Don Jon

Jon to młody chłopak, którego rytm dnia jest dość oczywisty i przewidywalny. Najpierw samochód, Kościół, rodzina, siłownia, a wieczorem wypad na klub, wyrwanie laski, seks i… pornosy. Bo „żadna prawdziwa laska nie jest w stanie zastąpić laski z pornola”. Do czasu, kiedy pojawi się ubrana w czerwonej sukience Barbara. Żeby ją zaliczyć Don Jon, będzie musiał zdobyć ją w standardowy sposób (randki, poznanie jej rodziny, wspólne oglądanie filmów). Ale gdy się dowie, że on lubi pornole, lekko nie będzie.

don_jon1

Joseph Gordon-Levitt to jeden z ciekawszych aktorów swojej generacji, zgrabnie balansujący między niezależnym kinem („500 dni miłości”), a bardziej komercyjnymi produkcjami (m.in. „Incepcja”), ale tym razem postanowił się naprawdę ostro popracować, gdyż „Don Jon” to jego debiut jako reżyser i scenarzysta. I pozornie serwuje nam opowieść o pornografii i uzależnieniu od niej, co jest po części prawdą. Ale tak naprawdę szuka odpowiedzi na najbardziej nurtujące pytanie – jak stworzyć związek damsko-męski? Bo pornografia jest jedną z przyczyń doprowadzająca tak naprawdę do skrzywienia naszych wyobrażeń na temat miłości i życia w ogóle. Pornosy stały się naprawdę łatwo dostępne (w wersji miękkiej mamy zarówno w gazetach, telewizji, a o Internecie czy tabletach nawet nie wspomnę), ale tak naprawdę tych ograniczeń (Kościół, dbanie o swoje ciało, rodzina) jest więcej, choć reżyser skupia się na pornografii, która jest tutaj centrum wszystkiego. Całość mocno uderza wizualnie (pulsujący montaż, powtarzalność pewnych scen – Kościół, siłownia) i jest zrobiona w sposób naprawdę niekonwencjonalny, zaś dialogi są miejscami naprawdę ostre i pieprzne (i nie chodzi mi tylko o rzucanie fakami na prawo i lewo).

don_jon2

Może zakończenie trochę psuje ten efekt (dość banalne, ale na szczęście nie topornie podane przesłanie, że jeśli chcesz zatracić się w kimś, to musi pójść w dwie strony – inaczej lipa), jednak mimo to reżyserowi udaje się uniknąć pułapek, nie tworząc kolejnej banalnej romantycznej komedii. I bardzo dobrze, bo ile można robić tą samą banalną opowiastkę o tym jak żyli długo i szczęśliwie.

No i jeszcze w dodatku jest to naprawdę dobrze zagrane. Gordon-Levitt obsadził samego siebie w roli Dona Jona (brzmi dość podobnie jak Don Juan) i świetnie sobie poradził jako „płytki” facet. On marzy tylko o zaliczaniu panienek i nawet udawanie „normalnego” faceta nie jest dla niego problemem. Ale on zawsze wypada wiarygodnie, zaś jego walka z nałogiem potrafi poruszyć. No i ten żel na głowie, ten głos (trochę „grubszy”) – fajny facet, który powoli dojrzewa z chłopca do mężczyzny. Zaś sprawczyniami tego zamieszania są dwie panie. Pierwsza to Scarlett Johansson, czyli Barbara Sugarman. To ona jest sprawczynią całego zamieszania. I wierzcie mi lub nie, ale to jest jej najlepsza rola. Jaka jest Barbara? Apetyczna, pewna siebie, próbująca dominować. No i najważniejsze – jest świadoma swojego seksapilu, owijając facetów wokół swoich palców. Natomiast tą drugą jest będąca w formie Julianne Moore. Jej Esther poznana przez bohatera na wieczorowych zajęciach, sprawia wrażenie trochę nieporadnej kobiety (notatki, kaseta z porno czy palenie zioła), ale tak naprawdę to dojrzała i samotna kobieta, która otworzy Donowi oczy. I jest jeszcze Tony Danza jako ojciec Jona – prawdziwa petarda.

don_jon3

Gordon-Levitt zaskakuje pozytywnie swoim debiutem – jest niekonwencjonalny realizacyjnie, ma mocne dialogi i kilka ciekawych obserwacji. Na pewno ten człowiek jeszcze nas zaskoczy. Ktoś chce teraz obejrzeć pornosa?

7/10

Radosław Ostrowski

Ich noce

Ellie Andrews jest zbuntowaną córką milionera, która wbrew jego woli wyszła za mąż za Kinga Weasleya. Ojciec próbuje unieważnić ślub i nawet siłą przetrzymują ją na jachcie, jednak udaje się jej uciec. Chce dotrzeć do Nowego Jorku, jednak bez pieniędzy może być to problemem. Po drodze poznaje cynicznego dziennikarza Petera Warne’a, które chce całą jej historię opisać.

ich_noce1

Frank Capra był jednym z tych reżyserów, którzy pokazywali i chwalili prostotę życia, życzliwość nad bogactwo i dostatek. Ten film w zasadzie można określić jako matkę wszelkich komedii romantycznych, wzorzec będący inspiracją dla wielu. Zderzenie dwóch różnych charakterów i miłość, która pojawia się nieproszona i jak widać lubi przeciwieństwa. Nie brakuje tutaj ironicznego humoru, pełnych ciętych dialogów i złośliwości, ale całość jest zaskakująco urocza, lekka, inteligentna oraz naprawdę zabawna. Może i wydaje się to trochę naiwne i staroświeckie, jednak paradoksalnie „Ich noce” się nie zestarzały, nadal potrafią poruszyć i bawić (próba złapania stopa, „Mury Jerycha” czy kłótnia w celu zmylenia detektywów), to ma swój urok, mimo cenzury (a może dzięki temu).

ich_noce2

Poza dialogami i humorem, siłą napędową jest duet Clark Gable-Claudette Corbert. Oboje w pewnym sensie grają przed sobą swoje role – cynika, ukrywającego swoją wrażliwość dziennikarza oraz rozpieszczoną i trochę nieporadną kobietę żyjącą w dostatku. Jednak tak naprawdę to osoby szukające swojego miejsca na ziemi. Bez nich ten film nie byłby tak udany (i nie jest to przesada). W zasadzie drugi plan też jest dość interesujący, ze szczególnym wskazaniem na Waltera Connolly’ego (Alexander, ojciec Ellie) oraz Roscoe Carnsa (gadatliwy Shapeley).

Może i ten film ma 80 lat, ale urok i czar nie uległ osłabnięciu. Nadal potrafi rozśmieszyć, bawić i poruszyć, a to sztuka, która udaje się naprawdę wielkim. Zachęcam gorąco do obejrzenia tego filmu.

8/10

Radosław Ostrowski

Wspaniała

Rok 1958. Młoda dziewczyna Rose Pamphyle jest córką aptekarza, która potrafi dobrze pisać na maszynie. Chce wyrwać się z małego miasteczka i znaleźć pracę swoich marzeń – innymi słowy, chce zostać sekretarką. Przyjeżdżając do Lisieux trafia do niejakiego Louisa Echarda – agenta ubezpieczeniowego. Ten chce ją zatrudnić, ale pod jednym warunkiem: jak wygra zawody w szybkim pisaniu na maszynie.

wspaniala1

Francja i komedia romantyczna to połączenie, które zazwyczaj sprawdza się tylko we Francji. W ostatnim czasie francuska komedia była co najwyżej niezłą produkcją, która bywała czasami zabawna. „Wspaniała” po części wpisuje się w ten poziom, jednak w porównaniu do innych komedii z tego kraju oglądało się ją naprawdę przyjemnie, choć reklamowanie jej jako krzyżówki „Amelii” z „Mad Men” jest mocno przesadzone. Jeśli już porównywać, to bliżej temu filmowi do „Pigmaliona” (nauka szybkiego pisania). Wiadomo w jakim kierunku pójdzie ten film, jednak sytuację ratują ironiczne dialogi. Od strony realizacyjnej, Regisowi Roinsardowi trudno zarzucić cokolwiek. Ładne zdjęcia, stylowe kostiumy i scenografia budują klimat czasów, w których to słowo feminizm nie było zbyt popularne jak teraz, jednak używanie maszyny do pisania jako wyzwolenia kobiet nie do końca mnie przekonuje.

wspaniala2

W dodatku jest to całkiem nieźle zagrana historia. Zarówno śliczna Deborah Francois (niepewna, uparta Rose) i dobrze wyglądający Romain Duris (skryty Louis Echard) tworzą dość zgrabny duet, który przykuwa uwagę. Reszta obsady robi za tło i jest mniej wyrazista.

Nie jest to wspaniały film, jak można było się spodziewać po tytule. Niemniej w letnie popołudnie możne miło spędzić czas.

6/10

Radosław Ostrowski

Paryż-Manhattan

Alice jest córką aptekarza i jedyną w rodzinie, która nie jest z nikim związana. I już jako mała dziewczynka zakochała się w filmach Woody’ego Allena. I przez kilkanaście lat trwa w kawalerstwie, zostaje szefową apteki. I wtedy pojawia się Victor – specjalista od alarmów.

paryzmanhattan1

Allen to filmowiec, którego wpływ na kino jest czymś niepodważalnym, ale dopiero teraz pojawił się film będący hołdem dla Nowojorczyka. Został on zrealizowany przez francuską reżyserkę Sophie Lellouche. I mamy tu wszystko, z czego znany był Allen, tylko że jesteśmy w Paryżu zamiast Nowym Jorku i wszyscy tutaj mówią po francusku. Reszta jest po staremu: neurotyczni bohaterowie (rodzina z nałogami i nawykami), zdradzający mężowie, ironiczne dialogi, jazzowa muzyka i dobry humor, niepozbawiony uroku, zaskakujących sytuacji (w aptece poza lekami są dodawane filmy Allena czy próba kradzieży). No i rzecz jasna pojawia się sam Allen jako wisienka na torcie. W zasadzie film ma jedną małą wadę: jest po prostu za krótki (tylko 80 minut?) i miałem poczucie lekkiego niedosytu. Nie zmienia to faktu, że mamy do czynienia z naprawdę zabawnym filmem, choć może zakończenie zbyt bajkowe, ale mi to nie przeszkadzało.

paryzmanhattan2

I jeszcze jak to jest zagrane. Tutaj brylują urocza Alice Taglioni (Alice) oraz świetny Patrick Bruel (Vincent), który serwuje najlepsze teksty i to wypisz-wymaluj Allen w wersji francuskiej (tylko nie jest neurotykiem). Gdy pojawiają się razem, dosłownie lecą iskry, tak odczuwalna jest chemia. Poza tym duetem i wspomnianym Allenem (nie tylko na fotografii), warto wyróżnić Marine Deltermer (Helene, siostra Alice) i Marie-Christine Adam (matka).

„Paryż-Manhattan” to naprawdę urocza i bardzo sympatyczna komedia z Francji, co nie zawsze jest dobrym połączeniem, ale ja się tu naprawdę dobrze bawiłem. Może dlatego, że jestem fanem Allena i poczułem się tu jak w domu? A wy spróbujecie?

7/10

Radosław Ostrowski

Wiecznie żywy

Osiem lat temu wybuchła epidemia, która zamieniła ludzi w zombie. Ludzie, którzy przeżyli odgrodzili się murem od reszty, rządzeni przez wojsko i wychodzą na zewnątrz, by szukać lekarstw. Podczas jednej takiej akcji, córka generała zostaje porwana przez jednego z zombie, niejakiego R, który się w niej… zakochuje.

zombie1

Komedia romantyczna i zombie? Wiem, to brzmi dziwnie, ale Amerykanie nie znają słowa „nierealne”, tylko „nieopłacalne”. Reżyser Jonathan Levine nakręcił wcześniej znakomite „Pół na pół”, które łączyło komedię z rakiem, więc stworzenie tego pokręconego mariażu w „Wiecznie żywym”, nie powinno sprawiać żadnego problemu. Nie brakuje dowcipnych, ale i niepozbawionych refleksji dialogów i dość przekonująco pokazano miłość niemożliwą, bo między żywym a martwym, po raz kolejny pokazując siłę miłości. Więcej treści nie podam, bo za spojlerowanie grozi knebel, a efekt jest pozytywnie zaskakujący. Cała reszta też trzyma dobry poziom – zaczynając od zdjęć i montażu, poprzez charakteryzację i efekty specjalne, aż po ścieżkę dźwiękową, gdzie obok Boba Dylana i Bruce’a Springsteena pojawia się Bon Iver i The National. Nie brakuje też scen strachu (przecież to jest horror, nie), ale są pozbawione krwi i brutalności (poza jedzeniem mózgu, który wywołuje wspomnienia zmarłego, ale wiadomo, że to nie wegetarianie).

zombie2

Muszę przyznać, że w przypadku tej pokręconej opowieści, wszystko było w rękach aktorów, którzy zrobili wszystko, by ten romans uwiarygodnić. Między Nicholasem Houltem (introwertyczny R, który jest narratorem całej opowieści) a Teresą Palmer (delikatna Julie, przy okazji wygląda trochę jak Kristen Stewart, ale lepiej gra) jest chemia, choć początkowo jest przerażenie (wiadomo dlaczego). Poza nimi na drugim planie wybijają się Rob Corddry (zombie Marcus) i John Malkovich (generał Grigio).

Rzadko zdarzają się takie połączenia. Trochę szkoda, bo dzięki temu kino byłoby bogatsze. Sprawnie zrobione, ciekawie opowiedziane i oryginalne.

7/10

Radosław Ostrowski

Vicky Cristina Barcelona

Vicky i Cristina to przyjaciółki, które przyjechały na wakacje do Barcelony. Obie panie różni wszystko – Vicky to rozważna brunetka, która ma wkrótce wyjść za mąż, Cristina jest romantyczną blondynką, nie potrafiącą odnaleźć miejsca na ziemi. Ich życia zostaną wywrócone do góry nogami. A wszystko przez przypadkowo poznanego malarza, Juana Antonio Gonzalo.

Woody Allen po londyńskich eskapadach postanowił kontynuować tournee po Europie, tym razem odwiedzając Hiszpanię. I kolejny opowiada o miłości, związkach, trójkątach, a nawet czworokątach. Problem polega na tym, że po pierwsze mało zabawnie (jak na Allena), po drugie za mało wnikliwie (jak na Allena), bo historia jest mało wciągająca i nieciekawa. Owszem, jest piękna hiszpańska muzyka, plenery też są pięknie namalowane, wręcz kipi to jasnymi kolorami. Jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z ładną otoczką i niczym więcej. Jeszcze ten narrator, który dopowiada to, czego powinniśmy się domyślić (jeszcze nigdy wcześniej reżyser nie stosował typowego narzędzia reżyserskiego, czyli łopaty). Znacznie ciekawiej Allen tą tematykę opowiedział w „Hannah i jej siostrach” czy „Mężach i żonach”. Zabrakło chyba ciekawej opowieści tutaj.

Obsadowo jest naprawdę dobrze. Rebecca Hall i Scarlett Johansson jako rozważna oraz romantyczna radzą sobie naprawdę dobrze. Jednak całe szoł ukradli im świetny Javier Bardem (pogubiony Juan Antonio) oraz kapitalna Penelope Cruz, która pojawia się dopiero w połowie filmu i tworzy zapadającą w pamięć rolę kobiety zmierzającej w stronę autodestrukcji.

Cóż, Allen chyba nie radzi sobie zbyt dobrze poza Nowym Jorkiem, co niestety tym filmem potwierdził to. Czy jest szansa na to, że Nowojorczyk wróci do dobrej formy? Następny film wam to wyjaśni.

6/10

Radosław Ostrowski

Wszyscy mówią: kocham Cię

W Nowym Jorku żyje dość zamożna rodzina o mocno liberalnych poglądach, a przewodniczką naszą jest 17-letnia Djunia zwana DJ. Jej ojciec po rozwodzie próbuje na nowo żyć w Paryżu, matka zaś ponownie wyszła za mąż za prawnika Boba, zaś przyrodnie siostry zakochały się w tym samym chłopaku, a najstarsza Skylar poznała chłopaka Holdena, z którym chce się związać. Ale jak wiadomo życie lubi komplikować już nie tak łatwe sprawy.

wszyscy mowia

Jeśli wydawało wam się, że Woody Allen niczym was nie jest w stanie zaskoczyć, to znaczy, że nie widzieliście tego filmu. Bo tym razem Nowojorczyk wpadł na szalony pomysł, by to co zawsze przekazać w konwencji… musicalu, a wszystko toczy się w jednym roku. Okraszone to jedynym w swoim rodzaju poczuciem humoru, pokazując kolejny raz jak bardzo życie potrafi być przewrotne. A wszystko okraszone galerią ciekawych postaci, eleganckiej muzyki i piosenek, które naprawdę są dobrze zaśpiewane. I nie chodzi mi tu o technikę, ale o szczerość i energię, zaś choreografia też zasługuje na uznanie za pomysłowość (scena w szpitalu czy w… domu pogrzebowym, gdzie budzą się zmarli). I ten Nowy Jork, który w każdej porze roku wygląda pięknie (zwłaszcza w filmach Allena, choć finał odbył się w Paryżu i po drodze zahaczyliśmy o Wenecję), przy okazji szydząc z poglądów liberalnych i konserwatywnych.

I znowu udało się zebrać aktorów z czołówki. Bo jak wytłumaczyć fakt, że w jednym filmie mamy Edwarda Nortona, Goldie Hawn, Julię Roberts, Tima Rotha, Alana Aldę i Natalie Portman? Oczywiście, pojawia się i sam Woody, ale jest tutaj bohaterem drugoplanowym. Wszyscy wypadli bardzo dobrze i równie wybornie śpiewają (najlepszy jest w tej materii Norton).

Lekkie, zabawne i eleganckie – tak bym ująć ten film. Ma w sobie urok starych musicali, a jednocześnie jest to film Allena. Taka mieszanka działa naprawdę świetnie.

7/10

Radosław Ostrowski

Jej wysokość Afrodyta

Lenny i Amanda są małżeństwem. On pisze o sporcie, ona chce prowadzić własną galerię. Oboje nie mogą mieć dziecka, choć się starają. W końcu oboje się decydują na adopcję. I tak trafia im się chłopiec Max – błyskotliwy i inteligentny. Lenny chce poznać biologicznych rodziców chłopca. Podstępem odkrywa, że jego matka Linda jest aktorką porno i prostytutką. Mężczyzna stara się zmienić jej życie.

afrodyta1

Woody Allen o tym co zawsze. Ale jest jedna pewna różnica – bo tutaj reżyser wplótł chór z greckiego teatru, który komentuje wydarzenia na ekranie. Gry słowne i aluzje do greckiej mitologii są pewnymi smaczkami wobec fabuły, która nie jest ani zaskakująca, ani wciągająca. Owszem, wtórność zawsze była pewnym znakiem rozpoznawczym Allena, ale przychodzi taki moment, że zaczyna być poważnym problemem i po raz pierwszy od pewnego czasu, zaczyna robić się nudno. Relacje z kobietami, rozstania, przewrotność ludzkiego losu – to już było wcześniej i to w lepszej formie. Humor częściowo ratuje sytuację (grecki chór śpiewający pod koniec „When You’re Smiling” czy próba kontaktu z Zeusem), ale tylko częściowo. Schemat zaczyna przeszkadzać i żadne urozmaicenia nie są w stanie tego uratować.

afrodyta2

Aktorsko jest tutaj dość nierówno. Allen grający główną rolę (jak prawie zawsze) wypada całkiem nieźle i ma parę zabawnych ripost, ale partnerująca mu Helena Bohnam Carter jako Amanda nie ma tu nic do zagrania i sprawia wrażenie zmęczonej. Za to objawieniem jest nagrodzona Oscarem Mira Sorvino w roli Lindy – sympatycznej, ambitnej, ale niezbyt mądrej kobiety oraz F. Murray Abraham w roli koryfeusza, zaś w epizodach pojawiają się m.in. David Ogden Stiers (Lajos), Olympia Dukakis (Jokasta) i Danielle Ferland (Kasandra).

Ten film to lekka zniżka formy, ale poniżej pewnego poziomu Allen nie schodzi i w paru miejscach rozbraja.

6/10

Radosław Ostrowski

Manhattan

Isaac Davis jest nowojorskim scenarzystą piszącym dla telewizji. Płaci alimenty swojej byłej żonie, która wychowuje jego syna z inną kobietą i jest w nim zakochana 17-letnia Tracy. Jednak Issac pewnego dnia rzuca swoją pracę i próbuje pisać książkę. Jakby było tego mało, Isaac poznaje pochodzącą z Filadelfii Mary. Z początkowej niechęci zaczyna wyrastać coś więcej.

Po próbie eksperymentu z Bergmanem, Woody Allen zdecydował się wrócić do tego, co umie najlepiej, czyli komedii w stylu „Annie Hall”. Nie ma tu łamania perspektywy i chronologii, za to jest jest Nowy Jork, środowisko artystyczne prowadzące pseudointelektualne rozmowy o sztuce i seksie, miłosne komplikacje. Jednym słowem życie i cała reszta + dialogi w stylu Allena. A wszystko to toczy się w jedynym możliwym mieście – Nowym Jorku. Nakręcona na czarno-białej taśmie przez Gordona Willisa (ten sam operator odpowiada za zdjęcia do „Ojca chrzestnego”), miasto wygląda piękniej i magicznie, zaś kilka ujęć jest po prostu fantastycznych (początek, gdzie widzimy miasto czy wizyta w planetarium), Magia ta jest potęgowana przez muzykę George’a Gershwina. A dlaczego tak jest to zrobione, już wyjaśniają pierwsze zdania tego filmu i więcej nie zdradzę.

manhattan1

Allen znowu pojawia się na ekranie (we „Wnętrzach” się nie pojawia) i znów kreuję tą samą postać – neurotycznego inteligenta, pełnego wątpliwości, w dodatku odrzucający szczerą miłość 17-letniej dziewczyny (czarująca Mariel Heminghway, która tworzy bardzo dojrzałą kreację) ze względu na wiek. Isaac kocha Nowy Jork, bez którego nie wyobraża sobie życia i stara się być perfekcyjny. Poza wspomnianą jeszcze Mariel, z pań wybija się niezawodna jak zawsze Diane Keaton (równie neurotyczna i inteligentna Mary) i Meryl Streep (Jill, sarkastyczna była żona Davisa), zaś panów reprezentuje Michael Murphy (Yale – kumpel Isaaca).

manhattan2

Allen tym filmem wrócił do dobrej formy, a po latach to jeden z lepszych i klimatycznych filmów Nowojorczyka. Znać wypada, po prostu.

7/10

Radosław Ostrowski

Annie Hall

Alvy Singer jest nowojorskim komikiem, który odnosi pewne sukcesy.  Ale jego prywatne posypało się. Niedawno rozstał się z Annie Hall – młodą, obiecującą piosenkarką. Nie mogąc o niej myśleć opowiada nam historię tego związku.

annie_hall1

Ten film jest dla Allena jest punktem zwrotnym i wyznacznikiem stylu reżysera, kompletnie odcinając się od dotychczasowego dorobku. Nie ma tutaj gagów, pastiszu czy zgrywy, w zamian pojawiają się błyskotliwe dialogi, pełne ironii, złośliwości i odniesień do kultury. Allen nie oszczędza nikogo, a najbardziej siebie – zakompleksionego inteligenta z obsesjami na punkcie śmierci, seksu i antysemityzmu, zaś psychoterapeuci biorą szmal i nie do końca pomagają. To tutaj bohater Allena zwraca się bezpośrednio do widowni, łamie chronologię i zderza rzeczywistość z przeszłością (rozmowa rodziny Annie z rodziną Alvy’ego), co potem będzie pojawiać się wielokrotnie. Jednak tutaj pojawia się tu też pytanie, które sobie zadają wszyscy ludzie: dlaczego fascynacja dwojga ludźmi nagle się wypala i gaśnie? I czemu miłość nie trwa wiecznie. No właśnie, dlaczego? Odpowiedzi nie ma, zaś połamana chronologia uatrakcyjnia całość, bo po chwili radości nagle widzimy jak się kłócą i sprzeczają. A wszystko z błyskotliwymi dialogami, jazzem w tle oraz tak rozpoznawalną czołówką, która będzie nam towarzyszyć do samego końca. No i Nowy Jork – miasto tak specyficzne, które Allen tak kocha, niezwykłe, specyficzne, pokręcone.

annie_hall2

Allen tutaj jest tym Allenem, którego tak bardzo pokochały miliony na świecie. Neurotyczny, zakompleksiony inteligent, który nie radzi sobie ze swoimi obsesjami (śmierć, seks). Równie neurotyczna jest Annie (życiowa rola Diane Keaton), zaś chemia między nimi jest wręcz namacalna. Drugi plan też jest pełen ciekawych postaci jak przyjaciel Rob (Tony Roberts), pierwsza żona Alvy’ego – Allison (Carol Kane), zaś w epizodach pojawiają się tu Christopher Walken (brat Annie, Duane), Jeff Goldblum (facet na przyjęciu) i Sigourney Weaver (dziewczyna w kinie).

annie_hall3

Nic dziwnego, że ten film uważany jest za opus magnum Allena. Od tego filmu zaczęła się wielka sława tego reżysera oraz TO poczucie humoru. Ostatnim filmem o tej tematyce w takim stylu, było „500 dni miłości” (które też polecam).

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski