Pan Mercedes – seria 2

Detektywistyczny thriller „Pan Mercedes” spotkał się z zaskakująco ciepłym przyjęciem. Rezygnacja z nadnaturalnych elementów na rzecz psychologicznych portretów oraz zabawy w kotka i myszkę opłaciła się, pokazując różnorodność warsztatową Stephena Kinga. Tak też było z serialem, zrealizowanym przez Audience Network. Produkcja odniosła taki sukces, że przeniesienie pozostałych części trylogii było kwestią czasu.

pan mercedes2-1

Jednak drugi sezon nie jest oparty na drugiej części powieści, tylko na trzeciej, co jest sporym zaskoczeniem. Z drugiej jednak strony zakończenie pierwszej serii mogło to sugerować. Hartsfield został zatrzymany i wskutek silnych uderzeń w łeb zapadł w śpiączkę, zaś Hodges trafił do szpitala po zawale serca. Razem z poznaną Holly Gibney zakłada agencję detektywistyczną, głównie zajmując się ściganiem zbiegów oraz dłużników. Jednak Brady ciągle stanowi zagrożenie, a wszystko z powodu dr Babineau. Lekarz razem z żoną współpracują z chińską firmą farmaceutyczną, pracującą nad lekiem pomagającym zregenerować mózg. Psychopata odzyskuje świadomość, ale pozostaje fizycznie martwy. Nie zamierza jednak odpuścić i próbuje „włamać” się do innych mózgów.

pan mercedes2-3

Jak widać, wracamy do elementów nadnaturalnych, co dla wielu może być największym problemem. Pomysł, by Brady (nadal rewelacyjny Harry Treadaway) był więźniem własnego ciała jest świetny, a wnętrze jego głowy wygląda jak jego piwnica z komputerami działa efektywnie. Pewnym zgrzytem tego wątku są sceny „kontrolowania” innych albo za pomocą słabego umysłu (pielęgniarka z epilepsją) lub… komputerowego sprzętu (rozdający książki w szpitalu Al). Brzmi to po prostu niedorzecznie, ale jakimś dziwnym cudem to nie irytuje tak bardzo. Jest parę momentów silnego napięcia jak atak „nawiedzonego” Ala na Hodgesa czy samobójstwo Sadie – tego nie da się wymazać z głowy. Zwłaszcza tego, co dzieje się w „umyśle” Brady’ego – pojawiają się jego ofiary, są nawet dwa nagrobki, nagle pojawia się zamrażarka czy… wóz strażacki. Czyste wariactwo.

pan mercedes2-4

Dodatkowym wątkiem jest działalności dra Babineau (świetny John Huston), niejako napędzanego przez swoją żonę (śliczna, choć diaboliczna Tessa Farrer). Oboje współpracują z chińską korporacją medyczną, testując lek nie wykorzystany w USA. Ona coraz bardziej naciska na niego, by zastosował lek na będącym w śpiączce Brady’m. On coraz ciężej sobie z tym radzi. Niby wydaje się, że ujdzie im to płazem, ale sytuacja coraz bardziej zaczyna się odbijać na ich relacji. Tak jako jak obecność szefa wydziału zabójstw, Antonio Monteza. Zaś samo rozwiązanie wątku Brady’ego oraz procesu sądowego potrafiło zaskoczyć i dać odrobinę satysfakcji.

pan mercedes2-2

To, co nadal działało, czyli Hodges (cudowny Brendan Gleeson) na tropie oraz jego relacja z Holly Gibney, sąsiadką Idą i wracającym na wakacje Jerrome’m działa. Nie tylko dlatego, że jest to świetnie zagrane (bo jest), ale też są to momenty pozwalające na złapanie oddechu, dodając troszkę humoru oraz pokazuje jak wiele się u tych postaci zmieniło. Te interakcje to było serce oraz fundament serialu, a to się nie zmieniło. Pewną niespodzianką jest pojawienie się byłej żony detektywa, Donny i ta relacja jest prowadzona przyziemnie. Oboje już znają się na tyle dobrze, by przebywać ze sobą bez złości czy pretensji, ale nie ma mowy o wspólnym życiu (na szczęście). Drobny, ale przyjemny dodatek.

pan mercedes2-5

Zmiana tonu oraz więcej horrorowych elementów może odstraszyć osoby, które polubiły pierwszą serię „Pana Mercedesa”. Ale ku mojemu zaskoczeniu, drugi sezon nadal potrafi trzymać w napięciu, mimo pojawienia się elementów nadnaturalnych, tak samo wciąga oraz zamyka pewien kluczowy etap. Niemniej jeszcze jeden tom cyklu pozostał.

8/10

Radosław Ostrowski

Antebellum

Są takie filmy, gdzie mamy tak naprawdę dwie historie wciśnięte do jednego worka. Na przykład, gdzie wszystko zaczyna się jak dramat historyczny. Jesteśmy gdzieś w XIX-wiecznym Południu USA na plantacji założonej przez armię Konfederatów. Wśród przebywających tu czarnoskórych osób jest kobieta o imieniu Eden. Kobieta wiele razy próbowała uciekać, ale zawsze kończyło się porażką. Po pewnej imprezie Eden zapada w sen i… okazuje się, że jest żyjącą współcześnie socjolożką oraz żoną i matką. A może to tylko sen?

Dziwny to film, który w założeniu miał być horrorem. Sama pierwsza scena, gdzie mamy mastershot pokazujący całą plantację wygląda imponująco. Groza wynika tutaj z bycia traktowanym jak przedmiot z powodu innego koloru skóry. Tylko, że temat niewolnictwa ostatnimi czasy jest już tak wałkowany przez filmowców z USA, iż można się nad jednym zastanowić: co można nowego powiedzieć dziś na ten temat? W zasadzie niewiele, bo psychiczne i fizyczne znęcanie się jest znane. Trudno znaleźć coś przerażającego czy szokującego w tej materii. To już znałem. Ale sama koncepcja umieszczenia ludzi w tej plantacji (czyli umieszczanie w niej osób… współczesnych) brzmi bardziej niedorzecznie niż w filmach Jordana Peele’a. Wyjaśnienie dostajemy w trzecim akcie, kiedy w poprzednich najpierw trafiamy na plantację, a potem do domu Eden/Veroniki. Tam spędzamy większość czasu, a w trakcie seansu zadawałem sobie pytanie.

Czy to co widziałem, było tylko snem przeszłości (plantacja), czy może sceny współczesne to wizja przyszłości? I tak zacząłem się zastanawiać, ale sama historia oraz postać bohaterki kompletnie mnie nie interesowały. Bo w zasadzie mamy krótki fragment wykładu, wywiad oraz pogaduszki z napaloną redaktorką przy kości. Oraz balowanie w nocy (na krótko). Nic z tego kompletnie nie wynika, postacie są płaskie i pozbawione charakteru, zaś aktorzy nie bardzo mają co wyciągnąć ze scenariusza.

„Antebellum” poza realizacją (zdjęcia są miejscami wręcz bardzo malarskie), muzyką w duchu Bernarda Herrmanna oraz kilkoma znajomymi twarzami (Janelle Monae i Eric Lange) rozczarowuje. Nie wie czym chce być, a zespolenie dwóch różnych gatunków przynosi spore rozczarowanie.

4/10

Radosław Ostrowski

Not Fade Away

Lata 60. – czas, w którym szaleje rock’n’roll. Na fali tej muzyki pewien młody chłopak o imieniu Douglas razem z kumplami postanawia założyć kapelę. Jednak rodzina nie jest jakoś specjalnie zadowolona z tego wyboru, ale chłopak nic sobie z tego nie robi. Ma wsparcie poznanej dziewczyny Grace, ale jego marzenia zostają wystawione naprawdę poważnej próbie.

not_fade_away1

Pewnie wiele osób kojarzy nazwisko David Chase. Facet odpowiedzialny za serial „Rodzina Sporano”, tym razem postanowił spróbować swoich sił jako reżyser i scenarzysta na dużym ekranie. I wyszedł z tego pozornie jeden z wielu filmów obyczajowych, który przy okazji (i w dużym skrócie) przedstawia fragment z historii USA, gdzie wielu zafascynowanych muzyka młodych ludzi, próbowało pójść w ślady The Rolling Stones czy Boba Dylana. Dla nich muzyka była przede wszystkim pasją, a pierwsze próby są jeszcze dość amatorskie (granie po domach, ćwiczenia w garażu), ale potem pojawia się proste pytanie: czy da się z tego wyżyć? No właśnie, a rzeczywistość bywa bardzo brutalna, a los okrutny – spięcia, konflikty wewnątrz grupy, kobiety, w końcu poważny wypadek stawiają przyszłość pod znakiem zapytania. Chase jest najlepszy, gdy pokazuje rozterki młodych ludzi oraz sceny prób, „koncertów”, ale sama historia jest dość rwana i skrótowa, przez co nie do końca byłem w stanie wczuć się w tą opowieść. I to jest najpoważniejsza wada, która jednak mocno „rozrywa” ten film. Realia zachowano, zdjęcia są solidne, a scenografia i kostiumy naprawdę robią dobre wrażenie.

not_fade_away2

Jeśli chodzi o aktorstwo, to jest ono całkiem przyzwoite, zwłaszcza w wykonaniu młodych aktorów jak John Magaro (Douglas), Will Brill (Wells), Jack Huston (Eugene) czy Bella Heathcote (Grace). Starsze pokolenie aktorskie najlepiej reprezentuje James Gandolfini w roli ojca, który powoli zaczyna nawiązywać lepszą więź z synem (rozmowa w knajpie, gdy wyznaje, że zostawiłby swoją matkę).

not_fade_away3

Czy warto gonić za swoimi marzeniami? Reżyser nie daje jednoznacznej odpowiedzi, ale „Not Fade Away” pozostaje kawałkiem naprawdę niezłego kina. Niby nic wielkiego, ale czy zawsze film musi być wielkim dziełem?

6,5/10

Radosław Ostrowski