest Michał (Eryk Lubos) – kierowca TIR-a, samotnie wychowujący córkę. Chyba, że jest w trasie, to wtedy dziewczynką zajmuje się niania z Ukrainy i jej wnuczka Lenka. Mówienie, iż łatwo nie jest to nic nie powiedzieć. Sprawy się komplikują jeszcze bardziej, gdy starsza pani umiera. Kobieta była nielegalnie, co oznaczało by miesiące papierologii, procedur, a gdzieś w tle czaiłaby się deportacja. Mężczyzna kontaktuje się z żoną nieboszczki i decyduje się zabrać zarówno dziewczynki, jak zawieść ciało na Ukrainę. Ryzykowna decyzja, ale jakie są inne opcje?

Kolejna polska produkcja zrealizowana przez Warner Bros. (po „Innych ludziach”, „Apokawixie” i „Na swoim miejscu”), znowu nakręcona przez debiutantkę. Poniekąd, bo reżyserka Anna Maliszewska jest doświadczoną twórczynią teledysków. Ale wideoklip to jedno, a pełnometrażowa fabuła to inna para kaloszy. „Tata” to kolejna próba stworzenia kina środka, czyli opowieści o sprawach ważnych i poważnych, lecz w sposób bardzo przystępny, niekoniecznie depresyjny. Maliszewska tworzy kino drogi, choć wydaje się dziwnie znajome. Dorosły ojciec i dwie dziewczynki, które potrafią być momentami irytujące. Jak to dzieci, choć miewają przebłyski dojrzałości. Podróż pozwala także poznać Michała i dręczące go demony (śmierć żony, alkoholizm, samotność), jednocześnie próbując bardziej scementować swoją więź z córką.

Zadziwiający jest fakt jak bardzo płynnie toczy się cała opowieść. Nie ma poczucia przestoju, zbędnej sceny i czuć emocjonalny ciężar. Spędzamy wiele czasu z tym kierowcą, dla którego droga jest całym swoim życiem. Widzimy go podczas jazdy, na postojach czy parkingach. Czasem pojawi się autostopowiczka (Zofia Jankowska), kolegów z trasy albo stara znajoma (świetna Marta Malikowska). Cały czas jednak w centrum pozostaje Michał oraz dwie dziewczynki. Choć zdarza się powiedzieć parę mniej przyjemnych słów, Lenka i Miśka tworzą bardzo siostrzaną relację.

Ale kiedy trafiają na Ukrainę wszystko niby wydaje się spokojne, łagodnie. Docierając na miejsce, do Wasyla sprawy się komplikują. Ciężko się dogadywać, Michał niejako zmuszony jest do picia, zaś przewożony przez niego towar (ciało jest schowane w… mrożonych rybach) ulega zniszczeniu. Zupełnie jakby chodzi o pokazanie naszych sąsiadów jako bardziej samolubnych (matka Lenki jest politykiem i mieszka w stolicy), lubiących mocno chlać, przywiązanych do tradycji, lecz głupich, roszczeniowych. Chyba nie do końca o to tu chodziło. Zwłaszcza w kontekście obecnej sytuacji politycznej, lecz dając w finale drobną nadzieję na poprawę sytuacji. Niemniej dysonans pozostał, mimo mocno jaskrawych kolorystycznie zdjęć.

Sytuację za to ratują aktorzy. Pozytywnie mnie zaskoczyły dziewczynki – Klaudia Kurak i Polina Gromova, będące kompletnymi debiutantkami. Obie są bardzo naturalne, bez poczucia fałszu, dając sporo emocji do pokazania. Jednak wszystko na swoich barkach trzyma Lubos, który jest mieszanką determinacji, wrażliwości oraz… bezsilności, przytłoczenia, zagubienia. Te ostatnie pojawiają się w scenach, gdy jest sam, próbuje szukać pomocy przez telefon, wśród znajomych albo wyjąc do księżyca. Dosłownie. Trudno go jednak nie lubić, choć może wydawać się najmniej odpowiednim kandydatem na rodzica.

Choć nie brakuje paru potknięć, debiut Maliszewskiej jest w pełni udany. Balansując między powagą, humorem, nie idzie na łatwiznę, potrafi poruszyć. Całość podnosi bardzo zniuansowana kreacja Eryka Lubosa, prawdopodobnie najlepsza w jego karierze. Dla niego samego warto pójść do kina.

7/10

Radosław Ostrowski

Dziki Bill

Lata 90. dla Waltera Hilla to był czas zagubienia, gdzie więcej razy pudłował i rozczarowywał. Jego filmy coraz bardziej przypominały produkcje telewizyjne, brakowało im energii, ciętych dialogów i tego sznytu. Nie inaczej jest w przypadku biograficznego filmu o Dzikim Billu Hickoku. Choć nakręcony za spore pieniądze (ponad 30 milionów dolców), w box office wyciągnął raptem dwie bańki. Nie koniecznie musi to oznaczać, że film musi być zły, jednak podczas seansu widać, iż coś poszło nie tak.

dziki bill1

„Dziki Bill” opowiada historię legendarnego rewolwerowca i szeryfa (Jeff Bridges) pod koniec swojego życia, kiedy przenosi się do miasteczka Deadwood. Całą jednak historię prezentuje brytyjski hazardzista, Charley Prince (John Hurt) podczas pogrzebu legendarnego kowboja. Obok niego jeszcze w miasteczku jest dawna miłość, Calamity Jane (Ellen Barkin) oraz kilka osób z dawnej przeszłości. Zarówno przyjaciele jak i wrogowie z urazami. Do tej drugiej grupy pasuje Jack McCall (David Arquette), który ogłasza wszem i wobec, że chce zabić Dzikiego Billa. Dlaczego? Bo potraktował jego matkę jak śmiecia – uwiódł, a potem zostawił. Takich zniewag nie są do przebaczenia.

dziki bill2

Początek wywołuje dezorientację i wydaje się bardzo chaotyczny. Zbitka scenek, gdzie szybko przeskakujemy z miejsca na miejsce, a Bill dokonuje kolejnych aktów mordu. Nie wiemy czemu i dlaczego, chyba miało to pełnić rolę ekspozycji lub pokazać gwałtowny charakter bohatera. Wszystko zmienia się w momencie poznania Prince’a oraz przyjazdowi do Deadwood. Niby nasz Bill ma pewne problemy (zdiagnozowana jaskra, prześladująca go przeszłość, starzenie się), ale i tak sprawia wrażenie kogoś złodupnego. Niby ma to pokazać złożoność tego charakteru, lecz scenariusz jest płytki i mocno… teatralny.

dziki bill3

Niby czuć tu spory budżet, a scenografia i kostiumy wyglądają naprawdę nieźle, ALE jest parę problemów. Po pierwsze, za dużo postaci w zbyt krótkiej (niecałe półtorej godziny) historii. Wszystko sprawia wrażenie ściśniętych, nie dając wielu postaciom czasu ekranowego. Po to by móc je lepiej poznać i zagłębić (m. in. graną przez Christinę Applegate prostytutkę w relacji z Jackiem czy Calamity Jane i jej przeszłości), co frustruje. Innym problemem są retrospekcje. To, że są czarno-białe nie jest aż takim problemem, ale że kręcono je kamerą cyfrową już tak. Bo obraz staje się szybszy w ruchu i wygląda troszkę tanio, pozbawiając całości skali. Domyślam się, że Hillowi chodziło o wywołanie poczucia obcości, lecz można było to osiągnąć inaczej.

dziki bill4

Najbardziej szkoda mi tu aktorów, bo nie za bardzo mają pole do popisu. Najlepiej z tej konfrontacji wychodzi Jeff Bridges jako Dziki Bill, który staje się coraz bardziej świadomy przemijającego czasu. Można odnieść wrażenie, że jest więźniem swojego „medialnego” wizerunku nieustraszonego rewolwerowca, którego każdy wyzywa na pojedynek lub ma z nim zatarg. Choć na drugim planie mamy masę świetnych aktorów (m. in. Ellen Barkin, John Hurt, David Arquette, James Remar, Christina Applegate, Diane Lane czy Bruce Dern), w większości robią tu za tło na jedną scenę, gdzie mają szansę się wykazać. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że na etapie post-produkcji skopano sprawę.

„Dziki Bill” stracił pazury, choć ma kilka niezłych strzelanin. Czuć jak bardzo zmarnowano potencjał na pokazanie legendy w bardziej ludzki sposób. Hill dekadę później się zrehabilitował produkując dla HBO serial „Deadwood”, ale to temat na inną opowieść.

6/10

Radosław Ostrowski