Na rozkaz serca

Wiele było kryminałów osadzonych w zamkniętej przestrzeni, będącej czymś w rodzaju getta i trafia tam przybysz z zewnątrz. A dziejące się wydarzenia zaczynają mieć spory wpływ na śledczego. Taki tez jest punkt wyjścia „Na rozkaz serca” – jednego z najciekawszych i najbardziej zapomnianych kryminałów/thrillerów lat 90.

Bohaterem jest agent FBI Ray Levoi (Val Kilmer) – uzdolniony, młody idealista. Zostaje przydzielony do rezerwatu Indian w Dakocie Południowej, gdzie doszło do kilku morderstw. Stróż prawa ma parę dni na wyjaśnienie sprawy, w czym pomaga mu doświadczony Frank Coutelle (Sam Shepard). Jego atutem ma być fakt, że Ray ma w sobie indiańską krew (plemienia Siuksów), która ma pomóc ułatwiać rozmowę z lokalsami. Problem w tym, że śledczy kompletnie odciął się od pochodzenia i wręcz traktuje „pobratymców” z wrogością. Niby sprawa wydaje się prosta, bo część mieszkańców rezerwatu atakuje tych prorządowych. Jest podejrzany, tylko trzeba go znaleźć.

Reżyser Michael Apted inspiruje się prawdziwymi wydarzeniami, jakie miały miejsce w indiańskich rezerwatach w latach 70. Na pierwszy rzut oka jest to rasowy kryminał, jednak twórcy wykorzystują intrygę do przedstawienia życia w tych rezerwatach. A jest ono mieszanką kontrastową: przepiękne krajobrazy kontrastują z rdzewiejącymi samochodami, prymitywnymi domami oraz obrazem nędzy i rozpaczy. Prawie jak wieś po Jeszcze mamy grupę zbrojnych, którzy niby pilnują porządku, lecz to wszystko zasłona dymna. Rdzenni mieszkańcy są traktowani z wrogością, pogardą oraz nieukrywaną niechęcią. A im bardziej prowadzone jest śledztwo, tym bardziej Levoi zaczyna wyczuwać, że coś tu jest nie tak.

Jednocześnie sprawa zaczyna odkrywać siebie i swoje „indiańskie” pochodzenie. Istotną rolę w tej kwestii odgrywają zarówno starszy plemienia Sam Reachers (fenomenalny wódz Ted Thin Elk), plemienny policjant Walter Kruczy Koń (cudowny Graham Greene) – facet o wiele lepiej wykonuje swoją robotę niż agenci – oraz nauczycielka Maggie (świetna Sheila Tousey) – aktywistka społeczna, wspierająca lokalsów. Ich działania, a także pojawiające się „wizje” zaczynają na niego wpływać. I w tych momentach „Na rozkaz serca” błyszczy najmocniej. Nie brakuje tu bardziej stonowanych strzelanin czy fantastycznej, finałowej sekwencji pościgu. Jednak prawdziwym sercem filmu pozostaje Kilmer – bardzo oszczędny, wiarygodny i przekonujący w roli agenta, który działa zgodnie z regulaminem. Przynajmniej na początku, bo z czasem dostrzegać pewne patologię systemu.

Wciągająca oraz trzymająca w napięciu mieszanka kryminału, dramatu społecznego i metafizyki. Michael Apted bardzo pewnie reżyseruje, całość jest świetnie napisana, nakręcona oraz zagrana historia wrogości wobec pierwotnych mieszkańców. Jednocześnie to opowieść o odkrywaniu siebie i akceptacji swojego pochodzenia.

8/10

Radosław Ostrowski

Niespotykane męstwo

Wietnam dla Amerykanów był jedną z najbardziej niezagojonych ran tego narodu. Wielu wróciło stamtąd bardziej poharatani i zniszczeni niż na jakiejkolwiek wojnie kiedykolwiek. O czym powstało wiele filmów, książek itp., ale nie o tym będzie dzisiaj. Dziś o jednym z filmów należącym do trendu zwanego „ratowaniem naszych chłopaków, co trafili do niewoli w Wietnamie”.

Bohaterem „Niespotykanego męstwa” jest emerytowany pułkownik James Rhodes (Gene Hackman). Jego syn wyruszył walczyć za kraj w Wietnamie, ale nie wrócił. Przez lata próbował znaleźć jakiekolwiek informacje na temat syna i gdzie może się znajdować. W końcu po 7 latach udaje się dzięki przyjacielowi znaleźć potencjalną lokację. Rhodes postanawia nie czekać na działania rządu (bo trwają za długo i nic nie robią), więc decyduje się zebrać ekipę kolegów z oddziału syna, przygotować do akcji oraz ruszyć.

Reżyser Ted Kotcheff stworzył ten film rok po „Rambo – Pierwszej krwi”, więc był już dość rozpoznawalnym filmowcem. Do tego temat Wietnamu był ciągle na fali po takich tytułach jak „Łowca jeleni”, „Czas Apokalipsy” czy „Powrót do domu”. Tutaj jednak skala jest o wiele mniejsza i bardziej przypomina to historie o grupie komandosów, co muszą wykonać bardzo niebezpieczną misję („Parszywa dwunastka”). Tutaj są to ludzie, co zostawili wojnę za sobą i muszą poprzypominać pewne dawne umiejętności. A galeria jest dość ciekawa: nożownik, saper, pilot, lekko psychiczny oraz młody rekrut. Zaskoczeń nie ma, nawet jeśli pojawiają się pewne komplikacje (zdobycie broni, spotkanie z patrolem podczas drogi do obozu, tarcia między ekipą). Ale najbardziej liczy się tutaj akcja i ta wygląda bardzo porządnie (może poza dźwiękami strzałów i eksplozji) – kule świszczą, wybuchy wyglądają imponująco, a każda śmierć ma swój ciężar. Do tego jeszcze w tle przygrywa militarystyczna muzyka Jamesa Hornera.

Obsada jest solidna, ale nie ma tutaj jakiejś wyrazistej, mięsistej postaci. Gene Hackman jako napędzany obsesją na punkcie odzyskania syna daje radę. I szkoda, że ten aspekt postaci nie został mocniej zaakcentowany. Poza tym to silny dowódca, bardzo opanowany oraz zimny. Równie dobrze odnajduje się Patrick Swayze jako młody rekrut Scott, próbujący się odnaleźć w ekipie doświadczonych, zaprawionych w boju żołnierzach. A tych grają charakterystyczni aktorzy jak Fred Ward, Randall „Tex” Cobb czy Reb Brown, zaś ich chemia jest namacalna.

To zdecydowanie jeden z tych filmów, który byłby wielkim hitem wypożyczalni kaset video i zaczęły pojawiać się podobne produkcje („Zaginiony w akcji”, „Rambo II”). Może i jest prosty w obsłudze, mało zaskakujący, bardziej skupiony na akcji niż na postaciach. Jednak jako bardziej rozrywkowe kino sensacyjno-wojenne jak najbardziej daje radę i czasami więcej nie trzeba do szczęścia.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Willow

Zanim Peter Jackson dokonał niemożliwego i przeniósł na ekran „Władcę Pierścieni”, w latach 80. był dosłowny boom na kino fantasy. Pojawiły się takie produkcje jak „Excalibur”, „Conan Barbarzyńca”, „Legenda” czy „Zaklęta w sokoła”. Jedną z ostatnich wartych uwagi produkcji z tego okresu był pochodzący z 1988 roku „Wiilow”. Produkcja, za którą odpowiadał reżyser Ron Howard oraz producent George Lucas, poniosła w kinach klęskę. Po latach jednak zaczęła zyskiwać miano kultowego.

willow1

Sama historia jest prosta, w zasadzie można powiedzieć, że to „Gwiezdne wojny” w wydaniu fantasy. I nie ma w tym przesady. Jest przepowiednia, która musi się spełnić (inaczej nie byłaby przepowiednią) o narodzonym dziecku, co ma obalić tyranię królowej Bavmordy. Z takim imieniem musi być ZŁA. Jest młody karzeł Willow, który chce zostać czarodziejem i to właśnie do niego trafia dziewczynka. Decyzją rady wioski mężczyzna musi oddać dziecko ludziom, którzy mają się nią zająć. Po drodze poznaje zamkniętego w klatce wojownika Madmartigana oraz dwójkę leśnych elfów.

willow2

Howard bardzo sprawnie opowiada historię tak archetypiczną jak tylko jest to możliwe. Magia, rycerze, przepowiednie i monstra pojawiają się obowiązkowo. Może nie ma tutaj zaskoczeń, ale jednak reżyserowi udaje się zanurzyć w ten świat. „Willow” jest zaskakująco mroczny i brutalny, mimo umowności przemocy. I tego bardziej poważnego tonu nie burzy ani humor (głównie slapstikowy w wykonaniu dwóch elfów), ani zachwycające plenery. Akcja też jest zrobiona bardzo porządnie, choć z dzisiejszej perspektywy wydaje się spokojna i bardziej kameralna (w porównaniu do trylogii Jacksona). Niemniej jednak czuć rozmach w scenach przemarszu wojsk (z masą statystów) czy potyczkę w zamku Tir Aiseen – tam dołącza jeszcze dwugłowy monstrum.

willow3

Realizacyjnie wygląda to więcej i porządnie – nie brakuje pięknych plenerów oraz scenografii, same walki dynamicznie sfilmowane. A wszystko to podbija absolutnie rewelacyjna muzyka Jamesa Hornera, nadająca epickiego charakteru. Plus absolutnie rewelacyjnie zagrany duet Warwick Davies/Val Kilmer. Pierwszy to bardzo sympatyczny Willow, muszący wziąć na siebie spory ciężar oraz dojść do roli czarnoksiężnika, zaś drugi to zawadiacki wojownik z błyskiem w oku, choć czasami bywa pierdołowaty. Równie wyraziści są antagoniści (lekko przerysowana Jane March oraz budzący grozę prezencją Pat Roach), co podnosi całość na wyższy poziom.

„Willow” brzmi jak klasyczne fantasy, ale ma w sobie masę czaru oraz uroku. Mimo lat nadal bronią się efekty specjalne (choć mocno widać blue screen), zachwyca wizualnie i ma wyraziste postacie, których los obchodzi. Więcej w zasadzie do szczęścia nie trzeba fanowi gatunku.

8/10

Radosław Ostrowski

Krull

Co by było, gdyby udało się połączyć ze sobą fantasy z SF? Tylko, że taka sklejka, gdzie mamy rycerzy z mieczami oraz wojowników z bronią laserową brzmi dość idiotycznie. I zapowiada coś niespójnego,bo jak ci pierwsi mają pokonać tych drugich? W otwartej konfrontacji nie mają żadnych szans, a lepsza technologia daje wielką przewagę. Jednak w 1983 roku pewien szaleniec postanowił połączyć sprzeczne gatunki, ale to nie wystarczyło na zarobienie kasy. Po kolei.

Tytułowy Krull to planeta, gdzie żyją dwa zwaśnione królestwa. Decydują się jednak zjednoczyć, bo nic tak nie łączy, jak wspólny wróg. Jest nim niejaka Bestia (bardzo oryginalna nazwa na antagonistę), będąca… ruchomą planetą w kształcie gory oraz mogąca wyglądać jak jej się żywnie podoba. Wspierają ją paskudnie wyglądający Zabójcy, którzy są jak szturmowcy z “Gwiezdnych wojen”, ale strzelają o wiele lepiej. Przymierze – zgodnie z pradawnymi proroctwami – ma zapewnić ślub dzieci dwóch królestw, lecz ceremonia zaślubin została przerwana przez atak Zabójców. Cała rzeźnię przeżył tylko pan młody Colwyn. Mężczyzna razem z przybyłym mędrcem wyrusza odbić swoją przyszłą żonę, ale droga nie jest łatwa.

krull1

Film nakręcił Peter Yates, który był znany jako twórca sensacyjnego “Bullitta” z pamiętną sceną pościgu samochodowego. Zdecydował się na realizację tego filmu, by wyjść poza ramę specjalisty od pościgów samochodowych i thrillerów. Ale efekt jest tylko połowiczny, bo największą wadą tego filmu jest scenariusz. Historia jest bardzo klasyczna i przypomina quest z gry RPG: odzyskać swoją ukochaną, znajdź magiczny przedmiot, zbierz drużynę, pokonaj wroga. Samo w sobie nie jest złe I jest pare fajnych dialogów, dodających odrobinkę humoru. Ale sama konfrontacja rycerzy z futurystycznymi żołnierzami mającymi lasery nie wywołuje napięcia, a droga do wykonania głównego zadania nie ma niczego ekscytującego. Nie ma tutaj fajnych pomysłów inscenizacyjnych, choć jest kilka ciekawych konceptów tego świata (ogniste konie zasuwające bardzo szybko czy cyklopi, który znają kiedy oraz jak umrą). Sami bohaterowie są jednak jednowymiarowi i schematyczni: młody, odważny wojownik, grupa zbiegów, mag-pierdoła, mędrzec oraz niewinna księżniczka. Ciężko w to wejść, zaś punkt wyjścia potwierdza pewną niedorzeczność. Bo jak tu pokonać przeciwnika lepiej uzbrojonego, ale także mogącego wszędzie się przemieszczać i zmieniając wygląd? No właśnie.

krull2

Muszę przyznać, że realizacyjnie jest o wiele lepiej niż ze scenariuszem. Świat jest bardzo różnorodny i dobrze wygląda, w tle gra absolutnie genialna muzyka Jamesa Hornera, która zapowiada wielką przygodę, a zdjęcia dają ten oddech kina przygodowego. Na osobne wyróżnienie zasługuje scenografia, ze wskazaniem na Czarną Twierdzę. Jej kolejne komnaty oraz pomieszczenia przypominają wręcz surrealistyczne obrazy i wyglądają bardzo oryginalnie. A efekty specjalne są nierówne. Niektóre dobrze się starzeją (pomniejszone modele czy sceny w siedzibie Pajęczej Wdowy), o tyle widać ujęcia z użyciem tzw. blue screena, kłując mocno w oczy.

krull3

Choć nie ma tutaj zbyt wiele do zagrania, aktorzy dają z siebie wszystko. Najlepiej wypada tutaj jedyny Amerykanin w obsadzie – Ken Marshall. Trudno odmówić jego Colvynowi charyzmy, naturalności oraz zwinności w scenach akcji. Świetnie się go ogląda i ma w sobie coś z bohaterów kina przygodowego z lat 30. Na drugim planie mamy kilka znanych twarzy jak Freddie Jones (mędrzec Yhyr), Alun Armstrong (Torquil, szef bandy) czy stawiających pierwsze kroki na ekranie Liam Neeson oraz Robbie Coltrane.

To jest jedno z dziwniejszych doświadczeń ekranowych oraz przykład filmu, który mógłby powstać tylko w latach 80. “Krull” jest hybrydą fantasy z SF, która powinna się potknąć na własnych nogach. Wygląda i brzmi świetnie, ale sama historia jest bardzo nudna, rozczarowująca oraz pozbawiona nawet odrobiny ekscytacji. Jeśli zechcecie obejrzeć ten film, nie oczekujcie zbyt wiele, a chcąc poznać inne oblicze Yatesa, lepiej sięgnijcie po zrealizowanego w tym samym roku “Garderobianego”.

6/10

Radosław Ostrowski

Kochanie, zmniejszyłem dzieciaki

Wayne Szaliński jest bardzo ekscentrycznym i zakręconym naukowcem, za bardzo skupionym na sobie. Przez co jego relacje z rodziną są dość wyboiste, szczególnie z żoną. Dwójka dzieci troszkę żyje swoim życiem, a Wayne ciągle pracuje nad maszyną pomniejszającą. Bezczelna jednak nie chce działać, a przekonanie kolegów-naukowców bez dowodu jest wręcz niemożliwe. Sytuacja komplikuje się, kiedy syn sąsiadów trafia piłką do domu naukowca, uruchamiając maszynerię. Jak dzieci obojga chcą zabrać piłkę, poznają na własnej skórze efekt działania wynalazku.

kochanie1-1

Joe Johnston dla wielu kinomanów znany jest głównie jako reżyser pierwszego „Jumanji” oraz pierwszego spotkania z Kapitanem Ameryką. Zanim jednak zaczął kręcić filmy, pracował nad efektami specjalnymi w ILM. „Kochanie…” to reżyserski debiut tego twórcy i już tutaj widać, jak bardzo będzie chciał zadziwiać widownię. Może fabuła nie należy do skomplikowanych, bo pomniejszone dzieci chcą wrócić do domu, ale realizacja – to jest już inna para kaloszy. Filmy o pomniejszaniu ludzi dają wielkie pole do popisu dla scenografów oraz twórców efektów specjalnych. Bo chodzi o pokazanie człowieka niejako z perspektywy podłogi, trawy. Gdzie wszystko może być potencjalnym zagrożeniem: od mrówki przez motyle po kosiarkę. Perspektywa zmienia wszystko, zaś przeprawa zmusza naszych bohaterów do zmiany nastawienia. Innymi słowy, klasyka gatunku.

kochanie1-3

Sama fabuła nie powala, a głównie slapstickowy humor nie robi na mnie już takiego wrażenia. Także zderzenie nerdowskiego ojca rodziny z sąsiadem, co kocha łowić ryby i inne męskie rozrywki jest po prostu okej. Najlepiej prezentują się efekty specjalne, co robi wrażenie, scenografia pokazująca wszystko z perspektywy maluczkiego oraz wręcz zakręcona muzyka Jamesa Hornera. Zarówno działania kosiarki, powiększone zwierzęta (mrówka, skorpion) działają bez zarzutu – choć mam wrażenie, że to dobrze przygotowane kukiełki. I jest to naprawdę nieźle zagrane, co nie dziwi jak się ma Ricka Moranisa jako Wayne’a. Ale film kradnie Matt Frewer jako nerwowy, bardzo „męski” sąsiad bohaterów.

kochanie1-2

„Kochanie…” rozpoczęło karierę reżysera, którego następne filmy zrobiły na mnie większe wrażenie. To niezła komedia dla całej rodziny, pozwalająca na chwilę zapomnieć o szarzyźnie dnia.

6/10

Radosław Ostrowski

Amerykańska opowieść. Feiwel wyrusza na Zachód

Pamiętacie Fiewela Myszkiewicza? Ten rosyjski imigrant mieszkający w Nowym Jorku razem z rodziną nadal jest rozbrykanym dzieckiem. Ale tym razem kręcą go opowieści z Dzikiego Zachodu oraz legendarnym szeryfie Wylie Burpie. Jednak całe to spokojne życie zostaje zniszczone z powodu ataku kotów, niszczących dom, ale nie atakujących małych stworzonek. W zamian otrzymują od pewnego handlarza bilety do Green River – miasteczka na Dzikim Zachodzie, gdzie koty z myszami żyją w symbiozie. To wszystko jednak jest naprawdę pułapką, którą odkrywa Fiewel.

amerykanska_opowiesc21

Sukces pierwszej części „Amerykańskiej opowieści” spowodował, że ciąg dalszy był tylko kwestią czasu. Ale ten przybył dopiero po sześciu latach, już bez Dona Blutha na pokładzie. Pierwsze, co się rzuca w oczy to wtórność. Fabuła idzie szlakiem znanym z poprzednika, czyli przeniesienie się do nowego miejsca, rozdzielenie Feiwela od rodziny, samodzielne dotarcie oraz ostateczna konfrontacja. Niemniej przeniesienie całości do realiów Dzikiego Zachodu dodaje wiele świeżości, a także klimatu. Historia jest bardzo prościutka, postacie prosto zarysowane, a intryga poprowadzona bardzo gładko, przez co nie czuć tak mocno napięcia ani stawki. Jedynie końcowa konfrontacja w formie klasycznego pojedynku zaskakuje kreatywnością, suspensem oraz zaangażowaniem (poza oczywistym finałem). Także sama kreska wygląda nadal pięknie, utrzymując styl poprzednika. Animacja cieszy oko, postacie są dość szczegółowo zarysowane, a cieniowanie i oświetlenie wypada cudnie. Także muzyka Jamesa Hornera ciągle zachowuje poziom, zaś partie wokalne (tutaj zaskakująco dwa utwory pozostały w oryginalnej ścieżce dźwiękowej) nie wywołują irytacji.

amerykanska_opowiesc22

Polski dubbing nadal trzyma poziom, a znani z poprzednich części aktorzy (Krylik, Pawlak, Szydłowski, Sztejner) ciągle sprawiają przyjemność. Z nowych bohaterów najlepiej prezentują się Burp (świetny Sławomir Pacek) oraz pan Kociokwik (potwierdzający klasę Janusz Bukowski). Ten pierwszy jest już zmęczonym stróżem prawa, decydującym się na ostatnią akcję (szkolenie Tygrysa na następcę), ten drugi to klasyczny czarny charakter, ukrywający swoją demoniczność w szaty eleganckiego, dobrodusznego dżentelmena. Obydwaj panowie wznoszą całość na wyższy pułap.

amerykanska_opowiesc23

Druga część przygód Fiewela nadal potrafi sprawić przyjemność. Owszem, to powtórka z rozrywki i jest to przewidywalne, jednak klimat Dzikiego Zachodu potrafi dodać troszkę świeżości, zaś przygoda nie wywołuje znużenia. Czyli da się zrobić udany sequel?

7/10 

Radosław Ostrowski

Amerykańska opowieść

Rok 1885 w carskiej Rosji był bardzo trudny dla wszystkich. Tam też mieszkała mysia rodzina Myszkiewiczów (ojciec, matka, Feiwel, Tania), a tam ciągle jest śnieg, sera tyle, co kot napłakał, zaś koty szaleją i terroryzują okolicę. Ale wskutek pogromu i ataku Kozaków cała rodzina musi emigrować. A gdzie można wyruszyć jak nie do Ameryki – kraju, gdzie ser leży na ulicy, a kotów nie ma. Czyli istny raj na Ziemi, jednak chłopiec oddziela się od rodziny.

amerykanska_opowiesc11

Don Bluth był filmowcem, który w latach 80. podjął dość udaną próbę stanowienia konkurencji dla swoich byłych szefów, czyli Disneya. Po „Dzielnej panie Brisby” reżyser poszedł za ciosem i zrealizował klasyczną historię przybysza trafiającego do nowego dla siebie świata, próbując się w tym wszystkim odnaleźć. Bo Ameryka (a dokładnie Nowy Jork) nie jest takim rajem, jaki Feiwel poznaje z opowieści. Koty terroryzują okolicę, jest spore rozdrobnienie społeczne, panuje bieda i nędza, a imigranci muszą uważać na osoby, jakie spotykają na swojej drodze. Bo nie brakuje zarówno oszustów (Norman Szczur, który okazuje się… szefem kociej mafii), ale też i bardziej życzliwych bohaterów, stanowiących wsparcie jak arystokratka Lola czy zadziorny Tony Toponi.

amerykanska_opowiesc12

Ta całą historia potrafi zaangażować, ale – co najbardziej zaskakuje – jest bardzo mrocznie i dramatycznie. Już atak Kozaków na wioskę wygląda groźnie, jednak dalej też nie brakuje momentów wręcz przerażających (rejs podczas burzy, gdzie fale wyglądają niczym potężni tytani czy Feiwel trafiający do ścieków, będących kryjówką kotów), budujących wręcz niepokojący klimat. Czuć tutaj ducha dawnego Spielberga, będącego producentem tego filmu. I ten emocjonalny rollercoaster jest najmocniejszą siłą. Tak samo jak piękna animacja, broniąca się nawet dziś oraz poruszająca muzyka Jamesa Hornera, okraszona „rosyjskim” duchem. Są też i partie śpiewane, tylko że jest ich bardzo mało (raptem trzy) i są one uzasadnione fabularnie jak podczas rejsu poznajemy przeżycia imigrantów.

amerykanska_opowiesc13

Swoje też robi polski dubbing, co akurat jest standardem w przypadku animacji. Sam Feiwel w wykonaniu Magdy Krylik wypada bardzo dobrze, choć czasami potrafi być irytujący. Nie może to dziwić, bo ten chłopak pierwszy raz widzi świat i wszystko jest dla niego nowe (wchodzenie na statek), ale jego prostoduszność, naiwność są przedstawione przekonująco. Równie wyrazisty jest łotr, czyli Szczur okraszony głosem nieodżałowanego Marka Frąckowiaka – chciwy, podstępny oszust, wykorzystujący myszy do robienia kasy. Fason na drugim planie trzymają Brygida Turowska (Tony), Mieczysław Morański (lekko pijący polityk Prawy John), Wojciech Machnicki (Henri de Gołąb) oraz Jakub Szydłowski (sympatyczny kot Tygrys).

amerykanska_opowiesc14

„Amerykańska opowieść” jest przykładem świetnego kina familijnego, ciągle balansującego między przygodą a mrokiem. Przypomina o sile przyjaźni, więzach rodziny oraz pokazuje, że zawsze z każdej sytuacji jest jakiejś wyjście. No i Ameryka jest miejscem wielkich możliwości, pod warunkiem, że się nie poddasz.

8/10

Radosław Ostrowski

Jumanji

Dawno temu była sobie pewna gra planszowa „Jumanji”. Ale była to gra bardzo niebezpieczna i nieobliczalna, gdyż każdy rzut kośćmi doprowadzał do pojawienia się kolejnych niebezpieczeństw z dżungli. Wie o tym Alan Parrish, który w 1969 roku przypadkiem znalazł tą grę. O swoim odkryciu opowiedział swojej przyjaciółce, Sarze Whittle. Gdy rodzice Alana wychodzą, dzieci zaczynają grać. Ale jeden rzut powoduje, że chłopiec wchodzi do środka gry, a dziewczynka ucieka. 26 lat później do tego samego domu trafiają wychowywane przez ciotkę Judy z Peterem, którzy znajdują grę. Chcąc nie chcąc, kontynuują rozgrywkę, nie wiedząc o tym i pakują się w tarapaty.

jumanji12

Nakręcony w 1995 roku film Joe Johnstona stał się dla wielu widzów produkcją otoczoną kultem, chociaż nie jest to typowy film familijny. Bo sama gra jest bardzo mroczna, niczym z horroru pojawiają się kolejne zwierzęta, coraz bardziej podkręcając wysoką stawkę – życie. A by wygrać, trzeba stosować prawa dżungli, wykazać się sprytem i pokonać tajemniczego myśliwego Van Pelta. Reżyser powoli buduje napięcie, rozładowywane przez nieco slapstikowy humor. Do tej pory wrażenie robią efekty specjalne, mieszające grafikę komputerową z praktycznymi efektami, broniąc się przed zębem czasu. Wyłażące pnącza, atak stada czy podłoga zmieniająca się w ruchome piaski do dziś wygląda świetnie. I nadal trzyma w napięciu, co widać podczas próby odzyskania gry z ręki Van Pelta czy finału. Klimat podkręca także muzyka Jamesa Hornera oraz pomysłowo inscenizowane sceny.

jumanji11

To wszystko mogłoby nie wypalić, gdyby nie wyraziste postacie. Robin Williams idealnie balansuje między żartem a powagą. Jako dorosły Alan próbuje odnaleźć się w nowym, obcym świecie, naznaczonym pobytem w dżungli, zmieniając go w połamanego człowieka. I to wygrane zostało znakomicie, bez poczucia fałszu, pokazując troszkę inne oblicze aktora. Również role dziecięce są świetnie poprowadzone, zarówno Kirsten Dunst (Judy), jak i Bradley Pierce (Peter) świetnie się uzupełniają, tworząc zgrabny duet. Także Van Pelt (mocny Jonathan Hyde) sprawdza się w roli czarnego charakteru, którego determinacja jest godna Terminatora, choć motywacja wydaje się bardzo prosta.

jumanji13

Mimo ponad 20 lat na karku, „Jumanji” nadal się broni jako świetny film przygodowo-familijny, pełen niebezpieczeństw oraz aury tajemnicy. Akcja ciągle zachowuje tempo, postacie są bardzo wyraziste i trzyma w napięciu do przewrotnego finału. Tak się robi klasykę.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Siedmiu wspaniałych

Dawno, dawno temu był sobie taki film „Siedmiu wspaniałych”. To był pierwszy western jaki oglądałem i pierwszy jaki pamiętam. Sama historia była bardzo prosta: mieliśmy biedaków terroryzowanych przez bandytów. Ludzie ci decydują się (za bardzo skromne pieniądze) zatrudnić rewolwerowców do ochrony. Produkcja Johna Sturgesa do dziś uważana jest za klasykę westernu. Kiedy pojawiły się wieści o remake’u byłem przerażony i obawiałem się najgorszego – że to będzie tylko i wyłącznie skok na kasę. Ale po kolei.

Rose Creek jest małym, spokojnym miasteczkiem, gdzie ludzie próbują żyć sobie w spokoju, bez spięć i konfliktów. Ale wtedy pojawia się niejaki Bartholomiew Bogue – chciwy kapitalista, który chce wykupić cała dolinę, gdyż znajduje się tam złoto. Stosuje prostą zasadę, jak nie prośbą, to groźbą, a jak ktoś postawi opór, zostanie zabity. Wdowa po jednym z zamordowanych postanawia znaleźć kogoś, kto pomógłby w rozwiązaniu sprawy Bogue’a i jego ludzi. I właśnie wtedy pojawia się łowca głów Sam Chilsom, który zgadza się i decyduje się zebrać grupkę ludzi do pomocy. Niektórzy z nich to dawni znajomi: strzelec wyborowy Robicheaux i jego skośnooki przyjaciel-nożownik Billy, tropiciel Jack Horne, ale też przypadkowo poznani po drodze ludzie (irlandzki pijak-hazardzista, ścigany przez prawo Meksykanin, indiański wojownik).

7_wspaniaych1

Jak widać z fabuły, film Antoine’a Fuqua mocno trzyma się ścieżki wyznaczonej przez oryginał. Sama historia jest bardzo prosta, ale jednocześnie bardzo uniwersalna. Wiele było historii o ludziach, ryzykujących swoje życie kompletnie obcym ludziom. Dlaczego to robią? Motywacja jest różna: zemsta, poczucie przygody, skłonność do ryzyka, walka z własnymi demonami, dla zasad. Reżyser powoli, ale konsekwentnie opowiada, mocno zarysowując tło. Z jednej strony nie korzystający z broni mieszkańcy, z drugiej chciwy Bogue z armią zbirów do wynajęcia, a pośrodku tego starcia ta siódemka straceńców. Nie wszyscy dożyją końca i zobaczą zachód słońca, ale może było warto to zrobić? Wszystko przebiega według sprawdzonego szablonu: zbieranie zespołu, pierwsze starcie z siłami w mieście, przygotowania do ataku i szkolenie mieszkańców, wreszcie ostateczna potyczka na rewolwery, karabiny, działo i dynamit.

7_wspaniaych2

Jednak mimo przewidywalności oraz klasycznego sposobu opowiadania, „Siedmiu wspaniałych” potrafi poruszyć. Fuqua pokazuje jak silna zaczyna się tworzyć więź miedzy bohaterami, których pozornie nie łączy zbyt wiele. I właśnie ta chemia jest najmocniejszym punktem tego filmu. Jeśli dodamy do tego świetne zdjęcia, pełne pięknych plenerów oraz budującą napięcie muzykę Jamesa Hornera, a także fantastycznie zrealizowane strzelaniny, tak jak klasycy gatunku przystali. Czuć stawkę w tej grze, choć pojawia się czasami (wisielczy) humor, lecz nie łagodzi sytuacji.

7_wspaniaych3

No i wreszcie obsada, chociaż na pierwszy rzut oka wygląda jak zbieranina chłopaków z boys bandu. Nie do końca się z tym zgodzę. Owszem, każdy z siódemki wyróżnia się kolorem skóry, co jest tylko świadectwem naszych czasów, które nie są już tak jednowymiarowe pod względem bohaterów, co 50-60 lat temu. Każdy z nich ma kilka cech, chociaż nie wszyscy są w pełni rozbudowani i nie mają wiele czasu tylko dla siebie. Nie zawodzi Denzel Washington jako chłodny, opanowany Chisolm, czyli przywódca tej grupy szaleńców. Tuż za nim jest niby-śmieszek w postaci Chrisa Pratta, jednak nie zmienia kompletnie klimatu całości. Na drugim planie wyróżniają się świetni Ethan Hawke (skrywający mroczną tajemnicę Robicheaux) oraz Vincent D’Onofrio (obdarzony piskliwym głosem, wyglądem niedźwiedzia oraz silną wiarą Horne), dodający odrobinę głębi. Pochwalić też należy Petera Saarsgaarda w roli chciwego, bezwzględnego Bogue’a.

7_wspaniaych4

Wiele osób może powie, że remake „Siedmiu wspaniałych” nie jest potrzebny. Może i tak, ale tak dobrego, klasycznego westernu, trzymającego w napięciu nie było od dawna. Świetnie zrobione, pełne mroku i pazura kino rozrywkowe. Wystarczy osiodłać konia, naładować Colty i ruszyć na kolejną misję.

7/10

Radosław Ostrowski

Obcy – decydujące starcie

Na pewno pamiętacie Ellen Ripley – kobietę, która jako jedyna z załogi Nostromo przeżyła konfrontację z Obcym. Błąkała się w kapsule ratunkowej po całym kosmosie i dopiero po 57 latach została odnaleziona. I to zwykłym fartem. Zdaje raport przed korporacją, ale nikt jej nie wierzy i zostaje zawieszona. Dawna planeta, na której znaleziono Obcego, dzisiaj jest kolonią ludzką. Właśnie w tej chwili stracono z nią kontakt, więc korporacja prosi Ripley o pomoc. Kobieta razem z odziałem marines wyrusza z misją ratunkową.

obcy_21

Po mrocznym oraz trzymającym wręcz za gardło horrorze Ridleya Scotta, producenci doszli do wniosku, że to może być początek nowej i przynoszącej duże dochody serii. Tym razem za tą część odpowiadał opromieniony sukcesem „Terminatora” James Cameron. Reżyser ten postanowił kompletnie wywrócić konwencję i zamiast klimatycznego, skupionego na klimacie oraz niepokoju horroru, skręcił w to, co umiał najlepiej – wysokobudżetowe kino akcji. Sam Obcy jest tutaj zredukowany do roli mięsa armatniego koszonego przez uzbrojonych po zęby gierojów (reżyser na początku wręcz fetyszyzuje uzbrojenie oraz dryl). Jednocześnie reżyser nie zapomina o budowaniu napięcia i poczuciu strachu. Brzmi to absurdalnie? Nic z tych rzeczy – przypomnijcie sobie sceny jak Ripley dostaje ataku i wyłazi z jej brzucha Obcy, po czym… okazuje się, że to był sen, pierwszą konfrontację z Obcymi skrytymi gdzieś w mroku (scenografia jest fantastyczna), a poczucie zagrożenia tworzone jest za pomocą jednej prostej rzeczy – detektora ruchu, a dokładniej jego dźwięku. Jego pulsacja wystarczy, by oczekiwać na obecność innych istot.

obcy_22

Cameron wie, jak podnieść stawkę i dlatego obecność jedynej ocalonej z kolonii dziewczynki Newt jest uzasadniona. Budzi ona w Ripley instynkt macierzyński (w wersji reżyserskiej odkrywamy, że straciła córkę), zmuszając ją do niemal fizycznej walki o ludzkość. Napięcie budowane jest konsekwentnie (jak wtedy, gdy bohaterowie czekają na Obcych wchodzących do centrali z zamkniętymi drzwiami – rewelacja), po drodze będzie parę wymian ognia, setki nabojów polecą w powietrze, padnie kilka mocnych zdań, niepozbawionych ironii, by zakończyć finałowym starciem Ripley z Królową. I to daje prawdziwego kopa. I zostawia furtkę na część kolejną, która powstała (to temat na inną opowieść).

obcy_23

„Obcy 2” to nie tylko popis fajerwerków Camerona, ale też bardzo pewnie poprowadzona obsada. Weaver tutaj przechodzi ewolucję z przerażonej własnymi wspomnieniami kobiety w prawdziwą heroinę kina akcji, sprawnie posługującą się giwerami (sklejenie miotacza ognia z karabinem i odbicie Newt są najmocniejszym przykładem), zdeterminowaną i nieustępliwą. Na drugim planie wspomnieć trzeba aż trójkę wojaków: opanowanego, spokojnego kaprala Hicksa (świetny Michael Biehn), rozgadanego, zgrywającego hojraka szeregowego Hudsona (nieodżałowany Bill Paxton) oraz jedyną laskę w składzie, czyli Vasquez (Jenette Goldstein). No i jeszcze syntetyczny android Bishop (Lance Henriksen), który tym razem jest tym dobrym robotem, rehabilitując te postacie po Ashu.

obcy_24

„Obcy – decydujące starcie”, mimo kompletnej zmiany tonacji, pozostaje naprawdę bardzo dobrym filmem akcji, potwierdzającym predyspozycje Camerona do kina akcji. Trzyma w napięciu (nie tak jak pierwszy „Obcy”), jest bardziej widowiskowy (nie tak bardzo jak następne filmy reżysera) i potrafi zapaść w pamięć. Godny, chociaż idący innymi ścieżkami, następca „Obcego”.

8/10

Radosław Ostrowski