AmbaSSada

Dobra polska komedia – ten gatunek kina wyginął w 2007 roku po premierze “Testosteronu”. Bo od tej nic mnie nie rozśmieszyło do rozpuku. Zdarzały się momenty niezłej zabawy („Rozmowy nocą” czy „Listy do M.”), ale większość tzw. „komedii” wprawiała mnie raczej w stan irytacji, rozczarowania i gwałtownej ucieczki w trakcie seansu, a parę z nich nawet nie interesowały mnie w ogóle (patrz: Kac Wawa). Jednak był w tym kraju jeden spec, który potrafił rozbawić, a imię jego Juliusz Machulski zwany też Komercjuszem Pierwszym. Ale ostatnio reżyser wolał zajmować się produkcją (m.in. „Wszystko będzie dobrze”, „W ciemności”), zaś jego fabuły nie trzymały już tego poziomu co kultowa „Seksmisja” czy „Kiler”. Dlatego z nadzieją, ale i obawami podchodziłem do „AmbaSSady”.

Przyznaje, że punkt wyjścia był naprawdę niezły. Otóż młode małżeństwo – Mela i Przemek, wprowadzają się do domu jego wuja Oskara, gdyż ten wyjeżdża. Kompletnie przypadkowo odkrywają, że winda na trzecim piętrze budynku prowadzi do… niemieckiej ambasady z 1939 roku. I to daje nieprawdopodobną okazję do zmiany losów świata oraz możliwość, żeby tego Hitlera…. killym go.

ambassada1

Reżyser bardziej niż na serwowaniu humoru, którego jest tutaj jak na lekarstwo stara się opowiedzieć ciekawa historię i do pewnego momentu ta intryga trzyma się kupy. Ale jest tutaj sporo zgrzytów – dlaczego winda tak działa (potem także szafa posiada podobny bajer), nie wiadomo. I czemu przenosi w czasie – brak wyjaśnienia. Druga sprawa to jakim cudem tych dwoje bohaterów, którzy pasują do siebie jak Żyd na zjeździe NSDAP są ze sobą? Może i przeciwieństwa przyciągają się, ale jakoś tej chemii nie widać. A i humor tez jakoś niespecjalnie porywa (może poza kilkoma scenami jak wejście sobowtóra Lepkiego – wzięte z „Człowieka w żelaznej masce” – z wąsami jak Wałęsa czy Ribbentrop grająca na gitarze „Dla Elizy” Beethovena kończący to słowami: „Wiedzieliście, ze zawsze chciałem być muzykiem”). Do tego jeszcze dodajmy słabe efekty komputerowe (cała przedwojenna Warszawa z budynkami i samochodami wygląda fatalnie), solidna scenografię oraz dobre zdjęcia (Witold Adamek) i muzykę (Bartek Chajdecki), to wyjdzie nam nowy Machul.

ambassada2

A aktorzy? Nie ma tu o czym gadać. Debiutujący na dużym ekranie Magdalena Grąziowska (wyluzowana i bardziej energiczna Mela) oraz Bartosz Porczyk (irytujący i sztywny Przemek oraz jego pradziadek Antoni) są po prostu sztuczni – ona przerysowana, on drewniany (choć jego drugie wcielenie troszeczkę lepsze). Z kolei Więckiewicz jako Hitler jest naprawdę przyzwoity. Tak naprawdę jest to koleś, który bardziej woli wypić wódkę niż walczyć. Ale i tak największym zaskoczeniem był Adam Darski ps. Nergal, który wciela się w postać Ribbentropa – i po prostu kosi. Do twarzy mu w uniformie (ciekawe czy na koncertach kapeli Behemoth tez nosi takie wdzianko), ma paskudne spojrzenie i szwargocze po niemiecku jak Niemiec. Ale tylko tyle można dobrego powiedzieć.

Obawiam się, że Machulski się skończył, a „AmbaSSada” potwierdza tylko zagubienie formy przez reżysera. Może powinien zrobić sobie przerwę od kręcenia filmów jak Władysław Pasikowski – i wtedy będzie k****a ostry jak brzytwa.

4/10

Radosław Ostrowski

Własnym głosem

Lektor to ma klawe życie – musi tylko przeczytać to, co mu napisali i będzie w stanie zarobić kupę szmalu. Pod warunkiem, ze będzie w pierwszej piątce najlepszych lektorów (czytaj: będzie zasuwał do kilkuset reklam i trailerów rocznie). Do tego grona próbuje się przebić nauczycielka emisji głosu – Carol Salomon, córka legendarnego lektora. I pewnego dnia, trochę dla zabicia czasu, dostaje propozycje nagrania głosu pod trailer do filmu dla dzieci. Powoli dostaje więcej propozycji, aż nagle otrzymuje szansę nagrania zwiastunu do superprodukcji z użyciem słów „In a World…” wypowiadanych przez zmarłego Dona LaFonataine’a. Ale walka nie będzie łatwa.

glosem1

Aktorka Lake Bell kojarzona z drugoplanowych ról z takich filmów jak „Sex Story” czy „To skomplikowane”, tym razem postanowiła zadebiutować jako reżyserka. I wyszła jej dość zgrabna komedia o środowisku lektorów, przeplatana dość sporą ilością obyczajowych wątków, które troszeczkę mi przeszkadzały, lecz stanowiły główny motor humoru. Zdrady, skomplikowane relacje z zapatrzonym w swoje ego ojcem, galeria paru dziwaków (dominuje tutaj postrzelony Louis), kilka zabawnych sytuacji (obsesja bohaterki na punkcie aktualizowania swojej bazy głosów) – to pozwala doprowadzić do stanu śmiechu. Jednak przy okazji nasuwa się tu refleksja na temat pewności siebie i akceptacji swojego miejsca. Przy okazji też pokazuje, ze nie zawsze wygrywa najlepszy. Niby nic odkrywczego, ale nieźle się to ogląda.

glosem2

Do w dużej części zasługa samej Bell, która wciela się w Carol, kupując mnie od samego początku. Poza nią zdecydowanie warto wyróżnić Demetriego Martina (Louis – dziwaczny koleś od realizacji nagrań), Roba Coddry’ego (Moe, mąż Dani, siostry Carol) oraz pojawiające się w epizodach Evę Longorię i dawno nie widzianą Geenę Davis (producentka Katherine Huling).

Ogólnie całkiem sympatyczna produkcja. Tyle.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Last Vegas

Dawno, dawno temu było sobie czterech kumpli. Billy, Paddy, Sam i Archie w latach 50. byli mocno zżytymi kumplami, którzy nawzajem sobie pomagali. I po 58 latach ich losy znów się łączą, bo Billy bierze ślub, więc reszta (poza mrukliwym Paddym) postanawiają zorganizować mu wieczór kawalerski. I to w Las Vegas.

last_vegas1

Komedia z emerytami w rolach głównych reklamowana jako „Kac Vegas” dla oldbojów. Więc czy można się spodziewać bluzgów, dragów i epickich imprez? Impreza jest jedna, ale z dużą armią gości (niestety, 50 Cent się nie załapał). Dragi – co najwyżej lekarstwa. Bluzgi – to kulturalni goście, których szczytem mięsa jest określenie „kutas”. Więc jest bezpiecznie, bardziej elegancko i parę razy można się porządnie pośmiać, ale bez przesady. Może i brakuje tutaj pieprzu, jednak jest to zaskakująco lekka i ciepła komedia o męskiej przyjaźni, która jest ważną wartością, nie zawsze łatwą do utrzymania i pielęgnowania. Tylko tyle i aż tyle.

Być może ten film nie oglądałoby się tak przyjemnie, gdyby nie naprawdę kapitalna obsada na pierwszym planie. Panowie są całkowicie wyluzowani i grają naprawdę z wielka frajdą. Ale czy może być inaczej jak mamy Michaela Douglasa (trochę za bardzo opalony i jedyny nieżonaty Billy), Roberta De Niro (mrukliwy, ale sympatyczny Paddy), Morgana Freemana (imprezujący Archie) i – najlepszego z nich wszystkich – Kevina Kline’a (nieporadny Sam). Razem tworzą mocny koktajl Mołotowa, a jak dołącza do grupy dawno nie widziana Mary Steenburgen (piosenkarka Diana), to już niektórzy trafili do raju.

last_vegas2

Nie jest to jakieś wielkie dzieło, ale i chyba nie o to chodziło. Ma być miło i sympatycznie, a seans naprawdę lekki i przyjemny.

6/10

Radosław Ostrowski

Być jak Kazimierz Deyna

Kazik przyszedł na świat w dniu, kiedy Polska grała z Portugalią, a Kazimierz Deyna strzelił wtedy bramkę, po czym został wygwizdany. Ojciec chce z Kazika zrobić piłkarza jak Deynę, ale te plany sypia się. A potem nastaje kapitalizm i trzeba jakoś poukładać sobie życie.

deyna1

Debiutujący w Polsce reżyserzy nie maja łatwo, a kobiety to w szczególności. Passę mówienia krytycznego o kinie polskim, gdzie nuda i nic się nie dzieje postanowiła przełamać Anna Wieczur-Bluszcz. I nakręciła dość nietypowy film, który symbolicznie można podzielić na dwie części – okres komunizmu i kapitalizmu, jednak nie jest to kino rozliczeniowe, martyrologiczne, ale nie jest to nostalgiczna opowieść, gdzie mitologizuje się PRL. To z jednej strony inicjacyjna opowieść o wchodzeniu w dorosłość, a jednocześnie historia i przemiany są tak naprawdę tylko tłem wydarzeń. Zarówno komunizm nie jest demonizowany czy podkoloryzowany – mamy normalną rodzinę, próbującą jakoś żyć, a polityka nie jest najważniejsza. Dobre wrażenie robi scenografia i odtworzenie realiów – z jednej strony warsztat autobusowy, Syrenka, Radio Wolna Europa i „Niewolnica Izaura”, a z drugiej – handel na bazarze, disco polo, Fiat, emigracja i podniszczony już stadion. Nasz Kazik jest zawieszony między socjalizmem a kapitalizmem – próbując odnaleźć się i w jednym i drugim ustroju, gdzie różnie bywa. Humor też się pojawia, ale jest on ani morderczo zabawny, ani żenujący – na pewno jednak nadaje lekkości i pogody ducha, co jest zbawienne.

deyna2

W dodatku jest to zagrane na naprawdę dobrym poziomie. Aleksander Staruch (Kazik jako dziecko) i Marcin Korcz (dorosły Kazik) wypadają całkiem przyzwoicie, spójnie tworząc portret chłopaka, który mimo wszystko idzie naprzód. Ale znacznie ciekawszy jest tu drugi plan, gdzie są prawie same perełki. Błyszczą zwłaszcza Gabriela Muskała i Przemysław Bluszcz jako rodzice Kazika, którzy są naprawdę silną rodziną, mimo różnych zainteresowań i postaw. Oboje zaskakująco dobrze radzą sobie w obu ustrojach. Ale im cały film ukradł Jerzy Trela jako „niepodległy” dziadek, który potrafi czasem zaserwować ciekawą radę albo powalić mocnym tekstem („nie próbuj być porządnym, bo skończysz jak ja – z niską emeryturą i bez żony”).

deyna3

Przykład nietypowego kina jak na nasze realia, bez patosu, nostalgii i czarowania. A i refleksji też nie brakuje.

7/10

Radosław Ostrowski


Żywot Briana

Brian Cohen jest młodym mężczyzna, którego gdy był niemowlęciem przybyli trzej królowie, bo… pomylili się. Już będąc dorosłym dowiaduje się, że ojciec jest Rzymianinem i zostaje członkiem ruchu oporu walczącego z Rzymianami. Podczas ucieczki podszywa się za proroka i zostaje wzięty za Mesjasza.

Brian1

Monty Python to bardzo specyficzne poczucie humoru, oparte na masie absurdu, która jednych rozśmieszy, a drugich sprowokuje i zniechęci. Także tutaj panowie z Brytanii obnażają kwestie wiary (a dokładnie fanatyzmu), biurokracji (przed ukrzyżowaniem), a nawet z samych Żydów. Sama historia wydaje się zbiorem skeczy z Brianem w roli głównej, który staje się herosem, prorokiem i męczennikiem mimo woli. Czasami idąc ostro po bandzie (ironiczny finał; sceny, gdy Brian otoczony jest przez wyznawców czy sepleniący Piłat), na granicy prowokacji (ukamienowanie za bluźnierstwo), a nawet z obecnością ufoludków (co tylko podkreśla absurdalność całej sytuacji). Ale jak każdy film Pythonów jest dość nierówny, zaś absurd czasami przeszkadza (więzień marzący o byciu ukrzyżowanym) – to bardzo specyficzne kino.

Obsada jak to u Pythona mocna, zaś członkowie graja po kilka postaci, serwując swoje nieprawdopodobne vis comica, ze wskazaniem na nieprawdopodobnego Johna Cleese’a, Grahama Chapmana (Brian) i Erica Idle’a. A pozostali członkowie (Palin, Jones i Gilliam) też dorzucili swoje trzy grosze i powstała istna mieszanka.

Brian2

„Żywot Briana” to bardzo specyficzne kino, które nie wszystkim się spodoba. Niemniej zmierzyć się z nim trzeba, żeby zrozumieć fenomen brytyjskiego humoru.

6,5/10

Radosław Ostrowski

The World’s End

Gary King 20 lat temu razem z kumplami postanowili wyruszyć szlakiem Zielonej Linii, czyli w jedną noc obskoczyć 12 pubów i wypić w nich złocisty trunek. Ale wtedy to się nie udało. Teraz Gary King ma 40 lat i opuszcza odwyk. Skrzykuje starych kumpli (Andy, Oliver, Peter i Steven), by dokończyć tą trasę. I nie będzie go w stanie powstrzymać – nawet inwazja kosmitów, którzy chcą zniewolić mieszkańców Ziemi.

worlds1

Duet scenarzystów Edgar Wright (także reżyser)/Simon Pegg tworzą nową jakość w brytyjskim kinie komediowym serwując tony absurdu za pomocą szalonej wyobraźni, która jest w stanie połączyć pozornie nie pasujące do siebie historie. Z jednej strony jest lekko nostalgiczna opowieść o dawnej przyjaźni, gdzie prawie wszyscy (poza Kingiem) mają stabilne i spokojne życie, ale tak naprawdę jest ono puste i monotonne. King idzie w stronę samodestrukcji i nie chce poddać się czyjejkolwiek kontroli i władzy, a alkohol jest jedynym sensem życia. Ale potem zaczyna się konfrontacja z kosmitami i nagle wszystko się zmienia – idąc w stronę SF i horroru, po drodze serwując jednak odrobinę humoru. Bijatyki bywają zabawne, niebieska krew leje się strumieniami, zaś efekty specjalne są tandetne. To brzmi tak absurdalnie, że albo to kupicie albo nie. W dodatku mamy tutaj świetna muzykę, niezłe dialogi i trochę dziwaczne zakończenie.

A i jeszcze jest to piekielnie dobrze zagrane. Simon Pegg znów daje z siebie wszystko i razem z Nickiem Frostem tworzą wybuchowy duet. Reszta w zasadzie nie byłaby potrzebna, ale jednak bardzo miło się patrzyło na Paddy’ego Considine’a (Steven), Martina Freemana (Oliver „Omen”) i Eddiego Marsana (Peter). Ferajna razem jest zabójcza, choć najbardziej wybijają się z niej Pegg i Frost.

worlds2

Ostrzegam – to jest brytyjski humor, a taki nie odpowiada każdemu. Więc w trakcie oglądania lepiej mieć przy sobie kilka butelek piwa.

7/10

Radosław Ostrowski

Dwie spłukane dziewczyny – seria 1

Jak zrobić dobry serial komediowy? Recepta wydaje się bardzo prosta.Trzeba znaleźć przynajmniej dwie postacie, które pochodzą z dwóch różnych światów (kontrast zawsze jest zabawny), dorzucić pieprzny humor oraz wyrazisty drugi plan. A na dokładne masę dość nietypowych sytuacji. Czy da się to zrobić? Twórcy „Dwóch spłukanych dziewczyn” (Michael Patrick King – twórca „Seksu w wielkim mieście” oraz aktorka Whitney Cummings) pokazują, że tak.

Ale zacznijmy po kolei. Poznajcie Max – kruczoczarną kelnerkę z jadłodajni w Brooklynie. Dorabia jako opiekunka dla dzieci i próbuje wiązać koniec z końcem. Niepozbawiona sprytu oraz mówiąca bez ogródek Max przypadkowo poznaje Caroline – blondynę z bogatego domu, której ojciec zdefraudował dużo pieniędzy, za co trafił do więzienia. Pozbawiona domu dziewczyna wprowadza się do Max, której pasją jest robienie babeczek. Caroline wpada na pomysł, by obie panie założyły biznes cukierniczy. Ale jest jeden problem: jak zdobyć klientele i skąd wziąć kasę na rozruch?

2_dziewczyny1

No właśnie. Nowy serial Warner TV to komedia z dużą dawką pieprzu oraz braku poprawności politycznej, zaś różne formy dodatkowego zarobku (m.in. jako królik doświadczalny czy zlecenie od ortodoksyjnej rodziny żydowskiej) iskrzą od humoru, trochę pieprznego i jadącego czasem po stereotypach (nowobogaccy, celebryci, emigranci itp.), zaś Brooklyn jako miejsce wydarzeń buduje odpowiednią atmosferę. Nikt nie idzie na kompromisy, a wszystkim obrywa się po równo. Granica dobrego smaku nie zostaje jednak przekroczona, zaś przez 20 minut trening przepony jest gwarantowany. Trochę to przypomina „Dwóch i pół” czy „Teorię wielkiego podrywu”, ale nie przeszkadzają te porównania.

2_dziewczyny2

Poza naszymi tytułowymi dziewczynami (świetne role Kat Dennings i Beth Bears), są tutaj jeszcze 4 mocno wyróżniające się postacie, które też są źródłem żartów. Są to: kasjer Earl (Garreth Morris) – starszy czarnoskóry mężczyzna, Han Lee (Matthew Moy)  – właściciel knajpy z Korei, obiekt drwin ze względu na wzrost, Oleg (Jonathan Kite) – kucharz z Ukrainy, napastujący seksualnie bohaterki oraz proponujący im seks oraz pojawiająca się w połowie serii nowa sąsiadka Sophie Kuczynski (Jennifer Coolidge) – Polka prowadząca firmę sprzątającą. Skrzy między postaciami, co jest bardzo rozbrajające, zwłaszcza o tej porze roku.

2_dziewczyny3

Jest to lekka i niezobowiązująca rozrywka, którą ogląda się naprawdę przyjemnie. Niecałe 20 minut, a ile się tu dzieje. Ani chwili nudy, co w przypadku każdego serialu jest wielkim osiągnięciem. Przezabawne.

8/10

Radosław Ostrowski

Intryga rodzinna

Julia Rainbird jest bogatą kobietą. Prosi o pomoc jasnowidzkę Blanche Tyler. Jej zadaniem jest znalezienie nieślubnego syna jej siostry, która 40 lat temu oddała go innym ludziom. Nie wie jednak, że jasnowidzka jest oszustką. W tym samym czasie pewien jubiler Arthur Adamson ze swoją wspólniczką okradają pewnego bogatego magnata.

intryga1

Alfred Hitchcock po obrzydliwym „Szale” tym razem się uspokoił i postawił na klasyczną intrygę kryminalną. Początek wydaje się dość chaotyczny, bo mamy przeskok z jednego wątku na drugi. Jedno jest pewne: obydwa te wątki będą musiały się spotkać ze sobą. Intryga kryminalna jest tutaj zgrabnie poprowadzona – tajemnica, zniknięcie, mistyfikacja, kradzież, morderstwo. Czyli te wątki, które są dla Hitcha bardzo rozpoznawalne. Nie brakuje też odrobiny humoru reżysera, a kilka scen (jazda samochodem z uszkodzonymi hamulcami czy finał) potrafi trzymać w napięciu. Samo rozwiązanie jest satysfakcjonujące, choć raczej oczywiste do przewidzenia. Mimo to realizacja zasługuje na uznanie, scenariusz jest więcej niż solidny (choć jest tu sporo zbiegów okoliczności), a sam film, choć ostatni w dorobku mistrza jest godnym pożegnaniem z kinem.

Siłą napędową też jest tu naprawdę dobre aktorstwo. Najbardziej błyszczy Barbara Harris jako pseudo-jasnowidz, który jest przede wszystkim pazerny na kasę. Jednak w tym przypadku, chyba trafiła kosa na kamień. Partneruje jej świetny Bruce Dern jako taksówkarz, który udaje detektywa. I gdy zbiera informacje, jest naprawdę przekonujący. Poza tą dwójka jest jeszcze jeden duet graczy: William Devane (Arthur Adamson – opanowany, konsekwentny złodziej) i niedawno zmarła Karen Black (Fran – piękna, lojalna i posłuszna, kochanka idealna), który równie trzymają poziom i fason.

intryga2

Ostatni film, ale w tym przypadku nie oznacza to gorszego czy słabego kina. Mistrz trzyma poziom i po prostu zrobił swoje.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Pan i pani Smith

Ann i David Smith są małżeństwem od 3 lat. Żyją sobie dość spokojnie i szczęśliwie. Wszystko się zmienia w momencie, kiedy przychodzi do Nowego Jorku (gdzie mieszkają) urzędnik stanu cywilnego, gdzie wzięli ślub. Informuje ich, że na skutek pewnego błędu, wszystkie małżeństwa od 1936 r. nie są prawnie legalne, więc trzeba wziąć ślub ponownie. Jednak pan Smith nie śpieszy się do tego, co wywoła dość poważne reperkusje.

Alfred Hitchcock raczej nie kojarzy się z komedią, choć jego filmy są doprawione odrobiną humoru. Ale kiedy wyjechał do Ameryki, gdzie wszystko jest możliwe, podjął się nakręcenia komedii z rodzaju screwball (tzw. szalona komedia). Mamy interesujący punkt wyjścia, pełne ironicznego humoru szermierki słowne i gagi, choć finał jest dość łatwy do przewidzenia. Ale za to, co się dzieje po drodze – mimo lat nadal iskrzy, zaś proste przesłanie (każdy kryzys małżeński można pokonać) czyni ten film ponadczasowym i sympatyczną rozrywką. Może nie dorównuje klasykom gatunku, ale nadal daje radę.

smith

Od strony aktorskiej najważniejsze role wypadają bardzo dobrze, ale i tak wszystko skradła Carole Lombard. Początkowo sprawia wrażenie potulnej i miłej żony, ale to pozory. Potrafi być złośliwa, uparta i nie wybaczająca. Partnerujący jej Robert Montgomery lekko odstaje od niej, ale finał jest jego. A między nimi wióry lecą. Żyć ze sobą nie mogą, a bez siebie też nie bardzo. Poza nimi warto też wyróżnić Gene’a Reynoldsa (Jeff, kumpel Davida) i rubasznego Jacka Carsona (Chuck).

Komedia i Hitch to jednak dobre połączenie. Nadal film bawi, choć nie każdego.

7/10

Radosław Ostrowski

Piraci

XVII w. Kapitan Red i jego pomocnik Żaba płyną na zniszczonej łajbie przez ocean. Obaj są piratami, ale ostatnio nie mają zbyt wiele szczęścia. Ale los zaczyna się uśmiechać, bo zauważają okręt hiszpański. W końcu wchodzą do „Neptuna” i zostają schwytani. Przypadkowo Red odkrywa, że na statku znajduje się złoty tron Azteków. Decyduje się doprowadzić do buntu i przejęcia „Neptuna”.

piraci1

Roman Polański po ciężkich i poważnych filmach postanowił zrobić „Nieustraszonych pogromców wampirów” tylko w wersji awanturniczo-przygodowego kina pod piracką banderą. I jest to, co w tego typu produkcjach być powinno – Piraci? Są. Skarb? Jeden, ale za to duży. Miłość? Nieszczęśliwa i nieoczywista. Okręty? Jest jeden, ale bardzo duży. Humor? Głównie slapstikowe gagi, ale też lekka drwina z konwencji (początek i finał filmu). Oprócz tego mamy też takie atrakcje jak zjadanie szczura (ugotowanego), abordaż, „konik truposza”, pojedynki, piękne plenery (uwiecznione kamerą Witolda Sobocińskiego) oraz bardzo lekką i epicką muzykę Philippe’a Sarde’a. Chociaż w połowie można poczuć znużenie, to jednak potem reżyser zauważa ten błąd i wraca wszystko na odpowiednie tory, przyśpieszając, a także bawiąc.

Ale ten film nie byłby tak bardzo zabawny, gdyby nie wspinający się na wyżyny swoich umiejętności komediowych Walter Matthau. Jego kapitan Red to facet-chorągiewka – dopasowuje się do sytuacji, co pozwala mu wykaraskać się z najtrudniejszej opresji. Niepozbawiony sprytu, ogłady (gdy to konieczne), ale to jednak prymityw liczący tylko na skarb i złoto, czyli to, co w tej profesji było najważniejsze. Partnerujący mu Cris Campion w roli Żaby stanowi odpowiednie przeciwieństwo – młody, niedoświadczony, zakochany, ale też trochę ciapowaty. Czegoś wam to nie przypomina? Poza tym komicznym duetem mamy tu bezwzględnego kapitana don de la Torre (mocny Damien Thomas), czarnoskórego Boomako (Olu Jacobs) czy wielkoluda Jesusa (nasz kulomiot Władysław Komar). Jest jeszcze parę innych ciekawych postaci, ale nie starczyłoby mi miejsca na wszystkich.

piraci2

„Piraci” polegli jednak w kinach, a na kolejną opowieść z piratami trzeba było czekać do 2003 roku, gdy wypłynęli „Piraci z Karaibów”. Czy znaczy to, że słusznie zostali zapomniani? Moim zdaniem nie. Nadal potrafią dobrze bawić. Jeśli tylko to kupicie.

7/10

Radosław Ostrowski