Król wyjęty spod prawa

Szkocja kojarzy się głównie z górzystym terenem, facetami w kiltach oraz bardzo dziwacznym, niezrozumiałym akcentem. I jak każdy kraj, ma swoich narodowych bohaterów. Najbardziej znani i rozsławieni przez popkulturę są William Wallace oraz Rob Roy, a teraz do tego grona wkracza znany w kraju (choć poza nim niekoniecznie) Robert I Bruce – król Szkocji, który zjednoczył naród przeciwko Anglikom. O nim próbuje przypomnieć Netflix pod wodzą reżysera Davida Mackenzie.

Początek to rok 1307, kiedy to szkoccy lordowie składają lenno królowi Anglii, Edwardowi I. Powstanie Wallace’a dogorywa, a sam bohater ukrywa się nie wiadomo gdzie. Jednym z tych lordów jest Robert Bruce, który w zamian za lojalność otrzymuje za żonę córkę earla Ulsteru – Elżbietę de Burgh. Jednak szanse na pokój w kraju coraz bardziej słabną – najpierw umiera ojciec Bruce’a, następnie zostaje schwytany i zamordowany Wallace, doprowadzając do wściekłości ludzi. I to zmusza Bruce’a do bardzo trudnej decyzji, czyli złamania przysięgi oraz wystąpieniu przeciw władcy Anglii. Tylko czy udaje się samozwańczemu królowi zjednoczyć wszystkich rodów? Bo nie wszyscy pójdą na ten układ.

krol_wyjety_spod_prawa1

Reżyser sprawnie opowiada historię Bruce’a od złożenia przysięgi aż do otwartego starcia pod Loudown Hill w 1307. Czyli jak widać, mamy początek walki o niepodległość, a nie cała szeroką biografię władcy. I moim zdaniem, jest to duży plus. Sama historia, mimo wielu postaci oraz dość złożonych układów politycznych, jest bardzo przejrzysta i czytelna. Chociaż muszę przyznać, że przebieg wielu wydarzeń potraktowano dość skrótowo, ale wiadomo – w dwie godziny wszystkiego nie da się upchnąć. Mamy dość skromnie pokazaną relację Bruce’a z nową żoną, żądnych dominacji nad krajem Anglikami, wewnętrznie podzieloną Szkocję czy żądnego zemsty oraz chcącego odzyskać swoje włości Jamesa Douglasa.

krol_wyjety_spod_prawa2

Ale realizacja budzi uznanie. Nie brakuje długich ujęć (choćby pierwsze 10 minut), średniowiecznej muzyki, bardzo dobrze wyglądających kostiumów oraz scenografii. Ale nie jest to film „czysty” i sterylny, bo gdy dochodzi do walk, nie brakuje lejącej się posoki, błota oraz wypływających flaków. Przemoc zmusza Bruce’a do działania podstępem, po partyzancku i te sceny pompują adrenalinę (nocny atak na zamek czy odzyskanie posiadłości przez Douglasa) niczym w rasowym kinie akcji. Dynamika jest ciągle zachowana, krajobrazy wyglądają pięknie (wręcz monumentalnie), a reżyser odpowiednio zaprawia wszystko patosem, gdzie trzeba.

krol_wyjety_spod_prawa3

Aktorsko jest tu więcej niż nieźle, chociaż nie do końca wykorzystano pierwszy plan. Chris Pine w roli Bruce’a daje sobie radę i dodaje parę odcieni szarości do tej postaci, czyniąc tą postać mniej jednoznaczną: przecież zabił rywala o tron, chcąc dogadać się w sprawie wspólnej walki, później działał bardziej jak zbój niż rycerz. Aktor sprawia wrażenie opanowanego i spokojnego, jednak w oczach widać, że się gotuje. Florence Pugh ma podcięte skrzydła i nie ma zbyt wiele do zagrania jako nowa żona Roberta, ograniczona do roli wspierającej i lojalnej wobec niego kobiety. I tylko tyle. Ciekawszy jest drugi plan zdominowany przez niezawodnego Stephena Dillane’a (król Edward I) oraz wręcz obłędnego Aarona Taylora-Johnsona (James Douglas) z dzikością w oczach, której nie da się opisać. To trzeba zobaczyć samemu.

Czyżby zła passa Netflixa, hurtowo realizującego średnie filmy została w końcu przełamana? „Król” może nie jest tak imponujący jak „Braveheart”, ale chyba też nie o to tu chodziło. Zamiast hollywoodzkiego przepychu oraz totalnej rozróby, mamy troszkę kameralne kino historyczne, które bardziej trzyma się ziemi i realizmu. Powolne tempo oraz niektóre nierozwinięte wątki mogą wielu odstraszyć, niemniej wciąga.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Bitwa pod Maratonem

Wszyscy z historii słyszeli (przynajmniej ja) o starożytnej bitwie pod Maratonem między wojskami Aten i Sparty z Persami w 480 r. p.n.e. Wspomina się o niej także z powodu wysiłku jednego z wojowników, Filipiadesa, który po zwycięstwie ruszył (biegiem) do Aten pokonując ok 40 km, po czym zmarł z wyczerpania. To zdarzenie, zostało też inspiracją do stworzenia filmu z końca lat 50. zrealizowanego przez Jacquesa Tourneura oraz Mario Bavę, który odpowiadał także za zdjęcia.

Sama historia nie jest tutaj zbyt skomplikowana, jednak wiele rzeczy przeinacza. Ok, to nie jest rekonstrukcja i byłbym w stanie to przełknąć, gdyby to angażowało. Bohaterem jest wspomniany Filipiades, który wygrywa ostatnie igrzyska olimpijskie. Wracając do kraju, zostaje wybrany dowódcą świętej straży, pilnującej świątyni Ateny. W samym mieście zawiązuje się spisek kierowany przez Teokratesa oraz Kreusa, który przyrzekł temu drugiemu swoją córkę, Andromedę. I wtedy pojawiają się wieści o przybyciu Persów na pole Maratonu.

maraton1

Innymi słowy jest tutaj miszmasz, jakiego reżyserzy nie byli w stanie do końca opanować. Z jednej strony polityczne knowania, z drugiej wątek miłosny, z trzeciej zaś walka oraz próba zdobycia pomocy od Spartan. Problem w tym, że tutaj wszystkie problemy są rozwiązywane w sposób bardzo prosty, zbyt prosty. Niby są po drodze komplikacje, jednak kompletnie nie czuć wagi zagrożenia, ani napięcia. Nawet kilka drobnych tricków operatorskich (morska potyczka) nie są w stanie wciągnąć. Także sceny batalistyczne wypadają dość teatralnie, nie czuć żadnych uderzeń mieczy, ciosów. Nawet statyści sprawiają wrażenie niezaangażowanych, a to już jest poważny błąd. Scenografia i kostiumy są ok, także podniosła muzyka nie wywołuje irytacji.

maraton2

Chciałbym pochwalić kogoś z obsady, jednak wszyscy grają postacie tak papierowe, że choćby nie wiem, jakby się starali, nie są w stanie dać im życia, uczynić ich przekonującymi. Do tego miejscami rzucają podniosłe, patetyczne dialogi, sprawiając miejscami duży ból. Oko można zawiesić na Mylene Demongeot (Andromeda), która wygląda apetycznie.

„Bitwa pod Maratonem” jest reliktem swoich czasów, czyli – z dzisiejszej perspektywy – tanich, bardzo skromnych filmów historycznych, próbujących wyglądać imponująco, dynamicznie i efektownie. Czas jednak był wobec niej bardzo okrutny, nie zostawiając absolutnie nic zapadającego w pamięci, co nie świadczy zbyt dobrze.

4/10 

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071


Najeźdźcy

Wikingowie – naród znany z okrucieństwa i przemocy, podbijał kraje w okresie średniowiecznym, siejąc spustoszenie po całej Europie. W roku 786, doszło do opanowania części Brytanii, o czym opowiada ten film. Lud pod wodzą króla Haralda zajmuje Dorset, lecz wskutek podstępu barona Ruthforda, monarcha zostaje zamordowany. Podczas ucieczki jego dwaj synowie zostają rozdzieleni – jeden wraca do ojczyzny, drugi zostaje wychowywany przez królową. Paręnaście lat później wybucha wojna, w której bracia są zmuszeni do walki.

najezdzcy1

Mario Bava kojarzy się wielu widzom głównie z krwawych kryminałów zwanych giallo oraz horrorów, ale to tylko procent jego szerokich zainteresowań. „Najeźdźcy” (albo jak wolą Amerykanie „Eric the Conqueror”) to już historyczny film akcji, który dość umownie traktuje realia historyczne. Fabuła jest niemal żywcem skopiowana z filmu „Wikingowie” z Kirkiem Douglasem w roli głównej (kiedyś sobie ten film odświeżę), lecz to kompletnie nie przeszkadza. Może i reżyser nie miał tak dużego budżetu jak ziomki z Ju Es Ej, jednak udało się zrobić, wciągający, widowiskowy tytuł. Nie zabrakło w nim scen pojedynków (starcie Erona z Garianem o dowodzenie wojsk, morski abordaż czy finałowe oblężenie zamku z dość ciekawym wdrapaniem się na szczyt), solidnie wykonanych kostiumów, ciekawej intrygi pełnej zdrady oraz skomplikowanych losów czy epickiej – jak na lata 60. – muzyki, budującej klimat. Historia potrafi miejscami poruszyć, a bohaterów nie da się nie lubić. Może zbyt łatwo rozpoznać czarne charaktery, a i parę dialogów jest lekko patetycznych, to jednak „Najeźdźcy” potrafią dostarczyć sporo rozrywki.

najezdzcy2

Jednak najbardziej mnie w tym filmie urzekła strona plastyczna, zrealizowana w Technikolorze. Bava potrafi bardzo pomysłowo pokazać zarówno jaskinie Wikingów (bardzo mroczną, chociaż pełną mocnych kolorów), scenę przeprawy przez bardzo cienki most (sfilmowane z daleka niczym w dawnych grach video) czy dynamiczne sfilmowane pojedynki jeden na jeden. Nawet sceny zbiorowe potrafią zaprezentować się imponująco, mimo wieku, co też jest sporym plusem.

najezdzcy3

Równie dobrze prezentują się aktorzy. Zwłaszcza wybijają się Cameron Mitchell (Eron), jak i George Ardisson bardzo dobrze poradzili sobie w rolach dorosłych braci. Pierwszy jest dość pewnym siebie, odważnym wojownikiem, drugi bardziej posługuje się inteligencją, choć nie jest pozbawionym honoru człowiekiem. Solidnie prezentuje się tutaj Andrea Checchi w roli czarnego charakteru, zaś panie stanowią tutaj ładny dodatek, na którym można zawiesić oko.

„Najeźdźcy” to jeden z ładniejszych filmów Bavy, który nawet w kinie akcji osadzonym w realiach historycznych odnajduje się pewnie. Może i jest to troszkę skrótowo przedstawione, jednak dostarcza wiele rozrywki, zachwyca pięknym wyglądem, pomysłową realizacją oraz dobrym aktorstwem. Europejski fresk, nie gorszy od filmów zza Wielkiej Wody.

7/10 

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071

Sweet Country

Australia kiedyś była słodkim krajem dla Aborygenów, lecz kiedy pojawił się pierwszy biały człowiek, wszystko się wywróciło do góry nogami. Jesteśmy w kraju już po I wojnie światowej i tutaj żyje Sam Kelly – poczciwy, porządny Aborygen mieszkający u pastora Freda Smitha razem ze swoją żoną i siostrzenicą. Ale spokojnie życie zmienia się z powodu sąsiada Harry’ego Marcha, który prosi Sama o pomoc w swojej farmie. March wypędza ich od siebie, gwałcąc wcześniej żonę Sama. Następnie wyrusza do ich domostwa w poszukiwaniu zbiegłego służącego, a kłótnia kończy się strzelaniną oraz śmiercią Marcha.

sweet_country1

Zapuszczenie się w australijską przeszłość przez Warwicka Thorntona to jedna z najciekawszych rzeczy tego roku. „Sweet Country” jest reklamowane jako western i po części jest to prawda. Mamy piękne krajobrazy, które są też bardzo niebezpieczne, szeryfa (tak naprawdę sierżanta armii) pilnującego porządku oraz ranczerów, próbujących żyć w tym obcym kraju. Ale tak naprawdę wszystko jest pokazane w bardzo mrocznych tonacjach, bo ludzie nie są tu dobrzy. A nawet jak się pojawi pozytywna postać, pozostaje bezsilna wobec okrucieństwa świata, pełnego uprzedzeń, nieufności oraz nienawiści. A wszystko to reżyser prezentuje w postawach trójki Aborygenów: małomównego, prostego Sama, próbującego wkupić się w łaski za pomocą posłuszeństwa starym Archie oraz młodego Philomaca, który dopuszcza się kradzieży i częściowo jest już „skażony” mentalnością białych. Sama intryga jest prowadzona w sposób bardzo powolny, a klimat gęsty i ciężki niczym australijska pustynia, zaś od samego pościgu, strzelanin czy scen akcji (których jest tutaj na lekarstwo) liczą się postacie.

sweet_country2

Reżyser bardzo powoli zagęszcza atmosferę bardzo prostymi środkami: krótkimi przebitkami montażowymi (pozbawionymi dźwięku), kompletnym brakiem muzyki, powoli budowanym napięciem. Dialogi może nie pojawiają się rzadko, ale ich obecność jest dość ograniczona. Dodatkowo unika prostych rozwiązań czy pójścia na łatwiznę, doprowadzając do bardzo gorzkiego finału i stawiając pytania o przyszłość Australii. Jaka jest szansa na wyrwania się z tego klinczu? Na to odpowiedzi nie ma.

sweet_country3

Thornton za to znakomicie prowadzi aktorów, w większości naturszczyków. Kapitalny jest zwłaszcza Hamilton Morris w roli wycofanego, małomównego Sama. To prosty człowiek, który jest bardzo ufny i budzi sympatię aż do samego końca. Na mnie jednak większe wrażenie zrobił Bryan Brown w roli sierżanta Fletchera. Szorstki, zmęczony życiem oficer, pełen wrogości oraz uprzedzeń. Ale ta sprawa (zwłaszcza sam proces) doprowadzają do zmiany postawy, co aktor pokazuje bardzo delikatnie i subtelnie. Klasę potwierdza za to Sam Neill w roli pastora, dodając troszkę ciepła do tego mrocznego świata.

Słodki kraj tak naprawdę okazuje się piekłem na Ziemi, gdzie przetrwają ci najbardziej bezwzględni oraz okrutni. Dobroć już dawno opuściła ten świat, przypominający „To nie jest kraj dla starych ludzi”. Bardzo mroczny, gorzki dramat, będący bardzo nieoczywistym westernem, miejscami walący po gębie.

8/10 

Radosław Ostrowski

Duchy Goi

Francisco Goya był jednym z najbardziej znanych hiszpańskich malarzy przełomu XVIII i XIX wieku. Jednak ostatni film Milosa Formana nie jest stricte biografią tego twórcy, ale jego losy przeplatają się z dwójką bohaterów, w których losy zostanie wplątany. Pierwszy to inkwizytor ojciec Lorenzo, nawołujący do powrotu wykorzystania dawnych metod, drugą jest modelka malarza – Ines Bilbatua, oskarżona o tajemne praktykowanie judaizmu.

duchy_goi3

Reżyser portretuje realia epoki, skupiając się na dwóch przestrzeniach czasowych – rok 1792 oraz 1807, kiedy do Hiszpanii przybywa Napoleon z hasłami „wolności, równości i braterstwa”. Najpierw mamy terror św. Inkwizycji oraz panującą psychozę strachu, gdzie na podstawie drobnego gestu można zostać oskarżonym o herezję, a tortury tylko wywołują jeszcze większy ból. Bóg się tylko przygląda i nie ingeruje, robi to za niego Historia – przewrotna, okrutna oraz złośliwa persona. Wszystko to okraszone bardzo sugestywnymi rycinami Goi, trafnie punktującego okrucieństwo, podłość oraz wszelkie grzechy ludzkie. Ale potem na scenę wkracza sam Napoleon oraz jego wojska, wprowadzające swój porządek: gwałty, morderstwa, powieszenia, egzekucje. Kraj niby wydaje się „oświecony”, ale jest tak samo zdegenerowany i zgniły jak przedtem, zwłaszcza że ludzie za sterami są niemal ci sami. Może i nie ma św. Inkwizycji, a wpływy Kościoła osłabły, ale poza tym? Forman pokazuje niezmienną siłę władzy dokonywanej przez ludzi, lecz także pewną przewrotność ludzkiego losu, tak zaskakującego i nieoczywistego, doprowadzając do dość ciekawego finału. Cała intryga jest bardzo zgrabnie poprowadzona, a niektóre dialogi do dziś mogą robić wrażenie.

duchy_goi4

Technicznie „Duchy Goi” przypominają obraz – trudno oderwać oczu od trafnej kolorystyki, czasem wręcz surowej (wizyta w zakładzie dla obłąkanych), a jednocześnie pełnej masy detali oraz szczegółów. Przepięknie wyglądały sceny w tawernie czy pierwsze kadry, gdzie inkwizytorzy rozmawiają o grafikach Goi. Także kostiumy robią wręcz piorunujące wrażenie, jakie był pod tym względem (i nie tylko pod tym) osiągnął tylko „Barry Lyndon” oraz scenografia, wiernie rekonstruująca Hiszpanię w czasie fermentu, wręcz z ogromnym pietyzmem odtwarzając choćby tworzenie rycin przez Goyę czy tortury św. Inkwizycji, budząc wielki podziw.

duchy_goi2

To wszystko nie miałoby takiej siły, gdyby nie rewelacyjne aktorstwo. Na pierwszy plan wybija się ojciec Lorenzo, fenomenalnie zagrany przez Javiera Bardema. Sprawia wrażenie początkowo oddanego sprawa fanatyka, ale to tak naprawdę to śliski facet, zmieniający przekonania niczym chorągiewka na wietrze oraz mający wiele, BARDZO WIELE na sumieniu. Ale mimo to ta postać pozostaje ludzka, nie jest czystym wcieleniem zła, co byłoby bardzo łatwo osiągnąć. Równie piorunujące wrażenie robi podwójna kreacji Natalie Portman. Ines, gdy ją poznajemy jest energiczną, żywiołową dziewczyną, pełną radości. Ale pobyt w lochach Inkwizycji zmienia ją nie do poznania, a charakteryzacja dopomogła aktorce w pokazaniu zagubienia, lęku oraz poczucia obcości. Z kolei jej córka Alicia to jej przeciwieństwo – pewna siebie, pozbawiona troszkę zębów, lecz nadal atrakcyjna. I każda z tych Pań mówi i zachowuje się inaczej, co jest ogromnym plusem.

duchy_goi1

A jak z Goyą? Wcielający się w tego malarza Stellan Skarsgaard wydaje się jedynie postacią poboczną, pionkiem wplątanym w opowieść Ines oraz Lorenzo. Pozornie wyluzowany, towarzyski, ale jednocześnie zdystansowany obserwator, nie opowiadający się po żadnej ze stron. Niby tło, ale zapada w pamięć. Drugi plan też jest przebogaty: od wielkiego Inkwizytora (solidny Michel Lonsdale) przez ojca Ines (świetny Jose Louis Gomez) aż po pozbawionego talentu muzycznego króla Hiszpanii (bardziej poważny Randy Quaid).

„Duchy Goi” dla wielu były sporym rozczarowaniem, bo oczekiwano drugiego „Amadeusza”. Jednak Milos Forman potwierdza swój imponujący warsztat, zarówno od strony audio-wizualnej i prowadzeniu aktorów aż do przewrotności w opowiadaniu historii. Gorzkie, refleksyjne oraz bardzo brutalne kino, chociaż pozornie statyczne i teatralne w formie. Bardzo niedoceniony tytuł.

8/10

Radosław Ostrowski

Aferim!

Wołoszczyzna, rok 1835. Sierżant policji Constantin razem ze swoim synem Lonitą wyrusza, by znaleźć uciekiniera. Jest nim Cygan zbiegły z majątku bojara. Panowie ruszają w drogę, spotykając po drodze różnych ludzi i szukając informacji o zbiegu.

aferim1

Rumuński film historyczny – brzmi to co najmniej eklektycznie i być może dlatego dałem się skusić tej historii. Reżyser Radu Juhe pokazuje jak bardzo niewiele zmieniło się mentalnie na świecie, zdominowanym przez rasizm i pogardę wobec innych: Rosjan, Turków, ale przede wszystkim Cyganów, traktowanych tutaj jak czarnoskórych mieszkańców USA przez (niemal) cały XIX wiek. Są po prostu tanią i łatwą do nabycia siłą roboczą, kupowaną na targu (dzieci też), wykorzystywaną zarówno przez bogatych panów, jak i Kościół. To jeszcze są czasy feudalne, które powoli zaczynały wygasać, ale jeszcze nie do końca. Całość toczy się bardzo powoli, a klimatem przypomina wręcz western. Te bardzo tajemnicze plenery, uchwycone na czarno-białej taśmie i ojciec z synem jadący na koniu niczym kowboje z Dzikiego Zachodu. To buduje bardzo specyficzny klimat, chociaż fabuła wydaje się bardzo prościutka, a tempo więcej niż spokojne. Wszystko to okraszone jest niezłymi dialogami oraz czarnym humorem aż do bardzo gorzkiego finału.

aferim2

Zarówno dla ojca, który widział wiele, ale świat dla niego był bardzo prosty, oparty na regułach prawa i sypiącego ciągłymi aforyzmami oraz młodego, troszkę naiwnego syna, któremu przekazuje swoje spojrzenie na świat. Obaj panowie są autentyczni, a wspólne rozmowy mówią o nich więcej niż cokolwiek. Widać silną zażyłość, a kilka scen (mocny monolog księdza czy powrót do magnata) zostanie w pamięci na długo.

aferim3

To miejscami bezwzględne spojrzenie na przeszłość oraz próba rozliczenia się z demonami Rumunów. Zrealizowana bardzo oszczędnie, ale stylowo. Do tego świetnie zagrany i pewnie poprowadzony, dotykający pozornie ogranego tematu z zupełnie innej perspektywy, którą warto docenić.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Lady M.

Każdy z nas kiedyś słyszał o lady Makbet – kobiecie popychającej swojego męża do zbrodni, doprowadzając jego i siebie do szaleństwo. Lecz „Lady M.” nie jest oparta na dziele Szekspira, lecz powieści Nikołaja Leskowa „Powiatowa lady Makbet”. Jednak zamiast Rosji przenosimy się do angielskiej prowincji, gdzie poznajemy Katarzynę. Świeżo poślubiona kobieta traktowana jest przez męża, jak i teścia niczym przedmiot lub służąca. Kiedy mąż wyjeżdża do kopalni, by zająć się interesem, kobieta wpada w ramiona jednego ze służących –  młodego oraz pełnego chuci Sebastiana.

lady_m1

Debiut reżyserski Williama Ordloyda to zderzenie z jednej strony bardzo plastycznych scen krajobrazów z bardzo ascetyczną, wręcz surową scenografią. Początek to wręcz rutynowa obserwacja dnia codziennego: wstawanie, nakładanie gorsetu, jakieś jedzenie posiłku i czekanie na sofie. A noce z mężem, który nie czuje do swojej kobiety nic, każąc jej stać nago przed łóżkiem, by zrobić sobie dobrze. Ta rutyna może wielu doprowadzić do znużenia, ale im dalej w las, tym bardziej czuć zaszczucie i zniewolenie bohaterki, pragnącej sama decydować o sobie. Reżyser powoli zaczyna podkręcać napięcie, a kilka rzeczy zostawia niedopowiedzianych (dziwna relacja pani ze służącą Anną). Kiedy w końcu zaczyna dochodzić do przemocy, nie boi się jej pokazać bez upiększeń, chociaż to wszystko sprawia wrażenie filmu bardzo chłodnego, trudnego do wejścia. Nawet gdy dochodzi do coraz bardziej wyrafinowanego okrucieństwa, zmieniając opowieść w dreszczowiec, można się odbić od ściany.

lady_m2

Spowodowane jest na pewno fantastyczną, choć bardzo niejednoznaczną kreacją Florence Pugh. Gdy ją widzimy na początku, jest nam jej zwyczajnie żal, ale kiedy zaczyna walczyć o swoje, zmienia się w bezwzględną, pewną siebie kobietę. Bardzo chłodną, wręcz psychopatyczną, co widać w drobnych spojrzeniach. Nie odstępuje jej na krok Naomi Ackie jako bezwzględnie posłuszna służąca Anna, która już dawno podporządkowała się i przystosowała do reguł świata. Także bardzo surowi, choć eleganccy (tylko na zewnątrz) panowie na czele z Paulem Hiltonem oraz Christopherem Fairbankiem tworzą bardzo wyraziste postacie.

lady_m3

Cały czas nie mogłem pozbyć się wrażenia teatralności całego filmu. „Lady M” niby kończy się ostatecznym uzyskaniem wolności, lecz trudno pozbyć się gorzkiego posmaku całości. Ostatecznie film bardzo intryguje, chociaż wymaga większego skupienia.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Milczenie

Nie ma chyba kinomana, który nie lubiłby Martina Scorsese. Ten bardzo uznany i szanowany reżyser przez lata wyrobił sobie reputację mistrza, specjalisty od szeroko pojętego kina gatunkowego, który ciągle szuka dla siebie wyzwania. Podobno ten film miał powstać już 25 lat temu, a tematyka szeroko pojętej wiary, towarzyszyła twórcy „Taksówkarza” niemal od początku swojej kariery. I o tym opowiada najnowsze dzieło mistrza „Milczenie”.

milczenie1

Jest XVII, w Japonii głoszone jest słowo Boże, chociaż chrześcijaństwo jest zakazane. Do Portugalii dochodzą wieści, że jeden z misjonarzy ojciec Ferreira, publicznie wyparł się Boga. Dwaj jezuici, ksiądz Rodriguez oraz Garupe, wyruszają na daleki kraj, by wybadać całą sprawę i przy okazji głosić słowo Boże. Władze jednak dość szybko się dowiadują o ich obecności, przez co zaczyna się zaciskać pętla na szyi, przez co w końcu musi dokonać bardzo trudnego wyboru: wyparcie się wiary albo śmierć.

milczenie2

Kto inny mógłby się podjąć tej opowieści jak nie Scorsese. Punkt wyjścia mocno przypomina „Czas Apokalipsy”, czyli mamy tajemnicę związaną z jednym bohaterem, który pojawia się zaledwie w trzech scenach. A tak najważniejsze jest tutaj rozdarcie oraz walkę o duszę ojca Rodrigueza, jego „rozmowy” (w formie narracji z offu) z Bogiem, który na każde jego słowo, nie odpowiada. Nie odpowiada, bo Go nie ma? Czy może jest to próbą, którą nasz ksiądz musi podjąć? Tylko, ze razem z nim będą też cierpieć jego bracia oraz siostry w wierze. Dlaczego reżyser pokazuje tylko perspektywę naszego Rodrigueza i w ogóle „chrześcijańskiej” Europy, która nie potrafi zrozumieć mentalności Japonii. Tutaj mieszkańcy są albo wierzącymi w Boga, albo zdrajcami (przewodnik bohaterów – Kichijiro), albo zwalczają chrześcijaństwo traktując je jako zagrożenie. Dlaczego to jest niebezpieczne? Bo tak. Widzimy tylko jedną perspektywę i to wywołuje rozdrażnienie.

milczenie3

Za to nie mogłem oprzeć się pracy kamery. Z jednej strony pięknie wyglądające sceny przyrody, z drugiej bardzo surowe i naturalistyczne wręcz sceny tortur, morderstw. To zderzenie buduje poczucie zaszczucia oraz niepokoju. Choć Japonia wygląda pięknie, jest bardzo niebezpieczna. Jeszcze to dość wolne tempo czy kompletnie zbędny epilog, gdzie mamy wyłożone kawę na ławę. Do tego jeszcze narracja z offu czasem mówi więcej niż powinna, przez co średnio zaangażowany w całą historię. A szkoda, bo rozważania na temat wiary i religii miało spory potencjał. Jaka jest różnica między buddyzmem a chrześcijaństwem? Jak język może okazać się silną przeszkodą w przekazywaniu Ewangelii (jak różnie odbierane są znaczenia tych samych słów)? Szkoda, że nie do końca zostaje to wykorzystane.

milczenie4

Także aktorsko tak naprawdę z wielkich nazwisk wybija się tylko Andrew Garfield (Rodriguez), bo grał główną rolę. I wybronił się jako duchowny pozornie z silną wiarą oraz równie poważnymi wątpliwościami, targającymi nim aż do samego końca. Liam Neeson (ojciec Ferreira) ma raptem kilka scen, a partnerujący Garfieldowi Adam Driver nie ma zbyt wielkiego pola do popisu. Za to świetnie wypadają aktorzy japońscy ze szczególnym wskazaniem na Takanobu Asano (tłumacz) oraz Yosuke Kubozukę (Kichijiro, czyli japoński odpowiednik Judasza).

„Milczenie” to przykład kina niewykorzystującego w pełni swojego potencjału, co w przypadku takiego reżysera jak Scorsese jest zaskakujące. Scorsese po drodze zadaje kilka pytań, częściowo nie dając na nie odpowiedzi. Może samo milczenie jest odpowiedzią?

6/10

Radosław Ostrowski

Historia Roja, czyli w ziemi lepiej słychać

Rok 1945 miał przynieść dla Polski pokój oraz być początkiem odbudowywania kraju po wojennej zawierusze. Jednak okazuje się, że władzę przejęli komuniści, a kraj znalazł się w radzieckiej strefie wpływów. Dla wielu ludzi działających w podziemiu walka miała się dopiero zacząć. A jednym z tych wojaków był Mieczysław Dziemieszkiewicz „Rój”, który poległ w zasadzce w 1951 roku.

historia_roja1

Tematyka żołnierzy wyklętych, czyli ludzi podziemia, co nie złożyli broni i postanowili dalej walczyć o kraj, tym razem z okupantem sowieckim, jest czymś bardzo świeżym, mogącym zainteresować zwłaszcza młodego (nastoletniego) widza. Pytanie czy reżyser Jerzy Zalewski był w stanie opowiedzieć o zapomnianym bohaterze. Odpowiedź na to pytanie jest jedno: no k***a nie. Reżyser miesza tutaj postacie i wątki, wprowadzając kompletny bajzel. Scenariusz jest zbiorem scenek, będących zbiorem scen akcji, gdzie kamera zapierdala jak szalona, trzęsąc się we wszystkie możliwe kierunki. I jak mam się zorientować kto z kim i jak atakuje. Żeby było jeszcze trudniej, wszystko jest zrobione w slow-motion jakby to był co najmniej film Pasikowskiego czy Peckinpaha (atak na UB).

historia_roja2

A żebyśmy wiedzieli, ze to film o żołnierzach wyklętych, to muszą pojawić się obowiązkowe sceny ze słowami „Bóg, Honor, Ojczyzna” skontrastowane z panami w kapeluszach, obalającymi flaszkę za flaszką, rzucając jedną kurwę za drugą. Czemu to wszystko musi być takie zero-jedynkowe, jakbym oglądał jaką bajeczkę czy komiks gorszego sortu? Nawet próby wprowadzenia szarości (postawa Młota czy chłopa, który jest taką chorągiewką) są rozbrajane czy to patetycznymi tekstami (mówionymi lub krzyczanymi), czy wrzuconymi w tło religijnymi symbolami. I jeszcze ten bałaganiarski montaż (przeplatająca się scena zabicia „Pogody” z modlącym się Rojem), gdzie nawet udźwiękowienie stoi na słabym poziomie. Dotyczy to w szczególności odgłosów strzałów, brzmiących jakby to były zabawki, a nie prawdziwa broń. Takich rzeczy się nie robi.

historia_roja3

Wygląda to okropnie, brzmi najwyżej słabo, a aktorstwo tutaj praktycznie nie istnieje. Albo się deklaruje ważne rzeczy albo rzuca się mięchem. Grający Roja Krzysztof Zalewski kompletnie nie pasuje do roli nie idącego na kompromisy żołnierza, pozbawionego wątpliwości (chociaż scena nocnego koszmaru, gdzie rozmawia z poległymi, próbuje wybrzmieć), który wszystko. Kompletnie tej postaci brakowało charyzmy, a jego przemowy brzmią bardzo sztucznie. Z drugiej strony jest przerysowany Wyszomirski (Piotr Nowak) – były kumpel, który jest tutaj tak zły, że już bardziej się nie da. Cała reszta służy do deklaracji oraz opowiadania się po jednej ze stron. Nawet pewne drobne epizody (Mariusz Bonaszewski jako rozdarty Młot czy Sławomir Orzechowski jako chłop Osowiecki) nie dostają szansy na wybrzmienia ich dylematu.

historia_roja4

„Historia Roja”, chociaż powstawała 6 lat w ogromnych bólach (ciągle brakowało funduszy), jest przykładem bardzo spóźnionej ciąży. Pozbawiona jakiegokolwiek sensu, wiarygodnej psychologii postaci, napięcia, tła, czegokolwiek. Szczytowy przykład partactwa filmowego, na jaki ci bohaterowie zwyczajnie nie zasłużyli. Pytanie, czy ktoś zmądrzeje i wyciśnie coś więcej niż tylko suspensową muzykę Michała Lorenca (a że przypomina „Call of Duty”, to inna kwestia) oraz ważki temat.

1/10

Radosław Ostrowski

Makbet

William Szekspir od zawsze interesował filmowców. Praktycznie każda jego stuka była co najmniej raz przeniesiona na ekran. Nie inaczej było z „Makbetem”, którego najsłynniejszą wersją kinową była ta zrealizowana przez Romana Polańskiego w 1971 roku. Teraz jednak własną interpretację przedstawia Justin Kurzel.

makbet_2015_1

I muszę przyznać, ze ta wersja podoba mi się bardzo. Reżyser stawia na surowy realizm, brud i krew. Imponuje zwłaszcza scenografia i piękne szkockie plenery, spowite mgłą, pełne lasów. Wszystko to tworzy wręcz oniryczny klimat, którzy wyczuwalny jest od początku. To we mgle Makbet walczy ze zdrajcami swojego króla Duncana, to we mgle widzi wiedźmy, co przepowiadają mu przyszłość. I wreszcie we mgle zabarwionej krwią zmierzy się ze swoim przeznaczeniem. Kurzel bardzo starannie dobiera kolory: dominuje chłodna zieleń w scenach leśnych, mocna czerwień podczas scen akcji i zabijania (albo podczas scen w kościele, gdzie jest pełno świec). Dla wielu nadal problemem może być archaiczny (z dzisiejszej perspektywy) dialogi oraz monologi bohaterów, pełne kwiecistego stylu. Dlatego zawsze należy wczytywać się między słowami, by zrozumieć moralne rozterki Makbeta, rozdartego między żądzą władzy a oddaniem prawości.

makbet_2015_2

Imponują świetnie zrealizowane sceny zbiorowe: egzekucja rodziny Makduffa, potyczki, wreszcie ceremonia koronacji w pięknie oświetlonej katedrze. Co jednak najciekawsze jedna scena zmienia kontekst zachowania lady Makbet. Tak, ona nadal popycha męża ku zbrodniczej drodze, ale nawet ona zaczyna się swojego męża bać, przez co pogrąża się w szaleństwie. A otwierająca całość scena pogrzebu dziecka państwa Makbet mogła być katalizatorem obłędu. Kurzel niczym w transie skupia całą swoją uwagę, w czym pomaga świdrująca uszy muzyka oraz bardzo rytmiczny montaż.

makbet_2015_4

Ale tak naprawdę nową wersję bronią też świetni aktorzy. Tym razem Makbet ma aparycje Michaela Fassbendera, który tak płynnie mówi szkockim akcentem (jak cała obsada), jakby to był jego naturalny język. A w oczach ma ten błysk szaleństwa, którego nie można w żaden sposób zignorować. Jednak dla mnie „Makbet” to film Marion Cotillard, która zupełnie inaczej przedstawia postać lady Makbet (interpretację wspomniałem wcześniej). I to ten duet bardzo mocno wybija się z grona zacnej obsady, która solidnie wywiązała się ze swoich zadań.

makbet_2015_3

Justin Kurzel wie jak robić historię z klimatem, a jego wersja „Makbeta”, choć surowa, wnosi duży powiem świeżości. Ogrywa teatralność oryginału, za pomocą klimatycznych zdjęć oraz montażu, przez co nie ma miejsca tutaj na nudę. Ale wymaga w zamian skupienia, uwagi, bo łatwo można przeoczyć pewne detale.

7,5/10

Radosław Ostrowski