Patrick Melrose

Początek to rok 1982. Kiedy poznajemy Patricka jest między wstrzyknięciem heroiny a wciągnięciem białego proszku. Ale ten narkotyczny ciąg zostaje przerwany telefonem od wuja Nicholasa. I nie jest to zwykła pogadanka, bo zmarł jego. Ojciec, z którym nie miał zbyt dobrego kontaktu. Ma odebrać jego prochy do Nowego Jorku. To dopiero początek drogi Patricka zmierzającego ku autodestrukcji, dzięki której poznamy jego demony.

Pięciotomowy cykl Edwarda St Aubyna (pisany w latach 1992-2002) wywołała ogromny skandal na brytyjskiej scenie literackiej. Historia upadłego młodzieńca z arystokratycznej rodziny była nie tylko oskarżeniem wyższych sfer o hipokryzję oraz moralną degrengoladę (jakby nie powstało wcześniej wiele dzieł na ten temat), ale przede wszystkim była dla autora formą autoterapii. Bo wszystko, co w niej napisał wydarzył się naprawdę, zaś Patrick to było jego porte parole. Aż dziw bierze, że przez wiele lat żaden filmowiec nie sięgnął po ten materiał. W 2012 powstał film na podstawie czwartej części („Mleko matki”), ale dopiero stacja Showtime postanowiła w 2018 roku stworzyć miniserial oparty na całym cyklu. Karkołomnym zadaniem był pomysł, by jeden tom stanowił jeden odcinek. Tego przedsięwzięcia postanowili się podjąć reżyser Edward Berger (pracował m.in. przy serialu „Terror” oraz „Deutschland 83”) oraz scenarzysta i pisarz David Nicholls.

Pierwsze, co rzuca się w oczy to fakt, że każdy odcinek toczy się w innym okresie. Pierwszy to rok 1982, drugi pokazuje wakacje roku 1967, trzeci – 1990 (przyjęcie z udziałem księżnej Małgorzaty), czwarty – 2003 (ciężka choroba matki Patricka), zaś ostatni to rok 2005 (pogrzeb matki Patricka). Te przeskoki w czasie mogą wywoływać pewną dezorientację, bo informacje najbardziej interesujące – czyli co się działo przez ten czas z Patrickiem – są rzucane bardzo oszczędnie i zdawkowo. Dlatego serial trzeba oglądać w dużym skupieniu. Sam tytuł to mieszanka dramatu psychologicznego z czarną komedią, co ma pomóc wnieść troszkę światła do tej mrocznej opowieści.

Bo „Patrick Melrose” to opowieść o człowieku zmierzającym ku autodestrukcyjnemu pędowi, próbujący dzięki ironii jakoś przetrzymać kolejne dni przed śmiercią. Ale nawet ona nie jest w stanie wymazać z pamięci tego ciężaru, jaki go niszczy od środka. I nie chodzi o to, że miesza gorzałę z koksem, ale dlaczego to robi oraz czemu jest wściekły na ten cały świat. Kluczową rolę odgrywa tutaj montaż, gdzie pewne zdarzenia niejako nakładają się na siebie, stanowią repetycję, odbicie tego samego zdarzenia w innym czasie oraz okolicznościach (Patrick siedzący w aucie w pozycji pasażera z drgawkami). Są też krótkie przebitki, pozwalające wejść w zwichrowany umysł Patricka, który musi się zmierzyć z masą demonów: używki, mroczna przeszłość, hedonistyczny styl życia, własna rodzina.

A przy okazji jest to też portret arystokracji, będąca tutaj źródłem wszelkiego zła oraz aberracji. Bo ci ludzie pokazani są jaki wywyższające się istoty, będące niejako ponad wszelkimi normami i prawem. Żyją w złotej klatce, unieszczęśliwiając innych oraz najbliższych, lubią obgadywać za plecami. Nawet jak próbują być bardziej uczynni (matka Patricka przekazująca swoją rezydencję… new-age’owej sekcie), okazuje się być albo za późno, albo wydaje się to niepoważne, niezrozumiałe. Starzy ludzie (jak Nicholas Pratt) nie rozumiejący tego świata lub próbujący się do niego dopasować osoby z zewnątrz (młoda Bridget Watson-Scott) – wszystko to jest polane bardzo szyderczym, satyrycznym spojrzeniem.

Nie brakuje tutaj bardzo mocnych scen, chociaż osoby liczące na ostre momenty pokazujące ćpanie czy inne okrutne czyny (co robił ojciec Patricka z chłopcem, gdy byli sam na sam) mogą być rozczarowane delikatnością oraz subtelnością realizacji. Swoje robią też fantastyczne dialogi, bardzo płynna praca kamery (sceny z przyjęcia, gdzie nie brakuje mastershotów), montaż. No i scenografia – zwłaszcza w odcinku 2 i 3, jest zwyczajnie zachwycająca. Tak samo dobra jest podkreślająca ciężki klimat muzyka.

Ale powiedzmy to sobie wprost – to wszystko nie zadziałałoby, gdyby nie WYBITNA (nie, nie przesadzam) kreacja Benedicta Cumberbatcha. Aktor w wywiadach wspominał, że bardzo chciał zagrać Melrose’a, a po obejrzeniu serialu wiem dlaczego. To bardzo skomplikowana, pełna sprzeczności postać. Inteligentny, oczytany mistrz ironii, pełen jadu oraz nienawiści wobec swoich rodziców i tzw. high-lifu, który degeneruje kolejne pokolenia. Ale jednocześnie jest to złamany przez życie człowiek, próbujący jakoś wyjść na prostą. O ile to możliwe. Bo nigdy nie wiadomo, co ten bohater wykona. Wybuchnie gniewem, zachowa stoicki spokój, obrazi, załamie się, będzie na haju/na bani – jest bardzo nieprzewidywalny i to jest w nim fascynujące. Benedict bardzo wiarygodnie pokazuje wszelkie emocje i mu się po prostu wierzy, absolutnie nie przypominając swoich poprzednich wcieleń, zawłaszczając ekran dla siebie. Z tego grona przełamuje się kilka postaci, nawet w drobnych rólkach. Jednak najbardziej wybija się Hugo Weaving jako despotyczny, tyranizujący ojciec, samą facjatą budzący przerażenie. To straszna, wręcz przerażająca postać, pozbawiona człowieczeństwa. Podobnie antypatyczna jest matka grana przez Jennifer Jason Leigh, która pozostaje bierna wobec sytuacji domowej. I to budzi prawdziwe przerażenie.

„Patrick Melrose” może zaczyna się jak komedia o nałogowcu, ale im dalej w las, tym śmiechu jak na lekarstwo. Bardzo gorzki, brutalny, mroczny dramat człowieka wychodzącego z nałogu, wsparty przez absolutnie doskonałego Cumberbatcha. Zaś ostatnia scena wcale nie daje jasnej wskazówki, co do dalszych losów naszego bohatera. Długo się tej eskapady nie zapomni.

8/10

Radosław Ostrowski

Kokainowy Rick

Historia opisana w tym filmie brzmi nieprawdopodobnie. Słyszeliście o Ricku Wersche Jr.? Pochodził z Detroit lat 80. – miasta pełnego nędzy, pozbawione perspektyw. Jego ojciec handlował bronią (legalną), matka zostawiła ich, a siostra ćpa. Perspektyw praktycznie brak. W końcu młody chłopak (lat 14) sprzedaje kałacha lokalnemu handlarzowi narkotyków. Policja oraz FBI proponują dzieciakowi współpracę: kontrolowany handel dragami oraz infiltracja gangu.

kokainowy rick1

Yann Demange zwrócił uwagę kinomanów debiutanckim „Belfast ‘71”. Jego najnowsze dzieło już nie zrobiło takiej furory. Nie oznacza to, że jest to film nieudany. Połączenie kryminału z dramatem obyczajowym nie wydaje się niczym oryginalnym. Jednak wrażenie robi tutaj miejsce akcji, czyli podupadłe Detroit lat 80. Miasto coraz bardziej podupadające, domy podniszczone, a przestępczość jest bardzo wysoka. Dilerka, strzelaniny, handel bronią – każdy próbuje jakoś tam żyć. Szansa na uczciwe życie wydaje się praktycznie żadne. Chyba że będziesz sprytny i nie dasz się złapać. Ale reżyser bardziej się skupia na działaniach młodego Ricka, choć tło jest bardzo ciekawe. Bezwzględna czarnoskóra mafia, jeszcze bardziej bezwzględna policja oraz federalni. Ci drudzy nie boją się nie dotrzymywać słowa (niby obiecali pomoc, kiedy aresztowano bohatera, lecz i tak dostał wyrok), byleby kogoś przyskrzynić. Mafiozi są wyczuleni na zdradę i też nie wybaczają.

kokainowy rick2

Problem jednak w tym, że wiele rzeczy istotnych dzieje się poza kadrem. I to troszkę wywołuje dezorientację, jednak im bliżej końca, całość nabiera silniejszego impetu. Napięcie jest budowane powoli, sceny przemocy są gwałtowne (próba zabicia Ricka czy zamach na konkurenta), zaś realizacja pomaga wejść w klimat. W tle pogrywa dyskotekowa muzyka albo niepokojąca elektronika, co dodaje dramatyzmu. Parę wątków (siostra czy dziadkowie) sprawiają wrażenie zapychaczy, zaś półświatek zasługuje na głębszą obserwację. Niemniej reżyser potrafi poruszyć, dialogi są soczyste, a relacje między postaciami wiarygodne.

kokainowy rick3

Petardy ten film ma dwie. Pierwsza to niezawodny Matthew McConaughey w roli ojca. Pozornie wygaszony, ale jednocześnie walczący o godne życie. Nie jest święty, ale chce jak najlepiej dla dzieci. Kradnie film każdym swoim wejściem. Drugą petardą jest grający tytułową rolę Richie Merritt. Opanowany, spokojny oraz bardziej sprytny od ojca jest absolutnie fantastyczny. No i barwę głosu ma jak czarnoskóry, co dodaje smaczku. Dawno nie widziałem tak charyzmatycznego debiutanta. Poziom też zachowuje Jennifer Jason Leigh (agent Snyder) oraz Bel Powley (Dawn), rządząc na drugim planie.

Szczerze mówiąc, do wielu rzeczy można się przyczepić podczas oglądania „Kokainowego Ricka”, ale Demange trzyma fason. Bardziej skupiony na rodzinnym dramacie niż gangsterskich porachunkach, co dla wielu może być sporą wadą. Dla mnie to zaskakująco kameralny film z wieloma mocnymi scenami oraz świetnym aktorstwem.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Atypowy – seria 2

Pamiętacie Sama Gardnera, 18-latka ze spektrum autyzmu, który próbuje się usamodzielnić? Druga seria zaczyna się dokładnie tam, gdzie poprzednia się skończyła, czyli dużymi perturbacjami w rodzinie. Siostra trafia do nowej szkoły, mama zdradziła tatę, za co zostaje wyrzucona z domu  i to tata próbuje się zająć domem, zaś relacje z Paige się ochłodziły. No i jeszcze musi znaleźć nową terapeutkę, a Sam zaraz kończy szkołę. No i pytanie: czy zostaje w domu (jak wcześnie planowano), czy może jednak zdecyduje się na studia.

atypowy_21

Pierwszy „Atypowy” był całkiem sympatycznym komediodramatem, z bardzo fajnym bohaterem, próbującym się odnaleźć w nowych sytuacjach. No i ma fioła na punkcie pingwinów, Antarktyki oraz wszystkiego dookoła. Druga seria, choć nie pozbawiona uroku oraz humoru, jest o wiele poważniejsza, a co najważniejsze widać pewną ewolucję postaci. I nie chodzi tylko o Sama, ale też o wszystkich dookoła niego. Oni wszyscy są zmuszeni do przewartościowania swojego życia, by na nowo się w nim odnaleźć. I wszystko to jest poprowadzone w sposób intrygujący, szczery i bez poczucia irytacji, jakie miałem podczas oglądania poprzedniej serii.

atypowy_22

Nadal widzimy Sama, który próbuje – na własny sposób – odnaleźć się w świecie, który nie jest tak uporządkowany jakby chciał. Zarówno kwestie życia w związku, próba odnalezienia się po rozstaniu rodziców, próby usamodzielnienia się (posiadanie własnego konta w banku)jak i coś absolutnie nowego: grupowa terapia Sama u szkolnego pedagoga. I to daje szerszej perspektywy na spektrum autyzmu, który też bywa źródłem nieporozumień (aresztowanie Sama przez policję), ale też złośliwości i kpin. Tutaj rodzina musi się na nowo połączyć, co nie jest pokazane w sposób uproszczony czy hollywoodzki, ale zachowana zostaje lekkość w opowiadaniu historii. Czy rodzice będą się w stanie dogadać i wybaczyć? Czy siostra sobie poradzi w nowej szkole? No i czy Sam odnajdzie swoje miejsce? Większy nacisk jest na interakcje, postacie bardziej irytujące poprzednio (matka, Zahid) zyskują na oczach, co działało nadal działa (ojciec, Sam, siostra) i zostaje nawet rozwinięte. Jedyny mniej angażujący wątek dotyczy byłej terapeutki Sama oraz jej życia prywatnego. Ale to jedyna skaza w serialu, który zdecydowanie złapał wiatru w żagle.

atypowy_23

Nadal jest to świetnie zagrane. Fason nadal trzyma Keir Gilchrist w roli Sama, który rozbraja swoją wiedzą o Antarktydzie, pingwinach, ale coraz bardziej zaczyna ewoluować. Nadal słowa traktuje dosłownie i dość opornie idzie mu z pewnymi nawykami, jednak coraz bardziej zaczyna dostrzegać pewne rzeczy. Nadal jest uroczym, choć troszkę innym nastolatkiem, którego nie byłem w stanie nie lubić. Również świetna jest Brigitte Lunde-Paine, czyli troszkę złośliwa, zdystansowana Casey (siostra), tutaj stojąca przed nowym wyzwaniem, czyli adaptacją w nowej szkole. Pojawi się jeszcze w jej życiu ktoś, kto może poważnie namieszać i ta relacja jest bardzo zaskakująca. Pozytywnie zaskoczyła mnie Jennifer Jason Leigh, tutaj przechodząca dość poważną drogę do odzyskania zaufania. I jest absolutnie fantastyczna, co było dla mnie kompletnym szokiem. Już nie drażni, tylko zaczyna budzić sympatię, a nawet współczucie. Fason trzyma Michael Rapaport, czyli ojciec próbujący być wsparciem dla wszystkich, choć nie zawsze daje radę. Ta interakcja, tarcia między rodziną, która ewidentnie się kocha, choć czasem ma siebie dość, jest prawdziwym złotem.

Kompletnie mnie zaskoczyło jak wielką ewolucję dokonał ten serial Netflixa, zachowując swój sympatyczny charakter. Świetnie balansuje między dramatem a komedią, bardziej czuć tutaj ciężar, by rozładować humorem (niesamowita scena przemowy pod koniec roku). Nie umiem słowami opisać jak bardzo ten serial mi się podoba. Weźcie tego Netflixa i zobaczcie koniecznie – niby skromny serial, ale wariat.

8/10

Radosław Ostrowski

Anihilacja

Gdzieś w przyszłości dochodzi do dziwnego zdarzenia. W latarni morskiej na terenie parku narodowego pojawiło się coś, co doprowadziło do powstania tzw. Strefy X – miejsce, które coraz bardziej zaczyna się rozszerzać, powiększać. Wysłano tam przez trzy lata kilka ekip do sprawdzenia tego miejsca, ale nikt nie wrócił. Tym razem do Strefy ma wyruszyć ekipa naukowa kierowana przez psychiatrę, dr Ventress, by wybadać, co się tak naprawdę dzieje.

anihilacja2

Alex Garland to jeden z najzdolniejszych scenarzystów ostatnich lat, a jego reżyserski debiut „Ex Machina” wprawił widownię w zachwyt. Tym razem mierząc się z powieścią Jeffa VanderMeera, zrobił kolejny film SF. Sięga po ograny motyw, czyli spotkania z nieznanym, którego cel i motywacja pozostaje największą zagadką. Wszystko to jest retrospekcją ocalonej członkini ekspedycji – biolożki Leny, której mąż (sierżant Kane) ocalał ze Strefy, tylko że kompletnie nic z tego nie pamięta, a potem traci przytomność. Świat strefy budzi bardzo silne skojarzenie ze „Stalkerem” czy książkami Lema (ze wskazaniem na „Solaris”), gdzie wątek pierwszego kontaktu mówił więcej o niezdolności porozumienia oraz strachu ludzi niż cokolwiek innego. Dodatkowo przez chwilę pojawia się motyw zaburzenia percepcji, ale to zostaje bardzo szybko porzucone. Wszystko zaczyna się bardzo powoli układać w jedną całość, jednak nie wszystko zostaje w jakikolwiek sposób wytłumaczone, co może wprawić wiele osób w niezadowolenie.

anihilacja1

Nie mogę za to nie pochwalić strony wizualnej. Strefa wygląda wręcz bajkowo, a niektóre elementy dekoracji robią niesamowite wrażenie. Z drugiej strony nie mogłem pozbyć się wrażenia pewnego ubogości, skromności efektów specjalnych. To jednak bardzo pomaga w budowaniu tajemnicy, a Garland bardzo zgrabnie lawiruje miedzy dramatem psychologicznym, SF, thrillerem i kinem akcji (walka z krokodylem czy z mutowanym niedźwiedziem przejmującym głos ofiar). Świat ten, choć wygląda, to tak naprawdę widać, że coś zaczyna się zmieniać – wszystko przechodzi mutacje, powstają dziwaczne krzyżówki, ale też „promieniuje” na nasze bohaterki. To stan tytułowej „anihilacji”, zagłady, prowadzącej do nowego porządku, układu sił, świata? Ale czy tego rozpadu nie dokonujemy sami od początku swojego istnienia? Nawet te wrzucone retrospekcje z życia Leny (biolożka) wydają się fragmentem większej układanki.

anihilacja3

Aktorsko dominuje tutaj Natalie Portman, która jest tutaj bardzo wycofana, zamknięta w sobie oraz nieufna. Jest to zrozumiałe z powodu męża, ale zachowuje się najbardziej racjonalnie z całej grupy. Równie wyrazista jest Jennifer Jason Leigh, czyli zdeterminowana psycholożka, pozwalająca sobie (rzadko) na kilka chwil refleksji. Kluczową rolę ma Oscar Isaac, czyli Kane, mąż Leny – trafnie pokazując zagubienie, bezradność (teraźniejszość), jak i bardziej ciepłe oblicze (retrospekcje).

Czym jest „Anihilacja”? Taką krzyżówką „Stalkera” z „Solaris”, chociaż zakończenie sugeruje, że pozostałe części nie zostaną przeniesione. A ostatnie minuty to wręcz prawdziwy mindfuck, jakiego nikt się nie spodziewał – przejdzie to do historii kina.

8/10

Radosław Ostrowski

Good Time

Początek tego filmu to rozmowa u psychiatry, gdzie odbywa się jakaś forma terapii. Tu tutaj znajduje się Nick – upośledzony umysłowo mężczyzna, którego wyrywa stamtąd jego brat Connie. Po co? By razem mogli napaść na bank. Wszystko idzie zaskakująco szybko i sprawnie, ale zaczyna się sypać po wyjściu z banku. Najpierw wybucha granat z farbą, a potem Nick zostaje schwytany przez policję. Connie by wpłacić za niego kaucję, potrzebuje jeszcze 10 tysięcy dolarów. Tylko skąd zdobyć pieniądze?

good_time1

Bracia Safdie początkowo wprawiają w konsternację, bo wstęp zapowiada bardziej kino społecznie zaangażowane. Ale potem to idzie w stronę rasowego kryminału, gdzie mamy napad (bardzo szybko zrobiony), ucieczkę oraz próbę odzyskania brata. By to zrobić, zanurzymy się w nocną podróż, pełną ludzi z niższych sfer, które próbują własnymi siłami spełnić amerykański sen. Droga ta jest wyboista, miejscami bardzo mroczna i pozbawiona jakiejkolwiek nadziei na szczęśliwy finał. Bo jeśli sam swojemu szczęściu nie pomożesz, nikt inny tego nie zrobi. Realizacyjnie film przypomina transowe produkcje Nicolasa Windinga Refna, gdzie z jednej strony mamy silne nasycenie kolorami oraz hipnotyzującą muzykę elektroniczną. Z drugiej zaś jest wiele ujęć z ręki, która sprawiają wrażenie jakbyśmy oglądali dokument. I to zderzenie nie wywołuje zgryzów. Reżyserzy potrafią zbudować napięcie (sceny w lunaparku), doprowadzając do dość zaskakującego finału.

good_time2

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to do zmiennego tempa oraz masy zbiegów okoliczności, które pomagają bohaterowi wyjść z niemal każdych tarapatów. Niemniej byłem w stanie wejść w tą historię oraz jej klimat. A największą zaletą filmu jest fantastyczna rola Roberta Pattinsona, który ostatecznie odcina się od pamiętnej kreacji świecącego wampira. Tutaj widać jego zdenerwowanie, działanie instynktowne, a jednocześnie bardzo przemyślane aż do końca. To jak działa intuicyjnie, budzi wrażenie. Poza nim wybija się (szkoda, że tak krótko) Ben Safdie jako upośledzony umysłowo Nick z bardzo charakterystycznym, ospałym głosem oraz Buddy Duress jako narwany oraz klnący Ray, spotkany na drodze przez bohatera.

good_time3

„Good Time” to dziwny, transowy kryminał, stawiający na klimat. Gdy złapiecie ten rytm, to będzie bardzo dobrze spędzony czas.

7/10

Radosław Ostrowski

Morgan

Czym jest tytułowa Morgan? To stworzona przez zespół naukowców sztuczna inteligencja w ciele dziecka. Choć ma zaledwie 5 lat, jest bardzo świadoma i rozwinięta. Jednak dochodzi do pewnego incydentu, czyli Morgan rzuca się na jedną z naukowców. Wtedy korporacja odpowiedzialna za projekt wysyła specjalistkę od zarządzania – Lee Weathers. Co może wyjść z tej konfrontacji?

morgan1

Debiutujący na polu reżyserskim Luke Scott (syn Ridleya Scotta) próbuje wejść w konwencję, w której jego ojciec jest uznawany za klasyka. Początek jest mocny, krwawy i tajemniczy. Jest zagadka, nakręcająca pierwsze 45 minut. Klimat niepokoju potęguje też bardzo oszczędna scenografia. Pokój, gdzie znajduje się Morgan troszkę przypomina „Ex Machinę”, co jest skojarzeniem na plus. Oczami oschłej Lee widzimy interakcję Morgan z resztą ekipy, która traktuje ją jak własne dziecko, przez co są w stanie zachować dystans do sprawy. Kwestia etyczno-moralnych dylematów związanych z „zabawą w Pana Boga” nie wydaje się niczym nowym, jednak ciągle zmusza to do myślenia.

morgan2

I wtedy młody Scott postanowił od momentu „badania” dokonuje kompletnej wolty. Zaczyna się zabawa w polowania, gdzie nasza tytułowa bohaterka niczym legendarny Obcy, morduje wszystko, co staje na drodze. Nie rozumiem sensu działania tej wolty, chociaż wtedy robi się jeszcze bardziej interesująco. Kamera zaczyna przyspieszać, wszelkie bijatyki są dynamicznie zrobione niczym współczesne filmy akcji, jednak nie mogłem pozbyć się wrażenia, że te dwie stylistyki gryzą się ze sobą. Przez co czułem ogromne zmarnowanie potencjału na coś więcej, chociaż technicznie nie mam nic do zarzucenia.

morgan3

Z kolei aktorsko jest bardzo nierówno, a kilkoro członków obsady jak Jennifer Jason Leigh czy jak zawsze solidny Toby Jones nie mają zbyt wiele do zaoferowania. Najbardziej intryguje Anya Taylor-Joy w roli tytułowej. Ogolona na zero, bardzo skryta i mówiąca pozornie obojętnym głosem, ma w sobie coś niewinnego, z dziecka. Ale przyciśnięte zmienia się w prawdziwe monstrum, co potrafi budzić grozę. Nieźle się sprawdza Kate Mara, choć na początku trudno mi było przekonać się do chłodnej, zdystansowanej korpo-suki. Ale ostatnia scena kompletnie zmienia interpretację tej kobiety. Szoł jednak kradnie Paul Giamatti jako dr Shapiro, mający przeprowadzić test na Morgan, pozwalając sobie na kompletny dystans.

morgan4

„Morgan” miała być rozrywkowym kinem z ambicjami, tylko że Scott nie był do końca pewien w jakim kierunku ma pójść cała historia. Ani jako filozoficzno-etyczny konflikt, ani jako thriller nie do końca wykorzystuje swoje możliwości. Taka bardziej podrasowana „Ex Machina”, tylko czy warta naszego czasu?

6/10

Radosław Ostrowski

Atypowy – seria 1

Bohaterem nowego dzieła od Netflixa jest Sam Gardner – 18-latek, czyli chłopak wchodzący w dorosłość, ma obsesję na punkcie Antarktydy i pingwinów. Mieszka z matką oraz ojcem i młodszą siostrą. I bardzo chciałby mieć dziewczynę. Tylko jest jeden mały problem – chłopak ma autyzm (owszem, jest w stanie samodzielnie funkcjonować i pracować, ale nie zawsze wszystko wyłapuje od razu), co jest dodatkową przeszkodą.

atypowy1

Podoba mi się podejście, by dotykać tematów mniej popularnych i trudnych, a do tej grupy zalicza się także „Atypowy” stworzony przez Robię Rashid. Rozumiem też wybór tonacji takiej słodko-gorzkiej, co może czynić całość bardziej przyswajalną. Także fakt, że twórcy wiele próbują pokazać jak funkcjonuje taka osoba – ze swoimi lękami, dziwactwami oraz marzeniami. Sam ciągle szuka i jest to osobnik stawiający na twarde fakty, a emocje i uczucia to bardziej skomplikowana zagadka niż znajomość gatunków pingwinów. Dlatego do randek i szukania tej partnerki na całe życie jest źródłem wielu komicznych sytuacji, będących wszelkiego rodzaju „badaniem” gruntu (podpytywanie wprost o metody podrywu, szukanie w Internecie czy wizyta – nieudana – do klubu ze striptizem, by zobaczyć piersi) oraz próbami, które kończą się porażką z powodu jego zachowania (pierwszą dziewuchę, która zaczęła go dotykać… odepchnął) albo z faktu, iż powiedział coś, czego nie powinien. Ale faktem jest, że naszemu bohaterowi trochę za łatwo mu to idzie. Zaskakująco prosto jest w stanie nawiązać kontakt i nawet, że się wyrażę, jest ktoś zainteresowany (neurotyczna Paige), ale wydaje mi się to troszkę zbyt bajkowe. Albo ja po prostu pamiętam inaczej i wiem, że poznawanie przedstawicielek innej płci przypominało odkrywanie nieznanego lądu.

atypowy2

To jednak jedna z paru bolączek, które sprawiają, że „Atypowy” mógłby być dużo lepszym tytułem. Drugim kiksem jest coś, co nazwałbym tłem dla rodziny. Mówi się, że Sam ma pewne nawyki i rytuały, które musza być przestrzegane. Więcej, nawet w kuchni jest zorganizowana rozpiska dnia, czyli co, kto i kiedy robi. Tylko, że niespecjalnie coś z tego wynika, pozostali członkowie nie mówią sobie, gdzie idą, po co i dlaczego, przez co cały realizm sytuacji trafia jasny szlag, włącznie z tym „planowaniem” życia.

atypowy3

Na plus warto wyróżnić sceny z grupy wsparcia, chociaż mają one charakter informacyjny i pokazują jak rodziny sobie z tym nie radzą, wliczając w to Sama – matka (Jennifer Jason Leigh) mocno podporządkowała swoje życie synowi oraz opiece nad nim, przez co czuje się troszkę (nawet więcej niż troszkę) przyduszona, a jednocześnie chce prowadzić w miarę normalne życie. Ojciec (dobry Michael Rapaport) wstydzi się choroby swojego syna, ale próbuje się przełamać i staje się dla niego powiernikiem w kwestiach randek, siostra (Brigette Lundy-Paine) z jednej strony ma dość faktu, że to brat skupia swoją uwagę niż ona, z drugiej go chroni przed nietolerującym go otoczeniem. Na dalszym planie wybija się lekko postrzelona terapeutka Julia (sympatyczna Amy Okuda), będąca obiektem miłosnym naszego bohatera oraz hinduski kolega z pracy, Zahid (Nik Dodani).

atypowy4

„Atypowy” miał wszelki potencjał na poruszającą mieszankę komedii i dramatu, dotykającą w pełni temat autyzmu. Wyszedł z tego lekki, mocno uproszczony, płytki, ale jednak sympatyczny serial, trzymany w garści, dzięki świetnej roli Keira Glichrista jako Sama. Chłopak porusza swoim spojrzeniem na świat i od samego początku wzbudza sympatię, a jego nieporadne zderzenie wywołują śmiech, ale nie jest to szyderstwo z bohatera. Za to duży plus, ale to za mało by uznać całość za dobrą. Zakończenie pozostaje otwarte i mam nadzieję, że całość zostanie podreperowana, bo nie mogłem poczuć płytkości, wręcz zmarnowania potencjału.

6/10

Radosław Ostrowski

Nienawistna ósemka

Zima, śnieżyca – takiego śniegu nawet za oknem u mnie nie widać. Jedzie powóz, by się schronić przed zamiecią, a w nim łowca nagród John Ruth zwany „Wisielcem” oraz idąca na szafot Daisy Domergue, której głowa jest warta 10 tysięcy dolarów, a ich finałowym przystankiem jest Red Rock. Po drodze, choć nie bez oporów, do powozu dołącza czarnoskóry major Marquis oraz nowy szeryf Red Rock, Chris Mannix. W końcu zatrzymują się w sklepiku prowadzonym przez Minnie, gdzie na miejscu są nowi goście. Jak wiadomo, im większy tłok, tym spora szansa na trupy oraz wzięcie Daisy jako łupu.

nienawistna_osemka1

Znowu western made by Quentin Tarantino, gdzie jest wydestylowany styl pokręconego Amerykanina. Czyli błyskotliwe, zaprawione czarnym humorem, krwawymi strzelaninami i… wyczekiwaniem na dalszy rozwój wypadków, zaskakujących wolt. Dodatkowo okraszona trzymającą w napięciu muzyką Ennio Morricone (po raz pierwszy zatrudniony), podziałem na rozdziały oraz przewrotnym finałem. Niemniej film dzielił się w moich oczach na dwie części. Pierwsza to dojazd do sklepiku i pierwszy trup, a druga to coś w rodzaju dochodzenia i ustalenia, co jest nie tak. Kolejne elementy układanki zaczynają się sklejać, sam dałem się wciągnąć w tą grę, jednak poczułem pewne rozczarowanie.

nienawistna_osemka2

Z czego to wynika? Na pewno nie z postaci, pięknie sfotografowanych plenerów (te góry) czy dialogów. Początek obiecywał wiele, ale zdarzały się momenty zbędnego postoju – żart z zamykaniem drzwi przez wbijanie desek za drugim razem nie śmieszy, czołówka z krzyżem czy częste bicie Daisy przez Rutha. Ale w połowie atmosfera gęstnieje, trudno przewidzieć wypadki (z wyjątkiem przedostatniego rozdziału), retrospekcje nakręcają całą akcję. Wtedy opowieść o nienawiści i rasizmie a’la Sergio Leone uderza mocnymi ciosami, zaskakuje obserwacjami oraz wiarygodną psychologią bohaterów.

nienawistna_osemka3

No i tutaj mamy koncertowe aktorstwo, gdzie każdy z bohaterów błyszczy. Nie ważne czy to Kurt Russell jako brutalny i troszkę prymitywny John Ruth (i jeszcze te wąsy!!!), wyborny Samuel L. Jackson (cwany i przewidujący major Marquis), małomówna Jennifer Jason Leigh czy brawurowy Walton Goggins w roli zgrywającego chojraka szeryfa Mannixa. Jeszcze są dawno nie widziani u Tarantina Tim Roth w stroju zakoszonym Christophowi Waltzowi z „Django” (kat Oswaldo Mobray) i Michael Madsen (tajemniczy Joe Gage), wracający do świetnej dyspozycji. I jeszcze zaskakuje pozytywnie Channing Tatum (Jody).

nienawistna_osemka4

Powiedzmy to sobie wprost – Tarantino stał się marką samą w sobie, realizującą filmy na pułapie nieosiągalnym dla zwykłych wyrobników. „Nienawistna ósemka” mimo pewnych wad, to Tarantino z wysokiej półki, gdzie większość klocków stoi równo. No i ten śnieg, taka zima – niekoniecznie z silnym mrozem, czy można chcieć więcej?

8/10

Radosław Ostrowski

Dolores Claiborne

Tytułowa bohaterka pracuje jako gospodyni u starszej i zniedołężniałej kobiety – Very Donovan, która niezbyt przepadała za swoją służbą. Starsza pani zostaje zamordowana, a Dolores – z wałkiem gotowym do uderzenia nad kobietą – zostaje oskarżona o jej zabicie. Wtedy do miasteczka trafia jej córka, dziennikarka Selena, która nie utrzymuje z matką zbyt dobrych relacji. Powoli jednak zaczyna dochodzić do prawdy.

dolores1

O tym, że książki Stephena Kinga są dobrym materiałem na film, wiadomo nie od dzisiaj. Adaptacji kolejnej jego powieści podjął się wszechstronny Taylor Hackford, którego kinomani znają głównie dzięki „Adwokatowi diabła” oraz „Ray”. Jednak film – tak jak powieść – nie jest stricte horrorem, tylko thrillerem psychologicznym, z bardzo ponurą atmosferą. Sama intryga dotyczy przeszłości głównej bohaterki, która nie jest usłana różami – mąż gardzący nią, pracodawczyni wymagająca i nieprzyjemna, praca od rana do wieczora i jeszcze detektyw, który jest wyjątkowo nieznośny. A w tle morderstwo (niejedno) i bardzo mroczna tajemnica, która rzutuje na przeszłość kobiety i być może uda się poprawić z samotną córka, skupionej na swojej karierze. Reżyser bardzo zgrabnie przeplata teraźniejszość z przeszłością, wykorzystując do tego prostą sztuczkę kolorystyczną. Rzeczywistość jest ponura, utrzymana w błękitnej tonacji, a przeszłość w jaśniejszych kolorach czerwieni, tworząc pozornie sielankowy charakter. A co najważniejsze, jest to opowiedziane pewną ręką, z dobrymi dialogami oraz bardzo ponurą muzyką Danny’ego Elfmana.

dolores2

Jednak cała ta intryga, nie miałaby tej siły ognia, gdyby nie wyborne aktorstwo. O tym, że Kathy Bates potrafi zagrać złożone postacie, pokazała choćby w „Misery”. Dolores sprawia tutaj wrażenie wyciszonej, trochę pyskatej kobiety, która ma niewyparzony język. Ale pod tą maską kryje się kobieta mocno skrzywdzona przez los, ale nie narzekająca, znosząca wszystko z godnością. Jednak i ona ma swoją cierpliwość. I widać to wszystko w każdym spojrzeniu, geście, każdym niewypowiedzianym słowie. Równie złożoną i ciekawą postać stworzyła Jennifer Jason Leigh jako Selena. Karierowiczka, zapatrzona w siebie i niezbyt dobrze pamiętająca swoje młode lata. Powoli jednak zaczyna przebijać się do prawdy, wyciągając przysłowiowego trupa w szafie i staje w obronie matki. Swoje też robią tutaj dwaj panowie, będący w swojej mocnej formie – czyli David Strathairn i Christopher Plummer. Ten pierwszy jest prymitywnym pijusem oraz damskim bokserem, który znęcał się nad żoną i oszukiwał ją, córkę też. Ten drugi to nieustępliwy śledczy, żywcem pałający nienawiścią do Dolores, próbując za wszelką cenę ją dopaść – wyjątkowo antypatyczny facet.

Hackford zrobił jeden ze swoich najlepszych filmów, gdzie wolno budowana atmosfera i wiarygodne postacie tworzą mocną mieszankę. Bardzo mroczne i nieprzyjemne kino, które ogląda się z pełnym zaangażowaniem.

8/10

Radosław Ostrowski

Cudowne tu i teraz

Opisz wyzwanie, trudność lub nieszczęście, jakiego doświadczyłeś w swoim życiu. Co z niego wyniosłeś i jak przygotowało cię na przyszłość? – to pytanie, na które odpowiedź ma napisać 18-letni Sutter, by dostać się na studia. A kim on jest? Licealistą (co można stwierdzić po wieku), pracuje w sklepie z męską garderobą, bardzo lubi wypić, poimprezować i ma super laskę. Do czasu, kiedy ona z nim zrywa. Podczas jednej z imprez, budzi się na trawniku i pierwszą osobą, która pojawia się w zasięgu jego „przytępionego” wzroku jest dziewczyna, niejaka Aimee Finicky. To taka dziewczyna, na którą nikt nie zwraca uwagi, taka „szara myszka”. Powoli jednak ta dwójka zaczyna do siebie się zbliżać.

cudowne1

Filmy o zakochanych nastolatkach można w zasadzie podzielić na dwie grupy. Pierwsza to bardzo naiwne i przesłodzone bajeczki pokroju „Step Up” czy innego ”High School Musicalu”.  Druga grupa to filmy trochę takie bardziej ironiczne, z większym dystansem, słodko-gorzkie. Ten film zalicza się raczej do drugiej grupy. Motywacja głównego bohatera, który spotyka się z nową koleżanką, nie jest do końca jasna – może chce pomocy z matematyką albo po prostu odegrać się na swojej byłej, bo to zła kobieta była. Ale jak wiadomo, nic nie jest proste, a najbardziej wyrachowane plany muszą wziąć w łeb, gdy pojawia się największa niewiadoma  – uczucia. Reżyser James Ponsoldt do spółki ze świetnymi scenarzystami to pozornie konwencjonalne love story rozgrywa z dużą dawką delikatności i wrażliwości, zaś każdy przełomowy moment związku ogląda się z dużym napięciem.

cudowne2

Ta relacja pozostaje najciekawszym wątkiem, ale nie jedynym. Rodzice po rozwodzie – ona chłodna, on zapatrzony w siebie pijus, była dziewczyna Charlene marząca o facecie jako kimś więcej niż tylko dobrej zabawie. Jest jeszcze nauczyciel, sympatyczny szef Dan i obecny chłopak byłej Marcus. Każde z nich tak naprawdę szuka swojego miejsca i stara się być fair. Jednocześnie Ponsoldt bardzo krytycznie odnosi się do filozofii korzystania z każdej chwili garściami. Główny bohater dość często i mocno nadużywa tej formy, by po prostu się nawalić. Czemu to robi? Żeby się „znieczulić” przed światem, bólem, rozczarowaniami i wszystkim tym, co złe. Jak jest dobrze, to się napiję, jak źle, to tym bardziej. Jednak czy jest szansa na wyplatanie się z tego i zerwanie ze swoimi nałogami? Oto jest pytanie, a twórcy nie dają jednoznacznej opowieści (zakończenie).

cudowne3

Ta historia jest interesująca nie tylko dzięki świetnemu scenariuszowi, ale też grającym główne role, którzy wywiązali się ze swoich zadań pierwszorzędnie. Sutter (świetny Miles Teller) wydaje się takim cwaniakiem, który ma głowę na karku, ale czuje się bardzo samotny i odrzucony przez matkę (Jennifer Jason Leigh w formie). Topi swoje smutki i szczęście w alkoholu, nie widząc innego wyjścia, pozostając niedojrzałym młodzieńcem. Dla mnie jednak objawieniem była Shailene Woodley, czyli Aimee. Trochę nieśmiała, przytłoczona przez matkę, okazuje się bardzo wrażliwą i inteligentną dziewczyną. Spotkanie tych dwojga oddziałuje korzystnie na każdą ze stron – ona nabiera wiary w siebie i staje się niezależna, on dojrzewa do poważniejszej relacji i próbuje walczyć ze swoimi demonami.

cudowne4

Coraz bardziej zaczynam doceniać takie słodko-gorzkie tragikomedie pełne sarkazmu, a także wnikliwej obserwacji dwojga pogubionych ludzi. Pytanie czy jeszcze tych dwoje będzie miało drugą szansę? Nie wiem jak wy, ale ja wierzę w człowieka, który potrafi zmienić się pod wpływem poważnych zdarzeń.

8/10

Radosław Ostrowski