Pogromca smoków

Były kiedyś czasy, kiedy ludzie wierzyli w wielu bogów, krążyła po świecie magia, zaś chrześcijaństwo dopiero zaczynało przybierać na sile. No i były też smoki, które tworzyli potężni magowie. Ten posiadacz łusek oraz zionący ogniem działa na terenie królestwa Urlandu, chociaż na innych zasadach. Otóż bestia bierze sobie dziewicę podczas każdego przesilenia w zamian za zostawienie królestwa w spokoju. Jednak sami mieszkańcy wyruszają w poszukiwanie maga, co mógłby zabić smoka. I znajdują go w postaci mędrca Ulricha oraz jego ucznia, Galena.

dragonslayer1

Debiutancki film scenarzysty Matthew Robbinsa powstała w czasie wielkiego boomu na kino fantasy. Wyprodukowany przez Disneya i dystrybuowany przez Paramount jest zaskakująco mroczny i bardziej poważny w tonie. Sama historia wydaje się banalna, ale reżyser uważnie prowadzi narrację, skupiając się na budowaniu świata. A jest to świat z pogranicza baśni i fantastyki, gdzie pogańskie elementy (magia, smoki, czarnoksiężnicy) zderzeni są ze światem chrześcijańskim, powoli przejmującym kontrolę. Gdzie ludzie wierzą, że dzięki poświęceniu nielicznych można uratować całe królestwo (wybór dokonywany jest przez losowanie), co mrozi krew w żyłach. Samo budowanie tego świata, mimo wykorzystania znajomych elementów (losowanie oraz cała zabawa ze smokiem przypomina mi mit o Minotaurze) to najmocniejszy punkt tego filmu.

dragonslayer2

Tak samo pozytywnie zaskakuje wykonanie. Praca scenografów i kostiumologów prezentuje się nadal dobrze, tworząc bardzo surowy, miejscami mroczny klimat. Potęguje to jeszcze bardziej praca kamery, choć niepozbawiona pewnej plastyczności. Wygląda to bardzo ładnie w obrazu, zaś w tle gra bardzo agresywna, eksperymentalna muzyka. Ale jeszcze bardziej zaskakuje obecność krwi (śladowa, ale jednak) oraz golizny, czego po Disneyu raczej się nie spodziewano. Jeśli coś postarzało się, to jedynie sam wygląd smoka, a efekt poruszania (kukiełka) trzyma się naprawdę nieźle. Tak samo jak efekty specjalne, głównie optyczne. Budowanie napięcia za pomocą oszczędnego pokazywania części jego ciała we fragmentach. Dopiero w ostatecznej konfrontacji widać bestię w całości, choć sam wygląd twarzy nie jest zbyt szczegółowy.

dragonslayer3

Aktorsko całość prezentuje się dobrze, choć nie ma tutaj żadnych znanych twarzy. Najlepiej z całego grona prezentuje się Ralph Richardson jako mag Ulrich, choć pojawia się tylko na początku i końcu. Ale nawet wtedy przebija się z tej postaci mądrość, opanowanie i charyzma. Protagonistą jest tutaj Galen, grany przez Peter MacNicola, który tutaj jest jeszcze na początku drogi jako mag. Budzi sympatię, choć przez większość czasu jest bardzo wycofany i zbyt pewny siebie. Nie można odmówić mu odwagi i sprytu, mimo braku doświadczenia.

Troszkę szkoda, że film Robbinsa dzisiaj wydaje się troszkę zapomniany. Bardzo mroczny, brudny, niepokojący, a jednocześnie pokazujący przemijanie starego świata na rzecz nowego (dosadnie pokazuje to zakończenie). Niemniej warto odszukać tej perełki w gatunku fantasy z czasów przed „Władcy Pierścieni”.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Locke & Key – seria 1

Key House to opuszczona rezydencja w miasteczku Matheson, stan Massachussetts. A jej właścicielami była rodzina Locke’ów, jednak głowa rodziny – Rendell, przeniósł się do Seattle. Jednak familia zmuszona została do powrotu, a wszystko z powodu zabójstwa ojca. Matka i troje dzieci (Tyler, Kinsey, Bode) wracają do miasteczka, próbując się na nowo zaadaptować oraz przejść przez traumę. Na miejscu najmłodszy z dzieci – Bode – odkrywa pewien klucz, która ma niezwykłe właściwości. Jest ich więcej, ale komuś jeszcze bardzo na nich zależy. I nie jest to dobra postać.

locke & key1-1

Netflix coraz bardziej taśmowo zaczyna realizować swoje produkcje, a wyłowienie czegoś interesującego staje się coraz trudniejsze. Tym razem postanowiono przenieść na ekran komiks autorstwa Joe Hilla i Gabriela Rodrigueza, czyli pomieszać horror, kino młodzieżowe oraz fantasy. Nie spodziewajcie się krwi, makabry, bluzgów oraz wszelkiej brutalności. Nie oznacza to jednak, że poczucie zagrożenia, napięcia oraz aury tajemnicy tu nie ma. Zwłaszcza to ostatnie budowane jest niemal cały czas do samego końca. Jakie jeszcze tajemnice skrywa ten dom? I co potrafią te niezwykłe klucze? Oraz czemu ojciec w ogóle o nich nie wspominał? Jest tutaj dużo do odkrywania, a klimat przypominający powieści Kinga zmieszanego z Gaimanem robi tutaj robotę.

locke & key1-3

Sama historia próbuje (i w większości czasu robi to skutecznie) balansować między odkrywaniem kolejnych tajemnic, adaptowaniem się rodziny do nowego otoczenia (szkoła, odnowienie domu) oraz mierzeniem się z traumą. Kolejne klucze oraz umiejętności intrygują, dając spore pole dla scenografów i twórców efektów specjalnych (sceny, gdy wchodzimy do głowy są niesamowite, pomagając w opisaniu charakteru postaci). Z drugiej jednak nie wszystkie są wykorzystane poza jednym odcinkiem (klucz do pozytywki) i można było troszkę bardziej zaszaleć w tym temacie. Relacje dzieciaków, zwłaszcza starszych, z rówieśnikami są poprowadzone naprawdę nieźle i niepozbawione są nawet odrobinki humoru (Kinsey z grupą Saviniego, będącą freakami na punkcie horroru) z domieszką romansu. Na szczęście nie jest to przesłodzone i stanowi zgrabną odskocznię od mroczniejszych momentów. Jeszcze do tego dostajemy retrospekcje, przypominające zdarzenia zarówno przed cała tragedią, jak i w samym jej momencie, co samo w sobie jest straszne.

locke & key1-4

A to wszystko jest bardzo wyważone, bez przesadzania w jedną czy drugą stronę. Ta baśniowość jeszcze wspiera przepiękna muzyka, z bardzo chętnie wykorzystywanymi fletami oraz harfą. Nie brakuje tutaj momentów budzących przerażenie (każde wejście antagonistki Dodge, scena ataku cieni czy ponowne wkroczenie zabójcy ojca), jednocześnie zachowując świetne tempo. Do tego jest to bardzo dobrze zagrane przez mniej znane i ograne twarze, co pomaga skupić się na opowieści.

locke & key1-2

Nie jest to może aż tak mroczne i łapiące za gardło jak „Nawiedzony dom na wzgórzu”, zaś ostatnie odcinki zrobione przez Vincenzo Natali (głównie przewidywalne zakończenie) wywołują niedosyt. Niemniej „Locke & Key” jako serial z tajemnicą i mieszanką przygody, horroru z dramatem obyczajowym potrafi dostarczyć masę frajdy. Czekam na ciąg dalszy, który nastąpi.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Zabijam gigantów

Odkąd poznajemy Barbarę wiemy, że coś z nią jest nie tak. I nie chodzi nawet o to, że nosi królicze uszy, ma okulary oraz jeździ rowerkiem. To samotna dziewczyna, troszkę wywyższająca się od innych i żyjąca w bardzo swoim świecie. Tam jest wojowniczką, która walczy z gigantami ze swoim potężnym młotem. Jej dość wariackie życie zmienia się w momencie, kiedy do szkoły trafia nowa dziewczyna z Anglii o ślicznym imieniu Sophia.

zabijam gigantow1

Sam tytuł świadczyłby o tym, że mamy do czynienia z kinem fantasy. Tak jak sam plakat, jednak to zmyłka. Film Andersa Waltera bardzo skupia się na trudnej relacji Barbary z całym światem. Jej fiksacji na punkcie gigantów, które widzi tylko ona. Brakuje jej przyjaciół, relacja z rodzeństwem w zasadzie nie istnieje. Widać, że coś siedzi w jej głowie, zachowuje się dość dziwacznie i ona jest tego w pełni świadoma. Wszyscy próbują ją jakoś rozgryźć, ale dziewucha musi sama dojść i skonfrontować się. Z tym, co symbolizują te giganty, wałęsające się po lesie. I właśnie z tym mam pewien problem. Kiedy zostają odkryte karty, okazuje się, że film mocno przypomina „Siedem minut po północy”. Też mamy podobny temat, czyli zderzenie z umieraniem matki. Matki, która poza jedną sceną jest praktycznie nieobecna. Jakby zupełnie została wyparta z pamięci, będąca tematem tabu (podczas rozmowy z Sophie to słowo zostaje zagłuszone). Podoba mi się kierunek oraz powolne odkrywanie całej układanki. Troszkę przeszkadzały za to zbyt znajome wątki poboczne jak dziewczyna gnębiąca Barbarę, próbująca do niej dotrzeć pani psychiatra (solidna Zoe Saldana). Jej rozmowy z nią mają w sobie – z powodu reakcji dziecka – coś w rodzaju konfrontacji, której wyniku trudno przewidzieć.

zabijam gigantow2

Najbardziej działała na mnie relacja Barbary z Sophią, która jest budowana stopniowo. I nawet pomimo dziwactw naszej bohaterki udaje zbudować się więź. Chociaż jest ona wystawiona na bardzo ciężką próbę i dodaje pewnego dramatyzmu. Równie dobrze wyszły te sceny z samymi gigantami oraz innymi monstrami, zaś ich kameralny charakter nie kłóci się z resztą filmu. To nie jest duży blockbuster i chodzi tu o coś zupełnie innego, ale finałowe starcie (za krótkie dla mnie) robi dobre wrażenie.

zabijam gigantow3

Choć grające główne role Madison Wolfe (Barbara) i Sydney Wade (Sophie) są absolutnie świetne, a do realizacji ciężko mi się przyczepić, „Zabijam gigantów” mnie nie porwało. Czegoś tutaj zabrakło, by poruszyć, choć wydaje się mieć wszystko, co trzeba. Niemniej jest to bardzo intrygujący kawałek kina.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Opowieści z Narnii: Podróż Wędrowca do Świtu

Narnia potrafi wezwać w najmniej spodziewanym momencie. Jednak z naszej czwórki bohaterów do krainy lwa Aslana wracają najmłodsi, czyli Łucja i Edmund. Nie ruszają jednak sami, tylko z bardzo samolubnym, aroganckim kuzynem Eustachym. Cała trójka trafia na statek nazwany Wędrowcem do Świtu kierowanym przez króla Kaspiana. Ekspedycja wyrusza w poszukiwaniu siedmiu baronów wygnanych przez króla Miraza i wszelki słuch po nich zaginął.

narnia3-1

„Podróż Wędrowca do Świtu” to już zupełnie inna bajka od poprzednich części. Nie tylko z powodu zmiany studia (zamiast Disneya mamy 20th Century Fox), zaś na stołku reżyserskim usiadł Michael Apted. Tutaj mamy ewidentne kino przygodowe z powoli odkrywaną tajemnicą. Ale sama historia wydaje się być rozbita i niezbalansowana. Z jednej strony mamy bardzo irytującego Eustachego, który bywa ciężki do przetrawienia (do połowy), zaś jego przemiana jest pokazana całkiem nieźle. Chłopak nie potrafi się odnaleźć i wydaje się postacią służącą jako comic relief. To nawet działa, podobnie jak powrót Łucji oraz Edmunda na (jak się potem okażę) ostatnią przygodę, mając niejako przyspieszyć ich dojrzewanie. No i jest wątek samej wyprawy, która ma o wiele głębszy cel niż się wydaje na początku.

narnia3-3

I tutaj zaczynają się schody, bo niektóre lokacje jak siedziba czarnoksiężnika potrafią wyglądać zachwycająco. Jednak większość czasu spędzam na statku. Ładnym statku, jednak tylko statku. Ale gdzieś od połowy cała ta historia zaczyna nudzić. Kolejne miejsca wydają się być niczym interesującym, choć jest parę niezłych pomysłów (wyspa z wulkanem oraz przeklętym skarbem), zaś sceny akcji pozbawione są dynamiki oraz pazura poprzednich części. Jakby tego było mało wiele scen na początku jest filmowanych kamerą cyfrową. I to wywołuje mocny ból oczu, że aż głowa mała. Zaś postacie drugoplanowe są dość słabo zarysowane (poza wracającym dzielnym Ryczypiskiem, któremu głosu użyczył Simon Pegg), nie mając zbyt wiele do roboty albo pełniąc tylko rolę delikatnego tła.

narnia3-2

Trudno się przyczepić na poziomie realizacji, ale jednak „Podróży Wędrowca do Świtu” ewidentnie czegoś brakuje. To najsłabsza część serii, która doprowadziła do zawieszenia realizacji kolejnych części „Opowieści z Narnii”. Pozbawiona finezji oraz energii poprzedników staje się trudną przeprawą.

6/10

Radosław Ostrowski

Opowieści z Narnii: Książę Kaspian

Od ostatniej wizyty naszej czwórki bohaterów w Narnii minął rok. Przynajmniej według naszego czasu, bo w samej krainie minęło… 1300 lat. W tym czasie krainę najechali ludzie – Telmarowie, sprawując nad nią pełne rządy. Mityczne stworzenia oraz gadające zwierzęta są już przeszłością. Tron i panowie chce przejąć żądny władzy Miraz, choć tytuł króla przysługuje jego siostrzeńcowi, Kaspianowi X. Na wieść o tym, że przyszedł tyranowi syn, chłopak ucieka i bije w róg, przywołując Królów i Królowe Narnii.

narnia2-1

Po sporym sukcesie „Lwa, czarownicy…” kontynuacja musiała powstać i trzeba było czekać tylko 3 lata. Widać większy budżet (ponad 200 mln dolców), ale sam film w kinach ledwo zwrócił koszty produkcji i doprowadziło to do zmiany reżysera oraz wytwórni. Czy to oznacza, że „Książę Kaspian” to absolutny niewypał? Skądże znowu. Tym razem jednak film skręca ku rozmachowi godnemu kina wojennego, bo mamy tutaj walkę złych i podłych obcych z rodowity mieszkańcami Narnii. Ci drudzy zostali zepchnięci do podziemia, uznawani za mit i relikt przeszłości. Do tego jeszcze praktycznie nikt nie pamięta o Aslanie. Konfrontacja wydaje się nieunikniona, ale walka łatwa nie będzie. Zwłaszcza, że ludzie Miraza nie walczą czysto, sięgając po podstęp i knucie.

narnia2-2

Reżyser Andrew Adamson tym razem bardziej stawia na akcję oraz widowisko. Jednocześnie pozwala na chwile postoju, pozwalając pokazać mocno zmienioną Narnię. Bardzo zalesioną, pełną ruin i praktycznie pozbawioną jakiegokolwiek życia. Ten momenty pozwalają zbudować bardziej melancholijny klimat, bez popadania w obecny tutaj (na szczęście w strawnych dawkach) patos. Rozmach jest tutaj bardziej widoczny, scen akcji jest o wiele więcej i są naprawdę dobrze wykonane. Nie da się zapomnieć próby ataku na zamek Miraza czy finałową konfrontację poprzedzoną pojedynkiem jeden na jeden. Chociaż nie mogłem pozbyć się wrażenia, że miejscami za bardzo to przypomina „Władcę Pierścieni” pod względem realizacji (ze wskazaniem na „Dwie wieże”). Ale nie chodzi o kopiowanie scen jeden do jeden, ale podobieństwo stylu. I to jest dla mnie jedyny poważny problem z tym filmem. Nie przeszkadzał mi ani czas realizacji, ani chwilowo spokojniejsze tempo.

narnia2-3

Aktorsko trudno się do kogokolwiek przyczepić. Starzy znajomi nadal trzymają fason, lecz równie ciekawe są nowe postacie. Co ciekawe, Telmarowie są w większości grane przez aktorów włoskich albo mówiących z włoskim akcentem. To dodaje jeszcze pewnego poczucia obcości tych postaci. Z tego grona najbardziej wybija się Ben Barnes w roli Kaspiana, będącego najbardziej ludzkim z tego rodu i zmuszonego do postawienia się swoim. Facet budzi od razu sympatię, widać pewne skonfliktowanie oraz pewne niezgrane z rodzeństwem Pevensie. Odrobinę humoru dodaje Peter Dinklage po raz pierwszy (i ostatni) w roli krasnoluda oraz świetnie poprowadzony głosowo Eddie Izzard jako waleczna mysz Ryczypisk. Antagoniści nie są może aż tak wyraziści jak Biała Czarownica (ma tutaj swoje parę minut), jednak swoje zadanie wykonują solidnie.

„Książę Kaspian” już idzie w innym kierunku niż poprzednia część „Opowieści z Narnii”, bo i sama Narnia nie jest już taka sama. Choć film ma kategorię PG-13, a magia jest troszkę mniej odczuwalna, to nadal udane kino fantasy zdominowane przez akcję. Bardziej skierowane do nastolatka niż dziecka.

7/10

Radosław Ostrowski

Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa

Narnia to kraina powstała przez brytyjskiego pisarza Clive’a Staplesa Lewisa w siedmiotomowym cyklu „Opowieści z Narnii”. Po sukcesach adaptacji „Władcy Pierścieni” oraz „Harry’ego Pottera” producenci wyczuli dużą kasę i szukali kolejnych marek nurtu fantasy. Zaczęły pojawiać się na pęczki filmy w rodzaju „Serii niefortunnych zdarzeń” czy „Mostu do Terabitii”. Jednak mało co było w stanie zmierzyć się z ekranizacjami dzieł Tolkiena i Rowling. Jednak w 2005 roku Walden Media do spółki z Disneyem postanowili zaryzykować i zaczęli produkcję według Narnii.

narnia1-1

Cała historia jednak zaczyna się podczas II wojny światowej i bombardowanego przez Niemców Londynu. Czworo dzieci – Piotr, Edmund, Łucja i Zuzanna – zostają ewakuowani na wieś do domu pewnego profesora. Podczas pewnej zabawy najmłodsza z rodzeństwa ukrywa się w starej szafie. Przechodząc trafia do krainy zwanej Narnią, gdzie trwa długa zima, a krainą rządzi Biała Czarownica. Udaje się siostrzyczce namówić resztę rodzeństwa, by trafiła do szafy. Dzieci zostają wplątane w wojnę, gdzie – tak mówi przeznaczenie (oczywiście) – obalą samozwańczą Królową Narnii i pomóc Aslanowi w zwycięstwie.

narnia1-3

Sama opowieść nie brzmi jakoś skomplikowanie, ale reżyser Andrew Adamson kombinuje jak ożywić tą prostą bajkę. Bo jest to bajka, gdzie mamy klasyczne starcie dobra ze złem, starą przepowiednię i powoli budzący się świat. Pełen baśniowych istot rodzaju faunów, minotaurów, centaurów oraz gadających zwierząt. Jedne jak wilki pomagają Czarownicy, inne w rodzaju bobrów czy lisów są za naszymi bohaterami. Brzmi jak klasyczna opowieść, będąca przy okazji zbiorem nauk o sile rodzinnych więzi, poświęceniu i odwadze? Gdzie nikt nie ginie, gdzie nawet za złe czyny można odpokutować, a zło dostaje łomot. Może i jest to przewidywalne, ale sama opowieść potrafi wciągnąć. Nie brakuje podnoszących napięcia scen pościgów i ucieczek (pogoń przez rozpadającą się krę czy ucieczka przez tunel) oraz pełną rozmachu finałową potyczkę. Mimo 15 lat na karku wygląda ona imponująco, gdzie sytuacja zaczyna zmieniać się z minuty na minutę, a efekty specjalne godnie znoszą próbę czasu.

narnia1-4

Choć dialogi w sporej części to ekspozycja, nie wywołuje tu aż tak wielkiego bólu głowy. Wizualnie też potrafi oczarować, co jest zasługą zarówno zdjęć jak i bardzo szczegółowej scenografii oraz kostiumów. Narnia nawet zimowo wygląda pięknie, chociaż także miejsca bez śniegu potrafią oczarować, zaś w tle gra tworząca magię muzyka.

Aktorsko w zasadzie nie ma tutaj jakichś bardzo wyrazistych kreacji, ale nie oznacza to, że jest złe. Nasza czwórka bohaterów wypada wiarygodnie i potrafią budzić sympatię (nawet dokonujący nieświadomie zdrady Edmund, będący troszkę wrzodem), zaś chemia między nimi jest solidna. Ale drugi plan zawłaszcza dla siebie absolutnie świetna Tilda Swinton jako antagonistka. Bardzo zimna, opanowana władczyni, będąca bardzo dobrą manipulantką, udającą osobę pełną troski. Warto też wspomnieć drobny epizod Jamesa McAvoya jako troszkę niezdarnego fauna oraz wielu aktorach użyczających głosu zwierzętom jak Ray Winstone (pan Bóbr), Rupert Everett (lis) aż po charyzmatycznego Liama Neesona (lew Aslan).

narnia1-2

„Lew, czarownica i stara szafa” pozostają bardzo solidnym i zrobionym z pasji filmem familijno-przygodowym. Może bardziej skierowanym dla młodego widza, ale nie infantylnym czy głupim. Pełen przepychu, ale też skupionym na postaciach i ich interakcjach. Udało się odpalić nową franczyzę, ale już skończyć to niekoniecznie. Ale o tym innym razem.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mroczne materie – seria 1

Wyobraźcie sobie świat podobny do naszego, ale troszkę inny. Świat, gdzie ludzie posiadają swoje zmaterializowane duszy w postaci dajmonów (zwierząt), zaś światem rządzi potężne Magisterium. Coś na kształt Kościoła, dbającego o to, co nauka może mówić, a co jest uznawane za herezję. W tym świecie funkcjonuje Lyra Belacqua, której rodzice zginęli w katastrofie lotniczej, zaś jedynym opiekunem jest lord Asriel. Dziewczynka trafia do Kolegium Jordana – jednej z uczelni w Oksfordzie, a jej wuj wyrusza na wyprawę na Północ, kontynuując badania zaginionego naukowca. Wszystko zaś dotyczy tajemniczego Pyłu, który budzi przerażenie Magisterium. 12 lat później Lyra trafia pod opiekę badaczki pani Coulter, zaś jej przyjaciel Roger znika bez śladu. I to jest początek poważnych wydarzeń.

mroczne materie1-1

Trylogia powieści Philipa Pullmana wydaje się być troszkę w cieniu innych serii powieści fantasy w rodzaju serii Tolkiena czy „Opowieści z Narnii”. Tutaj mamy zderzenie nauki z religią, która trzyma wszystko i wszystkich na smyczy. Ta nadbudowa jest jedną z rzeczy, które wyróżniają powieści oraz nowy serial z gatunku fantasy. Wspólny projekt HBO i BBC tworzy bardzo zróżnicowany świat, przypominający dzieła steampunkowe. Bardzo wyraziste kostiumy, wręcz monumentalne budynki czy Zeppeliny niczym z I wojny światowej oraz bronią z czasów II wojny, a także książki wyglądające niczym starodruki. Dziwaczna hybryda przeszłości z przyszłością wygląda imponująco, jednak w tym wszystkim skrywa się mrok, niepokój, terror. Magisterium wydaje się nie przebierać w środkach, mając w rękach policję i wydaje się nie do pokonania.

mroczne materie1-2

Sama historia skupia się na Lyrze, nie odkrywając wszystkich swoich tajemnic. Wiadomo, że dziewczynka może odegrać kluczową rolę w tej historii (tajemnicza przepowiednia), lecz sama nie jest świadoma tego. Twórcy serialu rozbudowują świat, dodając kolejne wątki: zaginięcia dzieci, wygnany niedźwiedź pancerny, czarownice czy przekraczanie równoległych światów. Wszystko dawkowane jest powoli, ale w tym przypadku to jest zaleta. Jaką rolę odegra w tym wszystkim nasza bohaterka? Czas pokaże, a pierwszy sezon troszkę przypomina układanie pionków. Twórcy potrafią utrzymać napięcie w kilku scenach (przeszukiwanie łodzi Gipsanów czy walka dwóch niedźwiedzi o tron), nie boją się pokazać mrocznych momentów (sceny „badań” na dzieciach w obozie jest niemal jak z horroru). I to pokazuje świat, gdzie nie do końca wiadomo komu można zaufać, a bronią okazuje się spryt. Nie ma też tutaj naukowego żargonu i przedstawione jest bardzo czytelnie. Nie brakuje widowiskowych momentów, a efekty specjalne wyglądają bardzo dobrze, jednak liczą się tu postacie oraz ich dylematy.

mroczne materie1-3

Początkowo problemem był jeden wątek, dziejący się w naszym świecie. Bo mamy tutaj chłopaka opiekującego się chorą psychicznie matką. Wydawało mi się to odrębną opowieścią, wybijającą mnie z rytmu oraz niejasną. Z czasem jednak zaczyna wydawać się istotny, a zakończenie sugeruje, że ten chłopiec odegra jeszcze ważną rolę w tej układance. Przecież to dopiero pierwsza z trzech (mam nadzieję) części całego cyklu. Już ogłoszono drugi sezon i nie mogę się doczekać.

mroczne materie1-4

Jak to jest też znakomicie zagrane. Na swoich barkach całość trzyma znana z „Logana” Dafne Keen i jest znakomita jako Lyra. Bardzo nieufna, wplątana w poważną aferę okazuje się bardziej zaradna niż się to wydaje. Wielokrotnie udaje się wyprowadzić przeciwników w pole, zaś gadane oraz sztukę blefowania opanowała do perfekcji. Nieufność, strach zmieszany z pewnością siebie oraz siłą ducha tworzą wyrazistą mieszankę, przez co kibicuje się tej postaci. Równie fenomenalna jest Ruth Wilson jako pani Coulter. Bardzo elegancka, ciepła i opanowana, ale tak naprawdę bardzo mroczna, niepokojąca postać, której przeszłość jest mocno związana z Lyrą. Interesujący czarny charakter, który jest też bardzo głodny wiedzy (inaczej niż jej przełożeni). Drugi plan też jest bardzo interesujący, gdzie nie brakuje Jamesa Cosmo (ojciec Coram, jeden z liderów Gipsanów), opanowanego Ariyona Bakale (lord Boreal), kradnącego każdą scenę Lina-Manuela Mirandę (awanturnik Lee Scoresby) czy chłodnego Jamesa McAvoya (lord Asriel), tutaj jako postać bardziej skupiona na odkrywaniu nauki za wszelką cenę. Także pozostali aktorzy dziecięcy (Amir Wilson, Tyler Howitt czy Lewis Lloyd) wypadają bardzo dobrze, są naturalni i nie irytują.

mroczne materie1-5

Brytyjczycy do spółki z Amerykanami potrafią zrobić niezwykłe rzeczy. dla mnie pierwszy sezon „Mrocznych materii” to jedna z najciekawszych przygód ostatnich lat. Odpowiednio mroczna, wciągająca i mimo poważnych tematów, pełna magii oraz tajemnicy. Udało się twórcom podsycić mój apetyt, więc czekam na ciąg dalszy.

8/10

Radosław Ostrowski

Tajemnica IZBY

Pani Brisby jest myszą, która mieszka na wsi w ludzkim gospodarstwie. Jej mąż zginął w niejasnych dla nich okolicznościach, a najmłodszy syn zachorował. Jakby było mało nieszczęść, wkrótce na polu zaczną się żniwa i trzeba będzie się wyprowadzić. Z chorym dzieckiem będzie to trudne, więc matka będzie musiała dokonać trudnej decyzji. Po drodze będzie musiała spotkać się z Wielkim Puchaczem, której nie przeżył nikt oraz trafić do grupy szczurów pod wodzą Nikodemusa.

tajemnica izby1

Don Bluth przez wiele był rysownikiem Disneya, ale na początku lat 80. podjął bardzo trudną decyzję. Odszedł z korporacji, założył firmę Don Bluth Productions i działał na własny rachunek. Już swoim pierwszym filmem pokazał, że stać go na wiele. „Tajemnica IZBY” zderza ze sobą dwa wątki, splatają je postacią pani Brisby. Jest to bardzo zalękniona, postawiona pod ścianą osoba, który musi wykazać się dużą odwagą oraz poświęceniem. Wątek obyczajowy zostaje zderzony z elementami fantastycznymi i bardzo mrocznym klimatem. To ostatnie może wydawać się zaskakujące, nie brakując kilku niepokojących momentów jak wizyta u Wielkiego Puchacza (ta jaskinia z kośćmi) czy wizyta w siedzibie szczurów. To ostatnie miejsce wygląda imponująco, pełne mrocznych zaułków oraz paru nadprzyrodzonych elementów. W pewnym momencie ich wątek staje się dominującym dla całej historii, co jest kluczowe dla historii męża pani Brisby.

tajemnica izby2

Widać, że to ręcznie rysowana produkcja, ale wygląda ona naprawdę dobrze. Zanimorfizowane zwierzęta poruszają się bardzo naturalnie, a niezbyt szczegółowe tło nie przeszkadza tak bardzo. Za to pozytywnie zaskoczyły mnie efekty świetlne oraz niektóre modele postaci (Wielki Puchacz czy Nikodemus z niemal świecącymi oczami). Tak samo fantastyczną robotę robi muzyka Jerry’ego Goldsmitha, zarówno pełna emocji, jak i epickiego rozmachu godnego superprodukcji. Mrok jest skontrastowany odrobinką humoru (niezdarny kruk Jeremy) oraz odrobiną ciepła, a także momentami suspensu jak podczas próby przeprowadzki. Jak to nadal trzyma za gardło z imponującym finałem.

tajemnica izby3

„Tajemnica IZBY” to pierwsze mocne wejście Blutha do samodzielnego tworzenia animacji. Mimo lat, film nadal wygląda imponująco, historia potrafi zaangażować, a postacie są bardzo wyraziste do samego końca. Jest mrocznie, ale nie na tyle, by sprawić młodemu widzowi koszmarów.

8/10

Radosław Ostrowski

Shazam!

Billy Batson pozornie jest zwykłym nastolatkiem mieszkającym w Filadelfii. 14-latek, który trafia do rodzin zastępczych, ale ciągle z nich ucieka. Ciągle szuka swojej matki, która zniknęła. Postawiony przed ścianą trafia do nowej rodziny zastępczej, co jest bardzo patchworkowa. Kilkoro adoptowanych dzieci, bardzo otwarci rodzice, jednak nasz Billy pozostaje nieufny. Uciekając przed szkolnymi rozrabiakami, trafia do metra, gdzie trafia – na chwilę – do miejsca, gdzie przebywa Czarodziej. Przekazuje chłopakowi swoją moc, w zamian musi pokonać nawiedzonego naukowca, opętanego przez Siedem Grzechów Głównych. Stwory są okrutne, a ich nosiciel niebezpieczny. Tylko, czy Billy rzucający słowo „Shazam” da sobie radę?

shazam3

DC i Warner nie decydują się ma budowanie uniwersum, lecz konsekwentnie tworzą osobne filmy, mające stan na własnych nogach. I znowu przed kamerą reżyser z horrorowym CV, czyli David Sanberg. Shazam (w pierwszy komiksach postać nazywała się… Kapitan Marvel) to w zasadzie troszkę parodia superbohatera, opierająca się na prostym pomyśle. Mamy dzieciaka w ciele dorosłego, który musi dorosnąć i dojrzeć do opanowania swoich umiejętności. Czyli w sumie jakich? Latanie, używanie piorunów, duża siła w rękach i takie tam. Ale tak naprawdę jest to bardzo samotny, zagubiony i niepewny siebie chłopiec. Czy taki osobnik jest w stanie pokonać dorosłego, potężnego mężczyznę z obsesją na punkcie magii? W teorii wynik wydaje się dość oczywisty.

shazam1

Może i historia jest znajoma, ale reżyser bardzo bawi się konwencją, tworząc bardziej ugrzecznioną wersję… „Deadpoola”. Jest wiele meta-żartów oraz odniesień do kina superbohaterskiego (ze światem DC), które dla naszego bohatera jest kompletnie nieznane. Odkrywanie swoich mocy, wsparcie od strony brata-nerda z fiołem na punkcie superherosów, powolne dołączanie do rodziny. Chyba to ostatnie wydaje się najważniejszym motywem dla tego filmu. Czym jest rodzina? Grupą ludźmi połączone więzami krwi czy ludzie, którzy cię wspierają i są dla ciebie ważni?

Jedyną rzeczą, do której muszę się przyczepić: finałowa konfrontacja jest dość nudna, a i jakość efektów specjalnych jest średnia. To drugie można wyjaśnić niezbyt dużym budżetem, ale to drugie wynikało z braku pomysłu. Nawet w tych słabszych momentach jest to rozładowywane żartem i humorem, przez co te wady nie denerwują tak bardzo.

shazam2

I to by nie zadziałało, gdyby nie absolutnie fantastyczny Zachary Levi jako Shazam. Czułem oglądając go, że w tym ciele znajduje się ten dzieciak zafiksowany na punkcie swoich mocy. A jego przemiana w odpowiedzialnego herosa jest przekonująca do samego końca. Równie świetni są Asher Angel (Billy) oraz kradnący szoł Jack Dylan Grazer (Freddy), tworząc bardzo dynamiczny duet. Nie chodzi tylko o komediowe momenty, ale bardziej poważne momenty. Nieźle radzi sobie Mark Strong w roli antagonisty, choć sama postać nie jest zbyt ciekawa (może oprócz momentu, gdy na początku poznajemy jego dzieciństwo).

shazam4

„Shazam” to zdecydowanie najlżejszy film DC ostatnich lat. Być może bardziej dla młodego widza, ale dorośli widzowie nie będą się nudzić. Tylko i/aż fajna zabawa z obietnicą czegoś więcej na przyszłość.

7/10

Radosław Ostrowski

Jabberwocky

Dżebbersmok to bestia znana wszystkim, co czytali „Po drugiej stronie lustra”. Był to smok, z którym musiała się zmierzyć Alicja. Wiersz Lewisa Carrolla był także inspiracją dla wielu twórców, a najbardziej znaną wariacją jest nakręcony w 1977 film Terry’ego Gilliama. Jednak opowieść o bestii jest tylko pretekstem do szerszej historii.

Bohaterem tego dzieła jest Dennis Cooper – syn bednarza, który jest bardzo wielką pierdołą. Do tego jest bardzo zakochany w dziewczynie, która ewidentnie ma go gdzieś, jego ojciec umiera i wyrzeka się go. Szukając szczęścia wyrusza do zamku, by zbić majątek. Problem w tym, że okolicę terroryzuje tajemnicza bestia, co zabija oraz pustoszy liczne wsie. Król decyduje się zorganizować turniej, który ma na celu wyłonić czempiona.

jabberwocky2

„Jabberwocky” stylistycznie kontynuuje ścieżkę znaną z „Monty Pythona i świętego Graala”, czyli średniowieczne realia polane absurdalnym humorem. Budżet nie jest raczej zbyt wielki, co widać m.in. w wielu ujęciach kręconych z ręki, jednak dla Gilliama nie jest to żadna przeszkoda. Wszystko to służy pokazaniu czasów mrocznych w bardzo krzywym zwierciadle. Chociaż czy aby na pewno? Mamy tutaj zamek, który coraz bardziej się rozpada, bogaczy oraz Kościół, czerpiący profity z obecności bestii (handel oraz większa obecność wiernych), religijnych fanatyków, zakonnice (nawet jeśli są to mężczyźni) oraz prosty lud. Reżyserowi to rozwarstwienie pokazuje pewną głupotę ludzi oraz podatność na manipulację, co widać w przypadku fanatyków czy państwa Fishbourne’ów, zmieniających swoje nastawienie do bohatera jak chorągiewki na wietrze. I nawet jeśli udaje się naszemu bohaterowi osiągnąć sukces, jest to kwestia zwykłego przypadku.

jabberwocky1

Dennis (fenomenalny Michael Palin) próbuje żyć w miarę spokojnym życiem, jednak każda próba kończy się w dość nieoczekiwany sposób. I nie ważne czy mówimy o próbie zebraniu chrustu za zupę, ucieczce przed strażą, gdzie trafia do… wieży księżniczki czy w końcu zostaje giermkiem rycerza wskutek zamiany miejsc. A sami rycerze tutaj albo walczą na turnieju, doprowadzając do wręcz krwawej rzeźni, albo są skupieni na swoim celu, olewając osoby z nizin społecznych. Nie brakuje tutaj bardzo absurdalnego poczucia humoru (wybór mistrza za pomocą… gry w ciuciubabkę czy długie przemowy herolda), typowego dla brytyjskiego kina oraz lekko już archaiczne efekty specjalne w postaci tytułowego monstrum. Jednak ten archaizm dodaje odrobinę uroku do całości.

jabberwocky3

Mimo, iż to mniej znany film w dorobku Gilliama, „Jabberwocky” jest bardzo trafnym spojrzeniem na realia średniowiecza. Nawet jeśli jest to w krzywym zwierciadle oraz mocno abstrakcyjne.

7,5/10

Radosław Ostrowski