Psie pazury

Wydawałoby się, że czasy popularności western ma już za sobą. A jednak w XXI wieku pojawialiśmy się na Dzikim Zachodzie co najmniej kilkanaście razy. Czy to w formie psychologicznego dramatu („Zabójstwo Jesse’ego Jamesa…”), skrętu ku akcji („3:10 do Yumy”) albo mieszając go z horrorem („Bone Tomahawk”). W jakim kierunku idzie najnowszy film Jane Campion, zrealizowany po 12 latach przerwy?

psie pazury4

Oparte na powieści Thomasa Savage’a film toczy się na farmie w stanie Montana roku pańskiego 1925. Jest ona prowadzona przez dwóch braci Burbank – Phil i George’a. Obaj są wykształceni i inteligentni, gdzie ten pierwszy przypomina ranczera w starym stylu (szorstki, surowy, niemyjący się), zaś drugi jest spokojniejszy, bardziej elegancki. Życie tej dwójki zostaje wywrócone do góry nogami, kiedy pojawia się ta trzecia. Rose jest właścicielką knajpy i mieszka razem z lekko zniewieściałym synem, Peterem. W tajemnicy przed bratem George bierze z nią ślub, co wywołuje wściekłość. Oboje trafiają do farmy i zaczynają pojawiać się poważne zgrzyty.

psie pazury1

Sama historia rozbita jest na sześć rozdziałów, gdzie wszystko jest skupione na scenach pozornie niepowiązanych ze sobą sytuacji. Mamy czworo bohaterów, w których każdy jest w mniejszym lub większym stopniu outsiderem. Reżyserka jednak nie daje odpowiedzi na wiele istotnych pytań, co dla wielu widzów będzie bardzo frustrującym doświadczeniem (w czym nie pomagają przeskoki czasowe każdego z rozdziałów). To świadczy o tym, że „Psie pazury” wymagają skupienia oraz zwrócenia uwagi na detale, bo wiele scen dotyka pewnych kwestii, by potem do nich nie wrócić. Zupełnie jakby nie powtarzać tego, co już wiemy.

psie pazury3

Poczucie pułapki i izolacji potęgują absolutnie pięknie sfotografowane plenery. Przyroda jak w wielu klasycznych opowieściach jest jednocześnie imponująca oraz surowa, bezwzględna. Jeszcze ta muzyka Jonny’ego Greenwooda, co tak świdruje uszy i zwiastuje, że coś wisi w powietrzu. Jak to się wszystko skończy? Finał mnie zaskoczył, choć nie od razu połączyłem ze sobą wszystkie kropki. Dlatego tak mnie uderzyło.

psie pazury2

I jak to jest zagrane, w półtonach, czasami drobnych gestach oraz spojrzeniach tak krótkich, że można pewne rzeczy przeoczyć. Największe wrażenie robi Benedict Cumberbatch i nie chodzi mi tylko tutaj o akcent (bo brzmi on cholernie dobrze, zważywszy na pochodzenie aktora), ale pokazanie postaci Phila. Pozornie wydaje się surowym prostakiem w typie macho, rzucającym złośliwości wobec osób z najbliższego otoczenia, przebywający w towarzystwie innych kowbojów niczym prawdziwy mentor. To wszystko jednak okazuje się maską, pod którą ukrywa się inny człowiek, tłumiący swoje prawdziwe uczucia. Reszta obsady też ma swoje momenty (Jesse Plemons, Kirsten Dunst), ale najbardziej interesują jest Kodi Smit-McPhee, czyli Peter. Kolejny outsider w rodzinie ze względu na „niemęskie” zainteresowania oraz „zniewieściałe” zachowanie. Ale może to tylko pozory i jest tam coś więcej, choć nie daje po sobie tego poznać? To sami musicie odkryć.

Dziwaczny to film, na pewno nie łatwy, ale Campion potwierdza swoje umiejętności jako twórczyni portretów ludzi skomplikowanych, wyrzutków i samotników. „Psie pazury” zachwycają wizualnie, choć wielu może wkurzyć zbyt wielka ilość niedopowiedzeń oraz bardzo wolne tempo.

7/10

Radosław Ostrowski

Judas and the Black Messiah

Każdy, nawet mniej zainteresowany historią USA słyszał o Czarnych Panterach. Nie byli to naśladowcy komiksowego superbohatera, choć też byli czarnoskórzy. To był ruch polityczny, który walczył o równe prawa Afro-Amerykańskiej mniejszości. Ale nie decydowali się na tą walkę pokojowo, tylko z bronią w ręku oraz ideologią socjalistyczno-marksistowską. Dla amerykańskiego rządu byli równie niebezpieczni, co Malcolm X.

Historia filmu Shaki Kinga skupia się na wiceprzewodniczącym komórki Czarnych Panter w Chicago, Fredzie Hamptonie (znakomity Daniel Kaluuya). Charyzmatyczny frontman zostaje wzięty na celownik FBI. Służba wpada na pomysł infiltracji komórki Czarnych Panter przez wprowadzenie tam swojego człowieka. Tym staje się William O’Neil – drobny cwaniak, neutralny politycznie. Nie robi tego jednak z własnej woli, bo wpadł na przekręcie. Mężczyzna udawał agenta FBI, by kraść auta, jednak został zgarnięty przez policję. Grozi mi paroletnia odsiadka, chyba że pójdzie na układ.

judasz i czarny mesjasz1

Punkt wyjścia wydaje się prosty, zaś po filmie spodziewałem się prostego, czarno-białego podziału świata. Biali (policjanci i tajniacy) są okrutny, odrażający, źli, zaś czarnoskórzy (Czarne Pantery) są tylko idealistami, zmuszonymi do walki o swoje prawa siłowo. Bo to tylko ofiary niesprawiedliwego systemu. Prawda? Tylko częściowo, choć można odnieść wrażenie pewnego wybielenia postaci Hamptona (oprócz działań policji i FBI wobec niego, które pokrywają się z zachowanymi materiałami). Jak sam tytuł wskazuje, fabuła skupia się na dwójce bohaterów – Hamptonie, nazywanego na początku filmu przez Hoovera Czarnym Mesjaszem oraz zwerbowanego do współpracy O’Neila. Pozornie opowieść brzmi znajomo, jednak reżyser potrafi zaangażować i pokazać wszystko niejako od środka. Za serce łapią momenty nie tylko brutalnych działań policji (ostrzał i wysadzenie siedziby Czarnych Panter czy obława w stylu mafijnym), ale bardziej wyciszone momenty z życia prywatnego charyzmatycznego mówcy. Kiedy poznaje swoją partnerkę (cudowna Dominique Fishback), początkowo jest nieufna wobec jego przekonań. Z czasem dostrzega więcej, co budzi wątpliwości w kwestii związku oraz narodzin dziecka.

judasz i czarny mesjasz2

Podobał mi się też fakt, że twórcy nie wybielają samych Czarnych Panter. Są sceny szkolenia przyszłych członków, gdzie są cytowane słowa Mao Tze-tunga oraz ideologia marksistowska. Nawet dochodzi do spotkania z gangami w celu wspólnego działania. Napięcie podkręcają momenty, kiedy O’Neil albo czuje się zagrożony (kwestia zdobycia auta i pokazanie – pod bronią – jak go ukradł), ma ciągłą paranoję i musi udawać zaangażowanego. Ale czy udaje, czy może jednak zaczyna sympatyzować z ruchem? W tej roli Lakeith Stanfield bardzo dobrze pokazuje swoją postać „kreta”, który coraz bardziej czuje się zmęczony swoją rolą. Jednak dalej brnie, coraz bardziej świadomy swoich konsekwencji.

judasz i czarny mesjasz3

Zupełnie inny jest Hampton, któremu Kaluuya nadaje rysy idealisty-wojownika. Kiedy przemawia, jest w stanie porwać tłum swoją energią oraz przekonaniami, co pokazuje scena w kościele. Ale kiedy znajduje się poza mównicą, potrafi pokazać swoje bardziej wrażliwe oblicze. Te sprzeczności nie wywołują dysonansu, lecz uzupełniają skomplikowany charakter tej postaci. Chciałoby się takich momentów więcej, dzięki czemu spojrzelibyśmy na tego lidera z bardziej ludzkiej perspektywy.

judasz i czarny mesjasz4

Pewnym problemem dla mnie było czasami nierówne tempo oraz skupianie się na kilku postaciach, o których po pewnym czasie zapominamy. Rekompensuje to w dużym stopniu niepokojący klimat oraz świetnie zrealizowane zdjęcia. Nie brakuje tutaj mastershotów (pierwsze wejście O’Neila, kiedy podszywa się pod agenta FBI), nietypowych kątów oraz stylizacji na produkcję z początku lat 70. W połączeniu z minimalistyczną muzyką Marka Ishama i Craiga Harrisa mamy mocną mieszankę.

„Judasz i Czarny Mesjasz” jest przykładem ambitniejszego spojrzenia na społeczne ruchy walczące o prawa obywatelskiej mniejszości czarnoskórych. Ale rzadko mówi się o bardziej radykalniej odmianie, gdzie w ruch szło coś więcej niż tylko słowa. Reżyser Shara King nie próbuje za wszelką cenę wybielić i tworzyć na nowo historii, o co było bardzo łatwo. Mocne role dodają wiarygodności tej historii o mniej chwalebnym czasie Ameryki.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Irlandczyk

Martin Scorsese to jeden z tych filmowców, na którego filmy – jakiekolwiek by nie były – zawsze się czeka. Ten człowiek wyrobił sobie reputację jednego z największych reżyserów kina amerykańskiego, chociaż ostatnio mówi się o jego wypowiedzi na temat filmów z gośćmi w lateksach. Zostawmy tą dyskusję i skupmy się na najnowszym dziele mistrza zrobionym dla Netflixa. Filmie gangsterskim. Trwającym ponad trzy i pół godziny. Zainteresowani?

Głównym bohaterem „Irlandczyka” jest Frank Sheeran. Kiedy go poznajemy, przebywa w domu starców i jest już w mocno zaawansowanym wieku. Zaczyna nam opowiadać o sobie, a cała historia pokazana jest nam na trzech planach czasowych: współcześnie, w okresie od lat 50. do połowy 70. oraz podczas podróży samochodem na ślub w 1975 roku. Swoją karierę zaczynał jako kierowca ciężarówek, potem został związkowcem, a następnie malarzem domów. I nie chodzi o to, że wziął pędzle, robił tapety, ale zabijał ludzi. Dla mafijnej rodziny Bufalino. Ale jego kariera poszła dalej, gdy na swojej drodze spotkał Jimmy’ego Hoffę – szefa amerykańskich związków zawodowych.

irlandczyk3

Jeśli jednak ktoś spodziewa się gangsterskiej rozwałki, efektownych strzelanin oraz rozbryzgującej krwi wszędzie, „Irlandczyk” będzie wielkim rozczarowaniem. Sceny przemocy są tutaj bardzo krótkie, gwałtowne i niespodziewane, ale jest ich bardzo mało. Historia płynie bardzo powoli, skupiając się tylko na dialogach, rozmowach oraz narracji z offu. Brzmi jak powtórka z rozrywki? Bo już widzieliśmy wiele filmów o mafii, gangsterach, więc co można nowego opowiedzieć?

Dla Scorsese najważniejsza jest tutaj opowieść o wyborach, które rzutują na całe nasze życie. Szkoda tylko, że konsekwencje tych decyzji są odczuwalne dopiero po pewnym czasie. Co jest ważniejsze: lojalność wobec przyjaciół (mafii) czy wobec rodziny? Bo to, co nam się wydaje najważniejsze, z upływem czasu może być zwykłą, nieistotną duperelą bez znaczenia. A to, co ważne, mieliśmy cały czas pod nosem. Tylko, co tak naprawdę jest ważne, gdy pod koniec swojego żywota dokonujesz bilansu? I jesteś sam, a zdrowie już jest nie te, trzeba codziennie brać leki, czekając tylko na śmierć. Ten lekko melancholijny klimat budził we mnie skojarzenia z „Dawno temu w Ameryce” Sergio Leone (tylko pół godziny dłuższy od „Irlandczyka”), z którego Scorsese czerpie mocno. Zarówno pod względem tematyki (przemijanie, przyjaźń vs lojalność), jak i konstrukcji (przeplatane linie czasowe).

irlandczyk1

Bo formalnie nie ma tutaj jakiś popisów czy eksperymentów. Owszem, nie brakuje kilku mastershotów, slow-motion czy najazdów na daną postać, ale nie ma czego nowatorskiego. Niemniej wygląda to wszystko bardzo dobrze i jest dopięte do najdrobniejszego detalu. Scenografia, kostiumy, samochody, muzyka – to wszystko pomaga w odtworzeniu realiów epoki. Najwięcej jednak szumu wywołało komputerowe odmłodzenie trójki głównych bohaterów, przez co budżet był bardzo wysoki. I chociaż na początku może to wywołać mocno surrealistyczne, z czasem jednak nie kłuje aż tak bardzo w oczy. Ale im starsza retrospekcja, tym słabiej się to prezentuje.

irlandczyk2

Aktorstwo jednak trzyma bardzo wysoki poziom, a reżyserowi udało się zebrać stara gwardię oraz kilku młodzików. Główną rolę dostał Robert De Niro i tworzy jedną ze swoich lepszych ról ostatnich lat, choć jego bohater jest bardzo wycofany. Ale pod koniec udaje mu się wygrać jego nieudolność, mocno tłumione emocje oraz wyrzuty sumienia. Bardzo zaskakuje Joe Pesci jako Russell Bufalino – bardzo opanowany, spokojny mafiozo, choć budzący sympatię od samego początku. Ale prawdziwy huragan następuje, gdy pojawia się Al Pacino jako Hoffa. Wtedy film nabiera kopa, a aktor szarżuje jak miło, tworząc swoją najlepszą kreację od lat. W jego wykonaniu Hoffa pokazany jest jako charyzmatyczny frontman, pozbawiony cierpliwości, z niewyparzoną gębą oraz wielką pewnością siebie. Przekonany o swojej nietykalności wydaje się człowiekiem nie do złamania, ale tylko do czasu. I ta trójka robi ten film, choć na drugim planie mamy takich gości jak Ray Romano (William Bufalino), Jesse Plemons (Chuckie O’Brien), Bobby Cannavale (Felix DiTulio), Stephen Graham (Anthony Provenzano) czy Harvey Keitel (Angelo Bruno).

irlandczyk4

„Irlandczyk” tylko potwierdza talent Martina Scorsese do opowiadania wciągających historii. Potrafi trzymać w napięciu, świetnie prowadzi aktorów, zaś czas mija bardzo szybko. Ale takiej dawki melancholii w mafijnej opowieści się nie spodziewałem.

8/10

Radosław Ostrowski

Vice

Czy ktoś z tu obecnie wchodzących i czytający moje teksty oglądał kiedyś „House of Cards”? pewnie wielu z was zastanawiało się co by było, gdyby Frank Underwood istniał naprawdę i próbował dążyć do władzy absolutnej w USA? Przecież Kongres czy Izba Reprezentantów byłaby go w stanie powstrzymać, prawda? To chyba nie słyszeliście o Dicku Cheneyu. Może nie był prezydentem najpotężniejszego kraju świata (nie, nie jest to Polska, ani Rosja), ale zmienił historię kraju. Jak? O tym opowiada najnowszy film Michaela Moore’a, eeee, Adama McKaya.

vice1

Wszystko zaczyna się w latach 60., kiedy z Chaneya był kawał dicka. Zamiast się uczyć na poważnej uczelni, pracuje naprawiając oraz montując druty telefoniczne. Oprócz tego lubi dużo wypić oraz spuścić wpierdol tym, którzy go zaczepiają. W końcu jego żona ma tego dość i stawia mu proste ultimatum: albo się weźmie w garść, albo ma wypierdalać z jej życia. Jak myślicie, co wybrał? Po studiach trafił do Kongresu, gdzie poznał Donalda Rumsfelda, który miał dość istotny wpływ na polityczną karierę Cheneya.

vice2

McKay jako reżyser jest świadomy, że tak naprawdę przeciętni ludzie mają politykę (tak jak świat ekonomiczny) głęboko w dupie i woleliby obejrzeć np. kolejną część „Szybkich i wściekłych” albo kolejne wybitne dzieło Patryka Vegi. Lecz tak jak w „Big Short” twórca kombinuje w ten sposób, by w tym mętnym świecie odnaleźć się i przy okazji dostarczyć rozrywki. Dlatego mamy tutaj zabawę montażem, pojawia się przewodnik zwany Kurtem (zwykły robotnik, który sam się nazywa – „krewnym Cheneya”) oraz – na początku – łamana chronologia, by pokazać karierę Cheney’a, który z pijusa zmienia się w prawdziwego politycznego szachistę. Mówi niewiele, ale uważnie obserwuje i czeka na swój moment. Ale reżyser nie demonizuje naszego bohatera – przynajmniej na początku. Lecz bardzo brutalnie pokazuje do czego zdolni są ludzie, by pozyskać władzę absolutną, za wszelką cenę. Trzeba rozpętać wojnę? Nie ma sprawy. Trzeba potępić małżeństwa homoseksualne? Jasne. A że masz w rodzinie osobę homoseksualną, chuj z tym. Pójść na układy z dużymi korporacjami w sprawie ropy naftowej, rozregulować podatki dla najbogatszych? Od czego jest manipulacja grup fokusowych. Informacje wywiadowcze najpierw dostaje prezydent? Trzeba je przejąć. Stosowanie tortur podczas przesłuchań? Jeśli prezydent coś robi, to jest to legalne. (kto pamięta „Frost/Nixon”?) Ale są przecież wyborcy i media, mający patrzeć na ręce politykom, prawda? Gówno prawda, bo Fox News (telewizja) mamy pod kontrolą, a ludźmi można przecież manipulować i tak mydlić oczy, że po latach się nie zorientują, iż coś jest nie tak. Bardzo gorzka to refleksja, nawet jeśli miejscami polewana humorem.

vice3

Poza wspomnianym montażem (fenomenalnym), McKay skupia uwagę zarówno precyzyjnym, pełnym ciętych dialogów scenariuszem. Czy trzeba znać mocno fakty, by się w tym wszystkim odnaleźć? Niekoniecznie, bo wiele jest wyjaśniane w istotnych kwestiach. Pojawiają się znajome twarze (Colin Powell, Condolezza Rice, Donald Rumsfeld) oraz wydarzenia (11 września, inwazja na Irak czy przypadkowe postrzelenie przez Cheneya). Tylko, że niemal wszystko zza kulis, bez kamer oraz świadków. Dawno nie widziałem tak pewnie, znakomicie poprowadzonego filmu.

vice4

No i jak to jest zagrane. Genialny jest Christian Bale w roli głównej, pokazując kolejny raz swoją zdolność do metamorfozy. I nie chodzi tylko o charakteryzację oraz kwestie fizyczne, lecz sposób mówienia, mowę ciała oraz spojrzenie. Zmiana naszego bohatera w bezwzględnego polityka, korzystającego z każdej okazji do umocnienia swojej pozycji jest bezbłędna, przyciąga uwagę i jest dość niebezpiecznie pociągająca. Równie cudowna jest Amy Adams jako Lynne. Pozornie wydaje się cichą i wspierającą męża kobietą, ale ma więcej charakteru i jaj niż cała partia polityczna. To bardzo ciekawy, nieszablonowy duet, gdzie nie do końca wiadomo, kto tak naprawdę tu pociąga za sznurki. Dla mnie jednak film kradnie Steve Carrell jako błyskotliwy, niemal diaboliczny Donald Rumsfeld oraz Sam Rockwell w roli George’a W. Busha, tutaj przedstawionego jako tępego, łatwo podatnego na manipulacje. A i to nie wszyscy warci uwagi aktorzy (zwróćcie uwagę na pewne drobne epizodziki, gdzie nie brakuje znanych twarzy).

Jeśli nadal po tym filmie NIE będziecie uważać, że politycy to grupa bezwzględnych skurwysynów działających dla własnych korzyści, to zazdroszczę Wam naiwności. „Vice” to z jednej strony cięta satyra, z drugiej akt oskarżenia wobec polityków z ostatnich lat. Wielu może się rzucić, że jest to kino z tezą, a reżyser nie ukrywa swoich bardziej liberalnych poglądów, co jest po części prawdą. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to prowokujące i zmuszające do czegoś, czego amerykańscy ludzie (i nie tylko oni) nie potrafią robić od dawna – myśleć.

8,5/10 + znak jakości 

Radosław Ostrowski

Strategia mistrza

Żadna postać w historii sportu nie wywołała takich skrajnych emocji jak Lance Armstrong. Kolarz, który siedem razy wygrał Tour de France, pokonał raka i założył fundację walcząca z rakiem, a także oszust, twórca wielkiego programu dopingowego, który szprycował się oraz innych. Były od lat przygotowywane plany filmu o tej postaci, jednak oskarżenia oraz – co jeszcze bardziej zaskakuje – przyznanie się do dopingu, wywróciło wszelkie koncepcje do góry nogami. Jak sobie z tą postacią poradził reżyser Stephen Frears?

„Strategia mistrza” zaczyna się w roku 1992, gdy Lance zaczyna drogę w Tour de France, mając niewiele doświadczenia. Zdarza mu się wygrywać pojedyncze etapy, ale chce więcej: chce wygrywać, zwyciężać. Wtedy zaczyna brać doping, jednak przełom następuje, gdy zostaje wykryty nowotwór. Udaje się go pokonać i od tej pory obiecuje, że „nigdy nie będzie blisko porażki”. Dołącza do mało znanej grupy US Postal, zmieniając reguły gry oraz dzięki pomocy dr Michele Ferrari staje się bardzo twardym zawodnikiem.

strategia_mistrza1

Frears stara się dość mocno trzymać się faktów, skupiając się na tej ciemnej stronie – oszukiwaniu testów antydopingowych, szprycowaniu się zakazanymi substancjami (EPO, testosteron, krew, woda), ale też szantażowaniu ludzi mogących coś wygadać. Problem w tym, że cała ta historia jest pokazana bardzo skrótowo (życie prywatne Lance’a – w jednej scenie poznaje piękną blondwłosą kobietę, w następnej bierze z nią ślub czy działalność fundacji), zaś same zawody kolarskie pełnią rolę tylko tła, chociaż wyglądają naprawdę nieźle. Pewnym plusem jest dwutorowość narracji: historia kolarza przeplata się z dziennikarskim śledztwem Davida Walsha, przekonanego o stosowaniu dopingu przez sportowca. Tylko, że film nie do końca wykorzystuje materiał i jest tak stronniczy.

strategia_mistrza2

Najciekawsze pytania pozostają bez odpowiedzi: dlaczego w kolarstwie (w ogóle w sportach wytrzymałościowych) jest tyle dopingu? Dlaczego sportowcy biorą? Bo nie tylko Armstrong, który stał się twarzą, lecz praktycznie każdy wtedy zażywał jakieś substancje, tylko że niewielu dało się złapać (trener jednej z drużyn na początku filmu). Samo śledztwo, czyli rozmowy z dawnymi współpracownikami nie działają (wyjątkiem jest wątek Floyda Landisa) też nie mają do końca pazura.

Jeśli coś podnosi ten film na wyższy poziom, to jest to kreacja Bena Fostera. Aktor, próbuje pokazać Lance’a Armstronga nie tylko jako koksującego skurwysyna czy szantażystę. Tutaj facet jest także świetnym biznesmenem, konsekwentnie trzymającym się swojego wizerunku „wygrywającego” człowieka. Jednak coraz bardziej widać, jak bardzo zaczyna się wikłać w kolejne kłamstwa, oszustwa z dużą pewnością siebie oraz butą. W kontrze do niego jest Chris O’Dowd, czyli dziennikarz Walsh, niemal od początku podejrzewającego Lance’a, którego trudno polubić: oskarża nie mając dowodów (na początku), jest absolutnie przekonany wobec swoich tez i jest zbyt jednowymiarowy. Drugi plan za to kradnie wyrazisty Lee Pace (cwany prawnik Bill Stapleton), świetny Guillaume Canet (dr Ferrari) oraz Jesse Plemons (Floyd Landis), dodając sporo kolorytu.

strategia_mistrza3

Doceniam to, że Frears nie próbuje wybielić Lance’a Armstronga, jednak „Strategia mistrza” pokazuje tylko jedną twarz sportowca: jako oszusta, szprycera oraz cwaniaka. Tylko w filmach (oraz podręcznikach historii) bohaterowie są jednowymiarowi. Tu prosiło się o więcej, a temat dopingu nie zostaje w pełni wykorzystany (lepiej zobaczyć „Ikara” od Netflixa).

6,5/10

Radosław Ostrowski

Wieczór gier

Lubicie grać? Z kumplami albo paczką przyjaciół? Na pewno lubi to robić Max – mistrz wszelkiego rodzaju szarad. Podczas jednej z nich poznał Annie, która też uwielbia grać. Czy może być lepsze połączenie? Do szczęścia brakuje jedynie dziecka, ale tradycją stało się urządzanie wieczoru gier. Jednak prawdziwym kozakiem w grach jest brata Maxa, Brooks. Ten gość ma dużą chatę, wiele kasy i wydaje się być lepszy we wszystkim. Decyduje się zaprosić Maxa z kumplami do siebie na grę o wiele poważniejszą z porwaniem w tle. Tylko, że porwanie nie okazuje się częścią gry.

wieczor_gier1

Sam pomysł na tą komedię może wydawać się dość prosty, czyli komplikujemy intrygę, która się na to nie zapowiada. Ale duet John Francis Daley/Jonathan Goldstein postanowili zaryzykować, mieszając komedię z sensacyjnym wątkiem. I muszę przyznać, że „Wieczór gier” potrafi dostarczyć rozrywki od samego początku do samego końca. Po kolei: koncept paczki kumpli pakujących się w niebezpieczną aferę daje duże pole do popisu. Twórcy pokazują kompletnie różne charaktery – od pary znającej się praktycznie od małego aż do niezbyt lotnego gościa co wieczór przychodzącego z nową dziewczyną. Podczas gier poznajemy kolejne problemy naszych bohaterów (domniemana zdrada, kwestia braterskiej rywalizacji, lekceważenie jednego z członków), ale moralizatorstwo nie jest tutaj nachalne i rzucane prosto w twarz.

wieczor_gier2

Do tego sama intryga jest poprowadzona w sposób nieprzewidywalny. Brooks pakuje się w poważną aferę związaną z pewnym jajkiem, które trzeba ukraść, gangsterskie porachunki oraz akcje w stylu Liama Neesona. Tempo jest odpowiednio utrzymane cały czas, zaś kilka gagów (wyjęcie kuli z rany postrzałowej czy próba wyczyszczenia krwi z pokoju policjanta) to prawdziwe perełki. Trzeba za to też pochwalić pomysłowe wykonanie scen akcji (porwanie Brooksa czy przerzucanie się jajkiem w rezydencji), płynny montaż oraz parę popkulturowych aluzji („Podziemny krąg”, „Uprowadzona 3”) także w dialogach. I nie ma tutaj ani jednego kloaczno-żenujacego żartu. To na pewno komedia z USA? Jedyną dla mnie poważniejszą wadą była muzyka Cliffa Martineza, początkowo sprawiająca wrażenie z innego świata, ale potem staje się łatwiejszym tłem.

wieczor_gier3

Za to film jest świetnie zagrany. Czuć chemię miedzy postaciami, nawet w momentach „oddechu”. Dla Jasona Batemana (Max) takie kino to chleb powszedni i tutaj tylko to potwierdza, za to kompletnie mnie zaskoczyła Rachel McAdams (Annie), której nie podejrzewałem o taki talent komediowy. Ratowanie Brooka w barze czy akcja na lotnisku wypadają świetnie. Swoje też robi pojawiający się w epizodach Danny Huston oraz Michael C. Hall w rolach gangsterów i Jeffrey Wigant („agent FBI”).  Ale film kradną Billy Magnusson (skretyniały Ryan, wierzący we wszystko) oraz zaskakujący Jesse Plemons (dość niepokojący gliniarz Gary), podnosząc całość na wyższy pułap.

„Wieczór gier” przywraca nadzieję w amerykańskie komedie, które nie są zbyt moralizatorskie, wulgarne czy z dowcipami w okolicach krocza. I przede wszystkim jest śmieszna, a o to tu chodzi. Seans będzie lepszy, jeśli zobaczycie go razem z kumplami.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Hostiles

Rok 1892, czyli czas, gdy Dziki Zachód powoli zaczynał wygasać. To w tych czasach przyszło żyć kapitanowi amerykańskiej kawalerii, Josephowi Blockerowi. Ten człowiek mordował Indian tak mocno, ze już nawet nie pamięta, kiedy wybuchła ta cała nienawiść. Ale nim przejdzie na emeryturę, los da mu bardzo zaskakujące zadanie. Ma odstawić umierającego wodza Indian Żółtego Jastrzębia do dawnej ziemi, by mógł spokojnie umrzeć. Blocker niechętnie przyjmuje tę robotę.

hostiles1

Scott Cooper jest bardzo nierównym filmowcem, który tym razem postanowił zrobić rewizjonistyczny western. Chociaż punkt wyjścia przypomina klasyczne kino drogi, z czasem coraz bardziej zaczynamy widzieć jak wojna oraz walka z Indianami dokonała psychicznego spustoszenia w umysłach żołnierzy. Jak próbują się odnaleźć w nowych czasach, muszą powstrzymać swój gniew oraz żądzę zabijania, bo tego nakazuje reputacja oraz stopień wojskowy. Niektórzy (jak dołączony do grupy eskortowany dezerter) nadal chcą zabijać Indian, inni tłumią w sobie gniew, lecz traktują nowych pasażerów niczym zbędny bagaż. Jednak ta podróż będzie szansą na pogrzebanie swoich dawnych demonów oraz ostatecznego pogodzenia ze sobą. „Hostiles” toczy się bardzo powolnym rytmem, rzadko pozwalając sobie na akcję oraz strzelaniny, co wielu może zniechęcić.

hostiles2

Podobać się za to może wiele elementów: bardzo trafne dialogi, brak dużych ilości patosu, surowe zdjęcia i naturalizm w pokazywaniu scen akcji. Także muzyka Maxa Richtera odpowiednio budowała nastrój oraz poczucie zagrożenia. Ale także relacje między żołnierzami a Indianami oraz pewną kobietą, w między czasie przyłączającą się do grupy, dodają wiele ognia do tego pozornie skromnego filmu aż do samego finału, niepozbawionego przemocy, ale i pewnej nadziei.

hostiles3

Aktorsko film zdominował Christian Bale w roli kapitana Blockera. Bardzo wycofany, samą barwą głosu pokazuje jego gniew, wściekłość, wręcz szorstkość wobec Wodza (świetny Wes Studi), których traktuje jak zwierzęta. Ale jego przemiana pokazana jest bardzo subtelnymi środkami, dodając wiele wiarygodności. Trudno też wymazać z pamięci Rosamund Pike, czyli kobietę, która straciła całą rodzinę, a początkowy stan szoku tworzy tak sugestywnie, że to mrozi krew w żyłach. Poza nimi drugi plan przepełniają tak znane twarze jak Jesse Plemons (porucznik Kidder), Ben Foster (dezerter Wills) czy Rory Cochran (sierżant Metz).

Mimo dość powolnego tempa, „Hostiles” nadal ma siłę rozliczenia z niechlubną przeszłością Amerykanów. Jednak nie robi tego w prosty, banalny czy moralizatorski sposób, lecz bardziej delikatnymi środkami, co Amerykanie robią bardzo rzadko.

7/10

Radosław Ostrowski

Czwarta władza

Cała historia zaczyna się w Wietnamie. Trwa wojna, jest rok 1966. By opisać jej historię zostaje wysłany analityk korporacji Rand, Daniel Ellsberg. Po powrocie z kraju w 1969 roku mężczyzna podejmuje bardzo trudną i ryzykowną decyzję – wykrada z korporacji raport szefa Departamentu Obrony, Roberta McNamary (tzw. Pentagon Papers), robiąc fotokopie. Dwa lata później zaczyna przekazywać je do prasy. Biały Dom odkrywa przeciek i próbuje wszelkimi sposobami zablokować rozpowszechnianiu tych dokumentów. Wtedy do gry włącza się Washington Post, znajdujący się w dość trudnej sytuacji ekonomicznej.

czwarta_wladza1

Jak wiele osób, które tu zaglądają wiedzą, że jestem fanem Stevena Spielberga. Właściwie ten film, mógłby nie powstać, gdyby nie jeden drobny szczegół. Reżyser ukończył zdjęcia do filmu „Ready Player One”, trwały pracę nad post-produkcją i szukając czegoś do roboty, trafił na scenariusz Liz Hannah (lekko podrasowany przez odpowiedzialnego za skrypt do „Spotlight” Josha Singera), uznając ten materiał za interesujący. Szczególności temat dotyczący roli mediów.

Punktem zapalnym jest wyciek tajnego raportu, z którego wynika, że od czasów administracji Trumana planowano podjęcie interwencji w sprawie Wietnamu (wtedy Indochin) oraz fakt, iż wojna jest z góry skazana na przegraną. Mimo to jest kontynuowana, a opinia publiczna wprowadzona w błąd. I teraz zaczyna się pytanie: publikować, idąc na konfrontację z ludźmi władzy czy może zachowywać z nimi dobre kontakty? Sprawa jest o tyle istotna, że stawką jest reputacja tej (wtedy) lokalnej gazety z ambicjami na coś więcej oraz jej status finansowy.

czwarta_wladza2

Sam początek jest dość spokojny i ospały, a narracja jest prowadzona dwutorowo. Z jednej strony mamy szefową gazety – Katherine Graham (świetna Meryl Streep), która jest bardzo wycofaną, zagubioną kobietą, próbującą się odnaleźć w nowej roli, niejako zmuszona do tego (jej mąż popełnił samobójstwo). Otoczona doradcami, czyli facetami w średnim wieku, musi podjąć bardzo trudną decyzję (mocna scena rozmowy telefonicznej na kilka osób), a jej przemiana budzi uznanie i jest pokazana bez fałszu. Drugim bohaterem jest naczelny gazety, czyli Ben Bradlee („tylko” solidny Tom Hanks), szukający od dłuższego czasu jakiegoś dobrego materiału do gazety, uparcie dążącego do celu oraz hołdującemu prawu do wolności prasy. Te postacie rzadko się spotykają ze sobą, przez co na początku trudno wejść w rytm. Wszystko się zmienia w momencie znalezienia dokumentów oraz źródła, doprowadzając do przyspieszenia akcji oraz walki o publikację. Reżyser trzyma w napięciu (świetnie zmontowana scena „drukowania” tekstu od czcionek czy składanie raportu do kupy, bez numerowanych stron), parę razy bawi się montażem (kopiowanie dokumentów) i wykorzystuje archiwalne materiały (sceny z Białego Domu, gdzie „słyszymy” Nixona), prowokując do pytań o relację dziennikarz-polityk. Czy te strony mogą utrzymywać dobre relacje, czy można wykorzystać do roli informatorów, czy można posunąć się do manipulacji? To daje wiele do myślenia, ale odpowiedzi nie do końca są rzucane nachalnie.

czwarta_wladza3

Film ogląda się świetnie, także dzięki realizacji. W końcu to Spielberg, który zachowuje swój poziom. Kamera miejscami wręcz pędzi płynnie z postaci na postać, podkręcone montażem oraz zachowując realia lat 70. Bardzo miękkie, ładne kolory, miejscami surowa, realistyczna scenografia oraz stonowana muzyka w tle potrafi zbudować napięcie. Owszem, pod koniec jest lekko patetycznie (sceny w sądzie), a epilog wydaje się niepotrzebny. To na szczęście, nie psuje dobrego wrażenia.

Aktorsko też się trudno przyczepić, mając takie osoby w rolach głównych. Jednak drugi plan został całkowicie zdominowany przez fantastycznego Boba Odenkirka (Ben Bagdikan), dającego wiele energii oraz napięcia podczas tak pozornie drobnych scen jak rozmowa telefoniczna. Oprócz niego zobaczymy tak rozpoznawalne twarze jak Sarah Paulson (żona Bradlee’ego), Tracy Letts (Fritz Beebe, doradca Graham), Matthew Rhys (Daniel Ellsberg) czy Jesse Plemons (adwokat gazety).

czwarta_wladza4

Kiedy już straciłem nadzieję, że Spielberg wzniesie się pod swój solidny poziom, „Czwarta władza” przypomina, za co pokochałem tego filmowca. To film zrobiony na dobrym poziomie, z mocną obsadą oraz ponadczasowym tematem, będącym (w Stanach) dziwnie aktualnym. Szkoda, ze takich mediów już nie ma. A może są, tylko ich nie dostrzegłem?

7/10

Radosław Ostrowski

Barry Seal: Król przemytu

Słyszeliście o Barrym Sealu? Pozornie zwykły pilot linii lotniczych, który jest znudzony swoją rutyną dnia codziennego. Więc na boku zajmuje się przemytem cygar, ale zostaje przyłapany przez pewnego rudzielca. Facet okazuje się agentem CIA i składa Barry’emu propozycję nie do odrzucenia. Chodzi o zrobienie fotek komunistom. Ale potem nasz pilot dostaje propozycję od handlarzy narkotyków z Kolumbii. I zaczyna się szalona, wręcz nieprawdopodobna historia.

barry_seal1

O Barrym Sealu wspomniano w jednym z odcinków „Narcos”, więc fani serialu mogą poznać całą tą historię z perspektywy naszego pilota, który nagrywa swoją historię na VHS-ie. A tą szaloną historię postanowił opowiedzieć Doug Liman, czyli twórca „Na skraju jutra” oraz „Tożsamości Bourne’a”. i tak jak w „Narcos” wygląda to wręcz nieprawdopodobnie. Akcja czasami pędzi na złamanie karku, nasz pilot lawiruje między wywiadem, kartelem narkotykowym, pomaga przerzucać broń i… bojówki Contras, mające przejąć władze w Nikaragui, dostarcza informacje od Noriegi, przy okazji zgarniając tyle kasy, że nawet nie ma specjalnie miejsca do jej trzymania. Ogląda się to niczym teledysk: szybki montaż (pierwsze loty Seala), chwytliwa muzyka z epoki, mocne kolory niczym z kaset video, ucieczki przed Strażą Graniczną, a w tle ciągle zmieniająca się sytuacja polityczna (pokazana za pomocą archiwalnych zdjęć oraz animacji).

barry_seal2

Tylko mam jeden poważny problem: to wszystko jest takie powierzchowne, o bohaterach wiemy bardzo niewiele, są ledwo zarysowani, wręcz papierowi. Wszystko to służy podkręceniu akcji, zaserwowaniu kilku zgrabnych gagów (pierwszy kontakt z Contras) oraz poczuciu dobrej zabawy. To może wystarczyć, ale sama historia była na tyle fascynująca, że można (wręcz należało) ją pogłębić, bo kompletnie na Sealu mi nie zależało.

barry_seal3

Chociaż Tom Cruise w roli takiego chciwego cwaniaczka, wykorzystującego każdą nadarzająca się okazję do zebrania własnych profitów sprawdza się dobrze. Ma odpowiednio białe zęby, zręcznie lawiruje między kolejnymi stronami, a jednocześnie nie jest do końca serio („część z tych wydarzeń miała miejsce”), co pozwoli wzbudzić sympatię. Poza Cruisem wybija się tylko Domhall Gleason jako Schafer, czyli agent CIA – pewny siebie, opanowany oraz twardy. Cała reszta (włącznie z kartelem z Medellin) robi tutaj tylko za tło mające uwiarygodnić całą tą szaloną opowieść.

barry_seal4

„Barry Seal” to kolejny przykład kina od zera do bohatera, pokazując przy okazji cenę, jaką trzeba zapłacić za swój wielki sukces. Można odnieść wrażenie, że to klon „Wilka z Wall Street” czy „Rekinów wojny” z powodu realizacji. Ale film Limana jest znacznie lżejszego kalibru, mający na celu dostarczyć rozrywki, nie do końca wykorzystując swój potencjał.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Fargo – seria 2

Druga seria „Fargo” to oddzielna historia w porównaniu do poprzednika, ale jest kilka elementów spajających ją z poprzednią częścią. Tym razem głównym bohaterem jest Lou Solverson – ojciec policjantki Molly, a cała akcja rozgrywa się w pamiętnym roku 1979. Nasz Lou jest iglarzem oraz komendantem posterunku policji w Louverne, małym miasteczku w Minnesocie leżącym obok Fargo, gdzie zawsze dzieje się wiele. Wszystko zaczęło się od dziwacznego morderstwa gdzieś w przydrożnej jadłodajni.

fargo_21

Tam miał się spotkać Rye Gerhardt – najmłodszy syn mafijnej rodziny Gerhardtów, zajmujących się dystrybucją oraz handlem narkotykami. Mężczyzna (w porównaniu do narwanego Todda oraz rozsądnego Niedźwiedzia) jest niespełna rozumu i planuje zrobienie spółki ze swoim kumplem, właścicielem sklepu z maszynami do pisania. Problem w tym, że wspólnik ma wyrok i tylko sędzina może odhaczyć zawieszenie i odpalić maszynkę z kasą. Spotkanie jednak zmienia się w krwawą jatkę. Czy mogło się inaczej skończyć, gdy na wariata ze spluwą używasz środka na owady. Po drodze jeszcze Rye skasował kucharza i dobił kelnerkę, próbującą uciec. I nic by się nie stało, gdyby nie fakt, iż Rye zobaczył… latający spodek, a na koniec zostaje potrącony przez Bogu ducha winną kosmetyczkę – Peggy Blomkvist, żonę rzeźnika Eda. To jednak tak naprawdę mały pikuś, bo Gerhardtowie mają zostać przejęci przez mafię z Kansas City. Całą operacją ma dowodzić Mike Milligan, a zaginięcie Rye’a odtwiera puszkę Pandory pełną granatów, karabinów oraz trupów.

fargo_23

Noah Hawley znowu to zrobił: nakręcił wciągający serial kryminalny, gdzie czuć ducha braci Coen. Dodatkowo osadzenie wszystkiego w realiach lat 70. stworzyło bardzo ciekawy klimat. Nadal jest zima, sporo śniegu (nie wszędzie jednak), a każdy bohater tej układanki chce wyjść z zastanej sytuacji za pomocą sprytu, siły lub zdrowego rozsądku. Nie zawsze jednak będzie to możliwe, bo raz rozpoczętej spirali przemocy, odkręcić się nie da. Tutaj najważniejsza jest rozgrywka między Milliganem a Gerhardami, sprowadzająca się do strzelanin, zasadzek oraz brutalnej walki o przetrwanie. Peggy z Edem, niejako wbrew sobie zostają wplątani w tą mordownię i też próbują ocalić skórę z tej absurdalnej sytuacji. I też nie mogą się już z tego wycofać, a punktem krytycznym staje się pozbycie się ciała najmłodszego z rodu Gerhardów.

fargo_22

Sam Hawley miesza tutaj wątki, retrospekcje (pierwsze zabójstwo widziane przez nestora rodu Gerhardów, Otto czy młodość Indianina Hanzee’ego), scenki będące jedynie dodatkiem do humoru (kręcenie filmu o masakrze w Sioux Falls), a nawet futurospekcje (sen Betty, gdzie widzimy jej rodzinę z 2006 roku). Bawi się tutaj formą (dzielenie ekranu niczym w komiksie), wodzi za nos i myli tropy, prowadząc do nieuchronnej konfrontacji, a kilka scen (próba oblężenia posterunku czy rewelacyjna strzelanina między gliniarzami chroniącymi Blomkvistów z Gerhardtami) trzyma skutecznie za gardło i nie puszcza. Nawet sam Ronald Reagan się pojawia, by powalczyć o nominację prezydencką.

fargo_24

Jednocześnie odtwarza mentalność epoki, gdzie kobieta była tylko (lub aż) wsparciem dla męża, który miał robić karierę, prowadzić interesy i decydował o wszystkim. Czuć też mocno echa afery Watergate, mocno niszczącą zaufanie społeczeństwa do rządu, stając się silnym źródłem wielu teorii spiskowych oraz fascynację UFO. Dla wielu pojawienie się w kluczowych miejscach statku kosmicznego może wywołać silne poczucie dezorientacji, bo nie zostaje to mocno wyjaśnione. Wszystko jednak ogląda się to znakomicie, a wyważenie scen akcji z drobnymi obyczajowymi obserwacji oraz czarnym humorem działa piorunująco.

fargo_25

Ponieważ jest to nowe rozdanie, nie zobaczymy tutaj twarzy znanych z poprzedniej części. Nie znaczy to, że nie ma tutaj komu kibicować i brakuje wyrazistych postaci. Na pierwszy plan zdecydowanie wysuwają się Blomkvistowie – zwykli, szarzy ludzie z prostymi marzeniami. Ale przypadek (los, UFO) ma inny scenariusz. On (świetny Jesse Plemons) to taki sympatyczny poczciwina, sterowany przez miotającą się i szukającą spełnienia się żonę (rewelacyjna Kirsten Dunst). Oboje sprawiają wrażenie nierozgarniętych do końca, ale to ludzie znajdujący się w sytuacji mocno przerastającej ich możliwości. Rozsądek jako jedyny zachowuje tutaj Lou. Grającego jego starszą wersję Keith Carradine’a zastąpił znakomity Patrick Wilson, który koncertowo portretuje człowieka dbającego zarówno o swoją rodzinę (żona choruje na raka), przeżył wojenne piekło i kieruje się swoją intuicją. Co najważniejsze, zawsze trafia w sedno, chociaż bywa bezsilny wobec zdarzeń (próba wykorzystania Blomkvistów jako przynęty wobec mafii z Kansas), mając za wsparcie teścia gliniarza (rzadko widziany Ted Danson).

fargo_26

Po drugiej stronie, czyli bandziorów wyróżnia się zdecydowanie Mike Milligan (kompletnie nieznany Bokeem Woodbine) i nie tylko dlatego, że jest czarny oraz fikuśnie się ubiera niczym bohater z „American Gangster”. Ten gangster-filozof potrafi zaskoczyć inteligentną refleksją na temat przewrotności losu, a jednocześnie ma tyle szczęścia, jak nikt inny. Szkoda tylko, że doczekał się tak nieoczywistego finału. Równie wyrazista jest Jean Smart jako kierująca interesem Gerhardtów Floyd – opanowana, wyciszona i wręcz niezłomna, ale nie bojąca się ostrych środków oraz impulsywny i brutalny Dodd (Jeffrey Donovan w formie), z którym lepiej nie zadzierać.

Drugie „Fargo” to po prostu inna historia w porównaniu z poprzednią serią. Lepsza czy gorsza – trudno ocenić. Na pewno nie czułem mocnego zawodu (może poza zakończeniem, które było takie spokojne i bardziej życiowe), a i tak oglądałem z zapartym tchem. Nie wiem jak Wy, ale ja już nie mogę się doczekać trzeciej serii.

8/10

Radosław Ostrowski