Bicz i ciało

Do zamku hrabiego Menhoffa powraca marnotrawny syn, Kurt. Mężczyzna ten rozkochał służącą i zostawił ją, przez co kobieta popełniła samobójstwo, zaś Kurt zostaje wygnany oraz pozbawiony własnego majątku, a także narzeczonej. Jednak dziedzic wraca niby pogodzić się, ale tak naprawdę odzyskać swoje. Cały jego plan zostaje wywrócony do góry nogami, gdy wieczorem zostaje zamordowany.

bicz_i_cialo1

Kolejny wygrzebany film Mario Bavy, który tym razem wraca do gotyckiego horroru. Jest obowiązkowy zamek, pełen ciemnych korytarzy, rodzinną tajemnicę i niepokojącą przeszłość, powoli odkrywając relacje między członkami rodziny oraz ich służbą. I kiedy dochodzi do pierwszej wolty, atmosfera robi się coraz bardziej gęsta, pojawia się duch (ale czy na pewno?) oraz kluczowe pytanie: kto zabił? Wiele osób miało motyw, a tajemnica coraz bardziej zaczyna przykuwać uwagę aż do przewrotnego finału. Mimo ponad 45 lat, „Bicz i ciało” nadal wygląda bardzo plastycznie, z nasyconymi kolorami oraz wręcz zbliżeniami na detale (niemal mocno obecny bicz – czy to jako klamka w drzwiach czy konar podczas burzy) czy szybkimi zbliżeniami na twarze. Do tego bardzo niepokojąca muzyka, okraszona ciepłym tematem lirycznym.

bicz_i_cialo2

Jednak najbardziej intrygującym wątkiem jest niejednoznaczna relacja między Kurtem a byłą narzeczoną Nevetką: od nienawiści aż po mroczną, wręcz perwersyjną miłość okraszoną masochizmem (uderzenia biczem). Dawne, głęboko stłumione emocje, wybuchają ze zdwojoną siłą, doprowadzając wręcz na skraj obłędu. I to staje się podwaliną całego suspensu, tylko pozornie korzystając z ogranych możliwości straszenia (dźwięk, brud na podłodze). Ale nadal skutecznie potrafi przerazić, konsekwentnie budującym klimatem.

bicz_i_cialo3

Równie mocne są dwie kreacje, wnoszące film na wyższy poziom. Po pierwsze, charyzmatyczny Christopher Lee, budujący niepokojącą postać Kurta – tajemniczego mężczyznę, pełnego magnetyzmu. Po drugie, Dalila Levi, pociągająca i posągowo piękna kobieta, skrywająca coś więcej niż tylko piękną twarz. I czuć tutaj silną chemię między tą parą, wywyższając całość na wyższy poziom.

„Bicz i ciało” to bardzo klasyczny, gotycki horror, stawiający przede wszystkim na klimat. Będziecie czuć ciarki na plecach, a niektóre wysmakowane ujęcia zostaną w pamięci na długo. Bava kolejny raz potwierdza klasę.

8/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071

Czarne święto

Znamy muzyczne składanki, ale filmowcy też robią kompilacje, czyli filmy nowelowe. Są to historie, które łączy jeden temat, konwencja czy gatunek. Nie inaczej jest z „Czarnym świętem”, który jest zbiorem trzech opowieści grozy, opartych na opowiadaniach. Wszystkie te historie zrealizował Mario Bava i klimatem troszkę przypomina ekranizacje horrorów Edgara Poe przez Rogera Cormana, ale bardziej jest to wzięte w nawias, co zapowiada sam Boris Karloff.

czarne_swieto1

Każda z opowieści toczy się w innym czasie i dotyczy innych elementów grozy. Pierwsza opowieść to „Telefon” i jest zdecydowanie najbliżej naszych czasów. Bohaterką jest Rosa (kojarzona z serią o markizie Angelice Michelle Mercier), kobieta – jakby to ująć – udzielająca się społecznie. Kiedy ją poznajemy, wraca do domu i szykuje się do snu. Ale wtedy dzwoni telefon i ktoś grozi jej śmiercią. Tutaj reżyser bawi się tropami (czarne rękawiczki, oczy patrzące z okna), przez co zgrabnie prowadzi grę, zaś wyjaśnienie początkowo może wydawać się żartem. Gra elegancki jazz, doprowadzając do przewrotnego finału, którego nie zamierzam zdradzić.

czarne_swieto2

Jednak najbardziej rozbudowana jest historia druga, czyli kostiumowy „Wurdalak”. Tutaj trafiamy do małej wsi w Rosji, gdzie przypadkowo trafia pewien młodzieniec. I tam trafia do domostwa, wcześniej znajdując trupa ze sztyletem. Tutaj klimat zdecydowanie bardziej przypomina powstająca w tym samym czasie horrory Cormana, mimo pewnej umowności przestrzeni, jaką znamy z „Maski szatana”. Mimo to ten segment ma wiele uroku, powoli odkrywana jest tajemnica (powrót ojca, krwawa walka oraz trudne więzy rodzinne), pojawia się miłość oraz mroczne ruiny zamku. I ten fragment potrafi przerazić kilkoma scenami, bardziej przemawiając klimatem, a także grą Borisa Karloffa.

czarne_swieto3

Trzecia historia wydaje się najprostsza – mamy pielęgniarkę (dobra Jacqueline Pierreux), która pomaga przygotować zmarła kobietę. Decyduje się wykraść jej pierścionek, co wywołuje komplikacje. Powoli zaczynamy dochodzić do stanu obłędu, co podkreśla najpierw spotęgowany dźwięk odbijającej się wody, a następnie pojawienie się samej zmarłej. Jednak sama nowelka wydaje się prościutka i niestety, bardzo przewidywalna, chociaż Bava dwoi się i troi, by utrzymać napięcie.

czarne_swieto4

Trudno jednak odmówić „Czarnemu świętu” na poziomie technicznym. Kolory wydają się nasycone, efekty oświetleniowe oraz praca kamery bronią się przed upływem czasu, scenografia bywa bogata w szczegóły. I to wszystko ma taki swój specyficzny urok, taką wręcz klasyczną elegancję, pozbawioną makabrycznych zbrodni oraz stosowania ciągłego szoku, który jest wręcz nadużywany we współczesnych filmach z gatunku horror und groza. To jest paradoksalnie największa siła antologii Bavy, stawiającego tutaj bardziej na nastrój czy klasyczne sztuczki z arsenału szkoły straszenia. W dzisiejszych czasach jest to zaskakująco świeże doznanie dla fanów grozy.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071

Śmierć nadejdzie dziś

Wyobraźcie sobie taką sytuację, że budzicie się w dzień swoich urodzin. Po przebudzeniu czujesz się jakbyś był sparingpartnerem braci Kliczko, pamięć dnia wczorajszego praktycznie nie istnieje i jesteś aroganckim bucem. A że masz dziś urodziny, przypomina ci dzwonek telefonu i jakoś młody, pryszczaty gnojek. Wieczór zapowiada się na fajną imprezę, ale pojawia się osobnik w masce twarzy bobaska i wbija ci nóż. Lecz zamiast skończyć w kostnicy, otwierasz oczy i masz poczucie deja vu. Znowu ten sam pokój, ten sam chłopak, ten sam dzwonek. Co tu się wyrabia?

happy_death_day1

Pomysł z „Dnia świstaka”, czyli zapętlenia jednego dnia non stop, jest sam w sobie świetny. Był w komedii (w/w), był film wojenny („Na skraju jutra”), teraz przyszła pora na film horror und groza. Film Christophera Meloni wykorzystuje koncept umierania aż do nieskończoności, by ugrać dwie pieczenie na jednym ogniu. Po pierwsze, by poprowadzić grę z widzem w kwestii tożsamości mordercy, będącego ciągle o krok przed naszą Tree. Kim jest? Dlaczego to robi? To, jak reżyser podrzuca tropy (maski porozrzucane, obecność seryjnego mordercy w szpitalu uniwersyteckim), robi wrażenie, ale twórcy nie traktują tego tytułu absolutnie poważnie. Elementy horroru (nieznany morderca, pomysłowe zgony, sceny filmowane nocą czy budująca napięcie muzyka) bardziej pasują choćby dla serii „Krzyk”, stanowiąc dodatkowe źródło humoru i pokazując cudzysłów całego przedsięwzięcia. Właśnie, humor tutaj oparty jest i na ironicznych tekstach, wykorzystaniu repetycji, nawet zachowania Tree w sytuacji sam na sam z mordercą polegających na krzyczeniu oraz uciekaniu przed delikwentem.

happy_death_day2

Z drugiej strony to młodzieżowa historia dziewczyny, dla której szansa ponownego przeżywania tego samego dnia staje się szansą do zmierzenia się z samą sobą oraz zmianą pewnych postaw. O dziwo, przemian z imprezowej, zołzowatej jędzy w fajną dziewuchę jest przekonująca, mimo pozornie absurdalnego założenia, dając sporo satysfakcji. Nawet bardziej poważniejsze wątki związane ze stratą matki i relacją z ojcem, nie są zbyt przeszarżowane, o co byłoby bardzo łatwo.

happy_death_day3

Postawiono tutaj na kompletnie nieznane twarze i to był kolejny strzał w dziesiątkę. Aktorzy grają dobrze, nawet z pewnym luzem (świetna jest Jessica Rothe, wyglądająca jak młodsza siostra Blake Lively) i dystansem, wpasowując się do konwencji horroru z przymrużeniem oka.

happy_death_day4

To lekkie i bardzo przyjemna rozrywka, stanowiąca zgrabną zabawę konwencją horroru. Choć bywały znacznie zabawniejsze („Zombieland”, „Krzyk”) albo znacznie bardziej makabryczne („Martwica mózgu”) i mimo wykorzystania klisz z kina młodzieżowego (romans z nauczycielem, grupa zrzeszająca chude laski, nerdy, sexy chłopak), film Meloniego daje wiele frajdy oraz satysfakcji. Jak dobrze przygotowany drink.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Rytuał

Co może zrobić grupka Brytyjczyków po 30-tce, żeby rozerwać się od dnia codziennego? Może wspinaczka górska po Szwecji? Problem w tym, że przed wyprawą jeden z nich zginął podczas napadu na sklep, a drugi się schował. Pół roku później dochodzi do wyprawy ku pamięci zmarłego kumpla, ale wracając ze szczytu Luke, Hutch, Dom oraz Phil zamiast ścieżką decydują się wrócić skrótem przez las. Gdyby nie pewne okoliczności, nie weszliby do chaty z dziwną rzeźbą istoty z rogami zamiast rąk, a od tej pory zaczyna się robić niepokojąco.

rytua_20171

Brytyjski horror dla Netflixa. Tak można opisać film Davida Brucknera, który garściami czerpie z klasyki kina grozy. Nasi bohaterowie nie korzystają z telefonów komórkowych, Internetu, wi-fi, a wszystko toczy się gdzieś z dala od cywilizacji. Wszystko toczy się bardzo powolnym rytmem, a po drodze dostajemy to, czego moglibyśmy się spodziewać: gęsta mgła, las pełen drzew, tajemnicze znaki na drzewach, jakieś widzące trupy na drzewach. I coś, co próbuje zabić. Nie widać tego wyraźnie, miejsce wydaje się kompletne obce, ciche, chłodne, nieprzyjemne. Ale jednocześnie nasz bohater Luke będzie musiał zmierzyć się ze swoimi demonami: strachem, śmiercią kolegi, co zostało sfilmowane w niemal surrealistyczny sposób (zapalające się światła sklepu w… środku lasu czy cała ta sytuacja odbywająca się w lesie), przez co nie można się zastanawiać, czy to jawa, a może sen? Do tego jeszcze zostaje wpleciony kult pewnemu bóstwu oddawany przez mieszkańców pewnych chatek, co troszkę kojarzyło mi się w „The Witch” (pewnie z powodu wyglądu domostw).

rytua_20173

Jest mrocznie, kamera pozwala sobie na oddalenia, reżyser powoli odsłania karty, a ciągle czułem się zagrożony. Do strachu poza kadrami oraz onirycznymi wstawkami wykorzystuje dźwięk oraz nie pokazywanie wszystkiego przez kamerę. I muszę przyznać, że to działa. Jest mrocznie, brutalnie, z bluzgami oraz poczuciem zagrożenia. Jak w klasycznym filmie tego gatunku.

rytua_20172

Mimo pewnych klisz „Rytuał” sprawdza się zarówno jako klimatyczny horror, jak też i przykład walki z własnymi demonami. Jest dobrze zagrany (wybija się Rafe Spall jako Luke), niepokojącą muzykę oraz pięknie wyglądające plenery, budujące niezwykłą atmosferę. Dobrych horrorów nigdy dość.

7/10

Radosław Ostrowski

Maska szatana

Sam początek filmu to proces nad czarownicą, księżną Asą oraz jej kochankiem. Inkwizycja, napiętnowanie, nałożenie maski Szatana (maska z kolcami w środku). wreszcie ma dojść do spalenia ciała, ale burza przerywa cały rytuał i kochankowie zostają pochowani – on na cmentarzu w niepoświęconej ziemi, ona w podziemnym sarkofagu. I nikomu by to nie przeszkadzało, gdyby nie dwieście lat później dwóch lekarzy zmierzających na sympozjum naukowe. Doktor Gorobec i profesor Kurajan utknęli po drodze w lesie, odwiedzili ruiny kaplicy, przez przypadek budząc czarownicę. Ta zaś zamierza się zemścić na przodkach tych, którzy ją skazali.

maska_szatana1

Samodzielny debiut Mario Bavy to klasyczny, wręcz gotycki horror, mocno inspirowany opowiadaniem Mikołaja Gogola. Jest mroczna tajemnica, ponure zamczysko, skrywające wiele sekretów oraz bardzo ponura atmosfera. Reżyser zaskakująco sprawnie opowiada tą opowieść o walce dobra ze złem, a wszystko bardzo w duchu znaków epoki romantyzmu – zderzenie nauki oraz świata racjonalnego z elementami nadprzyrodzonymi, grozą i poczuciem niepokoju. A czarno-białe zdjęcia tylko potęguje to wrażenie. Można odnieść wrażenie, że z dzisiejszej perspektywy nie wygląda to za bogato, ale jaki to tworzy klimat – bezcenne. Jest bardzo nastrojowo, mrocznie i chociaż poznajemy wszystkie elementy układanki, to Bava potrafi zaangażować, trzyma w napięciu do samego końca, podkręcając stawkę. Jest miłość, walka o duszę, zemsta, cmentarz, podniszczona krypta – wszystko odpowiednio wymierzone (jak w adaptacja Poego w reżyserii Cormana), zaskakująco wysmakowanie plastycznie, ze świetną scenografią. I nie miałem poczucia, ze to film z początku lat 60. – może poza zbyt mocno wchodzącą w uszy muzyką.

maska_szatana2

Aktorstwo jest zaskakująco niezłe, chociaż zdarzają się momenty nad ekspresyjne. Tutaj pod tym względem wybija się Barbara Steel (księżna Katja oraz Asa Vajda), ale jeszcze daje się ją oglądać bez bólu. Dobrze się zaprezentowali nasi naukowcy, czyli John Richardson (młody, troszkę naiwny, lecz oddany Andriej Gorobec) i Andrea Checchi (doświadczony profesor Kruvajan), tworząc zgrabny duet. Nawet drugi plan potrafi zapaść w pamięć, mając nawet kilka minut, co jest imponujące.

maska_szatana3

Ku mojemu wielkiemu zdumieniu „Maska szatana” nadal potrafi oddziaływać na kolejnych kinomanów. Klasyczny, bardzo nastrojowy horror, z rzadko spotykanym klimatem, co robi nadal imponujące wrażenie. Smakowity kąsek dla fanów kina grozy.

8/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071

Wampiry

Paryż. Tam pracuje dziennika Pierre Martini, który zajmuje się tropieniem sensacji. W tym romantycznym mieście dochodzi do tajemniczych śmierci młodych kobiet. Nie ma żadnych śladów walki, zadrapań, blizn, niczego. Jakby kompletnie wyssano z nich życie, a poszukiwania zabójcy zwanego Wampirem nie przynoszą rezultatów. Mimo bezradności policji, reporter próbuje prowadzić własne śledztwo.

wampiry11

Ten film uznawany jest za pierwszy włoski film grozy. Realizujący go Riccardo Freda, wspierany przez operatora Mario Bavę (niewymieniony jako reżyser) próbują budować atmosferę niepokoju oraz strachu za pomocą powoli odkrywanej tajemnicy oraz tajemniczego zamczyska. Sama intryga toczy się dość powoli, a przebieg fabuły jest oparty na ogranych kliszach: uparty śledczy zderzający się z murem bezradności, pozornie niekompetentny detektyw, poszlaki prowadzące donikąd, zmuszanego do porwań narkomana oraz tajemnicze eksperymenty mające zapewnić wieczne życie. Te elementy niestety, nie potrafią połączyć się w sensowną całość. Zamiast przerażać, film zwyczajnie nuży, fabuła nie porywa, a im dalej w las, tym wszystko staje się bardzo przewidywalne. Dialogi też są takie sobie, a nadekspresyjna oraz barokowa muzyka, nachalnie wali po uszach swoimi intencjami, że staje się to nieznośne.

wampiry21

Jedyną rzeczą, która nadal się broni jest scenografia, ze szczególnym wskazaniem starego zamczyska. Te ponure mury, korytarze oraz to ukryte laboratorium wyglądają bardzo ładnie, także za sprawą sposobu fotografowania. To jednak za mało, by uznać „Wampiry” za godne uwagi.

Nawet aktorstwo wydaje się bardzo teatralne i mało przekonujące. Poza pociągającą i tajemniczą Gisele (powabna Gianna Maria Canale), skupiającą w pełni swoją uwagę, pozostałe postacie albo są mocno przerysowane jak Signoret (niby narkoman) czy kolejna ofiara, ograniczająca się do krzyków oraz roztrzęsienia. Nawet sceny śmierci wyglądają bardzo sztucznie.

wampiry31

Początki kariery Bavy jako reżyser trudno zaliczyć do udanych, choć jego wkład nie był zapewne zbyt wielki. „Wampiry” zostały przez czas potraktowane bardzo ostro i kompletnie zawodzi na każdym aspekcie. Omijać szerokim łukiem.

3/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071

 

Life

Gdzieś w kosmosie znajduje się stacja kosmiczna, mająca za zadanie badać próbki z Marsa. A jedna z próbek zawiera tajemniczego przybysza z planeta, którym zaczynają się interesować naukowcy. Badać go, sprawdzić i w końcu ożywić. To ostatnie będzie dla wszystkich błędem, gdyż Calvin (jak zostaje nazwana istota) zaczyna działać oraz bawić się w mordercę. Załoga kombinuje, żeby nie dopuścić stwora na Ziemię.

life1

Brzmi jak „Obcy”? Nowy film szwedzkiego reżysera Daniela Espinosy zrobiony na amerykańskiej ziemi to sklejka klasyka Ridleya Scotta z „Coś” Johna Carpentera, polane lekkim sosem „Grawitacji”. Początek obiecuje takie klasyczne SF, gdzie mamy element zabawy w Pana Boga, istotę nie z tego świata, mordującą wszystkich dookoła, jednocześnie stając się coraz bardziej inteligentną i próbującą złamać szyki naszym bohaterom. Problem w tym, że te postacie nie są zbyt mocno wyraziste oraz ciekawe, by ich los mógłby mnie całkowicie poruszyć. Jeden jest biologiem, drugi to spec od komputerów, trzeci lekarz, czwarty hydraulik itp. Nie znamy ich charakterów – poza lekarzem, który ma traumę spowodowaną wydarzeniami z wojny. Scenografia wygląda dość sterylnie, co ma budować realizmu tej opowieści, by po 30 minutach mocno skręcić w krwawy horror SF. Muzyka buduje napięcie, a zamknięta przestrzeń nawet sprawdza się w budowaniu klaustrofobicznego klimatu. Tylko jak bać się takiego monstrum jak Calvin, który wygląda jak… cyfrowo zrobiona macka ośmiornicy, z czasem nabierającego coraz większych gabarytów, lecz był mi kompletnie obojętny. Jedynie zakończenie mocno wywróciło wszystko do góry nogami, budząc autentyczne przerażenie.

life2

Parę razy udaje się zbudować napięcie oraz podkręcić adrenalinę, ale sceny między jednym a drugim trupem, gdzie mamy okazję poznać bliżej naszych astronautów, wywoływały we mnie znużenie. Wrażenie na mnie zrobiła za to praca kamery i to już na samym początku, gdzie płynnie przechodzimy z miejsca na miejsce w jednym ujęciu (scena przechwycenia sondy).

Mamy też całkiem nieźle grających aktorów, z których najbardziej wybija się Jake Gyllenhaal jako bardzo wycofany medyk z traumą w tle. Troszkę humoru dodaje Ryan Reynolds, ale szkoda, że pojawia się tak krótko (aktor w tym czasie pracował nad „Bodyguardem Zawodowcem”), a najwięcej sympatii wzbudził grający Sho Hiroyuki Sanada.

life3

„Life” miało być w założeniu nowym klonem legendarnego „Obcego”, tylko że oryginał Scotta jest nie do przeskoczenia. Niezłe, rozluźniające kino rozrywkowe, gdzie pojawiają się pewne bzdury oraz suspens, mimo schematyczności oraz sporej ilości klisz. Paradoksalne połączenie.

6/10

Radosław Ostrowski

mother!

UWAGA!!!!!!

Tekst może zawierać spojlery. Czytacie na własną odpowiedzialność.

Sam początek filmu Darrena Aronofsky’ego wprawia w konsternację. Spalony dom zaczyna się powoli odnawiać (tak sam z siebie) i wtedy budzi się Ona. Młoda, atrakcyjna, dbająca o dom. On jest poetą, który przeżywa kryzys twórczy. Do tego spokojnego domostwa nagra wprasza się mężczyzna – już niemłody, lekarz lubiący papierosy. Trafia do pokoju gościnnego, a to doprowadza do pojawienia się kolejnych osób.

mother1

Cała historię reżyser pokazuje z perspektywy kobiety, granej przez Jennifer Lawrence, do której kamera wręcz się przykleja niczym rzep do psiego ogona. Wszystko to służy jednemu celowi: wejścia w jej skórę. Dzięki temu powinniśmy poczuć dezorientację, przytłoczenie i lęk. Kobieta nie rozumie zachowania swojego męża, który bardziej interesuje się przybyszami niż jej potrzebami, poczuciem potrzebną, docenianą. A wtedy reżyser zaczyna atakować swoimi inspiracjami, z której najmocniejsza to Biblia (od Adama i Ewy przez Kaina i Abla aż po Nowy Testament do Apokalipsy). Wszystko ma wymiar metafory, gdzie każda postać, zdarzenie jest symbolem czegoś. Krew na podłodze po bójce braci, otwór w piwnicy czy druga część filmu, gdzie On już tworzy swoje dzieło i daje je ludziom.

mother2

Tylko, ze chyba nie są na to gotowi, nie rozumieją do końca. W tym momencie zaczynają się dziać wręcz dantejskie sceny, a Aronofsky zaczyna piętnować całą ludzkość: że jesteśmy chciwi, podli, nieodpowiedzialni, bezmyślni, skłonni do przemocy, zaś dom zmienia się w plac wojny, fanatyzmu, walki z policją i wojskiem. Wszystko jest tak mocno podkręcone, że aż się naprawdę przeraziłem. Jednak kiedy zacząłem się zastanawiać nad wszystkim, nie mogłem pozbyć się wrażenia, iż Aronofsky serwuje mi efekciarską wydmuszkę. Kamera robi świetna robotę, tak samo jak miejscami bardziej intensywny dźwięk. Tylko, ze ta cała symbolika miejscami była dla mnie za bardzo czytelna (kłótnia braci zakończona zabójstwem czy finał ze śmiercią nowonarodzonego dziecka i… zjadaniem jego ciała), chociaż nie wszystko jest dla mnie jasne (żaba wyskakująca z rozbitego pomieszczenia w piwnicy).

mother3

Aktorstwo też służy tutaj wizji Aronofsky’ego, przez co nie ma postaci z krwi i kości. Jennifer Lawrence i Javier Bardem próbują stworzyć portret związku Mąż/Żona, Mężczyzna/Kobieta. Bardziej przekonało mnie przerażone oblicze Matki, chociaż ta postać przez niemal większość filmu pozostaje bierna, stłamszona, nieporadna. On bardziej interesuje się innymi ludźmi, tak ufny wobec nich niczym dziecko, że aż naiwny. Dziwna ta para, a w ich miłość trzeba wierzyć na słowo.

„mother!” to zachłyśnięcie się Aronofsky’ego swoim talentem i wielkością, że bardzo mocno podzielił widownię. Inni uznają ten film za ogromny, pretensjonalny bełkot, gdzie liczą się symbole niż postacie oraz fabuła, inni za genialne dzieło, pokazujące bezwzględną prawdę o człowieku. Ja jestem gdzieś po środku tego bałaganu, szanując wizję reżysera, ale bez sympatii i podziwu.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Opiekunka

Cole jest młodym chłopcem, lat 12. Mieszka z rodzicami, jest ogólnie pojmowanym loserem, który ma bardzo duże kompleksy: boi się praktycznie wszystkiego, jest szykanowany, nieśmiały, chociaż ma szeroką wiedzę. Że nie jest dojrzały może wskazywać fakt, że ma… opiekunkę. Bee jest taką laską, z którą udaje mu się nawiązać silną więź (poza koleżanką ze szkoły, która jest jego sąsiadką). Pewnego wieczora, gdy jego rodzice jadą za miasto, chce z ciekawości zobaczyć, co robi jego opiekunka, gdy śpi. To, co zobaczy przejdzie jego najśmielsze oczekiwania.

opiekunka1

McG – Joseph McGinty Niccol – reżyser, który filmy robił albo złe, albo ch***we, więc nie spodziewałem się po jego nowym filmie niczego specjalnego. Muszę jednak przyznać, ze ten horror na wesoło bardzo mnie zaskoczył. Sama historia nie jest jakaś super skomplikowana oraz pełna klisz, tylko że wszystko zostało wzięty w duży nawias. Mamy tutaj grupkę ludzi potrzebujących krwi do zawarcia paktu z diabłem, ścieżkę dźwiękową inspirowaną klasycznymi horrorami i elektroniką oraz sporą dawkę kiczu zmieszaną z humorem. Żartem są pojawiające się napisy w trakcie, nadmiar (celowy) krwi oraz makabrycznych zgonów (akcja z policjantami), czyniąc ten film bardziej podkręconą wersją „Kevina samego w domu” w reżyserii Sama Raimi w latach 80.

opiekunka2

Pojawiają się ograne chwyty w postaci pojawienia się znikąd przeciwnika, ukrywanie się przed uzbrojoną opiekunką w przedpokoju, ale to wszystko zostaje ograne czy to za pomocą dowcipnej gatki (starcie z ranną cheerleaderką, którą może da się słowem przekonać) albo wykorzystaniem piosenki (wjazd na chatę w rytm nieśmiertelnego „We Are The Champions”) czy pomysłową inscenizacją (ucieczka pokazana z perspektywy twarzy bohatera czy konfrontacja na fundamentach). I to wszystko działa aż do samego końca, gdy bohater zyskuje szacunek dawnych wrogów, poznaje fajną dziewuchę i – mówiąc najprościej – staje się dorosły.

opiekunka3

Poza zaskakującym wyczuciem konwencji, reżyser też pewnie prowadzi aktorów, choć tak naprawdę liczy się tylko dwoje z nich: Judah Lewis oraz bardzo apetyczna Samara Weaving. Pierwszy bardzo dobrze przedstawia typowego zakompleksionego, niepewnego siebie chłopaka. Niby takich było na ekranie wielu, ale i temu kibicowałem do końca. Z kolei Weaving to diaboliczna mieszanka uroku, seksapilu oraz bezwzględnej determinacji. Wodzi za nos swoim niewinnym spojrzeniem, by później wbić noże w łeb. I jak tu przejść obok niej obojętnie? Drugi plan też jest zaskakująco bogaty, a aktorzy wczuli się w tą poważną-niepoważną historię.

opiekunka4

Nie spodziewałem się, że kiedyś to powiem, ale McG zrobił naprawdę dobry film. „Opiekunka” to kolejny przykład udanych, ostrych i krwawych jaj z horroru. Przyspieszony kurs dojrzewania oraz zgrywa z gatunku, dodatkowo z klimatem oraz napięciem, dodatkowo zrobione w bezpretensjonalny, lekki sposób. Panie McG, zwracam honor i mam nadzieję, ze następne filmy będą przynajmniej na tym poziomie.

7/10

Radosław Ostrowski

Czarownica miłości

Poznajcie Elaine – młodą, ciągle apetyczną kobietę, poszukującej tego, o czym marzy każda (no, prawie) przedstawicielka płci pięknej: idealnego mężczyznę. Tylko, że jest jeden mały problem: Elaine jest wiedźmą, która jest ciągle niezaspokojona i ciągle wykorzystująca różne sztuczki. Decyduje się przenieść do małego miasteczka, gdzie dalej poszukuje swojego ideału. Ale jej zaklęcia przynoszą efekt odwrotny od zamierzonego.

czarownica_milosci1

Anna Biler bawi się konwencją kina grozy, biorąc całość w duży nawias. Dodatkowo stylistycznie wygląda to jak film z lat 60. lub 70. – te nasycone kolory, wysmakowane kadry, wreszcie muzyka jakby żywcem wzięta z tego okresu (klasyczne smyczki połączone z retro-elektroniką i wokalizami niczym od Ennio Morricone), co jeszcze bardziej buduje oniryczny klimat całości. Wystarczy wspomnieć choćby świetne sceny w wiktoriańskiej kawiarni, by dostrzec ten stylizacyjny kunszt. Sama intryga toczy się powoli, sięgając po bardzo oczywiste tropy: magia, księgi, eliksiry, erotyka, tańce. Ale tego wszystkiego nie należy traktować do końca serio (scena rozmowy policjanta ze specem od magii – ładny pastisz). Nawet sceny z zabarwieniem erotycznym wyglądają bardzo smakowicie.

czarownica_milosci3

Pozornie „Czarownica” może wydawać się filmem antyfeministycznym z powodu przekonań Elaine, która chce być kobietą posłuszną i na każde skinienie faceta. Ale jej siłą pozostaje seksualność, doprowadzająca mężczyzn do szaleństwa, samobójstwa, a nawet płaczu. Czyżby mężczyźni pod wpływem tak silnego uczucia nie mogą być sobą? Wniosek ten wydaje się intrygujący, nawet jak na kino gatunkowe. A może zaklęcia nie są w stanie zastąpić prawdziwego uczucia? Może ta kobieta ma tak wysokie wymagania („studnia bez dna”), że nikt nie jest w stanie im sprostać? Nawet twardy gliniarz wydaje się być kolejną marionetką, nieodporną na jej spojrzenia, lecz tylko na początku. Jednak nie jest w stanie wyjść zwycięsko z tej konfrontacji, co pokazuje bardzo oniryczny finał.

czarownica_milosci2

Nawet to manieryczne aktorstwo jest celowym zabiegiem, a od grającej tytułową rolę Samanthy Robinson trudno oderwać wzrok. Nie tylko wygląda zjawiskowo (te zbliżenia na oczy, ten make-up, te ciuchy), ale wręcz oszałamia skrytym seksapilem, mieszając maski niewinności ze świadomą siebie kobietą, przypominające klasyczne femme fatale. Z drugiego planu najbardziej zapadł w pamięć policyjny detektyw Griff (Glan Keys mówiący głosem a’la Clint Eastwood) oraz drobna rólka Clive’a Ashborna (profesor King tak brytyjski, jak to tylko możliwe).

czarownica_milosci4

„Czarownica miłości” to bardzo zgrabny i elegancki pastisz kina grozy, mocno czerpiący ze stylistyki choćby Dario Argento. Przepięknie wygląda, zwracając mocno uwagę na swój styl niż na fabułę, czerpiącą z klasycznych archetypów. Jednak frajda z seansu była większa niż bym się mógł spodziewać. Uwaga, niebezpiecznie uwodzi.

8/10

Radosław Ostrowski