Boy Kills World

Trzeba się naprawdę dzisiaj postarać, żeby zrobić beznadziejny czy słaby film akcji. Choć z drugiej strony zawieszono wysoko poprzeczkę dzięki pewnemu zabijace o imieniu John i nazwisku Wick, a także krwawej rzeźni z Indonezji. Niemniej ciągle pojawia się kolejna armia śmiałków chcących robi filmy akcji ze względnie umiarkowanym budżetem. Jak niemiecki debiutant Moritz Mohr, który w 2023 wystrzelił z „Boy Kills World”.

Akcja filmu dzieje w wielkomiejskiej dystopii, gdzie od kilkunastu lat rządzi rodzina Van Der Koy (sądząc po zapisie, to są chyba Holendrzy). Ci rządzą za pomocą terroru i od lat umieszczają co roku swoich wrogów do Uboju – programu telewizyjnego, gdzie 12 uczestników jest zabijanych przez bandę przebierańców. Czyli takie porąbane „Igrzyska śmierci”. Reszta jest rozstrzeliwana lub wieszana. Jednym z tych, co mieli zginąć jest chłopak, który był świadkiem śmierci swojej rodziny. Pozbawiono go języka i słuchu, a miał zostać powieszony, niemniej został uratowany przez ukrywającego się Szamana (Yayan Ruhian) – raczej nie tego z hitu Palucha. Ten go trenuje i szkoli, by mógł się zemścić. Aż w końcu przychodzi dzień zapłaty.

Sama historia brzmi niczym kolejne kino zemsty, których widziało się setki albo i nawet tysiące razy. Ten na pierwszy rzut oka czerpie z dystopijnych opowieści o brutalnych, opresyjnych dyktaturach. Bliżej jednak tutaj jest do pulpowego komiksu albo gry komputerowej, gdzie nasz bohater staje w kolejnej arenie/lokacji i mierzy się z kolejnym członkiem rodziny/bossem. Wszystko z bardzo szybko pędzącą kamerą na złamanie karku (niczym choćby w koreańskim „Carterze” czy serii „Kingsman”) z krótkimi momentami slow-motion, odrobiną bardzo smolistego poczucia humoru oraz… komputerowo wygenerowaną krwią, która wygląda bardzo sztucznie. Do tego jeszcze dostajemy wmieszane do tego retrospekcje z życia niemego Chłopaka (świetny Bill Skarsgard), którego nawiedza… zjawa jego młodszej siostry, która jeszcze komplikuje sprawę. Sama choreografia jest imponująca, kreatywna oraz dzika.

Boy Kills World” ma w sobie także sporą dawkę humoru, który dają dwa elementy. Pierwszym jest nasz protagonista, który – choć nie mówi – posiada wewnętrzny głos samego H. Jona Benjamina, czyli agenta Archera z kultowego serialu animowanego dla dorosłych. Ten świetnie pokazuje jego zagubienie i dezorientację (bo i czytanie z ruchu ust nie zawsze mu się udaje), mimo ciągłego powtarzania jakim on jest instrumentem do siania mordu. Drugim jest bardzo wyrazista galeria głównych złoli, którzy są tak przerysowani, przegięci i groteskowi: szołmeński cykor Glen (niezawodny Sharlto Copley), zimna specjalistka od reklamy Melanie (wręcz przerażająca Michelle Dockery), niespełniony artysta-pisarz Gideon (najlepszy z obsady Brett Gelman) oraz paranoiczno-psychopatyczna Hilda (solidna Famke Janssen). Jeszcze mamy tu pokręconą dwójkę bojowników ruchu oporu w postaci dziwnie gadającego Benny’ego (Isaiah Mustafa) oraz cwanego Basho (Andrew Koji), którzy parę razy kradną ekran. A jak radzi sobie sam Skarsgard? To zdecydowanie bardzo fizyczna rola, gdzie jest dużo biegania, skakania oraz walenia wszystkimi kończynami. Jednocześnie wiele pokazują jego bardzo wyłupiaste oczy, zaś w scenach walki wypada bardzo przekonująco.

Chyba nadal jestem ciągle spragniony takiej bezpretensjonalnej rozwałki, pełnej groteskowej i krwawej przemocy. Debiutant Mohr odpowiednio balansuje między technicznym efekciarstwem, przerysowaniem, ostrym humorem a zadziwiającą głębią psychologiczną. To nie powinno działać, a jednak efekt zaskakuje.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Śmiertelny rejs

Gdzieś na otwartym morzu płynie Argonautica – statek wycieczkowy w swój pierwszy rejs. Trwa akurat sztorm i burza, więc warunki nie za dobre. Do tego dochodzi do gigantycznej awarii, przez co nie ma szans na ratunek. Mało nieszczęść? Dołóżmy do tego atak tajemniczych monstrów plus wejście grupki najemników na pirackim statku, dowodzonym przez Flanagana. A na statku jest jeszcze czarująca złodziejka, która została przyłapana na gorącym uczynku.

smiertelny rejs1

Jak możecie wywnioskować po fabule, nakręcony w 1998 roku film Stephena Sommersa to B-klasowy film grozy zmieszany z kinem akcji. Tylko, że zrobionym za duże pieniądze jak na tamte czasy (ponad 50 milionów dolców). Fabuła nie jest specjalnie zaskakująca ani skomplikowana, czyli grupka ludzi w odizolowanej przestrzeni walczy z paskudnym monstrum. Jeśli kojarzy wam się to z „Obcym” (zwłaszcza częścią drugą), to powinniście poczuć się jak w domu. Tylko, że zamiast Ellen Ripley oraz komandosów, są chciwi najemnicy oraz lekko łobuzerski Flanagan. Czyli taki współczesny Han Solo, chcący szybkiego zarobku i nie zadaje pytań o nic. Intryga wydaje się mieć drugie dno (innymi słowy chodzi tylko o hajs), ekipa zaczyna coraz bardziej się wykruszać – spryt i giwery nie wystarczą do pokonania paskud. Tylko, czemu o tych istotach opowiada właściciel statku, a nie jakiś naukowiec obecny na statku? Niby pierdoła, lecz takie drobiazgi troszkę psują frajdę. Są drobne bzdury w rodzaju krzyczenia pod wodą czy dość przewidywalny zdrajca w grupie, ale nikt nie miał tutaj większych ambicji niż dostarczanie rozrywki.

smiertelny rejs2

Sama akcja jest poprowadzona sprawnie, a kilka scen (ucieczka na skuterze w finale czy ciągłe bieganie w środkowej części) potrafią ekscytować. Stricte horroru tu nie ma, bo jest monstrum – w bardzo paskudnych efektach specjalnych (znaczy się brzydko zestarzał) – z mackami. A te połykają ludzi żywcem, zostawiając po sobie morze krwi. Jest brutalnie, a scena z pozostawionymi szkieletami w magazynie robi piorunujące wrażenie. Jeszcze pozostaje finał, mogący sugerować ciąg dalszy. Ale poległ w kinach, więc nic z tego nie wyszło. Ale i zdjęcia czy scenografia także robią wrażenie, tak jak muzyka Jerry’ego Goldsmitha.

smiertelny rejs4

Nie ma tutaj jakiś wielkich gwiazd w tym przedsięwzięciu, choć parę znajomych twarzy się tu pojawia. Flanagan ma tutaj aparycję Treata Williamsa, który swoją rolę traktuje z dużym dystansem i ma taki błysk awanturnika w oczach. Drugim najmocniejszym punktem jest trzymający poziom Wes Studi w roli szefa najemników, będącym opanowanym profesjonalistą. Troszkę humoru dodaje Kevin J. O’Connor (mechanik Pantucci), oko przyciąga Famke Janssen (złodziejka Trillian), zaś z grupy najemników najbardziej wybija się lekko nerwowy Jason Flemyng (Mulligan).

smiertelny rejs3

„Śmiertelny rejs” może i jest kalką klasycznych horrorów, niemniej jest tego w pełni świadomy. Bardzo lekka rozrywka, zrobiona bardzo porządnie, czego po filmie klasy B nie jest częste. Może nie jest to najlepszy film klasy B, lecz swoje zadanie wykonuje bez zarzutu.

6/10

Radosław Ostrowski

Jak nas widzą

Rok 1989 dla Nowego Jorku był dość ciężki, bo przestępczość szybowała w górę. Ale w kwietniu w Central Parku doszło do masy wybryków: zaczepki, bijatyki oraz chuligańskie wybryki dokonane przez młodych ludzi. Jednak doszło też do najgorszego – gwałtu oraz pobicia kobiety. Białej kobiety. Zaś poszukiwania zawężono się do czarnoskórych chłopaków. Ostatecznie wytypowano pięć osób (czterech czarnoskórych i jednego Latynosa), których maglowano i zmuszono do przyznania się do zbrodni, nie popełnionej przez żadnego z nich. Nazwani później Piątką z Central Parku zostali skazani, co mocno naznaczyło ich.

Jak Netflix robi serial, to czasem potrafi uderzyć. Tym razem reżyserka Ava DuVernay uderza w wymiar sprawiedliwości, dla którego liczy się jak najszybsze rozwiązanie sprawy. Prawda nie jest tutaj najważniejsza, a zeznania wyciąga się w bezwzględny sposób: manipulacja, sugerowanie, brak obecności rodziców/opiekunów, brak snu, brak jedzenia, bicie, wyzwiska. Do tego jeszcze mocno naciągane dowody, problemy z chronologią. A to dopiero początek dramatu oraz tragedii. Każdy odcinek (a jest ich cztery) zrobiony jest w innej konwencji, co tylko uatrakcyjnia seans. Najpierw mamy śledztwo (odcinek 1), następnie proces (odcinek 2), by przyjrzeć się naszym bohaterom w trakcie oraz po odsiadce (odcinek 3 i 4). Im bardziej ogląda się kolejne sceny oraz sytuacje, tym trudniej było mi uwierzyć, ze mogło dojść do takiej sytuacji. Pierwsze dwa odcinki mają siłę ciosu obuchem. Policyjna niekompetencja oraz proces, gdzie obrona punkt po punkcie obala kolejne punkty oskarżenia. A sam koniec tego odcinka gra na emocjach w sposób godny thrillera. Tutaj też nie brakuje eksperymentów w postaci montażowych przebitek, zmian kątów czy dużej ilości zbliżeń.

Pozornie odcinek 3 wydaje się być mniej intensywny, ale w żadnym wypadku nudny. Bo powrót do społeczeństwa jest bardzo trudny – ciężko znaleźć uczciwą pracą, ludzie reagują wrogością i nienawiścią. Nawet ci, którzy powinni wspierać (macocha Raya Santany Jra.) mogą stać się obcymi. Same rodziny też pośrednio obrywają za rzekome zbrodnie, zaś społeczeństwo wydało wyrok na samym początku sprawy. Za to najmocniejsza jest historia Koreya, który jako jedyny trafił do więzienia dla dorosłych. Chłopak przeżywa momenty załamania, zwątpienia, bicia, gnębienia w różnych aresztach. Tutaj znów wraca ten klimat oraz poczucie bezsilności z początku. Aż dochodzi do przewrotki, która zmienia wszystko. Tutaj emocje i napięcie są budowane w sposób precyzyjny, zaś każdy odcinek ma masę niezapomnianych momentów. Aż nie mogłem uwierzyć, że to się mogło wydarzyć. A w czasach, kiedy nienawiść oraz uprzedzenia znowu zaczynają nabierać na sile, może się to powtórzyć. I to ostrzeżenie potrafi uderzyć.

Realizacyjnie ciężko mi się przyczepić do czegokolwiek. Znakomita reżyseria, fantastyczny scenariusz oraz montaż, a także kostiumy i scenografia. Wszystko jest tutaj na swoim miejscu i gra, zaś aktorstwo jest także z najwyższej półki. I nie mówię tutaj tylko o doświadczonych wyjadaczach pokroju Felicity Huffman (śliska karierowiczka Linda Fairstein), Very Farmiga (zmuszona do ostrej gry prokurator Lederer), Michaela Kennetha Williamsa (ojciec Antona z kryminalną przeszłością) czy ostatnio troszkę bardziej obecnego Johna Leguizamo (Ray Santana Sr., ojciec jednego z oskarżonych), ale przede wszystkim młodych aktorów. Chciałbym powiedzieć dziecięcych, ale bardziej pasuje określenie naturszczycy. Każdy z nich jest świetny, wiarygodny, jednak z tego grona najbardziej wybija się dwóch aktorów. Pierwszym jest Assante Blackk, czyli młodsze wcielenie Kevina – najmłodszego oskarżonego w tym gronie, pokazując jego kompletne zagubienie i przerażenie sytuacją. Ale dla mnie tak naprawdę liczył się Jharrel Jerome, absolutnie kradnący każdą scenę jako Korey. Jako jedyny grał zarówno młodsze, jak i dorosłe wcielenie swojego bohatera. Sceny jego pobytu w więzieniu pozwalają bliżej poznać sama postać oraz jego reakcję na piekło. Absolutnie powalająca kreacja.

„Jak nas widzą” pokazuje, że Netflix potrafi być godnym konkurentem stacji telewizyjnych pokroju HBO czy innych sieci streamingowych. Niby historia wydawała się przewidywalna (przynajmniej dla mnie), ale twórcy wycisnęli z niej wszystko, tworząc bardzo mocne oskarżenie wobec niesprawiedliwego wymiaru sprawiedliwości. Obok „Czarnobyla” to najlepszy mini-serial tego roku.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski