Minionki i straszydła

Wiele osób już mogło poczuć zmęczenie żółtymi Tic-Tacami zwanych Minionkami – maskotek studia Illumination. Swoje jeszcze dorzucił polski dystrybutor, który tak zmieniał i namieszał w polskich tytułach, że nie wiadomo czy to część serii „Despicable Me”, czy to poboczny spin-off. Więc nie miałem specjalnie dużych oczekiwań wobec trzeciego spin-offu, czyli „Minionków i straszydeł”, które pojawiły się w kinach na początku lipca. I ku mojemu zaskoczeniu to jedna z najlepszych odsłon serii.

I znowu Minionki zanim poznały Gru szukały swojego złola, któremu mogliby wiernie służyć. Chociaż jeden z nich wyróżnia się z tłumu, niejaki James, co ma dość bogatą wyobraźnię oraz pobudzoną kreatywność. Ale przez jego działania reszta ferajny nie jest w stanie utrzymać się u jednego mistrza. Jednak dzięki zbiegowi okoliczności trafiają do Hollywood końca lat 20., przy okazji niszcząc film aspirującego reżysera Maxa. Paradoksalnie jednak wystrzeliwuje ich karierę jako gwiazdy kina. Wszystko zmienia się jednak z erą dźwiękową kina – głosy postaci oraz ich problem z wypowiadaniem dialogów doprowadza do upadku. Niemniej James razem z przyjacielem Henrym oraz niemową Edem oddziela się od grupy i postanawia zrealizować własny film z potworami. Tylko skąd takie monstrum znaleźć?

Za kamerą powrócił Pierre Coffin, który odpowiadał za cztery pierwsze filmy o Minionkach jako reżyser i odpowiadał za głosy tych postaci. Można było się spodziewać kolejnej komedii naszpikowanej slapstickowym humorem, gdzie nasi żółci towarzysze będą siali chaos i zniszczenie. Po części tak jest (początek u cyklopa oraz czarodzieja z Rosji), ale twórcy mają więcej do dyspozycji. Chaos i destrukcja jest spora, jednak jest tu sporo rozbrajających gagów jak śmierci kolejnych przyszłych złoli czy cytowania klasyki kina. I to już od czołówki, gdzie mamy pierwsze krótkie filmy („Robotnicy opuszczający fabrykę Lumiera”, „Wyprawa na Księżyc”) przez mistrzów pokroju Charliego Chaplina i Bustera Keatona aż po „Sokoła maltańskiego” czy „Obywatela Kane’a”. W tych odniesieniach humor Minionków jest najlepszy, lecz także nie brakuje odwołań do horrorów spod znaku H.P. Lovecrafta oraz filmów SF z lat 50. A z pojawieniem się jednego cwanego stworka w postaci kurduplowatego Goomiego, sprawy zaczynają robi się mroczniejsze. Aczkolwiek jest to ogrywane w komediowy sposób. A sama historia staje się troszkę przewidywalna, choć pojawia się parę niespodzianek.

Co mnie najbardziej zaskoczyło, to sama animacja oraz strona techniczna. Jest o wiele ładniejsza niż inny tegoroczny film Illumination, czyli „Super Mario Galaxy”. Tak, powiedziałem to. Jest to naprawdę ładna i płynna robota komputerowa z przestylizowanymi sylwetkami ludzi: od niskiego reżysera Maxa przez dwóch mocno opasłych producentów (bracia Bright) aż po sympatyczną Debbie oraz dziwacznego Dorta, który jest robotem. A może i nie. A także jest parę technicznych niespodzianek. Od świetnego wejścia na plan filmowy pokazany w jednym ujęciu (jednocześnie pokazując różne plany oraz techniczne aspekty), budowanie planu filmowego w formie time lapsu (kapitalna scenka) czy – co mnie najbardziej zaskoczyło – zrobiona w czerni i bieli gonitwa w stylu starych kreskówek. Problem w tym, że w drugiej połowie tego sprytu oraz odrobiny inteligencji zaczyna brakować, a dominuje typowy humor minionkowy.

W naszym kraju ten film pokazany jest z dubbingiem (jak 99% animacji), a za ten odpowiada reżyserka Elżbieta Kopocińska (odpowiedzialna m. in. za poprzednie części serii) oraz tłumacz Bartosz Wierzbięta. I to jest wykonane bardzo solidnie – włącznie z kreatywnymi przekładami tytułów filmów – oraz bez wywoływania ciężkich zgrzytów. Co mnie zaskoczyło to fakt, że w scenach tworzenia filmów dźwiękowych teksty do powiedzenia napisane na planszach były… po polsku. A nie jest to zbyt częste w przypadku przekładów i jest fajnym szczególikiem. Głosy Minionków pozostawiono w oryginale, ale pozostałe głosy są co najmniej bardzo dobre. Od mocno zmodyfikowanego Tomasza Bednarka (Goomi, czyli mały Cthullu pełen uroku i cwaniactwa) i mówiącego z germańskim akcentem Przemysława Bluszcza (reżyser Max, będący mentorem oraz wsparciem dla Minionków) po mechanicznego Przemysława Wyszyńskiego (tajemniczy Dort) aż po podwójną kreację Piotra Bąka (bracia Bright).

Powiem szczerze, że czułem pewne zmęczenie Minionkami i nie byłem entuzjastycznie nastawiony na „Minionki i straszydła”. Ale całość okazała się zarówno sprytnym hołdem dla starego Hollywood, jak też zadziwiającą opowieścią o przyjaźni i podążaniu za własnymi marzeniami. Zaskakująco urocza, pełna lekkości oraz kilku ciepłych momentów, których po tej serii się kompletnie nie spodziewałem. Zdecydowanie jeden z najlepszych filmów serii.

7/10

Radosław Ostrowski

Super Mario Galaxy Film

Najsłynniejszy wąsaty hydraulik w historii gier, czyli Mario powraca. Ale nie w kolejnej grze, lecz filmie, co nie powinno dziwić. W końcu pierwszy animowany „Super Mario Bros.” zarobił prawie półtora miliarda dolarów. A jak sobie z ciągiem dalszym poradził sobie francuski oddział studia Illumination we współpracy z Nintendo?

Wracają bracia Mario i Luigi, który wykonują profesję naprawiaczy rur po całym Grzybowym Królestwie pod wodzą księżniczki Peach. Bowser nadal jest niegroźnym kurduplem z obsesją na punkcie zdobycia serca władczyni, a wszystko wydaje się toczyć spokojnym rytmem. Ale wszystko zmienia… syn Bowsera, który porywa władczynie gwiazd, niejaką Rosalinę. Choć ta nie poddała się bez walki. Ale Peach postanawia sama odbić władczynię, bo jest taka zajebista, silna i zaradna. Do tego jeszcze młody żółwik chce znaleźć tatusia, co doprowadza do wymuszonej kolaboracji między Mario, Luigi a Bowserem seniorem.

Czyli na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się na miejscu, tylko skala większa, gdyż wyruszamy w kosmos. Nie brakuje tu wręcz olśniewających wizualnie miejsc (kasyno należące do Ropucha, gdzie wszystko może być podłogą, siedziba księżniczki Rosaliny czy kosmiczna planeta Bowsera), akcja jest efekciarska, okraszona momentami slow-motion oraz tak wali kolorami, że może to doprowadzić do oczopląsu. Niemniej jest tu jednak jeden ogromny problem, a nawet więcej. Po pierwsze, fabuła niby jest, ale sprawia wrażenie pretekstowej sklejki, gdzie rzeczy mają się dziać. Po drugie, wszystkie, ale to WSZYSTKIE konflikty rozwiązuje się za pomocą argumentów siłowych oraz ciągłego napierdalania wszystkim we wszystko. Czemu nagle trafiliśmy do jakiegoś Mortal Kombat czy innej ekranowej bijatyki? To NIE TA GRA. Po trzecie, sam Marian i jego brachol są tak naprawdę postaciami drugoplanowymi w filmie o nich samych. Bo całość dominuje Peach, do której posiadacz najsłynniejszych wąsów robotnika od czasów Lecha Wałęsy wzdycha i – dość nieudolnie – chciałby zrobić coś więcej. A tak ciągle walczy, ryzykuje, niejako nie dając sobie pomóc, będąc niejako w zasadzie postacią pierwszoplanową.

Jakby tego wszystkiego było mało, żadna (no, prawie) nie wydaje się być zbyt pogłębiona, nie przechodzi żadnej drogi ani przemiany. Brakuje tu jakiego emocjonalnego ładunku, a w zamian dostajemy growy fan service (dinozaur Yoshi, co jest uroczy i lubi wszystko połykać, by wypluć jako jajko, pilot Fox McCloud), niemal bezczelną zżynkę gagu ze… „Zwierzogrodu” (Flash), ładnie wplecione kompozycje z gry czy dźwięki, a nawet scenkę przełamywania zabezpieczeń i pułapek pokazaną… jako plansza z gry (ok, to jest nawet kreatywne). Jedynym mocnym plusem jest postać Bowsera i jego syna – ta dynamika, gdzie z jednej strony tatuś chce odnowić więź ze swoją latoroślą, z drugiej próbuje pokazać się swoim dawnym wrogom z tej lepszej strony. I tutaj czuć pewien pomysł na te postacie, a głosy Jacka Blacka oraz Benny’ego Safdie wypadają najlepiej z całej obsady.

Nie spodziewałem, że „Super Marian z Galaktyki” będzie aż tak ogromnym rozczarowaniem oraz regresem w stosunku do poprzednika. Studio Illumination świetnie wywiązało się w kwestii jakości animacji i strony technicznej, jednak scenariusz oraz reżyseria wszystko torpedują. Miałkie, płytkie, efekciarskie oraz pozbawione sensu – filmowy odpowiednik brainrota. Może i jest to film dla młodszego widza, ale nie może to być usprawiedliwieniem czy wymówką dla serwowania bylejakiej produkcji, bo dzieciom się spodoba i tak. Najgorsza forma cynicznej kalkulacji jakiej nie widziałem od dawna.

4/10

Radosław Ostrowski

Super Mario Bros. Film

Mario – posiadacz najsłynniejszych wąsów i jeden z pierwszych ikonicznych bohaterów gier komputerowych. Hydraulik włoskiego pochodzenia stworzony przez Nintendo doczekał się masy tytułów (głównie platformówek), gdzie krążył po Grzybowym Królestwie (i nie tylko) w jednym celu: odbiciu księżniczki Peach z ręki króla Bowsera. Ale czego innego można się było spodziewać w grze z lat 80. i początku lat 90. To właśnie Super Mario Bros było pierwsza filmową egranizacją, która spotkała się z bardzo chłodnym odbiorem. Tak chłodnym, że na kolejny film oparty na grze Nintendo trzeba było czekać do teraz. I nową przygodę wąsacza znanego w Polsce jako Marian przygotowało Illumination. Efektem jest najbardziej kasowa adaptacja gry komputerowej z ponad miliardem dolarów przychodu.

super mario1

Sama historia jest prościutka jak konstrukcja cepa: w Nowym Jorku żyją bracia Mario i Luigi, co prowadza własny biznes jako hydraulicy. Problem w tym, że telefon nie dzwoni, klientów brak, zaś pierwsze zlecenie kończy się katastrofą. Jednak dochodzi do poważnego zalania miasta. Próbując ustalić źródło docierają do kanałów, gdzie… zostają wessani przez rurę i rozdzieleni. Mario trafia do Grzybowego Królestwa, zaś Luigi wpada w ręce Bowsera. Ten ostatni chce podbić wspomniane królestwo i ożenić się z rządzącą nim księżniczką Peach. Władczyni razem z Mario próbują powstrzymać wielkiego żółwia, ale potrzebują armii od Kongów.

super mario2

Za tą animację odpowiadają reżyserzy znani z serialowego „Młodzi Tytani: Akcja!” oraz scenarzysta „LEGO Przygody 2”. Do tego twórcy byli trzymani na smyczy przez Nintendo, by broń Boże nie stworzyli abominacji jak 30 lat temu. W efekcie powstał film skierowany do dwóch grup: dla dzieci oraz graczy znających WSZYSTKIE tytuły z wąsatym hydraulikiem. Bo tyle odniesień i nawiązań do gier, że nie-gracze mogą czuć się zdziwieni paroma rzeczami. Np. skąd pojawiają się monety, znajdźki czy czemu Kongi (goryle) poruszają się… autami, motorami albo dlaczego Mario wygląda jak koteł itp. Ja nie byłem jakimś zapalonym graczem w Mario – jak byłem młodszy miałem kolegę, co posiadał Pegasusa i wśród gier był Mario więc część rzeczy pamiętałem i mi nie przeszkadzały. Twórcy wiernie trzymają się materiału źródłowego i traktują go z szacunkiem, choć pozwalają sobie na drobne zmiany.

super mario3

Niemniej ciężko mi się pozbyć wrażenia, że historia jest prościutka. Za prosta i mało skomplikowana, gdzie niemal wszystko prowadzone jest dzięki akcji. Ta po jakiś 20 minutach (z drobnymi chwilami przestoju) wręcz pędzi na złamanie karku. Żeby nie było, te sceny są zrobione świetnie jak walka Mario z Donkey Kongiem na arenie, test szkoleniowy Mario z przeszkodami czy przejazd armii tęczową drogą niczym bardziej kolorowa wersja „Mad Max: Fury Road”. Tylko, że poza akcją nie znajdziemy tu zbyt wiele, bo postacie w zasadzie są bardzo jednowymiarowe. Zanim się na mnie rzucicie mówiąc: „przecież te gry też nie miały fabuły, więc czego ty chcesz, idioto?”, gry były tak wciągające ze względu na grywalność i mechaniki. A nie z powodu fabuły czy postaci, czyli najważniejszych elementów filmu. A że da się zrobić dobrą adaptację gry, pogłębiając postacie bez osobowości, pokazały choćby dwie części filmowego „Angry Birds”.

super mario4

Owszem, jak wszystkie produkcje Illumination „Super Mario Bros.” jest bardzo ładne wizualnie i ma odrobinkę żartów, które spodobają się także dorosłym (duszek pragnący śmierci i uwięziony w lochu!!!). Ale jest parę strzałów w stopę. Po pierwsze, czemu pojawiają się jako tło hity z lat 80., które są ograne do bólu (już drugi raz w tym miesiącu słyszę „No Sleep Till Brooklyn”) i wydają się nie pasować do tego świata. Po drugie, za mało jest wspólnych scen między Mario a Luigi, bo chemia między nimi jest cudowna. Chciałoby się mieć więcej interakcji i wspólnej przygody, która byłaby sercem tego filmu.

super mario5

Sam dubbing (oglądałem w oryginale) wypada bardzo porządnie. Największa obawa, czyli Chris Pratt jako Mario radzi sobie naprawdę dobrze. Zgrabnie tutaj rozwiązano kwestię przerysowanego włoskiego akcentu (jest użyty w… reklamie filmy braci) i jego rzadka obecność nie wywołuje rozdrażnienia. Tak samo w przypadku Charliego Daya, czyli Luigi. Ale prawdziwym skarbem i złodziejem scen jest Jack Black w roli Bowsera. Ciężko rozpoznać jego głos, który jest odpowiednio władczy oraz demoniczny, ale jest też rozbrajająco śmieszny. Słychać, że ten aktor bawi się tą rolą, zaś piosenka o jego miłości do Peach to perełka. Tak samo zaskakujący jest Seth Rogen w roli Donkey Konga, który tworzy zgrabny duet z Mario. Reszta ról głosowych w zasadzie jest i nie przeszkadza, co trochę dziwi w przypadku Anyi Taylor-Joy (księżniczka Peech).

Więc czy warto wybrać się na nowe dzieło Illumination? To zależy, kim jesteście i czego oczekujecie. Jeśli jesteście fanami/wyznawcami gier z wąsaczem, idźcie bez wahania. Jeśli jesteście rodzicami i chcecie pójść z dziećmi, to one się będą bawić świetnie. Reszta powinna poważnie przemyśleć ten wybór.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Minionki: Wejście Gru

Najbardziej ikoniczne istotki studia Illumination, czyli Minionki powracają. Nie byłem jakimś wielkim entuzjastów spin-offu serii „Jak ukraść księżyc”. Za dużo gagów zbyt prostych oraz ogranych, bym mógł się na tym świetnie bawić. Pierwsze „Minionki” zakończyły się w momencie, gdy nasze żółte ziomki trafiły do Gru. Teraz poznajemy początki działalności, gdy jeszcze był dzieckiem.

minionki2-1

Tym razem jesteśmy w połowie lat 70., gdzie działała grupa złodziei zwana Vicious Six – najlepszych, nieuchwytnych i przebiegłych złoczyńców. Teraz szykują najważniejszy skok, czyli kradzież Kamienia Zodiakalnego oraz użycie go podczas chińskiego Nowego Roku w San Francisco. Cała akcja się udaje, jednak szef zespołu Wściekły Kułak zostaje zdradzony i porzucony przez resztę ekipy. Dlatego złoczyńcy organizują casting na nowego członka zespołu. To jest szansa dla 12-letniego Gru, by zabłysnąć i spełnić swoje marzenia o swoim ukochanym, bandyckim życiu. Jednak z racji wieku nie jest traktowany poważnie, więc kradnie kamień, przez co zostanie porwany. Więc nasza ekipa chaotycznych Minionków będzie robić za Liama Neesona, lecz ostatnie bliżej im będzie do działań porucznika Drebina z „Nagiej broni”.

minionki2-2

W porównaniu do pierwszego solowego wejścia Minionków ten film ma bardziej zwartą fabułę i jest czymś więcej niż ciągiem gagów. To jest wręcz heist movie, który miesza różne gatunki oraz konwencje, co czuć od początku. Dostajemy pościg na motorze, następnie scenę zdobycia kamienia niczym z Indiany Jonesa, by na finał dostać czołówkę a’la James Bond. Mało wam? Odrobina fantastyki, demolka, pościgi, mocno absurdalny humor oraz jedna cudna retrospekcji, jakiej nie powstydziłby się Guy Ritchie. Plus (chyba najlepsze momenty filmu) trening kung-fu. Humor oraz akcja są zbalansowane (w finałowej konfrontacji to wręcz idą ręka w rękę), intryga pędzi niczym uderzane kulki na flipperze, zaś wszystko przeplatane jest morałem o sile przyjaźni oraz lojalności w świecie, gdzie jest ona towarem deficytowym.

minionki2-3

Już bliżej jest klimatem do głównej serii, co jest też zasługą relacji między Gru a Kułakiem – od porwania i antagonizmów po sympatię, wręcz szacunek, a nawet zaczyna iść w kierunku mentor-uczeń (improwizowany napad na bank). Wygląda to też świetnie, w tle gra bardzo dynamiczna muzyka, zaś finał – spektakularny i widowiskowy, trzyma w napięciu do końca. Także polski dubbing w reżyserii Bartosza Wierzbięty trzyma poziom, a wracający do roli Gru Marek Robaczewski znowu błyszczy.

minionki2-4

„Wejście Gru” jest oddechem świeżości w serii po pierwszym spin-offie, który dostarcza o wiele więcej zabawy niż sądziłem. Dużo śmiechu, sporo akcji, niegłupi morał oraz miejscami wariackie tempo stanowią gwarancję świetnej zabawy zarówno dla dzieci, jak i ich rodziców.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Sekretne życie zwierzaków domowych 2

Ze studiem Illumination mam troszkę pod górkę. Bo specami w kwestiach technicznych są i te animacje wyglądają ładnie. Problem jest z historią, która czasami potrafi chwycić (pierwsze spotkanie z Gru i Minionkami czy Sing) albo bardziej przypomina zbiór luźno powiązanych scenek (pierwsze „Minionki” czy pierwsza część tego filmu). Jak jest z kontynuacją „Sekretnego życia…”?

zwierzaki domowe2-1

W życiu Maxa i Duke’a, czyli dwóch piesełów zmieniło się wiele. Zostali kumplami, a ich właścicielka radzi sobie z nimi dobrze. Jednak pani poznaje pewnego pana, biorą ze sobą ślub, mieszkają razem. Zaś parę miesięcy pojawia się bobas o imieniu Liam. Czy ma na nazwisko Neeson? Chyba nie. 😉 Dzieciak zaczyna powoli dorastać, zaś Max czuje się za niego odpowiedzialny. I będzie go pilnował 24 na 24. Zwłaszcza, że nasi bohaterowie jadą na wieś na kilka dni. A tam wiadomo: indyki, owce, krowy, świnie – niebezpiecznie jest. Lecz nie tylko nasz pies ma pewne problemy. Bridget zostaje poproszona przez Maxa o pilnowanie pewnej zabawki (pan Bzyk), lecz daje ciała. Przedmiot trafia do mieszkania pełnego kotów. A nasz zwariowany królik przez swoją panią jest przekonany, iż jest superherosem. I zostaje wystawiony na poważną próbę udowodnienia swojej wartości.

zwierzaki domowe2-2

Czy już w tym momencie nie powinna zapalić się wam lampka ostrzegawcza? Bo twórcy popełniają dokładnie ten sam błąd, co w przypadku pierwszej części. Fabuła zaczyna się rozwadniać, a całość przypomina zbiór scenek, gdzie przeskakujemy z wątku na wątek bez ładu i składu. Niby te historie łączy pewien temat związany z odpowiedzialnością czy rodzicielstwem. Dla mnie problemem jest to, że ta historia kompletnie nie angażuje, a motywacja bohaterów to za mało, by mnie oni obchodzili. Ta obojętność powodowała, że czułem wielkie znużenie. Nawet przeniesienie akcji na wieś nie jest w stanie zmienić tej sytuacji. Zupełnie jakby scenarzystę poniosła fantazja, a reżyser kombinował jak to wszystko pokleić ze sobą.

zwierzaki domowe2-3

Jakby tego było mało, ani razu się nie uśmiałem. Nawet w scenach teoretycznie śmiesznych jak próba popisów królika czy zderzenia Maxa i Duke’a z życiem na wsi. Nie wiem czy to kwestia tego, że te głównie slapstikowe gagi na mnie nie działały, czy film jest po prostu adresowany dla najmłodszego widza. Kreska jest bardzo ładna, nie brakuje bardzo dynamicznych scen akcji (wyciąganie tygrysa z cyrku czy finałowa konfrontacja w pociągu). Tylko, że to nie w stanie odwrócić uwagi od prostego faktu, że druga część zwyczajnie jest niepotrzebna. Do tego jeszcze pod koniec staje się wręcz brutalna i pełna niepotrzebnej przemocy, a antagonista (właściciel cyrku Sergiej) wydaje się wzięty z zupełnie innej bajki.

Chciałbym coś dobrego napisać o drugim „Sekretnym życiu…”, ale to bardzo silny przykład tego jak twórcy nie uczą się na swoich błędach. Jeszcze bardziej jest odczuwalna nuda oraz kompletny brak pomysłu na stworzenie ciekawej, spójnej historii. Mam cichą nadzieję, że część trzecia nigdy nie postanie.

5/10

Radosław Ostrowski

Grinch

Miasteczko Ktosiowo jest znane z tego, że bardzo hucznie obchodzi Boże Narodzenie. Wiadomo, prezenty, panująca wszędzie radość, kolędy, choinka, dekoracje oraz tego typu pierdoły. Jest jednak ktoś, kto wielkim fanem Świąt nie jest –  zielonkawy stworek zwany Grinchem. Troszkę taki gremlin, trochę skrzat oraz wynalazca a’la doktor Brown. Kiedy dowiaduję się, że tegoroczne Święta mają być trzy razy huczniej obchodzone niż zwykle, postanawia dokonać najbardziej szaloną akcję w całym swoim życiu: ukraść Święta Bożego Narodzenia.

grinch2

Studio Illumination Entertainment wydaje się być ekipą kojarzoną z jedną serią animacji: cyklu o Gru i Minionkach. Poza nim poziom był dość nierówny (świetne „Sing”, ale i mocno średnie „Sekretne życie zwierzaków domowych”), więc do adaptacji książki dra Seussa podchodziłem bardzo sceptycznie. Owszem, czuć iż to film skierowany dla młodego widza, nie jest to jednak bardzo infantylne kino. Jest tu klimat klasycznej bajki z czasów Disneya (obecność narratora, komentującego wierszem – wynika to z charakteru literackiego pierwowzoru), opartego na zderzeniu slapsticku oraz charakteru Grincha ze świątecznym klimatem. I to potrafi zadziałać, zwłaszcza iż sam Grinch nie jest wrogiem Świąt jako takich, tylko tego bardziej komercyjnego sposobu obchodzenia, skupieniu się na otocznie, prezentach (jego zdaniem niepotrzebnych przedmiotach), blichtrze. Tylko, czy to jest prawdziwy duch Świąt? To pytanie serwuje drugi wątek, związany z małą dziewczynką o imieniu Cindy Lou, która chce troszkę innego prezentu niż wszyscy inni.

grinch1

Może i fabuła jest przewidywalna oraz prosta niczym konstrukcja cepa, jednak muszę przyznać, że sama animacja oraz forma tej opowieści jest bardzo ładna, wręcz szczegółowa (futerko Grincha i jego jaskinia). Nadal jednak czuć rękę oraz styl studia (piesek Grincha wzięty niemal żywcem z „Sekretnego życia…” czy ludzie o wyglądzie z serii o Minionkach), ale poziomem bliżej jest do „Sing”. Sam wygląd miasta, dekoracji świątecznych robi spore wrażenie, akcja też jest dynamiczna (sceny kradzieży prezentów czy przygotowań). W tle gra muza Danny’ego Elfmana, troszkę klimatem przypominająca… „Miasteczko Halloween” (albo mam coś z uszami), będąca sporym plusem. I sam morał też jest trafny, mądry i pokazany w niezbyt nachalny sposób.

grinch3

Polska wersja językowa realizowana przez Bartka Wierzbiętę jak zawsze trzyma fason. Chociaż jest pewien szczegół (choć nie wiem, czy to wina dystrybutora): wszelkie kolędy i piosenki świąteczne są wykonywane w oryginale. Tylko, że w jednej scenie kolęda jest śpiewana po polsku, co wywołuje poczucie pewnej niekonsekwencji. Najbardziej błyszczą dwie role, czyli narrator oraz tytułowy Grinch. Pierwszy przemawia bardzo ciepłym, delikatnym głosem Marka „Gru” Robaczewskiego, zaś drugi (w oryginale sam Benedict Cumberbatch) przemawia wokalem legendarnego Jarosława Boberka, potwierdzającego wielką klasę. Jego pomruki, szorstki głos buduje charakter zgorzkniałego, samotnego, jednak mimo wszystko budzącego sympatię stworka. No i jeszcze jest przesympatyczna Lila Wassermann jako Cindy Lou Ktoś.

grinch4

Ku mojemu zdumieniu „Grinch” okazał się jednym z najlepszych filmów studia Illumination. W każdym razie na pewno najładniejszą animację ze wszystkich oraz sporo serducha (także tego świątecznego), jakiego po nim się nie spodziewałem. No i zobaczenie śniegu w to gorące lato jest czymś orzeźwiającym, czego bardzo potrzeba.

7/10

Radosław Ostrowski

Gru, Dru i Minionki

Pamiętacie tego bandziora Gru, który później został agentem walczącym z przestępczością? Teraz on z Lucy oraz adoptowanymi dziewczynkami są pełnoprawną rodziną. Ale cała okolicę terroryzuje Balthazar Bratt – aktor dziecięcy znany z roli młodocianego geniusza zbrodni, którego kariera załamała się z powodu… okresu dojrzewania. Jak dorósł naprawdę został geniuszem zbrodni, który ciągle wymyka się Gru z każdej pułapki, przez co nasz prawy bohater zostaje zwolniony razem z Lucy. I wtedy otrzymuje zaproszenie od… swojego brata, o którym nic nie wiedział.

gru_i_dru1

Trzecie spotkanie z Gru i Minionkami (dystrybutor robi wszystko, by utrudnić oglądanie tej serii), czyli flagowe dzieło Illumination Entertainment. Choć wydaje się najsłabsza, to wciąż potrafi dostarczyć całkiem sporo frajdy. Dla mnie największy problem jest w nadmiarze wątków, bo mamy Gru skłóconego z Minionkami (żółciutkie istoty chcą czynić Zło, a Gru nie), Lucy próbującą wejść w rolę matki, najmłodszą córkę wierzącą w jednorożce czy braciszek próbujący swoich sił w zbrodniczym procederze. I jednocześnie próba powrotu do agencji i kradzież skradzionego brylantu. Dzieje się wiele, akcja miejscami wręcz pędzi na złamanie karku (finał), ale cały czas miałem poczucie przesytu, a pewne wątki zostają zaskakująco szybko rozwiązane. Także sam antagonista miał zadatki na wyrazistą postać, a tak to klasyczny villain żądny zemsty jakich było wielu.

gru_i_dru2

A same Minionki? Nie ma ich aż tak często, ale jak już wchodzą, to jest naprawdę zabawnie. I nie ważne czy porównują dokonania Gru, występują w talent show (petarda) czy wieją z więzienia. Za każdym razem rozładowują napięcie, tak samo jak fajnie wykorzystane kawałki Pharella Williamsa oraz hity z lat 80. Animacja wygląda bardzo dobrze, jest tak barwnie jak się da, a postacie wyglądają miejscami wręcz olśniewająco. Zachwyt gwarantowany, a wszystko pozostaje czytelne i wyraziste, bez poczucia chaosu i bałaganu, zaś kilka scen (pierwszy skok do rytmu „Bad” Michaela Jacksona) wprawiają w osłupienie.

gru_i_dru3

Co do dubbingu, to wyszedł dość dobrze. Marek Robaczewski nadal pasuje do Gru, tak jak Izabella Bukowska jako Lucy, chociaż te postacie przechodzą bardzo przekonującą ewolucję. A jak sobie radzą nowe postacie? Przyznaję, że początkowo nie byłem przekonany do falsetowego Dru w wykonaniu Mikołaja Cieślaka. Ale po pewnym czasie przyzwyczaiłem się do niego i odkryłem, ze nawet on pasuje do troszkę ciamajdowatego braciszka, marzącego duże ambicje oraz wypasiony sprzęt. Za to perłą jest Robert Górski w roli Bratta – narcystycznego, zakompleksionego bandziora, niepozbawionego luzu oraz dystansu.

„Gru, Dru i Minionki” (zamiast „Jak ukraść księżyc 3”) może już nie mają takiej świeżości i nie są w stanie czymś dobrym zaskoczyć, niemniej to nadal kawał przyjemnej rozrywki dla rodziny. Lekkie, ale jednocześnie nie będące tylko efekciarską rozwałką.

7/10

Radosław Ostrowski

Sing

Bohaterem tego dzieła jest miś koala Buster Moon – właściciel teatru Moona, który najlepsze lata świetności ma za sobą. Obecnie instytucja jest na skraju bankructwa, przynosi straty, masę długów, a przyjaciele zostawili go. W końcu nasz kapitalista wpada na pomysł zorganizowania talent show, obiecując wielką nagrodę (przez pomyłkę zamiast tysiąca dolarów wyszło sto tysięcy), sprowadzając tłumy. I co teraz z tym fantem zrobić?

sing1sing2

Illumination Entertainment drugi raz próbuje pokazać, że jest w stanie zrobić coś więcej niż kolejne spotkania z Minionkami i Gru. I w „Sing” mamy – tak jak w „Zwierzogrodzie” – kalejdoskop zwierząt, które tak naprawdę ilustrują nas samych oraz nasze problemy. By poznać naszych bohaterów wystarczy pierwsze 5-10 minut: goniącego za marzeniami ambitnego Moona, ograniczoną do roli gospodyni domowej Rosity (świnia) – zabieganej przez swoje dzieci, ignorowana przez męża; zbuntowana Ash (jeż), słuchająca i grająca punka ze swoim chłopakiem, kochający jazz Mike (mysz), będący drobnym cwaniakiem z wielkim ego i chęcią zdobycia kasy; Johnny (goryl) – syn gangstera, który chce bardziej wykorzystać swój głos oraz Meena (słonica) – obdarzona poruszającym głosem, lecz strasznie nieśmiała i z wielką tremą. Na nich oraz desperacko walczącym o utrzymanie się Moonowi skupiają się twórcy, unikając jak ognia prostackich dowcipów oraz gagów (poza jedną sceną pierdnięcia), tworząc bardzo wiarygodne portrety tych postaci, mogąc odbić się w nich jak w lustrze. Może i brakuje tutaj większej ilości intertekstualnych dowcipów (chyba, że myślimy o wejściu windykatorki z banku w takt muzyki z „Dawno temu w Ameryce” czy katastrofie na miarę „Titanica”), ale to działa na plus. Może i jest to przewidywalne, ale ogląda się to z zainteresowaniem, kibicując bohaterom do samego końca, nawet mieszając gatunki (musical, komedia obyczajowa, odrobina sensacji).

sing3sing4

„Sing” jest urocze wizualnie i ma kilka fajerwerków wizualnych (scena specjalnego pokazu na szklanej scenie), chociaż wygląda jak troszkę lepsza wersja „Sekretnych zwierząt…”, niepozbawiona szybkiej pracy kamery (ucieczka Mike’a przez misiami-gangsterami), kilku pomysłowych gagów (jak Rosita stworzyła maszynerię, by móc spokojnie wyjść z domu na próby czy jej taniec w supermarkecie podczas zakupów w rytm „Bamboleo”) oraz świetnego zgrania piosenek z ekranem, co jest w pełni zrozumiałe. Sceny castingów (pająki tańczące „Asereje” – perełka), jak i finałowego koncertu robi gigantyczne wrażenie.

sing5sing6

Film trafił w polskiej wersji językowej, ale piosenki zachowano w oryginalnym wykonaniu, co było rozsądnym i trafnym wyborem. Piosenki brzmią znakomicie, sięgając od klasyki (nieśmiertelny Frank Sinatra, Queen czy Elton John) po bardziej współczesne numery („Shake It Off” Taylor Swift czy „Bad Romance” Lady Gagi). A głosy są dobrane dobrze pod wodzą Marcina Dorocińskiego jako Bustera Moona, uzupełniając charakter swoich postaci (zarówno bardziej doświadczeni macherzy pokroju Małgorzaty Sochy, Jarosława Boberka czy kradnąca szoł Anna Apostolakis jako niemal zakonserwowana panna Crawley jak i mniej doświadczonych jak dziennikarz radiowy Krzysztof Jankowski w roli Mike’a czy Ewy Farny jako Ash). Tutaj nie ma słabych punktów i trudno się do kogokolwiek przyczepić.

sing7

Niby nic nowego w „Sing” nie mamy, bo to opowieść o tym, że warto gonić za marzeniami, bo bez nich jesteśmy troszkę puści i niekompletni, ale jest to zrobione ze stylem, elegancko i autentycznie zabawnie. Chwyta za serce, muzyka brzmi po prostu świetnie (także dobór jest nieoczywisty jak na film teoretycznie dla dzieci) i jest to tak zgrabnie poprowadzone, że nawet da się polubić tych bohaterów, a z przesłaniem zgadzam się w 100% procentach. To kto będzie śpiewał i tańczył w trakcie?

8/10

Radosław Ostrowski

Sekretne życie zwierzaków domowych

Kto z nas nie lubi zwierzątek? Nawet jeśli nie każdy je posiada, to każdy lubi na nie popatrzeć. Jedną z takich szczęściarek, co ma zwierzątko jest mieszkająca w Nowym Jorku Kate, która przygarnęła do siebie małego pieska Maxa. Jest to zwierzak oddany, lojalny i mocno przywiązany do swojej pani. Więc kiedy pojawia się Kate z nowym psem – dużym, przypakowany i kudłatym Dukem, konfrontacja wydaje się nieunikniona. Obydwa psy pakują się w tarapaty, chcąc jeden pozbyć się drugiego. I tak trafiają do kanałów, kierowani przez mszczącego się na ludziach królika Tuptusia. W tym samym czasie, zakochana w Maxie Gridget organizuje poszukiwania.

sekretne_zycie1

Illumination Entertainmnet chce udowodnić sobie – i także reszcie świata, że nie potrzebują do realizacji swoich kolejnych hitów Minionków, by odnieść sukces. Pierwszą taką próbą jest „Sekretne życie…”, które fabularnie przypomina „Toy Story”, tylko że zamiast zabawek mamy zwierzątka – psy, koty różnej maści. Pomysł prosty – pokażmy, co robią zwierzęta, gdy ich opiekunowie opuszczają dom, by pójść do pracy. Ale wszystko i tak ogranicza się do gonitw, ucieczek oraz powrocie do domu. Oczywiście, nasi antagoniści w końcu zaprzyjaźniają się i zostają kumplami. Do tego jest kilka nieoczywistych pomysłów (pudel uwielbiający ostre, metalowe granie; sokół próbujący walczyć z żądzą zabijania i szukający przyjaciela – najlepsza i najciekawsza postać), ale i tak wszystko to pozostaje pokazany w sposób ograny, przewidywalny i nudny.

sekretne_zycie2

Jeśli chodzi o zwierzaki, twórcy skupiają się przede wszystkim na kotach i psach (ze szczególnym naciskiem na to drugie), bazując na powszechnych stereotypach: pies jest oddany i lojalny, na widok piłki dostaje głupawki, a koty albo są mocno skupionymi na siebie żarłokami, albo podstępnymi cwaniakami. Potrafi to być miejscami zabawne (impreza u Dziadka), ale jest skierowana do zdecydowanie młodszego widza w wieku 6-7 lat. Same gonitwy są zrobione nawet zgrabnie, a kilka scen akcji (skrót do kanału czy bójka Bridget na moście), jednak nie byłem w stanie pozbyć się przewidywalności oraz braku zaangażowania w całą opowieść.

sekretne_zycie3

Animacja wygląda ładnie, a otwierający całość widok na Nowy Jork z przyspieszającą kamerą zapiera dech w piersiach. Także muzyka będąca mieszanką jazzu i dynamicznego, niemal barokowej akcji jest imponująca, świetnie współgrając z wydarzeniami ekranowymi. I złego słowa nie powiem o polskim dubbingu, bo jest on po prostu dobry. Aktorzy (ze szczególnym wskazaniem na Tomasza Borkowskiego i Jakuba Wieczorka) przekonująco pokazali swoje istoty, nadając im lekkiego charakteru.

sekretne_zycie4

Nie chodzi o to, że „Sekretne życie…” jest filmem słabym i nieciekawym. Po prostu to nie jest kino zaadresowane dla mnie, tylko dla początkujących swoją przygodę z kinem. Także poczucie humoru miejscami było niskich lotów (picie… wody ze spłuczki), a samo przesłanie jest wręcz łopatologiczne. Obejrzeć można i nie zaszkodzi, zwłaszcza jak się ma małe dzieci. Ale starszy kinoman poczuje się mocno rozczarowany tą nudną gonitwą. Bezczelnie zmarnowany potencjał.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Minionki rozrabiają

Pamiętacie największego przestępcę wszech czasów, Gru? Te czasy to już zamierzchła przeszłość – teraz prowadzi własną firmę produkującą słodycze, wychowuje troje dziewcząt i przeszedł na szeroko rozumianą jasną stronę życia. Jednak musi znowu powrócić do mroku. Ktoś zabrał – dosłownie – całe tajne laboratorium na biegunie należące do Rosjan. Powołana Liga Antyprzestępcza prosi Gru o pomoc w ustaleniu sprawcy, a jako wsparcie pojawia się Lucy. W tym samym czasie zaczęły znikać Minionki.

jak_ukra_ksiyc_21

Dystrybutorzy postanowili chyba nas zmylić i dlatego zamiast „Jak ukraść księżyc 2” mamy „Minionki rozrabiają”, przez co wielu widzów mogło poczuć konsternację. Ale na szczęście wszystko inne się zgadza: to nadal pokręcona historia Gru, który musi zmierzyć się z kolejnym wewnętrznym demonem: nieśmiałością do kobiet. A dziewczyny bardzo potrzebują mamy i chcą temu zaradzić. Cała intryga idzie w stronę kina szpiegowskiego, gdzie nasz bohater pod przykrywką próbuje schwytać łotra. I pojawia się podejrzany, ale znalezienie dowodów nie jest takie proste.

jak_ukra_ksiyc_22

Dystrybutorzy postanowili chyba nas zmylić i dlatego zamiast „Jak ukraść księżyc 2” mamy „Minionki rozrabiają”, przez co wielu widzów mogło poczuć konsternację. Ale na szczęście wszystko inne się zgadza: to nadal pokręcona historia Gru, który musi zmierzyć się z kolejnym wewnętrznym demonem: nieśmiałością do kobiet. A dziewczyny bardzo potrzebują mamy i chcą temu zaradzić. Cała intryga idzie w stronę kina szpiegowskiego, gdzie nasz bohater pod przykrywką próbuje schwytać łotra. I pojawia się podejrzany, ale znalezienie dowodów nie jest takie proste. To buduje napięcie i parę razy zaskakuje, a finałowa konfrontacja nakręca się i nie brakuje dowcipnych gagów.

O dziwo, jest troszkę więcej mroku (sceny zniknięć Minionków niemal żywcem wzięte z jakiegoś thrillera czy nawet horroru), ale na szczęście twórcy nie zapominają o rozładowaniu atmosfery żartami. I tutaj znowu błyszczą żółte ludziki, choć żarty te oparte są na klasycznym slapsticku (ale finał w ich wykonaniu – rewelacyjny). Do tego jeszcze wpleciono wątek romansowy, który parę razy jest zgrabnie ograny (moment, gdy Lucy wszędzie widzi Gru) i moment, gdy Margo przeżywa pierwsza miłość. A Gru – jak na ojca – zachowuje się ostro.

jak_ukra_ksiyc_23

Sama animacja nadal trzyma wysoki poziom i znowu wygląda ślicznie. Zarówno Minionki wyglądają bardzo uroczo (pod warunkiem, że wyglądają normalnie), nawet jeśli przez chwile można odnieść wrażenie nadmiaru ich obecności. Nadal jednak są na drugim planie, zachowując sporo uroku. Nie czuć efektu deja vu oraz odcinania kuponów, co jest dużym plusem.

jak_ukra_ksiyc_24

A także polski dubbing trzyma fason, co kolejny raz jest zasługą Marka Robaczewskiego jako Gru (to jego „r”). Gru się zmienił, ale nadal to troszkę nieśmiały i skryty, ciągle skłonny do poważnych, wręcz heroicznych czynów. Ale jeśli myślicie, że zapomniał o byciu złośliwym, to aż tak mocno się nie zmienił. Wspiera go Izabela Bukowska jako skuteczna i młoda agentka Lucy (te jej wielkie… oczy – o czym myśleliście? To film dla dzieci w końcu). Jest zdeterminowana, ambitna, uparta i konsekwentna w realizacji celu, a chemia między nią a Gru czuć od pierwszego spotkania. A na drugim planie błyszczy niezawodny Miłogost Reczek jako tajemniczy Edourdo – właściciel knajpy meksykańskiej. Pozornie sympatyczny i rubaszny grubasek, ale ma on swoje mniej przyjemne oblicze.

Byłem pewny, że „Minionki rozrabiają” będą kolejnym typowym sequelem opartym na zasadzie: to samo, tylko bardziej. Podoba mi się zmiana kierunku (Minionków jest tylko więcej), czuć świeżość i nadal to sprawia frajdę. Minimalnie bardziej mi się podobała część pierwsza, ale i tak seans był bardzo zadowalający.

7,5/10

Radosław Ostrowski