Wielka draka w chińskiej dzielnicy

Często zdarza się tak, że zwykły człowiek pakuje się w historię tak nieprawdopodobną, że nie może być prawdziwa. Bo jak na chłopski rozum wyjaśnić udział sił magicznych w naszej rzeczywistości – zwłaszcza, jeśli jest to chińska czarna magia. Tego nie spodziewał się spotkać Jack Burton. Kim on jest? Zwykłym kierowcą ciężarówki, który przyjazdem trafił do San Francisco, by odwiedzić kumpla – Wang Chi. Czeka on na swoją dziewczynę z Chin, jednak odbiór dziewczyny z lotniska mocno się komplikuje, w czym ma udział drobne gangi oraz pradawny demon ukryty pod postacią Lo Pana.

wielka_draka1

John Carpenter kojarzy się głównie z mrocznymi filmami grozy, jednak „Wielka draka w chińskiej dzielnicy” to kino tak inne, że nie można było się tego spodziewać po twórcy „Halloween”. I znowu jest to mix różnych elementów: niepozbawionej elementów fantastyki baśni, połączonej z kinem akcji oraz polanej komediowym sosem. Mrok tutaj pojawia się bardzo rzadko (kanały, podziemia), chociaż czuć mocno stawkę. Jest bardzo zabawnie, wręcz kolorowo, choć nie brakuje scen przemocy. Dynamicznie zmontowane bijatyki niczym z jakiegoś karate czy pojedynek na broń białą ze skokami oraz lataniem niczym z „Przyczajonego tygrysa…” do dziś potrafią zrobić wrażenie. Tak samo jak niemal wystawna scenografia, pełna wschodnich motywów, strojów, dekoracji oraz polana „orientalnym” wschodem muzyka. I ku mojemu zdumieniu naprawdę dobrze się bawiłem, mimo że główny bohater jest troszkę pierdołowaty, ale do tego jeszcze dojdę.

wielka_draka2

Sama intryga poprowadzona jest bardzo zgrabnie, a humor z akcją idą ręka w rękę. Nawet efekty specjalne prezentują się całkiem nieźle (pioruny, pirotechnika), choć dziś wydają się archaiczne. Carpenter bardzo sprawnie miesza konwencję, nie wywołując dużych zgrzytów (co się nie udało w późniejszym „Oni żyją”) oraz dostarczając masę frajdy.

wielka_draka3

A największym nośnikiem jest kompletnie odjechany Kurt Russell, który tutaj troszkę parodiuje typowego amerykańskiego twardziela. Burton wydaje się twardym facetem, z silnymi pięściami, chodzący niemal non stop w podkoszulku, rzucający bon motami. Ale na chińskie moce może to nie wystarczyć, bo Jack nie jest typowym zbawcą świata i wiele razy dostaje łupnia, wkracza jak jest po wszystkim, co dodaje wiele świeżości. Tworzy on bardzo ciekawy duet z Dennisem Dunem (Wang Chi), który robi na ekranie cuda niewidy. Pięści, nogi, miecze idą w ruch, co daje prawdziwego kopa. Tak samo świetny jest James Hong w roli Lo Pana – taki czarny charakter, który bywa przerysowany, ale w granicy konwencji. Troszkę bladziej prezentują się panie, ograniczone do roli damy w opałach, chociaż Kim Cattrall (Gracie Law) bywa bardziej zadziorna i charakterna.

To jeden z bardziej nieoczywistych filmów Johna Carpentera, który postanowił się zwyczajnie zabawić. „Wielka draka…” ma w sobie coś z kina nowej przygody, niepozbawiona mroku, lecz zaskakująco lekka. Bardzo barwne, dynamiczne kino akcji z bardzo jajcarskim Kurtem Russellem.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Deadpool 2

Trudno było mi zapomnieć tego kolesia w czerwonym, lateksowym stroju, który miał dość luźne podejście do życia. Wade Wilson, bardziej znany jako Deadpool, pojawił się na dużym ekranie z hukiem w 2016 roku. ten moment był dla kina superbohaterskiego tym, czym pierwsza erekcja u nastolatka – punktem granicznym, po którym już nic nie będzie takie samo. Żaden film o superherosach nie był tak samoświadomą parodią tego gatunku, co przygody Najemnika z Nawijką. Film zgarnął w chuj hajsu, więc musiał nadejść ciąg dalszy. Pytanie tylko, czy jest to zwykły skok na kasę, czy może jednak coś więcej?

deadpool_21

W jedynce fabuła była tylko pretekstowym origin story, gdzie poznawaliśmy losy naszego (anty)bohatera po bardzo ciężkich przejściach. Ale teraz Wade wydaje się być szczęśliwy ze swoją kobietą Vanessą. Poza tym, normalnie pracuje: a to trzeba odrąbać łeb kilku kretynom, pozarzynać kilku złych typków, by pokój i miłość zapanowały na świecie. Szczęście jednak nie trwa długo, a świat dla Wade’a stanie się jednym wielkim kurestwem, pozbawionym sensu i nadziei. Czy jest dla niego szansa? Na jego drodze pojawia się dwóch kolesi, którzy wywrócą jego życie do góry nogami: młody, narwany mutant Russell oraz przybywający z przyszłości Terminator (z powodu problemów związanym z prawami autorskimi nazywany jest tutaj Cable).

deadpool_22

Choć zmienił się reżyser (debiutującego Tima Millera zastąpił troszkę bardziej doświadczony David Leitch), to Deadpool w zasadzie pozostał tym samym kolesiem, co zwykle. Nadal pajacuje i wykorzystuje każdą sytuację, by przyłożyć jakimś żartem (od seksualnych podtekstów oraz olania politycznej poprawności poprzez popkulturowe aluzje oraz całą konwencję kina superhero), ale jednocześnie pozostaje troszkę bardziej serio. W końcu to przecież film familijny, w którym nasz bohater próbuje odnaleźć swoje miejsce na ziemi po wielkiej tragedii, przy okazji odkrywając siłę rodziny (niczym ekipa Vina Diesela w „Szybkich i wściekłych”). I jak to w każdym filmie familijnym, muszą pojawić się – cytując pewnego rapera – „pościgi, strzelaniny, skurwysyny” z krwią oraz bluzgami. A co mnie najbardziej uderzyło to fakt, jak płynnie te dwa tony przeplatają się ze sobą, bez wywoływania poważniejszych zgrzytów.

deadpool_24

Także sceny akcji są po prostu lepiej zrealizowane, jest troszkę więcej efektów specjalnych oraz bardzo dynamicznego montażu zmieszanego z kreatywną choreografią. Co w przypadku tego reżysera nie jest niczym zaskakującym (w końcu pomógł zabić psa Johna Wicka oraz uruchomił zabójczą Atomową Blondynę), ale jak przyjemnie się to ogląda (atak na więzienie czy próba odbicia Russella z konwoju), odpowiednio podkręcając adrenalinę. Takiej dzikiej frajdy nie miałem przy filmie o gościach w lateksowych ciuchach od czasu obydwu części „Strażników Galaktyki”. Nadal film pozostaje zgrywą z konwencji (skomentowanie punktu zwrotnego, początek, walka dwóch postaci wygenerowanych komputerowo, czy finałowa scena umierania, ciągnięta tak długo, by docenić ją mogli członkowie Akademii Filmowej), ale robi to po prostu lepiej. Jest tylko jeden, poważny problem: dwójka to w zasadzie jedynka, tylko na sterydach. Nie ma tego zaskoczenia, co w przypadku jedynki. Z czego ono wynikało? Że poza wielkimi fanami komiksów nikt nie widział, kim do chuja Pana jest Deadpool. Dla szaraczka wyglądał jak Spider-Man noszący katany.

deadpool_25

Drugi „Deadpool” to nadal one man show Ryan Reynoldsa, który ewidentnie czuje tą postać i bezczelnie drwi z samego siebie. Różnica między aktorem a postacią odgrywaną przez niego jest praktycznie niezauważalna, co jest tutaj ogromnym plusem. Bo nie wiadomo, czy Reynolds gra Deadpoola, czy Deadpool gra Reynoldsa. Stara ekipa nadal radzi sobie bardzo dobrze, ale to nowe postacie tutaj intrygują. Świetnie wypadł Josh Brolin jako Thanos, eee, znaczy Kabel (przy „Deadpoolu 2” dystrybutor powinien nakleić: Nie pomyl roli Brolina 😉  ) – naznaczony tragedią mściciel z przyszłości. Poważny dramat bohatera świetnie uzupełnia się z nie do końca poważnym Deadpoolem, dodając jeszcze więcej ognia w tej pokręconej relacji. Coś czuję, że w sequelu jeszcze namiesza (i dobrze). W podobnym tonie krąży Julian Dennison w roli młodego, wkurwionego Russella. To osobnik, potrzebujący wsparcia, z mroczną przeszłością oraz żądzą zemsty. Ta mieszanka słabości oraz napędzającego go gniewu działa bardzo mocno i pozwala stworzyć pamiętną postać. Równie wyrazista jest Zazie Beats w roli „fuksiary” Domino – jak jej moc jest pokazana, staje się kolejnym pretekstem do żartów, chociaż w dalszych scenach nie praktycznie wiele do roboty.

Powiem to krótko i oszczędnie: drugi Deadpool jest zajekurwabistym filmem. Co z tego, że w zasadzie daje to samo, skoro jest nadal soczystym stekiem z bluzgów, polanym sosem z czarnym humorem, nie uznając litości dla nikogo (poza politykami – ci oberwą w „Deadpoolu 3: Zrobieni w chuja”), jednocześnie dostarczając mnóstwo frajdy. Boję się myśleć, co filmowcy odjaniepawlą w trójce.

deadpool_23

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zgon na pogrzebie

Jaka uroczystość powoduje, że pojawiają się dawno nie widziani członkowie w jednym pomieszczeniu? Ślub, wesele, Wigilia, Wielkanoc. Ewentualnie pogrzeb. I to spotyka Daniela, który chce pochować swojego ojca. Mężczyzna jest niespełnionym pisarzem, który żyje w cieniu bardziej odnoszącego sukcesy brata, który przyjeżdża. Oprócz niego do domu Daniela przyjeżdża też Martha ze swoim zestresowanym narzeczonym Simonem, pragnący odzyskać ją Justin, zajmujący się dilerką Troy, oraz niepełnosprawny wuj Alfie. Co może pójść nie tak? Simon przez przypadek dostanie halucynogeny, Robert mający opłacić pogrzeb w połowie jest spłukany, do tego krąży jakiś kurduplowaty typek o wyglądzie Tyriona Lannistera, który próbuje szantażować.

zgon1

Muszę się przyznać, że widziałem amerykańską wersję tej komedii (czyli remake) z czarnoskórą obsadą, zrobioną w typowym amerykańskim stylu oraz typowym, amerykańskim poczuciem humoru. Więc znałem przebieg fabuły filmu Franka Oza i to mnie nie zaskoczyło. Ale mimo to byłem w stanie się zaśmiać w scenach, gdy galimatias – wynikający z niewiedzy – robił się coraz większy (zjarany Simon, kwestia szantażu, rodzinna tajemnica), doprowadzając do masy śmiechu tam, gdzie powinno. Nawet jest lekko kloaczna scena, która dla wielu może być barierą nie do przeskoczenia. Przy okazji reżyser przygląda się relacjom rodzinnym, pokazując pewne skrywane żale, pretensje, lęki i pozory. I ten obrazek jest zaskakująco trafny, pokazany bez cienia fałszu oraz klisz.

zgon2

Jeszcze bardziej mnie uderzyło jak to zostało zagrane. Mimo tego, ze jest to komedia, aktorzy grają jak najbardziej serio, co tylko wzmacnia humor. Trudno wymazać z pamięci Petera Dinklage’a (tajemniczy Peter) oraz próbującego robić dobrą minę do złej gry Matthew Macfadyena (Daniel). Ekran potrafi też ukraść ujarany Alan Tudyk (Simon), strasznie wyluzowany Ewan Bremmer (Justin), postrzelony Kris Marshall (Troy) oraz sprawiający wrażenie cool Rupert Graves (Robert). Reszta obsady też utrzymuje poziom, doprowadzając do rozpuku.

zgon3

 

Frank Oz na stołku reżyserskim sprawdza się dobrze, przypominając o tym, iż z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. „Zgon” pozostaje zabawny, miejscami gorzki, ale nadal daje wiele frajdy. Parę osób może odbić się niczym w lustrze.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Wieczór gier

Lubicie grać? Z kumplami albo paczką przyjaciół? Na pewno lubi to robić Max – mistrz wszelkiego rodzaju szarad. Podczas jednej z nich poznał Annie, która też uwielbia grać. Czy może być lepsze połączenie? Do szczęścia brakuje jedynie dziecka, ale tradycją stało się urządzanie wieczoru gier. Jednak prawdziwym kozakiem w grach jest brata Maxa, Brooks. Ten gość ma dużą chatę, wiele kasy i wydaje się być lepszy we wszystkim. Decyduje się zaprosić Maxa z kumplami do siebie na grę o wiele poważniejszą z porwaniem w tle. Tylko, że porwanie nie okazuje się częścią gry.

wieczor_gier1

Sam pomysł na tą komedię może wydawać się dość prosty, czyli komplikujemy intrygę, która się na to nie zapowiada. Ale duet John Francis Daley/Jonathan Goldstein postanowili zaryzykować, mieszając komedię z sensacyjnym wątkiem. I muszę przyznać, że „Wieczór gier” potrafi dostarczyć rozrywki od samego początku do samego końca. Po kolei: koncept paczki kumpli pakujących się w niebezpieczną aferę daje duże pole do popisu. Twórcy pokazują kompletnie różne charaktery – od pary znającej się praktycznie od małego aż do niezbyt lotnego gościa co wieczór przychodzącego z nową dziewczyną. Podczas gier poznajemy kolejne problemy naszych bohaterów (domniemana zdrada, kwestia braterskiej rywalizacji, lekceważenie jednego z członków), ale moralizatorstwo nie jest tutaj nachalne i rzucane prosto w twarz.

wieczor_gier2

Do tego sama intryga jest poprowadzona w sposób nieprzewidywalny. Brooks pakuje się w poważną aferę związaną z pewnym jajkiem, które trzeba ukraść, gangsterskie porachunki oraz akcje w stylu Liama Neesona. Tempo jest odpowiednio utrzymane cały czas, zaś kilka gagów (wyjęcie kuli z rany postrzałowej czy próba wyczyszczenia krwi z pokoju policjanta) to prawdziwe perełki. Trzeba za to też pochwalić pomysłowe wykonanie scen akcji (porwanie Brooksa czy przerzucanie się jajkiem w rezydencji), płynny montaż oraz parę popkulturowych aluzji („Podziemny krąg”, „Uprowadzona 3”) także w dialogach. I nie ma tutaj ani jednego kloaczno-żenujacego żartu. To na pewno komedia z USA? Jedyną dla mnie poważniejszą wadą była muzyka Cliffa Martineza, początkowo sprawiająca wrażenie z innego świata, ale potem staje się łatwiejszym tłem.

wieczor_gier3

Za to film jest świetnie zagrany. Czuć chemię miedzy postaciami, nawet w momentach „oddechu”. Dla Jasona Batemana (Max) takie kino to chleb powszedni i tutaj tylko to potwierdza, za to kompletnie mnie zaskoczyła Rachel McAdams (Annie), której nie podejrzewałem o taki talent komediowy. Ratowanie Brooka w barze czy akcja na lotnisku wypadają świetnie. Swoje też robi pojawiający się w epizodach Danny Huston oraz Michael C. Hall w rolach gangsterów i Jeffrey Wigant („agent FBI”).  Ale film kradną Billy Magnusson (skretyniały Ryan, wierzący we wszystko) oraz zaskakujący Jesse Plemons (dość niepokojący gliniarz Gary), podnosząc całość na wyższy pułap.

„Wieczór gier” przywraca nadzieję w amerykańskie komedie, które nie są zbyt moralizatorskie, wulgarne czy z dowcipami w okolicach krocza. I przede wszystkim jest śmieszna, a o to tu chodzi. Seans będzie lepszy, jeśli zobaczycie go razem z kumplami.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

On wrócił

Rok 2014 pozornie wydawał się zwykłym rokiem w kraju, gdzie na kiełbasę mówi się wurst, popija się piwo, zaś symbolem urody jest Angela Merkel. I właśnie tutaj budzi się kompletnie nie znając przyczyny… Adolf Hitler. Tak, ten sam wąs, ten sam uniform, tylko kompletnie upaprany piachem i błotem. Ale rzeczywistość wydaje się dla niego kompletnie obca i wtedy pojawia się zwolniony pracownik telewizji, niejaki Fabian Sawatzki, który przypadkowo sfilmował przywódcę III Rzeszy.

on_wrocil1

Niemiecka komedia – samo sformułowanie brzmi bardziej groźnie niż jakakolwiek broń masowego rażenia zrobiona kiedykolwiek przez ludzkość. Dodatkowo w roli głównej mamy Adolfa Hitlera, którego poglądy bardziej wywołują przerażenie niż śmiech. Początkowo film może się wydawać zbiorem gagów, gdzie Fuhrer popełnia kolejne gafy, nie rozpoznając się we współczesnym, poprawnym politycznie świecie. I nie boi się reprezentować swoich poglądów, nadal chce rządzić światem i uczynić Niemcy wielkie. Przecież wydawałoby się, że dzisiaj ktoś taki już mieć racji bytu. Prawda? Reżyser pokazuje, że… niekoniecznie byłaby to prawda. O ile na początku jego obecność wydaje się ciekawostką, jednak wykorzystanie przez Hitlera nowych narzędzi komunikacji (telewizja, Internet, Facebook) sprawia, że śmiech zaczyna coraz bardziej tkwić w gardle. Bohaterowie zaczyna zaś dostrzegać prawdę o człowieku uważanym za błazna. Ale czy wtedy nie będzie już za późno?

on_wrocil2

Choć wiele scen jest autentycznie rozbrajających (rozmowa Hitlera z szefem neonazistów czy Hitler malujący… portrety), „On wrócił” ma kilka trafnych obserwacji oraz bardzo dużo goryczy. Atakuje się zarówno telewizję serwującą kontrowersyjne programy oraz lekką rozrywkę, polityków pozbawionych siły woli oraz charyzmy, wszelkiej maści YouTuberów komentujących program czy celebrytów. Ale najbardziej przeraża coś innego – gdy zaczniemy się wsłuchiwać w poglądy Adolfa H., okazuje się mieć wiele racji. Zaś samą ciszą potrafi przyciągnąć uwagę bardziej niż długimi przemówieniami. I to, że wiele ludzi z tymi poglądami skrycie się identyfikuje, jakby wiedział o pragnieniach, poczuciu wielkości. Jakby trafnie znał ukryte pragnienia, tłumione lęki oraz rasizm, homofobię, nienawiść do imigrantów. To bardzo mocno przypomina ostatnia scena, gdzie widzimy zamieszki, protesty oraz przemówienia polityków z bardziej skrajnej sceny europejskiej polityki.

on_wrocil3

Czy ten świat już oszalał? Czy niczego się nie nauczył? – pyta reżyser przy okazji tej świetnej satyry. Bardzo dobrze wykonanej, świetnie zagranej (tutaj błyszczy rewelacyjny Oliver Masucci w roli Hitlera) oraz bardzo przerażająco gorzkiej. Bo wnioski nie nastrajają optymizmem, ale o tym przekonajcie się sami.

7/10 

Radosław Ostrowski

Babskie wakacje

Emily pracuje w sklepie z ubraniami, jest uzależniona od social media, zaś kontakty z matką oraz niedojrzałym bratem ogranicza do minimum. Życie wydawałoby się idealne, ale rzuca ją chłopak, z pracy zostaje zwolniona, a biletów na wyjazd do Bogoty nie może wycofać. Zdesperowana i pragnąca się zabawić postanawia zabrać ze sobą… matkę, która raczej domu nie opuszcza. I kiedy wydaje się, że jest szansa na odnowienie więzi, obydwie panie zostają porwane.

Jonathan Levine to filmowiec, który zaskoczył mnie dwoma swoimi filmami. Najpierw komediodramatem z rakiem w tle „Pół na pół”, gdzie klasę znowu potwierdził Joseph Gordon-Levitt oraz „Wiecznie żywym” – nieoczywistym mariażem komedii romantycznej z horrorem. To jakby wystarczyło, by udzielić mu kredytu zaufania na kolejne tytuły. Ale „Babskie wakacje” dość mocno nadszarpnęło moje zaufanie. Pomysł na tą komedię był dość prosty i miał wszelkie powody wypalić: kontrast dwóch kobiet w egzotycznym kraju, gdzie pakują się w kolejne, coraz większe tarapaty. Co mogło pójść nie tak?

babskie_wakacje1

Sam punkt wyjścia był może i ograny, ale można było to ograć na pierdyliard sposobów. Zderzenie imprezowej, bardzo ufnej Emily z dość ostrożną, powściągliwą Lindą mogło doprowadzić do wrzenia i iskrzenia, jednak nie czuć chemii i żadnych emocji między tymi bohaterkami. Nawet żarty wynikające z interakcji, oparte na zderzeniu charakterów albo nie działają z powodu przegięcia (wszelkie reakcje Jeffreya i kłótnie z agentem) , albo wywołują jedynie uśmiech politowania zmieszanego z żenadą (akcja z wyciąganiem tasiemca czy mycie „myszki” w toalecie). Choć nie zabrakło kilku dość intrygujących postaci (wyszkolona komandoska Barb czy ekscentryczny przewoźnik Roger), znikają z ekranu bardzo szybko, nie wykorzystując w pełni swoich umiejętności, zaś niektóre momenty związane ze scenami akcji są zbyt absurdalne.

Pochwalić można za to zdjęcia, bo plenery wyglądają naprawdę ładnie – zwłaszcza dżungla i rzeka, a także zgrabnie wplecione piosenki. Ale Levine’owi zabrakło zwyczajnie wyczucia oraz tempa, w czym ewidentnie przeszkadza scenariusz, chociaż próbuje coś z tego wycisnąć. I nawet jeśli trafi się całkiem niezły gag (kapoeira), ginie w natłoku miernoty.

babskie_wakacje2

Aktorzy też próbują coś więcej zagrać, jednak efekt jest co najwyżej bezbolesny. Między Amy Schumer (Emily) a wracającą z długiej przerwy Goldie Hawn (matka) nie czułem zbyt silnej chemii, a zderzenie tych charakterów nie działa. Ta pierwsza jest tak antypatycznym i podłym bucem, że nie dziwię się ani jej chłopakowi, szefowej czy reszcie rodziny. Nie da się jej polubić, a jej przemiana jest równie przekonująca jak obietnice wyborcze. Hawn jako mieszanka spokoju, nerwów i zadziorności miewa przebłyski, jednak też scenariusz mocno ją ogranicza. Z drugiego planu najbardziej przebija się Joan Cusack (lekko świrnięta Barb), Christopher Meloni (Roger) oraz Wandę Sykes (Ruth), chociaż za mało i za rzadko się prezentują.

Panie Levine, tym razem nie za bardzo wyszło. Być może to poczucie humoru dotarłoby bardziej dla Amerykanów, jednak „Babskie wakacje” są filmem marnującym swój potencjał w zarodku. Głupawy, nudnawy, wleczący się oraz niezbyt śmieszny. Takie komedie niszczą ten gatunek.

4/10

Radosław Ostrowski

Seria niefortunnych zdarzeń – seria 2

Pamiętacie sieroty Baudelaire, które straciły rodziców w niejasnym pożarze? Kiedy je ostatnio widzieliśmy, trafiły do szkoły im. Prufrocka, gdzie obok nich siedziało dwoje dzieci, też posiadające pewną nietypowa lunetę. Jak się okazało Izadora i Duncan Bagienni, też stracili rodziców w pożarze, a ich rodzice oraz rodzice Baudelaire’ów się znali. Jednak ich przyjaźń nie trwa zbyt długo, bo okolicę nawiedza hrabia Olaf i nawet komputerowa ochrona nie jest w stanie go powstrzymać. Cel ma jednak dalej ten sam: przejąć majątek dzieci.

seria_niefortunnych_zdarzen21

Kolejne spotkanie ze Snicketem i jego relacją o losach Baudelaire’ów, pełnej mroku oraz smolistego humoru. Niby wszystko jest oparte na schemacie znanym z poprzedniej serii: wchodzi Olaf, sieje spustoszenie, rodzeństwu udaje się go zdemaskować, Olaf ucieka i niczym wrzód na dupie znowu knuje. Jednak im dalej w las, tym bardziej rodzeństwo zaczyna się pakować w ogromne tarapaty i to z powodu bezwzględnie manipulacyjnego hrabiego: morderstwo, spalenie archiwum. A jeśli dodamy artykuły w prasie, sytuacje wydaje się naprawdę dramatyczna, zaś szansa na szczęśliwe zakończenie wydaje się coraz mniejsze. Mieszanka czarnego humoru, surrealizmu, groteski nadal się sprawdza, a coraz bardziej dziwaczne zachowania w poszczególnych miejscach (biblioteka w szkole czynna tylko 10 minut, ślepy pęd za trendami, chęć sprawienia rozrywki za wszelką cenę, nawet jeśli jest nią pożarcie przez lwy, szpital pełen biurokracji oraz archiwów czy miasteczko pełne praw) z jednej strony jest zabawne, ale śmiech ten tkwi przez gardło i trafnie twórcy pokazują ten współczesny świat. Jednocześnie intryga zaczyna być powoli rozjaśniana, choć najważniejsze elementy są rzucane bardzo szczątkowo (pewna cukiernica, skrót WSZ). I kiedy wydaje się, że poznamy coś więcej, zostaje to gwałtownie przerwane czy to pojawieniem się Olafa, czy przez montaż.

seria_niefortunnych_zdarzen22

Twórcom serialu nadal udaje się zachować klimat poprzedniej serii, zaś kilka scen pokazuje pewną zabawę formą (choćby piosenka radosnych wolontariuszy w formie karaoke, policzenie wypowiedzianego zwrotu czy wyjaśnienie zwrotu „mieć motyle w brzuchu”), co dodaje specyfiki. Tak sam jak bardzo pokręcony, miejscami surrealistyczny humor. Także sama realizacja utrzymuje poziom. Każda lokalizacja (szkoła, miasto, miasteczko „wychowujące” dzieci) wygląda inaczej, dając też pole dla scenografów oraz muzyki (miasteczko ma oprawę niemal „westernową”, karnawał Karnagiego bardziej „cyrkową”). Wygląda to po prostu pięknie, zachowując styl poprzednich serii.

seria_niefortunnych_zdarzen23

Aktorsko nadal udaje się zachować poziom, a powracający bohaterowie nadal trzymają poziom. Nadal Neil Patrick Harris jest rewelacyjny, balansując między groteską a grozą, rodzeństwo (Malisa Weissman i Louis Hymes) nadal budzi sympatię, chociaż ostatnie ich decyzje są dość niejednoznaczne moralnie, zaś Lemony Snicket (Patrick Warburton) bywa nadal dość zgorzkniały i złośliwy, miejscami rozładowując napięcie żartem. Także charakterystyczna ekipa pomagierów dostaje troszkę więcej czasu.

Jeśli chodzi o nowych bohaterów najbardziej liczy się troje bohaterów. Po pierwsze, Esmeralda Szpetna (wspaniała Lucy Punch). Początkowo wydaje się elegancką damą, ale tak naprawdę okazuje się dawną uczennicą hrabiego Olafa, dołączając do jego szajki. Iskrzenie między nią a Harrisem jest wręcz zabójcze i nie pozwala o sobie zapomnieć, a kolejne pomysły oraz determinacja w realizacji celu jest niebezpieczna. Drugim kluczowym bohaterem jest Jacques Snicket (świetny Nathan Fillion) – taksówkarz z wyglądem awanturnika, którego prawość jest nie do złamania. Mieszanka inteligencji, odwagi, uporu oraz uroku. Ale nie działa on sam, bo zwerbował bibliotekarkę Olivię Caliban (cudna Sarah Rue), bo jak wiemy – bibliotekarki są osobami dzielnymi, niegodzącymi się na niesprawiedliwość tego świata, czyniąc je zdolnymi do wielu poświęceń (finał serii). Jest jeszcze masa drobnych rólek, dodających klimatu lekko zwariowanego świata (wicedyrektor szkoły, pozbawiony talentu muzycznego; archiwista szpitala z obsesją sortowania dokumentów czy galeria osobliwości, decydująca się na wszystko, byleby być zaakceptowanym), który jest tak znajomy.

seria_niefortunnych_zdarzen24

Druga seria zachowała wysoki poziom, a jednocześnie zaczynała wnosić wiele świeżości do schematu poprzednika. Nadal balansuje między mrokiem, groteską a kinem familijnym (bardzo specyficznym), ma świetne dialogi, fantastyczną realizację. Tylko jeszcze twórcy na koniec rzucają takiego cliffhangera, że można się wściec. A czekać na trzecią, finałową serię do wiosny będzie ciężko.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Dr Goldfoot i bombowe dziewczyny

Dr Goldfoot już raz na ekranie się pojawił w 1965 roku. Z jednej strony miał być takim żartem z bondowskiego Goldfingera, połączonego z nieprzewidywalnym Fantomasem, zawsze będącym o krok przed swoimi przeciwnikami. W kontynuacji zrobione przez Mario Bavę, nasz zbrodniarz tym razem planuje zaostrzyć stosunki między USA a ZSRR za pomocą swoich dziewczyn-robotów z ładunkami wybuchowymi. Panny zabijają generałów NATO, a jednocześnie organizuje eksplozję bomby jądrowej z amerykańskiego samolotu na Syberię.

dr_goldfoot1

Sama historia brzmi dość bzdurnie i idiotycznie. Bo i w sumie tak jest, chociaż reżyser próbuje wycisnąć z tej fabułki ile się da. Tylko, że całość jest ciągiem slapstickowych gagów, sfilmowanych w przyspieszonym tempie niczym z serii o Bennym Hillu. Wszystko toczy się na bardzo cienkiej granicy podobieństwa, dowcipy oparte są na improwizacji, powtarzalnych gagach (odbicie się ciapowatych agentów przed wpadnięciem) oraz lekko erotycznych podtekstach. Głupota zarówno bohaterów (portierów Cichio i Franco, próbujących zostać agentami), jak i miejscami samego antagonisty wprawia w zakłopotanie. Każdy absurdalny pomysł (willa zamieniona w szkołę prowadzoną przez zakonnicę czy ucieczka z samolotu za pomocą… parasola) zamiast rozbawić, niczym w komediach z Leslie Nielsenem, tutaj wprawia w osłupienie i jest co najwyżej głupawy, pozbawiony finezji oraz frajdy.

dr_goldfoot2

Bava nie chce, ale musi zrobić ten film, kompletnie nie potrafią się w tym cyrku odnaleźć. Fabuła nie angażuje, postacie są kompletnie przerysowane i sztuczne, aktorstwo bardzo przeszarżowane, humor bardzo koślawy oraz troszkę prymitywny. Z całego projektu wybija się jedynie Vincent Price w roli głównego złego, sprawiający wrażenie najbardziej wyluzowanego w tym całym chaosie. Jednak nawet on nie jest w stanie wyciągnąć tej miernoty na wyższy poziom. Po obejrzeniu najlepiej wymazać z pamięci.

2/10 

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071


Cudowna lampa Aladyna

Ileż to powstało opowieści o Aladynie – tego nie jestem w stanie policzyć. Ta baśń o młodym chłopaku, który znajduje lampę z dżinem była wałkowana od czasów „Baśni z tysiąca i jednej nocy”. Swoją wersje postanowił opowiedzieć Mario Bava, z drobnym wsparciem włosko-francuskim, kontynuując robotę Henry’ego Levina. Co z tego wyszło?

Tytułowy Aladyn to młody cwaniak, obibok, marzący o sławie, kobiecie i pieniądzach. Mieszka ciągle z mamą (jak na typowego Włocha, przepraszam, Araba przystało), która kupuje dla niego pewną małą lampę. I jak wszyscy wiemy, w lampie znajduje się dżin, który spełni trzy życzenia. Wskutek pewnych okoliczności chłopak wpakuje się w intrygę Wielkiego Wezyra, pragnącego dla siebie córki sułtana za żonę. A że ona jest przyrzeczona komuś innemu, to nie jest żaden problem.

aladyn11

„Cudowna lampa Aladyna” brzmi jak coś, co może być interesującą baśnią, pełna przygód, rozmachu i intryg? Niestety, ale całość ogromnie rozczarowuje. Za dużo jest tutaj slapstickowych gagów, gdzie Aladyn niezdarnie wplątuje się w skomplikowaną sytuację, z której jakimś cudem (m.in. dzięki partactwu wspólników wezyra czy nieprawdopodobnemu szczęściu) spada na cztery łapy. Czasem udaje się sprytowi (za pomocą „palącego” oleju czy gwoździom na ziemi), ale też dzięki wsparciu przyjaciół spotkanych na drodze. Jednak sam Aladyn kompletnie się nie zmienia, nadal pozostając nieodpowiedzialnym, cwanym dużym chłopakiem, co mocno mi przeszkadza.

Sama realizacja też mocno odstaje, bo czas okazał się tutaj bardzo bezwzględny. Podobać się może całkiem przyjemna muzyka, niektóre kadry (zatrudniono samego Tonino Delli Colli) wyglądają niezgorzej, jednak zarówno scenografia, jak i kostiumy wyglądają dość tandetnie oraz kiczowato. Zupełnie jakby wykonane po taniości. Tak samo efekty specjalnie dzisiaj nie dają zwyczajnie rady, chociaż pewnie w 1961 roku były niesamowite, dziś (choćby w finałowym starciu Aladyna z Wezyrem) prezentują się zwyczajnie śmiesznie.

aladyn12

A jak prezentują się aktorzy? No niestety, mocno średnio i nie zapadają za bardzo w pamięci. Wcielający się w roli głównej Donald O’Connell, próbuje być dość zabawny, jednak te żarty są dość mało zabawne, chyba że dla dzieci. Nawet jeśli pojawiają się znane twarze (Terence Hill, Michele Mercier) są zaledwie tłem i nie mają zbyt wiele okazji do wykazania. Jedynym wyjątkiem od tej reguły jest wcielający się w dżina reżyser Vittorio De Sica, który nawet całkiem nieźle się bawi jako lekko zblazowany gość.

Bava z Levinem nie podołali zadaniu zrobienia opowieści o Aladynie. Nudna, mało angażująca, z nieciekawymi bohaterami, masą nieprawdopodobieństw, słabym aktorstwem. Mógłbym wymienić, co jeszcze tu nie zagrało, ale lepiej będzie zasłonić to „dzieło” kurtyną wstydu.

2,5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071

Łowcy potworów

Wszyscy pamiętamy bolesną wpadkę pt. „Mumia” z zeszłego roku, która miała być wstępem do nowego – uwaga, niebezpiecznie popularne słowo – uniwersum Universala, wskrzeszającego klasyczne monster movie oraz stworów takich jak Dracula, Potwór z Bagien czy Wilkołaka. Tylko, że film z tymi kreaturami występującymi razem już powstał ponad 30 lat temu, a w Stanach ma status dzieła kultowego.

lowcy_potworow1

Bo co by się stało, gdyby Dracula po stu latach pojawił się wśród żywych i zamierzał przejąć władzę nad światem? Razem z Wilkołakiem, stworem Frankensteina, Mumią oraz Potworem z Bagien muszą odnaleźć pradawny amulet, który może ich powstrzymać i zniszczyć go. Powstrzymać go próbują młode dzieciaki tworzące „Klub Potworów”. Sean, Patrick, Horace, Rudy i Phoebee to pasjonaci horrorów oraz filmów z potworami, czyli tacy współcześni geecy. Tylko, że wiedzę mają tylko teoretyczną, ale to się zmienia z pomocą dziennika samego Abrahama Van Helsinga.

lowcy_potworow2

Reżyser Fred Dekker do spółki z Shanem Blackiem postanowili pobawić się konwencją horroru, sklejając go z Kinem Nowej Przygody w stylu „Goonies”. Czuć tutaj klimat lat 80. z lekko taneczną muzyką oraz kolorystyką z klasycznymi chwytami kina grozy, polewając całość humorem. Wychodzi z tego pozornie dziwny, ale bardzo przyjemny w smaku koktajl. Sama historia toczy się dość szybko, niepokojący klimat budowany jest zarówno odpowiednim nastrojem, wziętym niemal z klasycznych filmów grozy sprzed lat. Podniszczone domostwo, bagna, akcja w sporej części toczy się nocą, a nasi antagoniści potrafią się odnaleźć w dzisiejszych czasach („Give me this amulet, bitch!” – tego słownictwa po Draculi raczej się nie spodziewaliście). Do tego jeszcze świetnie dopasowana muzyka Bruce’a Broughtona oraz kilka udanych dowcipów (akcja z poszukiwaniem dziewicy czy ojciec „usuwający” potwory z pokoju dziecka) i dialogów. I to nadal działa, zaś finałowa konfrontacja na ulicy nadal potrafi trzymać w napięciu.

lowcy_potworow3

Także aktorsko jest bardzo solidnie. Młode dzieciaki dają sobie radę, mimo ogrywania szablonów (nieustraszony lider, wystraszony grubasek, cool wyglądający nastolatek czy dość rezolutna dziewczyna), są bardzo przekonujący i czuć chemię między bohaterami. Także monstra sprawdzają się bez zarzutu, z czego wybija się demoniczny Dracula (Duncan Regehr) oraz budzący sympatię Frankenstein (Tom Noonan). Poza nimi warto wspomnieć zarówno w zdeterminowanym ojcu Seana (Stephen Macht), jak i tajemniczym starszym panu z Niemiec (Leonard Cimino), wiedzącym dość sporo na temat potworów, choć innych niż mogliby się spodziewać protagoniści.

lowcy_potworow4

Owszem, nie brakuje tutaj klisz i szablonów, ale mimo lat to ciągle daje sporo zabawy. Dekker bierze konwencję w nawias, tworząc wręcz klasyczną postmodernistyczną grę w starym stylu. Ubranie tego w komediowy strój dodaje uroku i żywotności tego dzieła.

7/10

Radosław Ostrowski