Bracie, gdzie jesteś?

Już w te wakacje pojawi się w kinach „Odyseja” w reżyserii Christophera Nolana. Ale wielkie dzieło Homera było już przenoszone na ekran wielokrotnie. Żadna adaptacja jednak nie była tak nietypowa jak pochodzący z 2000 roku „Bracie, gdzie jesteś?” braci Coen. Jak sami twórcy przyznali, nigdy nie czyli utworu o Odyseuszu, bardziej inspirując się innymi ekranizacjami. Co brzmi jak czyste szaleństwo.

Akcja filmu dzieje się w USA lat 30., parę lat po Wielkim Kryzysie i skupia się wokół trzech zbiegów. Ulysses Everett McGill (George Clooney) jest najbardziej wygadanym z trójki, z twarzy podobny do Clarka Gable’a, strasznie dba o swoje włosy. Pozostali jego wspólnicy są mniej lotni, a nawet dość prości: wierzący w różne dziwności Delmar (Tim Blake Nelson) oraz lekko nerwowy Pete (John Turturro). Cała trójka jest skuta łańcuchem i razem ucieka. Po co? By znaleźć zakopany łup z napadu na ciężarówkę, jakiego dokonał Ulysses. Tylko droga do niego nie będzie wcale łatwa.

Reżyserski duet wrzuca od razu w klimat Południa przy scenie śpiewania więźniów podczas pracy na torach. Skoro jesteśmy na Południu, gdzieś w okolicach Luizjany, Nowego Orleanu czy innego Mississippi, to w tle gra blues, bluegrass oraz szeroko rozumiane country. Jednak sama historia pozornie idzie w znajomym kierunku wobec „Odysei”: jest Odyseusz (Ulisses), jest ślepy prorok (nie jedyny niewidomy), jednooki olbrzym (tutaj sprzedaje Biblię), nawet są śpiewające syreny (a tak naprawdę to praczki) oraz Penelopa (ona jednak ma pewien problem z wiernością). Jednak szczegóły to Coenowie pełną gębą – mieszanka inteligentne dialogi z odrobiną slapsticku, zmieszane z galerią barwnych i ekscentrycznych postaci: niewidomego prowadzącego radio (Stephen Root), tropiącego zbiegów gliniarza w ciemnych okularach z czarnym psem; George „Buźka” Nelson – legendarny gangster, napadający na banki i zdrowo porąbany czy czarnoskóry gitarzysta, co sprzedał duszę diabłu za grę na gitarze. A potem jeszcze mamy „Chłopaków z Mokradeł” czy Ku Klux Klan (ich zebranie oraz próba egzekucji to najjaśniejszy punkt filmu), wywołujące jeszcze większe zamieszanie.

Całość wygląda bardzo pięknie, co jest zasługą niezawodnego Rogera Deakinsa, z mocnym nasyceniem żółci i zieleni. Od mokradeł, lasów po miasteczko i bank – czuć realia lat 30.: od rekwizytów (pomadka) aż po stroje i scenografię. Gdzieś tu czuć troszkę klimat „Bonnie i Clyde”, nawet jeśli skręcamy w sceny kompletnie absurdalne. Coenowie świetnie odnajdują się w tej pokręconej historii o miłości i przyjaźni.

Wszystko na swoich barkach dźwiga fantastyczny George Clooney. Jego Ulysses to złotousty cwaniaczek, z aparycją przystojniaka, próbujący lawirować między różnymi przeciwnościami. Potrafi być zarówno poruszający (modlitwa przed planowaną egzekucją), jak i rozbawić (występ jako lider „Chłopaków z Mokradeł” w przebraniu). Także partnerujący mu Turturro oraz Nelson świetnie się uzupełniają, ze swoimi prostolinijnymi temperamentami. Jednak to wszystko jest ubarwione przez masę drugoplanowych postaci: od niezawodnego Johna Goodmana (Wielki Dan Teague) przez cudownego Michaela Badalucco (gangster George „Buźka” Nelson) i bardzo solidnego Chrisa Thomasa Kinga (Tommy Johnson) aż po Holly Hunter (Penny McGill, żona Ulyssesa) oraz Charlesa Durninga (burmistrz O’Daniel).

Pierwsze dzieło braci Coen stworzone na progu tysiąclecia jest bardzo udaną komedią, okraszoną silną nutą nostalgii. Jeden z najpiękniejszych wizualnie filmów w dorobku rodzeństwa, luźno czerpiące z wielkiego eposu Homera, fantastyczną muzyką i aktorstwem. Może przesłanie o tym, że nie zawsze skarbem jest to, co materialne nie jest czymś zaskakującym, czyni ono całość bardzo satysfakcjonującą.

7,5/10

Radosław Ostrowski

 

 

Tragedia Makbeta

Ile już było przenoszonych na ekran dzieł Will.I.Ama Szekspira, tego nawet nie są w stanie wiedzieć najwięksi fani brytyjskiego dramaturga. Co jakiś czas wraca się do jego największych hitów („Hamlet”, „Romeo i Julia”, „Makbet”), ale też troszkę mniej znanych szlagierów. Tym razem za pewnego szkockiego władcę na M postanowił się wziąć sam Joel Coen. Sam, albowiem jego brat Ethan bardziej skupił się na pracy w teatrze. Jednorazowa przerwa czy coś poważniejszego? Czas pokaże.

Historię znamy bardzo dobrze – Makbet to jeden z możnych oraz kuzyn króla. Wraca z wojny ze zdrajcą króla, po drodze trafia na wiedźmy i przepowiadają, że otrzyma tereny zdrajcy oraz… zostanie królem. Reszty domyślacie się: władza, trupy, krew, szaleństwo, metaforyczne oraz poetyckie teksty. Czy coś można dodać nowego do tej powszechnie znanej opowieści? O dziwo – tak.

I nie chodzi tylko o czarno-białe zdjęcia w formacie 4:3 czy bardzo oszczędną, wręcz surową scenografię. Bo wizualnie czuć tutaj inspirację kinem z lat 20. i 30., gdzie sporą przestrzeń zajmują aktorzy, zaś wiele miejsc jest spowitych mgłą. Najistotniejsze jest jednak to, że do ról państwa Makbeth zostali obsadzeni aktorzy w bardziej dojrzałym (60+) wieku, czyli Denzel Washington oraz Frances McDormand. To już nie są ludzie w sile wieku, mogący jeszcze coś ugrać, zawalczyć i zdobyć. Czemu decydują się na kroki i zawierzają podszeptom tajemniczej wiedźmy? Może to jest ostatnia szansa na osiągnięcie czegokolwiek? Daje to nowe pole do interpretacji i wygląda to zachwycająco. ALE

Bo zawsze musi być jakieś ale. Dla mnie problemem była kompletna obojętność wobec tego, co się dzieje na ekranie. Zdarzały się przebłyski interesujących momentów (finałowe szaleństwo lady Makbet, gdzie w nocy idzie do fontanny, zabójstwo Banka czy każda obecność wiedźm), jednak przez większość czasu czułem się jakbym patrzył przez szybę. Nie dlatego, że jest to źle zagrane, bo tak nie jest. Duet Washington/McDormand potrafi bardzo przekonująco pokazać skrywany strach, dumę oraz szaleństwo. Dla mnie absolutnie magnetyzująca jest Kathryn Hunter jako wiedźma. Niby jest jedna, a tak naprawdę są trzy i to, co robi głosem oraz ciałem jest nieprawdopodobne. Płynnie przechodzi z jednego tonu w drugi, początkowo sprawiając wrażenie obcowania z wariatką. To wszystko jednak okazuje się tylko pozorami.

Dziwny to film, który wydaje się być prawdziwym samograjem. Coen zaryzykował i próbował usprawnić znajomą historię. Ale nawet to nie jest w stanie wyrwać mnie z pewnego znużenia. Czy to z powodu sporej obecności „Makbeta”, czy przerostu formy nad treścią, trudno powiedzieć.

6/10

Radosław Ostrowski

Poważny człowiek

Larry Gopnik wydaje się szarym człowiekiem mieszkającym na przedmieściach w latach 60. Mieszka z żoną, dwójką dzieci przechodzących okres dojrzewania oraz bratem, który stracił mieszkanie. Uczy fizyki na uniwersytecie i ma wkrótce doczekać awansu. Spokój, powaga i stabilizacja, prawda? Problem w tym, że nic nie trwa wiecznie. Żona chce się rozwieść (bo go zdradza z Sy Ablemanem), jej kochanek chce się wprowadzić do mieszkania, przez co Larry musi spać w motelu, a jego syn kupuje płyty (za jego pieniądze). Świat zaczyna się coraz bardziej walić.

powazny czlowiek1

Bracia Coen znani są z tego, że bawią się wszelkimi gatunkami, a jednocześnie bardzo wnikliwie obserwują świat. Ale „Poważny człowiek” to chyba najbardziej nietypowy film w karierze rodzeństwa. Nie chodzi o mieszanie dramatu z komedią (bo to jest ich znak rozpoznawczy), czy osadzenia w lat 60., ale o coś więcej. Ton całości nakreśla pierwsza scena, która toczy się w XX-wiecznej Polsce, gdzie do małżeństwa trafia uczony w Piśmie. Niby nic niezwykłego, ale ten człowiek… 3 lata temu. Dybuk czy może jednak żywy człowiek? I zderzenie dwóch postaw: racjonalnej oraz religijnej. Która strona ma rację i czy Bóg naprawdę ich przeklął? I co to ma wspólnego z historią Gopnika (dalecy krewni, przodkowie, dybuk)? A może to nie ma znaczenia? Sama historia to powtarzające się spotkania Larry’ego z ludźmi, gdzie nie brakuje masy ekscentryków. Poza żoną i dziećmi, z którymi nie ma najlepszego kontaktu, jej kochankiem (nawiedza go nawet we śnie), kolegą z pracy, co zasiada w komisji czy azjatyckim studentem, który za pomocą przekupstwa chce wymusić zmianę oceny. No i wreszcie z rabinami, próbując znaleźć poradę, pocieszenie czy sens tego wszystkiego. Te ostatnie polane są absurdalnym humorem.

powazny czlowiek2

Wszystko to sprawia wrażenie bycia w jakiejś pułapce, gdzie pojawiają się kolejne sytuacje, konflikty oraz problemy pokazują Larry’emu (fantastyczny Michael Stuhlbarg), że tak naprawdę nic nie jest pewne. Że to, co nam się wydawało za porządny fundament, okazuje się bardzo kruchym budulcem, a sens życia trzeba nadać samemu. Jak to zrobić? Buntować się i dostosować do czasów nowoczesnych, czy może trzymać się tradycji i przyjmować wszystko z pokorą? Na to pytanie odpowiedzi nie znajdziecie, bo… może po prostu jej nie ma. A wszelkie koncepcje to tylko sposoby na interpretację tego świata – pełnego chaosu, nieprzewidywalności, nie kierującego się racjonalną logiką. I to jest w stanie pokazać finał, który zwiastuje jakąś nieodwracalną zmianę. Odpowiedzi jednak nie szukajcie, bo tej zakończenie (mocno urwane) nie da.

powazny czlowiek3

Realizacyjnie czuć rękę Coenów i słychać to w dialogach, opartych na repetycjach czy absurdalnym poczuciu humoru. Śmiech tutaj idzie przez łzy, nie brakuje przewrotnych momentów (bar micwa, gdzie syn przystępuje do niej… naćpany czy wizyta u doświadczonego rabina, gdzie Gopnik zostaje odprawiony z kwitkiem), zaś scenografia i kostiumy wiernie odtwarzają realia epoki, do której zaczynają się przebijać hipisowskie hasła. Ale najbardziej zaskakuje dość głębokie spojrzenie na żydowski Kościół i tradycję, co buduje autentyzm tego świata. Świata opartego na rodzinie i wierze, pozwalającej przetrwać wszystko.

powazny czlowiek4

„Poważny człowiek” dotyka troszkę tematów, której bardziej kojarzą mi się z Woodym Allenem, ale robią to po swojemu. Pozornie wydaje się nudny, oparty na powtarzalnych scenach oraz sytuacjach, jednak pokazuje klincz bohatera zawieszonego między dwoma światami: duchowym i racjonalnym. Jak tutaj zachować powagę?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ballada o Busterze Scruggsie

Potwierdzają to setne przykłady,
Że westerny wciąż jeszcze są w modzie
Wysłuchajcie więc, proszę, ballady
O tak zwanym Najdzikszym Zachodzie

Wojciech Młynarski, „Ballada o Dzikim Zachodzie”

buster_scruggs1

Z tym fragmentem popularnej piosenki Wojciecha Młynarskiego dyskutować jest ciężko, bo od mniej więcej 2003 roku coraz częściej odwiedzaliśmy Dziki Zachód. Czy to w formie zabawy gatunkiem („Slow West”, „Bone Tomahawk”, „Django”), czy to remake’ów klasycznych opowieści („3:10 do Yumy”, „Prawdziwe męstwo”, „Siedmiu wspaniałych”), czy wykorzystaniu gatunkowego sztafażu do historii spoza gatunku („Zabójstwo Jesse’ego Jamesa…”, „Zjawa”, „Tajemnica Brokeback Mountain”). Teraz z westernem znowu postanowili się zmierzyć bracia Coen. Początkowo „Ballada o Busterze Scruggsie” miała być serialową antologią, ale ostatecznie współpraca z Netflixem skończyła się pełnometrażowym filmem. Czy to był dobry ruch? I tak, i nie, bo – jak w przypadku każdej kompilacji nie każda historia porwała mnie tak bardzo jakbym chciał. Ale po kolei.

buster_scruggs2

Braciszkowie wykorzystują klasyczne motywy znane z kowbojskich opowieści i przerabiają je na swoją modłę. Jazda dyliżansem, wyprawa pionierów, napad na bank, poszukiwanie złota, wędrowna grupa podróżująca od miasteczka do miasteczka zarabiając opowieściami – bardziej archetypowych motywów do gawędy nie da się znaleźć. Ale wszystko jest tu troszkę inaczej niż zwykle, stanowiąc pretekst do twórczej zabawy oraz gatunkowej demolki. Historia rewolwerowca Bustera Scruggsa okraszona jest cudownymi piosenkami (zupełnie jakbym oglądał musical – prawie jak w „Ave, Cezar”) oraz rozbrajającym humorem, z bardzo przewrotną puentą. Podobnie dowcipna była historia napadu na bank (kasjer atakujący w czymś, co mogłoby być zbroją – niesamowity widok), gdzie kowboj pakuje się w dość pokręcone losy, nie zapominając o absurdalnym dowcipie (pierwsza scena próby powieszenia). Jedynym zastrzeżeniem tej historii jest fakt, że… za szybko się kończy.

buster_scruggs3

I wtedy pojawia się historia trzecia, czyli impresario wędrujący od miasta do miasta z cytującym różne teksty mówcą. Niby nic dziwnego, ale osobnik ten jest pozbawiony wszelkich kończyn, co ma gwarantować pewne profity. Ta opowieść jest cięższa, mroczniejsza (jest cały czas noc) oraz bardziej serio. Samo w sobie może nie wywołałoby to we mnie zgrzytu, jednak brak puenty, niemal brak dialogów sprawiły, że seans był dość męczący. Odbiłem się od tej opowieści niczym od ściany. Zrekompensowało mi tą stagnację historia poszukiwacza złota, choć pozornie w niej nie dzieje się zbyt wiele. Ale jest to najpiękniejsza wizualnie opowieść – krajobrazy wyglądają imponująco, jak z klasycznego westernu czy jakiegoś cudnego malowidła. Prawdziwa wizualna uczta.

buster_scruggs4

Równie imponująco wygląda piąta, najdłuższa nowela. To historia Alice Longabaugh, która wyrusza z bratem do miasta w konwoju. Tutaj jest bardziej melodramatycznie, bo w drodze jeden z przewodników, pan Knapp zakochuje się w tej nieśmiałej, zagubionej damie. Dla mnie ta opowieść też mnie zawiodła troszkę. Dlaczego? Po pierwsze, nie obchodziła mnie główna bohaterka – jej zagubienie, bezradność, emocjonalna apatia działała na mnie odstraszająco, mimo obsadzenia w tej roli Zoe Kazan. Po drugie, nie uwierzyłem w tą relację między Knappem a Alice i nie mogłem zrozumieć, co ten facet w niej widział, że chciał się z nią związać. Sytuację troszkę rekompensowały zdjęcia oraz zakończenie, stawiające całą opowieść w stanie zawieszenia. A na finał mamy pasażerów dyliżansu, jadących do miasteczka z trupem. Stylistycznie całość jest zamknięta w jednej przestrzeni, przypominając wyglądem westerny z lat 30. czy 40., kadrując tylko i wyłącznie twarze pasażerów. Niby są tylko dialogi (głównie o rodzajach ludzi), jednak nastrój troszkę przypomina tutaj horror. Zwłaszcza, gdy poznajemy profesję dość intrygującej pary podróżnych. Satysfakcjonujące i odpowiednio mroczne.

buster_scruggs5

Choć scenariuszowo nie wszystkie historie wciągają tak, jakby mi się marzyło, to jednak dobrze się bawiłem. Zdjęcia miejscami są olśniewające, ale zawsze budują klimat. Tak samo jak kostiumy oraz scenografia, a także muzyka Cartera Burwella – odpowiednio budująca napięcie, opisująca zachwycającą przyrodę oraz pełna kilku zgrabnych piosenek. Także aktorsko jest miejscami znakomicie, rekompensując wiele wad. W mojej pamięci najbardziej zapadł tytułowy Buster (rewelacyjny Tim Blake Nelson) – ubrany na biało elegancik ze świetną nawijką oraz ogromnym talentem wokalnym, budzącym zachwyt. Równie wyrazisty jest poszukiwacz w wykonaniu cudownego Toma Waitsa. Doświadczonego, zdeterminowanego i uparcie dążącego do celu, a jednocześnie pełnego pokory wobec losu oraz przyrody, co od razu wzbudziło we mnie dużą sympatię do tej postaci. Z pozostałych historii warto wspomnieć fantastycznego Harry’ego Mellinga (pozbawiony kończyn Harrison – z jaką pasją wypowiada te same słowa, to czasami włosy się jeżą), zaskakująco poważnego Jamesa Franco (kowboj z drugiej historii) oraz smolisty duet Jonjo O’Neill/Brendan Gleeson (Anglik/Irlandczyk).

buster_scruggs6

Jak widać, historie są dość różne, ale z paru można wyciągnąć kilka wniosków. Po pierwsze, jeśli chcesz przetrwać, musisz być bardziej sprytny, wyrachowany i bezwzględny niż reszta. Ale nawet to nie da ci pełnej gwarancji. Po drugie, upór i determinacja pomagają się wzbogacić. Tak jak szacunek do Matki Natury. A po trzecie, nigdy nie wiesz, kiedy skończy ci się szczęście, więc zawsze uważaj. Sam film potrafi dostarczyć rozrywki w stylu braci Coen i pokazuje, że jeszcze nie powiedzieli oni ostatniego słowa. Nic, tylko oglądać, a potem na koń! Niby nic, czego byśmy nie znali, ale bardzo przyjemnie się ogląda.

7/10

Radosław Ostrowski

Ave, Cezar!

Lata 50., Hollywood – kraina bogactwa, sław i gwiazd, które wprawiają w zachwyt, ekstazę, będąc osobami o nieposzlakowanej opinii. I w tym raju najważniejszą postacią jest Eddie Mannix – nadzorujący produkcję zastępca szefa wytwórni, który także tuszuje wszelkie skandale, utrwala hollywoodzki sen. Ale już czuje się zmęczony tą fuchą, ale ma jeszcze jedno zadanie – gwiazda filmu „Ave, Cezar!” opowiadający losy niejakiego Dżizasa, Baird Whitlock znika bez śladu. Okazuje się, że zostaje porwany i kidnaperzy zwany „Przyszłością” żądają 100 tysięcy dolców.

ave_cezar1

Bracia Coen – wiadomo nie od lat, że to specjaliści naznaczający swoim własnym piętnem każdą produkcję, łącząc inteligentny humor z absurdem i groteską. Tutaj właściwie z jednej strony mamy hołd dla kina lat 50., z drugiej satyrę na Hollywood. I jest jeszcze intryga kryminalna tocząca się niejako przy okazji. A czego tu nie ma? Musical z marynarzami, film o Dżisasie, western, stylowy film kostiumowy, syreny. Ale jeszcze dziennikarskie plotkary, gwiazdorscy aktorzy, których słabości nie mogą dojść do publicznej wiadomości (alkohol, panienki, bycie samotną matką), sfrustrowani reżyserzy, no i sam Mannix, kuszony by przejść do poważnej fuchy w lotnictwie. Dzieje się tu wiele i dla mnie jest tutaj zbyt chaotycznie, przez co trudno skupić się było na intrydze, poprowadzonej po łebkach.

ave_cezar2

Plusem na pewno jest styl, czerpiący garściami z dawnego kina, gdzie olśniewa dekoracja (sceny z „Ave, Cezar!” czy filmu o syrenach) i kostium. Ludzie są tutaj ubrani naprawdę elegancko, a zdjęcia tylko podkręcają tą otoczkę. Mi najbardziej utkwiła w pamięci scena musicalowa, jakby żywcem wzięta z tamtego okresu (świetna choreografia) oraz próba zmienienia emploi aktora westernowego, Hobie’ego Doyle’a w nowej produkcji Laurence’a Laurentza. To jednak troszkę za mało, by mówić o udanej zabawie. I nawet zabawa w kino dla osób nie interesujących się starym kinem, może pozostać nieczytelna (odniesienia do autentycznych postaci i afer Złotej Ery).

ave_cezar3

Sytuację częściowo próbują ratować aktorzy, jednak poza Mannixem, reszta jest zepchnięta do mniejszych lub większych epizodów. Dominuje tutaj Josh Brolin w roli Mannixa, chociaż wygląda jak detektyw z czarnego kryminału, jest świetnym fixerem, niemal uzależnionym od spoglądania w zegarek, próbującym a to zatuszować pornografię, rozwiązać problem samotnej matki i oczywiście uwielbianej gwiazdy DeeAnn (dobra Scarlett Johansson). Z całego tłumu gwiazd mi najbardziej utkwił w pamięci Aiden Ehrenreich w roli westernowej gwiazdy Hobie’ego (ten południowy akcent) oraz próbującego go ulepić na nowo reżysera Laurentza (niezawodny Ralph Fiennes – szkoda, że go tak mało), a także drobny epizod Frances McDormand (montażystka C.C.).

ave_cezar4

Dawno Coenowie mnie nie rozczarowali, bo inaczej nie jestem w stanie nazwać „Ave, Cezar”. Film, w którym intryga jest tylko pretekstem do pokazania dawnego Hollywood, ale sam czar i nadmiar wątków pobocznych wywołuje dezorientację. Jednak nadal liczę, że jeszcze będę w stanie kiedyś powiedzieć Ave, Coen. Ale to jeszcze nie dzisiaj.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Most szpiegów

Rok 1959, okres zimnej wojny – jeden z najmniej przyjemnych w historii świata. Trwała brutalna i bezwzględna wojna wywiadowcza, gospodarcza i ideologiczna. Jednym z tych żołnierzy tej wojny jest mało znany i nierzucający się w oczy malarz, który tak naprawdę jest pułkownikiem KGB. Nazywał się Rudolf Abel. Kraj chce dać mu sprawiedliwy i uczciwy proces, więc szpieg dostaje adwokata – specjalistę od ubezpieczeń, Waltera B. Donovana. Mówiąc sprawiedliwy i uczciwy proces mam na myśli, że Abel zostanie skazany na śmierć, jak na porządnego szpiega przystało. I wtedy dochodzi do wolty, gdyż na terenie ZSRR zostaje zestrzelony amerykański pilot samolotu U-2. Rząd Moskwy proponuje wymianę, a pośredniczyć w negocjacjach ma Donovan. Miejsce wymiany oraz rozmów: wschodni Berlin.

most_szpiegow1

Nie muszę nikomu tłumaczyć, jak wielkim szacunkiem darze Stevena Spielberga. Jednak ostatnio reżyser tworzy kino, które trzyma świetny warsztat techniczny, jednak emocje gdzieś ulatują podczas seansu. Z „Mostem szpiegów” jest podobnie, gdyż jest to kino z ciekawą historią. Z jednej strony to dramat sądowy (pokazowy proces), gdzie na prawnika jest wytwarzana silna presja – otoczenia, kolegów z pracy, wreszcie CIA, by złamać go. Wiadomo, że być obrońcą wroga publicznego nr 1 oznacza zostanie wrogiem publicznym nr 2. Druga część filmu to kino szpiegowskie, gdzie zostajemy przeniesieni do NRD, gdzie już jest stawiany mur dzielący miasto na dwie części. Jest brudno, mrocznie i niebezpiecznie – gangi, tajna policja, gra wywiadów. Trudno się w tym połapać, a dodatkowo reżyser komplikuje całą intrygę, gdy pojawia się drugi zakładnik. Ale więcej wam nie powiem, zobaczcie to sami.

most_szpiegow2

Reżyser próbuje odtworzyć i pokazać młodemu odbiory, czym była zimna wojna. Czas niebezpiecznej psychozy oraz braku wzajemnego zaufania, gdzie liczy się tylko polityczny cel – przechytrzyć przeciwnika. Teoretycznie jest wszystko, co być powinno w tej produkcji: spokojne tempo, świetne zdjęcia i robiąca duże wrażenie scenografia (chodzi o Berlin – zniszczony, dziurawy i nieodbudowany) oraz przyjemna muzyka ze zmniejszoną dawką patosu. Nawet dobrze jest to zagrane przez niezawodnego Toma Hanksa, który wcielanie się w przeciętnego, amerykańskiego everymana ma opanowane do perfekcji, a lepszy jest tylko stonowany i wyciszony Mark Rylance (Rudolf Abel). Ale całość jest zimna i chłodna niczym zima w Berlinie, a napięcie siada od momentu przyjazdu. Wiadomo jak to się skończy, a momenty teoretycznie trzymające za gardło (kradzież płaszcza, przesłuchania pilota czy sama wymiana) zwyczajnie nużą. Czegoś tutaj zabrakło.

most_szpiegow3

Spielberg niby trzyma fason, ale serwuje zaledwie solidne rzemiosło, które jest tylko solidne i nic ponadto. Panie Spielberg, może pora zrobić sobie przerwę w roli reżysera?

6/10

Radosław Ostrowski

Śmiertelnie proste

Zaczyna się klasycznie – właściciel baru Julien Marty wynajmuje prywatnego detektywa, by śledził jego żonę. Odkrywa on, że żona Marty’ego ma kochanka – kolegę z baru, Raya. Mężczyzna jeszcze raz wynajmuje detektywa, żeby zgasić ogień w majtkach swojej żony oraz jej gacha.

smiertelnie_proste1

Debiut braci Coen wydaje się niczym typowym w ich dorobku wpisując się w nurt kryminału, gdzie prosty plan musi się rozsypać, a działanie jednego człowieka wywołuje poważne perturbacje w życiu pozostałych. Początek – nie boję się użyć tego słowa – przebiega dość żmudnie i usypia bardziej niż jakakolwiek kołysanka. Dialogi są bardzo w stylu braci C., a mroczne zdjęcia Barry’ego Sonnenfelda bardziej niż z czarnym kryminałem, przypominał troszkę kino Davida Lyncha, balansującego na granicy rzeczywistości i snu. Tylko w ten sposób jestem w stanie wytłumaczyć irracjonalność zachowań bohaterów, a dokładniej jednego – Raya (irytujący John Getz). Pamiętajcie, jeśli znajdziecie swojego szefa martwego w barze/biurze/urzędzie (niepotrzebnie skreślić), najpierw weźcie pistolet, którym go zabito i schowajcie mu do kieszeni. A że będą tam wasze odciski palców i nie sprawdziliście, czy szef naprawdę nie żyję – to już jest inna kwestia. To akurat jest najskrajniejszy przykład idiotyzmu, a im dalej, tym głupiej – czasami miałem wrażenie, że detale gubiły się twórcom (zapalniczka schowana za rybami), a krwawy finał to jedyna scena trzymająca w napięciu do samego końca.

smiertelnie_proste2

Zdjęcia i muzyka potrafią zbudować klimat, jednak nudna fabuła oraz bardzo średnie aktorstwo działają odstraszająco. W tym ostatnim aspekcie broni się tylko M. Emmett Walsh (detektyw) ze swoimi powiedzonkami, kowbojskim kapeluszem, sprawiającym wrażenie niegroźnego i dowcipnego kolesia. W tej twarzy jednak pojawia się niebezpieczne spojrzenie, precyzyjnie działającego cwaniaka.

smiertelnie_proste3

„Śmiertelnie proste” miało być mocnym wejście, dzięki któremu Coenowie wybili się na szerokie wody. I było czymś takim, jednak z dzisiejszej perspektywy jest on dość archaiczny, a bardzo prosta i przewidywalna intryga działa bardzo nużąco. Po prostu następne filmy braciszków były dużo, dużo lepsze i ciekawsze od debiutu. Widziałem wersję reżyserską.

5/10

Radosław Ostrowski

Big Lebowski

Krótkie spodenki, szlafrok i klapki na nogach, a w ręku Biały Rusek i okulary na nosie – tak poniekąd wygląda. W papierach ma napisane Jeff Lebowski, ale woli być nazywany Kolesiem. Niby menel jakich wielu, jednak to jemu dwóch zbirów naszczało mu na dywan. Potem okazało się, że to pomyłka. Wzięto go za innego Jeffa Lebowskiego – strasznie dzianego gościa. Ale kiedy panu Lebowskiemu (nie mylić z Kolesiem) zostaje uprowadzona żona, Koleś wplątuje się w dość poważną kryminalną intrygę.

lebowski1

Ten film braci Coen przyniósł im status dzieła kultowego. Co wyróżnia braciszków od innych filmowców? Ich filmy zazwyczaj są albo prostymi opowieściami kryminalnymi, gdzie intryga ulega komplikacjom, obnażając chciwość, zło i głupotę ludzką (‘Fargo”) albo komediami z masą absurdalnego humoru („Arizona Junior”). Więc czym jest „Big Lebowski”? To wypadkowa obydwu konwencji – czarna komedia kryminalna, gdzie nie ma spraw oczywistych, zaś realizacja jest po prostu perfekcyjna (m.in. scena pokazania kręgielni czy odjechane „wizje” Kolesia – najsłynniejsza z nich to „Jaja w rynsztoku”). Już sam początek, gdy mamy wziętą z westernu melodię oraz zaczerpnięta z tego gatunku „jadący” kłąb zmierzający do Los Angeles – można być pewnym jednej rzeczy. Tak zacznie się przygoda waszego życia. A co po drodze? Porwanie, skomplikowana intryga, w której „jest wiele różnych czynników”,  kręgle, niemieccy nihiliści, wkurwiony Polak, artyści, Biały Rusek, kasa i takie tam. Wplątując się w cała historię, będziemy próbowali rozgryźć, co tu jest tak naprawdę grane, zaś zakończenie wywróci wszystko do góry nogami. I to wszystko okraszone kapitalnymi dialogami – takie filmy się po prostu przeżywa, a opowiadanie o nich mija się kompletnie z jakimkolwiek celem.

lebowski2

Jeśli chodzi o aktorstwo mógłbym wymienić tylko jedną osobę, a i tak by wszyscy wiedzieli o kogo chodzi. A imię jego Jeff Bridges i jest to najbardziej rozpoznawalna rola tego aktora. Kim jest Koleś? To podstarzały hipis, który nie ma pracy, ma wszystko gdzieś i ma fajny styl. Przypadkowo wplątany w intrygę, która go przerasta, ale okazuje się, że nie jest do końca takim idiotą, za jakiego jest uważany. Poza nim nie można nie wspomnieć o Walterze Sobczaku, brawurowo zagranym przez Johna Goodmana. Narwany i agresywny Polak, który przeszedł na judaizm z jednej strony potrafi rozśmieszyć, z drugiej mocno balansuje na granicy obłędu i po części to on komplikuje całą sprawę. Poza nimi jest tu przebogata galeria postaci epizodycznych i drugoplanowych, zagrana przez gwiazdorską obsadę. Ale skoro ma się do dyspozycji takie osoby jak Julianne Moore (ekscentryczna artystka Maude Lebowski), Philip Seymour Hoffman (lokaj Brandt), Steve Buscemi (nieogarnięty Donny), Johna Turturro (Jesus Quintana – gracz w kręgle) czy Petera Stormare’a (nihilista Uli Kunker) to byłoby grzechem zmarnować taki potencjał.

Zdrowo kopnięty i dla wielu mocno porąbana historia. Dla mnie do bracia Coen w najczystszej postaci oraz w najwyższej formie. Jeśli jeszcze nie mieliście jeszcze kontaktu z tego typu kinem, musicie koniecznie to nadrobić. Wasze zdrowie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Co jest grane, Davis?

Wiecie kim jest Llewyn Davis? Taki nieogolony, brodaty, bez mieszkania i z gitarą w ręku. Próbuje zrobić karierę jako muzyk folkowy, ale brakuje mu przebicia odkąd rozstał się ze swoim partnerem. Poza tym próbuje gdzieś się przespać, złapać jakiś koncert lub zagrać w studio, jak to w roku 1961. Jednak jego dość chaotyczne życie zmieni się, a wszystko od chwili kiedy po przenocowaniu u sąsiadów ucieknie ich kot.

davis1

A teraz zadam wam drugie pytanie: znacie braci Coen? To takich dwóch cwaniaków, którzy obracają wszystko w złoto, zaś większość ich filmów to pomysłowe i nieszablonowa zabawa w kino. Tym razem poszli trochę szlakiem „Słodkiego drania” Allena, gdzie przedstawiają fikcyjną biografię, jednak nie udają filmu dokumentalnego. Fabuła jest dość pogmatwana (nie zdradzę zbyt wiele, ale ta odyseja będzie ważna dla naszego bohatera – zapętlając się), nie brakuje charakterystycznego dla braci specyficznego humoru (te pełne ironii dialogi) czy elementów surrealizmu (zatrzymanie kierowcy w nocy przez policję), w dodatku okraszone naprawdę cudownymi zdjęciami (ta zieleń nadaje specyficzną aurę). No i najważniejsza rzecz – cudowna, folkowa muzyka (naprawdę kapitalne piosenki), które dodają charakteru do tej dość spokojnej opowieści.

davis2

Ale jedną rzecz mogę powiedzieć – od strony aktorskiej jest to robota na wysokim poziomie. Najważniejszy jest tutaj Llewyn Davis (pierwowzorem tej postaci był Dave Van Ronck – legenda muzyki folkowej z Greenvich Village), świetnie poprowadzony przez Oscara Isaaca, który także pokazuje nieprzeciętny talent wokalny. Kim jest Llewyn? Nieporadnym i nie mogącym znaleźć swojego miejsca na Ziemi grajkiem, zbyt dumnym, by zrezygnować? A może życie rzuca tyloma kłodami, że nie potrafi się z tego podnieść? Pożycza forsę, pomieszkuje od kanapy do kanapy i nie chce iść na kompromisy jako artysta (nie chce grać podczas kolacji). Mimo wad, potrafimy spojrzeć na tego faceta z sympatią i kibicujemy mu, żeby się udało. Poza nim jest dość bogaty drugi plan, jak to u Coenów. Nie zabrakło Johna Goodmana (podstarzały jazzman Roland Turner chodzący o laskach), jest też Garrett Hedlung (małomówny kierowca Johnny Five – autoironia wobec roli z filmu „W drodze”?) czy dawno niewidziany F. Murray Abraham (producent Bud Grossman). Jednak na mnie wrażenie zrobił rudy kocur oraz kompletnie nie do poznania Carey Mulligan. Nerwowa Jean w jej wykonaniu to bardzo mocna postać (kłótnia jej z Llewyem – nikt ostatnio tak pięknie nie klął jak ona), która szuka stabilizacji i łatwo traci nerwy.

Coenowie znów bawią się filmem i tworzą film, który sprawił mi naprawdę sporo frajdy. „Co jest grane, Davis?” to tylko albo aż dobre kino ze świetną obsadą i dość zapętlonym scenariuszem. Jeśli nie znacie braci Coen, to powinniście właśnie od tego filmu zacząć. A potem powinno być tylko lepiej.

7,5/10

Radosław Ostrowski


Gambit, czyli jak ograć króla

Harry Deane jest pracownikiem konesera sztuki Lionela Shahbandara, który jest strasznie dziany i traktuje innych z wyższością, m.in. Harry’ego, który planuje oskubanie swojego pracodawcy za pomocą fałszywego obrazu. Ale potrzebuje jeszcze do pomocy kobiety – wybór pada na kowbojkę PJ Puznowski.

gambit1

Bracia Coen nie mają ręki do remaków. Tym razem napisali scenariusz do nowej wersji filmu z 1966 roku, gdzie główne role grali Michael Caine i Shirley MacLaine. Reżyserii podjął się Michael Hoffman, jednak nawet to nie jest w stanie wytłumaczyć dlaczego ten film jest tak nieudany. Braciszkowie mają swój bardzo wyrazisty styl i specyficzne poczucie humoru, które tutaj zostało mocno stępione (jak zabawne może być przechodzenie przez okno – dwa razy – w hotelu, kończąc w tym samym pokoju). Intryga jest przede wszystkim nudna, humor jak wspomniałem bardzo niskich lotów, a realizacja po prostu przeciętna. Szkoda, bo mogło to być bardzo stylowe i eleganckie kino, zamiast pierdów, golizny niepotrzebnej i czerstwości.

gambit2

Sytuację próbuje ratować obsada i wychodzi im to całkiem przyzwoicie. Colin Firth stawia na swoją flegmę i ciapowatość, Cameron Diaz trochę drażni swoim teksańskim akcentem, a Alan Rickman jest bucem, chamem i prostakiem. Asystuje im jeszcze Stanley Tucci (znawca sztuki Zaidenweber) i Tom Courtney (major Wingate – fałszerz), którzy też dali radę.

Ale nawet najlepsza obsada i solidna realizacja nie jest w stanie przykryć marności scenariusza. Dla mnie jest to spore rozczarowanie.

4/10

Radosław Ostrowski