Okna, okna

Cała historia jest co najmniej dziwaczna i skupia się na dwóch wątkach. Jesteśmy gdzieś na podlaskiej wsi, gdzie trwa obława na głuszca. Zwierzak terroryzuje okolice, zabijając inne zwierzęta i zmuszając kobiety z dziećmi do opuszczenia wsi. Jednym z ludzi mających obserwować zwierza jest Wojciech. Mężczyzna czuwa i pilnuje na leśnej ambonie. Wracając nocą jest świadkiem dość dziwnej sytuacji, otóż w lesie pojawia się… okno. Zapalone, ale próbując podejść bliżej znika. Jakby nigdy nie było. Mężczyzna próbuje ugryźć tajemnicę.

okna okna1

Wojciech Solarz po latach występowania postanowił spróbować swoich sił jako reżyser. Debiutanckie „Okna, okna” skręcają w mocno absurdalne rejony, co widać już w otwierającej scenie (a w zasadzie trzech). Tylko, że to poczucie humoru nie trafi do każdego, mimo dość krótkiego metrażu (nieco ponad godzina). Sama historia wydaje się tylko pretekstem dla zderzenia pokręconych sytuacji związanych z zapalonymi oknami, pewnym dołem oraz abstrakcją. Jednocześnie jest to kino bardzo świadome (abstrakcyjny początek), gdzie reżyser chce nam opowiedzieć o czymś więcej. O niespełnionych marzeniach, przywiązaniu do ziemi (historia Zdzisława) oraz tej absurdalnej obławie, gdzie członkowie zastanawiają się nad kierunkiem. Do tego wszystkiego zostaje wpleciona narracja Wojciecha z offu (głos samego reżysera). Tylko, że samo rozwiązanie może nie być satysfakcjonujące, bo… nic nie wyjaśnia. A może wyjaśnia, tylko ja tego nie zauważyłem.

okna okna2

Ale mimo faktu, że jest to kino niezależne, to technicznie tego nie widać. Zdjęcia są naprawdę ładne, dźwięk jest czysty, w tle gra delikatna muzyczka. Wygląda to naprawdę dobrze, tylko to lekko pythonowskie poczucie humoru nie trafia do mnie za bardzo. Ale doceniam próbę stworzenia czegoś innego na naszym podwórku. I jest parę ciekawych ról (poza samym reżyserem wybija się Leszek Lichota jako Zdzisław czy epizod Sebastiana Stankiewicza), które zapadają w pamięć. Niemniej jest to bardzo specyficzne kino, dodające pewnej świeżości.

okna okna3

6,5/10

Radosław Ostrowski

Zrywaczki

Co może być ciekawego w Nowej Zelandii? Pozornie nic, ale działają tam całkiem fajne dziewczyny – Mel i Jen. Panie już w niemłodym wieku prowadzą dość nietypowy biznes. Pomagają parom (a przynajmniej jednej ze stron)… zerwać. Bo się nie układa w związku, a nie mam odwagi powiedzieć tego wprost partnerowi/partnerce. Tym razem trafia się wyjątkowy przypadek. Rugbista o imieniu Jordan (nie Peele), który chce odejść od swojej dziewczyny. A że ona jest Samoanką i ma watahę twardych koleżanek, to sprawa nie jest łatwa. Do tego chłopak zakochuje się w Mel.

zrywaczki1

Nowozelandzka komedia kojarzona jest głównie z osobą Taiki Waititiego. Ten filmowiec przy „Zrywaczkach” pełni rolę producenta. Reżyserią zajęły się Jackie van Beek i Madeleine Sami, które także zagrały główne role. Specyficzne poczucie humoru oparte na absurdzie jest mocno obecne, co widać w scenach zrywania. Pomysłowość potrafi przejść najśmielsze oczekiwania, ale tak naprawdę to opowieść o przyjaźni. Ta relacja naszych przyjaciółek przechodzi zmianę: bardziej otwarta Mal oraz wycofana, ekscentryczna Jen. Ale konsekwencje ich działań zaczynają odbijać się czkawką (postać Anny, której mąż „zaginął”), co zmusza do zmiany postaw. Czuć cały czas chemię między bohaterkami, co jest dla mnie atutem. Mimo, że wiele sytuacji jest mocno podkręconych (striptiz na komisariacie czy finał w klubie), to wszystko wydaje się mocno trzymać ziemi. Nie brakuje też bardziej poważnych momentów jak rozmowa Jen z byłym mężem czy szczera rozmowa Mel z Anną. Tego się nie spodziewałem, a wasza sympatia zależy od waszej tolerancji na absurd oraz styl Waititiego.

zrywaczki2

Obie reżyserki na ekranie też wypadają bardzo dobrze, zwłaszcza bardzo sympatyczna Sami. Ciepła, energiczna skontrastowana z bardziej sztywną van Beek. Ale chemia jest bardzo namacalna, podnosząc całość na wyższy poziom. Z drugiego planu najbardziej wybija się od rozgadanego Jamesa Rollerstone’a (Jordan) oraz wyszczekana Ana Scotney (potężna Scep), budząca grozę samą postawą.

zrywaczki3

Netflix i Nowa Zelandia to dość nieoczywiste połączenie. „Zrywaczki” to zdecydowanie jedna z fajniejszych komedii, choć specyficzne poczucie humoru może nie trafić do wszystkich. Ale zabawić się przy tym można.

7/10

Radosław Ostrowski

Casino Royale

James Bond – nie wiem, czy jest ktoś, kto nigdy nie słyszał tego nazwiska. Symbol szpiega idealnego, na ekranach jest obecny od 1962 roku i nie zamierza przechodzić na emeryturę. Ale w całym cyklu pojawił się w 1967 roku film-bękart. Stworzy poza głównym nurtem, będący niejako parodią przygód 007. W dniu premiery wręcz zarżnięty przez krytyków, ale czy mogło być inaczej, skoro całość kręciło pięciu reżyserów (w tym John Huston) oraz trzech scenarzystów (plus jeszcze siedmiu niewymienionych)? Jak mówi porzekadło: gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść.

Punkt wyjścia był nawet niezły. Nasz agent 007 przebywa sobie na emeryturze, a na całym świecie zaczynają ginąć agenci tajnych służb. Ale sir James nie chce wracać do pracy szpiegowskiej. Kiedy jednak zostaje zniszczona jego rezydencja, a M ginie… cóż, Anglia wzywa. A wrogiem jest tajemniczy dr Noah, szef organizacji Smerch, wykorzystujący kobiety jako agentów. Zadaniem ich jest dyskredytacja reputacji agenta 007, a następnie… zniszczenia świata. Czyli klasyka gatunku. Bond ma jednak wyjście: wszyscy jego agenci będą się nazywać… James Bond, a także dojdzie do infiltracji tej grupy. Zwerbowany zostaje także specjalista od bakarata, Evelyn Trumble oraz… córka Bonda i Maty Hari.

casino royale1-1

Trudno mi powiedzieć o fabule, bo jest po prostu szalona. Nadążenie za nią jest czasami wręcz niemożliwe, bo dzieje się tu dużo i szybko. I nie mogłem pozbyć się wrażenie, że wiele rzeczy wyleciało podczas montażu (m.in. schwytanie Trumble’a przez Le Chiffre’a), co wywołuje dezorientację. historia wydaje się być bardzo niespójna, zaś przeskoki oraz nagłe urywanie wątków zwyczajnie irytuje. By było jeszcze ciężej, humor jest tutaj prawdziwym szwedzkim stołem: od seksualnych podtekstów przez gry słowne aż po natężenie absurdu, jakiego nie powstydziłby się Monty Python (gdyby brał dragi), co widać w finałowej konfrontacji. I jest to, niestety, strasznie nierówne: od błysku po żenadę.

casino royale1-2

Pomysłów jest mnóstwo (sceny tortur umysłu, szkoła szpiegów we Wschodnim Berlinie czy szkolenie mające uodpornić na urok kobiet), z czego część jest warta uwagi. No, ale właśnie: tylko część. Bo cel i zamysł głównego antagonisty jest niedorzeczny, nawet jak na parodię. Można się miejscami uśmiać, tylko że wszystko wydaje się przedobrzone i przekombinowane. Wrażenie nadal robi scenografia (tytułowe kasyno czy szkoła szpiegów, wzięta żywcem z jakiego filmu okresu ekspresjonizmu) oraz bardzo zwiewna muzyka jazzowa.

casino royale1-3

Do tego udało się zebrać naprawdę imponującą obsadę. Choć nie mogę pozbyć się wrażenia, że część osób nie wiedziała w co się pakuje. Najbardziej z tego grona błyszczy David Niven, będący zaprzeczeniem wizerunku agenta 007 z ekranu. Wręcz purytański, ale zawsze przygotowany i inteligentny. Na początku się jąka, ale potem to przechodzi. A mimo wieku, nadal potrafi spuścić łomot. Drugim mocnym punktem jest Peter Sellers, czyli Trumble. Nie jest tak safandułowaty jak inspektor Clouseau, ale ma pewne problemy z przyjmowaniem nawyków Bonda. Tylko w kategorii żartu należy traktować fakt, że głównego złego gra… Woody Allen i jest po prostu sobą oraz Orson Welles. Do tego jeszcze masa pań (tutaj błyszczą Deborah Kerr jako próbująca uwieść agentka Mimi oraz Ursula Andress wcielająca się w Vesper), wyglądających bardzo ponętnie, przez co można zapomnieć – na chwilę – o niedociągnięciach.

casino royale1-4

Trudno jednak traktować „Casino Royale” jako dostarczającą świetniej rozrywki parodię agenta 007. Mocno się postarzała, efekty specjalne i pościgi wydają się śmieszne, ale z drugiej strony ma to swój specyficzny urok. Miejscami ten urok nadal potrafi oddziaływać, choć to nie dla każdego.

6/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

Sędzia z Teksasu

Roy Bean nie był świętym człowiekiem pełnym cnót, lecz wyjętym spod prawa bandytą. Przejeżdżał przez małą wioskę w Teksasie, gdzie znajdował się burdel oraz szałasy Meksykanów. Tam właśnie zostaje pobity, okradziony oraz pozostawiony na śmierć. Lecz wraca do miasteczka, by zemścić się na swoich oprawcach, mordując ich z zimną krwią. To jednak nie wszystko, bo ogłasza się sędzią i zamierza tutaj wprowadzić cywilizację, postęp oraz pokój, w czym pomaga mu grupa wyjętych spod prawa, awansowanych na egzekutorów.

sedzia z teksasu1

Ten film miał być reżyserskim debiutem Johna Miliusa, który próbował zrobić (przynajmniej tak to rozumiem) taką westernową wersję „Lawrence’a z Arabii”. Problem w tym, że filmowi bonzowie nie wierzyli w umiejętności przyszłego twórcy „Conana Barbarzyńcy” i zamiast niego tą fabułę zrobił John Huston. Milius bardzo szanował tego doświadczonego reżysera… do momentu, kiedy nie wzięto się za jego tekst. Zamiast szacunku oraz entuzjazmu, pojawiła się wściekłość oraz oskarżenie o zniszczenie dzieła. I powiem szczerze, że jest to jedno spore pomieszanie z poplątaniem, gdzie nie do końca wiadomo o co chodzi.

sedzia z teksasu2

Sam wydaje się mieszanka westernowego sztafażu z dość specyficznym rodzajem komedii. Z jednej strony mamy do czynienia z bezkompromisowym sędzią, który chce podążyć za swoją wizją miasta pełnego porządku, ale ten porządek troszkę jest oparty czasem na widzi mi się (jak sędzia przegrywa w karty, cena alkoholu drożeje) oraz bardzo surowym egzekwowaniu – wieszanie i/lub odstrzał. Miasto zaczyna się jednak coraz bardziej rozbudowywać, a do głosu coraz bardziej dochodzi pewien podstępny prawnik nazwiskiem Gass. I tutaj ta konfrontacja mogłaby być czymś na kształt „Aż poleje się krew”, tylko z konfrontacją między powoli odchodzącą przeszłością Dzikiego Zachodu a postępującą cywilizacją. Nie brakuje też klasycznych elementów oraz typów postaci jak traper (Grizzly Adams) czy bandyta terroryzujący okolicę (Zły Bob „Albinos”), a zamiast psa mamy… niedźwiedzia.

sedzia z teksasu3

Problem dla mnie jednak, że te wszystkie elementy nie chcą się połączyć w żadną spójną całość (romantyczna randka sędziego z Marią Eleną oraz Niedźwiedziem – co do cholery?). Przeskoki w czasie są dość spore, narracja nie prowadzi za bardzo do celu (chyba nawet nie jest w stanie go ustawić), zaś przesłanie wyparowuje. No i ten finał, gdzie do miasteczka przybywa sławna aktorka, którą wielbił Bean (ciekawe cameo Avy Gardner) wydaje się zbędny. Jest jednak jeden mocny punkt tego tytułu, czyli zawsze trzymający poziom Paul Newman w roli tytułowej, tworząc troszkę romantyczną wizję pokręconego stróża prawa.

sedzia z teksasu4

To jeden z najdziwniejszych filmów w dorobku Hustona, gdzie powaga zderza się z groteską, przez co tytuł stoi w rozkroku. Niby chce być poważny i dotykać poważnych kwestii, ale rozjeżdża się nadmiarem groteskowych scen, przez co wywołuje jedynie dezorientację.

6/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

Zbereźnik

Kojarzycie taką postać jak Davey Haggart? Jego ojciec był sławnym bandytą oraz rozbójnikiem, ale został powieszony w bardzo młodym wieku. Jednak jego syn postanawia pójść jego drogą i dokończyć jego nieudany napad na księcia Argylla. Problem w tym, że ciągle towarzyszy mu ciągle głęboko religijna Annie, próbująca walczyć o duszę grzesznika.

zbereznik1

Dla Johna Hustona adaptacja wspomnień Haggarta dawała duże pole do popisu. „Zbereźnik” ma w sobie potencjał na łotrzykowsko-komediową przygodę bandyty spadającego z deszczu pod rynnę. Zaczyna się od dezercji z wojska, a dalej jest już różnie: drobne kradzieże, napad na dyliżans, ucieczka z więzienia, nawet Davey sam zostaje okradziony, wreszcie próba spektakularnego napadu podczas balu. Dzieje się wiele, a jednocześnie nasz heros staje się uwodzicielem żeńskich serduszek. Problem jednak w tym, że reżyser chyba nie do końca wie, na czym się skupić. Próbuje ubarwić to wszystko humorem, niby inteligentnym, serwującym masę gagów, mającym chyba podkreślić zmienne szczęście naszego bohatera. Wrażenie robią plenery oraz utrzymana w klasycystycznym stylu muzyka. Tylko, że to wszystko zwyczajnie nie angażuje, a intryga działa zwyczajnie usypiająca.

zbereznik2

Wydaje się to wszystko zbiorem scenek, z bardzo luźno zbudowanym scenariuszu, bez wątku głównego. Niby chodzi o przebicie „sławy” swojego ojca, jednak nasz heros o aparycji Johna Hurta (bardzo dobrego) bardziej wydaje się mający sporo szczęścia fajtłapą. Do tego bardzo irytująca Annie (niezła Pamela Franklin), próbująca „ocalić” naszego tytułowego bohatera za wszelką cenę. Nawet jeżeli musi przeszkodzić w kradzieży. Rolę tą początkowo miała zagrać córka reżysera, Anjelica Huston, lecz było to źródłem wielu spięć między Hustonem a producentami. I te ingerencje wydają się być mocno odczuwalne: zbędne dla fabuły sceny erotycznych podbojów, wręcz bardzo błaha stawka czy niemal rozcieńczona intryga.

zbereznik3

Czułem bardzo duży potencjał w „Zbereźniku” i wydaje mi się, że Huston czuł wielką frajdę podczas pracy nad filmem. Niemniej mimo pewnych zalet, adaptacja wspomnień Haggarta zwyczajnie nudzi i rozczarowuje. Brakuje jakiejś iskry, by strzeliło jak diabli, w czym nie pomagała statyczna kamera podczas scen pościgów czy pojedynków (strasznie zestarzał się ten tytuł). Mocny kandydat do najgorszego filmu Amerykanina.

4/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

 

 

Kapitan Majtas: Pierwszy wielki film

Animowane kino superbohaterskie nie jest niczym nowym, co pokazali choćby „Młodzi Tytani”. Ten film jednak przeoczyłem z powodu chłodnego odbioru oraz dość dziwacznego zwiastuna. No i tytuł brzmiący niczym z jakiejś bajki dla bardzo młodego widza. Czyżbym był już za stary na pewne rzeczy? Ale po kolei.

Głównymi bohaterami oraz narratorami są George i Harold – dwaj kumple chodzący do podstawówki. Są pozytywnie zakręconymi kawalarzami, tworzą komiks o tytułowym superbohaterze (jego geneza to w zasadzie parodia „Supermana”). I w zasadzie byłoby dobrze, gdyby nie to, że szkoła do jakiej uczęszczają to połączenie kostnicy z obozem, gdzie cały czas jest stypa. Do tego dyrektor, pan Krapp, jest prawdziwym wrzodem na dupie, zaś każda oznaka radości doprowadza go do szału. Kiedy chłopaki podczas dnia, gdzie są prezentowane nowe wynalazki prymusa, wycinają kawał i za karę mają zostać rozdzieleni. Z desperacji wpadają na szalony pomysł, by… zahipnotyzować dyrektora plastikowym pierścieniem, co udaje się. I tak dyrektor zostaje Kapitanem Majtasem, czyli gościem w majtach z niezbyt rozwiniętym IQ. A heros jest potrzebny, bo w szkole pojawia się zagrożenie w postaci nowego matematyka/szalonego naukowca.

kapitan majtas1

Fabuła animacji od DreamWorks zrobiona przez Davida Sorena (reżyser) oraz Nicholasa Stollera (scenariusz) wydaje się brzmieć bardzo prosto i nieskomplikowanie. Akcja w podstawówce, więc raczej należy się spodziewać humoru skierowanego dla zaczynającego swoją przygodę z kinem dziecka. Mamy pierdy, masę slapsticku (głównie zderzenie Majtasa z rzeczywistością – i to bawi), ale jednocześnie jest to pastisz kina superbohaterskiego. Największą siła tego filmu jest zabawa formą, gdzie mamy zarówno sceny ręcznie rysowane (komiksowy wstęp), łamanie czwartej ściany, stopklatki, mocne i pstrokate kolory (wjazd do szkoły w rytm „Oh Yeah”), podzielony ekran niczym komiksowe kadry czy surrealistyczne wstawki (rozmowa dwóch „mózgów”). A i tak nie wymieniłem wszystkiego.

kapitan majtas2

Sama animacja pozornie wydaje się być bardzo uproszczona, troszkę przypominająca mi kinowe „Fistaszki” (sylwetki ludzi) czy „Bociany” (też od Stollera), ale to wszystko tworzy bardzo specyficzny klimat. Troszkę ocierając się o komiks, z bardzo heroiczną muzyką (bardzo pastiszową) w tle – prawie jak „Superman” czy „Indiana Jones” od Johna Williamsa.

kapitan majtas3

Dzieje się tu sporo, nie ma miejsca na nudę, zaś ilość żartów dla dzieci i dorosłych utrzymuje się na poziomie pół na pół. Nawet jeśli wszystko wydaje się przerysowane, głupawe i niedorzeczne (motywacja głównego złola, zachowanie Kapitana Majtasa), jest to absolutnie świadomy zabieg. Może przeszkadzać pewna powtarzalność gagów (hipnotyzowanie i odczarowywanie dyrektora – pstrykniecie i woda), niemniej to wszystko ma masę uroku oraz nawet niegłupi morał, pokazując siłę przyjaźni i wyobraźni. A także bardzo satyrycznie pokazuje szkołę oraz system edukacji, który zmienia uczniów u pozbawionych radości samotników.

kapitan majtas4

Swoją robotę robi też polski dubbing w reżyserii legendarnego Jarosława Boberka. Tym razem jednak zostali obsadzeni mniej znani aktorzy głosowi, co dodaje pewnej świeżości. Jedyny rozpoznawalny głos należy do Jakuba Szydłowskiego, który zagrał profesora Pofajdanka, będącego demonicznym złolem z absurdalną motywacją. Sympatię budzą nasi postrzeleni protagoniści, grani przez Mateusza Narlocha oraz Mateusza Webera, dodając luzu oraz dystansu. Dla mnie jednak odkryciem był Filip Przybylski: z jednej strony wściekły i nabuzowany dyrektor Krapp, z drugiej nie za mądry, pełen optymizmu Kapitan Majtas. W obydwu rolach pozostaje wiarygodny, zaś przejście z jednej w drugą dzieło się niczym za pomocą magicznego przycisku.

Po „Kapitanie Majtasie” spodziewałem się bajki skierowanej głównie dla najmłodszego widza, ale sam film okazał się zaskakująco zabawną, zakręconą opowieścią o sile wyobraźni. Ale jak z każdą siłą, łączy się wielka odpowiedzialność, więc trzeba uważać. Mam nadzieję, że powstanie ciąg dalszy, w końcu to pierwszy wielki film tego herosa.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Młodzi Tytani: Akcja! Film

Słyszeliście kiedyś o Młodych Tytanach? To tacy bardzo młodzi, wręcz dziecięcy superbohaterowie, którzy nie do końca zachowują i traktują się poważnie. Frontmanem grupy jest Robin – podopieczny niejakiego Batmana, zaś wszyscy żyją w Tinsel Town. Tam nawet niepoważni złoczyńcy jak Balonowy Człowiek uważają tą grupę za pajaców. Żeby to zmienić kumple postanawiają… zrobić swój własny film. Tylko, że specjalistka od tego kina nie jest nimi zainteresowana. Do czasu, gdy pojawia się tajemniczy Slade i planuje stworzyć maszynę do manipulowania umysłami.

mlodzi tytani1

Kolejna animacja ze świata DC, ale nie powiązana z kinowym uniwersum, które o mały włos by skończyło żywot. „Młodzi Tytani” zaczynali jako serialowa kreskówka Cartoon Network w latach 2003-07 oraz od 2013, czyli czasów, kiedy już nie odbierałem tego kanału. Kinowa wersja jest tak naprawdę pretekstem do zaserwowania kolejnych żartów i gagów, niczym w „Deadpoolu”. Czyli jeśli spodziewacie się mrocznego, poważnego kina, to pomyliliście adres. Choć animacja i kreska wydaje się niezbyt skomplikowana, mało szczegółowa i bardziej przypominająca produkcję dla telewizji, to jednak ogląda się naprawdę nieźle. Sama historia wydaje się poprowadzona prościutko i skupiona przede wszystkim na Robinie – chłopaku pragnącym być szanowanym przez środowisko superherosów, przez co jego przyjaźń z resztą ekipy (Cyborg, Bestia, Raven, Starfire) zostaje wystawiona na ciężką próbę. Nie oznacza to jednak nudy, bo akcja potrafi przyspieszyć i wciągnąć, intryga całkiem nieźle puentuje współczesne trendy oraz schematy kina, nawet jeśli to wszystko wydaje się znajomo. Balans między powagą a zgrywą nie zostaje zachwiany w żaden sposób.

mlodzi tytani2

Jeśli chodzi o poziom żartów, to jest on bardzo różnorodny: od ironicznego (głównie na dalszym planie) przez postmodernistyczne aluzje (opowieści o filmach, wątek podróży w czasie) aż po taki skierowany do zdecydowanie młodego odbiorcy. Na szczęście tego drugiego nie ma aż tak dużo jak się obawiałem. No i jeszcze wielkie litery niczym w komiksowym stylu. Dla mnie pewnym problemem jest jedna rzecz: z Tytanów najbardziej wybija się Robin, jego dylematy i wątpliwości. Reszta ekipy jest tylko i wyłącznie tłem, bardzo skromnie zarysowanym w jednej piosence, co troszkę boli.

mlodzi tytani3

Jeżeli chcecie obejrzeć „Młodych Tytanów”, to tylko w oryginalnej ścieżce dźwiękowej, bo polska – delikatnie mówiąc – kłuje po uszach i same głosy wypadają tak sobie (zwłaszcza, że są strasznie zdesynchronizowane z kłapami). W oryginale najbardziej błyszczy wcielający się w głównego antagonistę Slade’a – a tak naprawdę Deathstroke’a – Will Arnett (świetnie się bawi tą rolą) oraz Scott Menville jako Robin. Po drodze jest parę ciekawych i wyrazistych ról (cudna Kristen Bell jako reżyserka Jade Wilson, prawy Superman w wykonaniu… Nicolasa Cage’a czy śpiewający Michael Bolton w piosence motywującej jako Tygrys), dodając odrobiny koloru oraz błysku.

Ku mojemu zdumieniu „Młodzi Tytani” okazali się zaskakująco fajnym, sympatycznym kinem postmodernistycznym i przyjemną zgrywą z tego gatunku. Może troszkę ugrzecznioną i bardziej skierowaną dla młodego widza, to jednak dorośli też znajdą sporo dla siebie. I jest też furtka na kontynuację, która – mam nadzieję – powstanie.

7/10

Radosław Ostrowski

Hotel Transylwania 3

Pamiętacie jeszcze ten hotel prowadzony przez legendarnego hrabiego Draculę? Dwie części animacji od studia Sony oraz reżysera Genndy’ego Tartakovsky’ego były świetną zabawą, stanowiącą dekonstrukcję kina grozy, zmieszana z komedią. Teraz jednak Drakul troszkę męczy się z samotnością – w sensie brakiem partnerki, bo córeczka ma własną rodzinę, hotel też dobrze się trzyma i prowadzi, lecz smutek mu widać na twarzy. Dlatego cała ekipa postanawia wyruszyć na upiorną wycieczkę do… Trójkąta Bermudzkiego. Jednak cały myk polega na tym, że kapitanem całej wyprawy jest prawnuczka Abrahama Van Helsinga, chcącego zatłuc wszystkie monstra.

hotel transylvania3-1

Są pewne serie, które z każdą częścią tracą na jakości i niestety, to tego grona dołącza nowa część „Hotelu Transylwania”. To nadal opowieść o tolerancji wobec inności i przełamywaniu barier, tylko że tutaj brakuje czegoś, co mogłoby utrzymać moją uwagę na dłużej. „Trójka” coraz bardziej próbuje trafić do młodego widza, nie dając starszym zbyt wiele. Slapstickowy humor oparty na prostych i oczywistych gagach typu kamuflowanie zwierzątka, horda siejących spustoszenie dzieci czy – to akurat trafne – hrabia mijający wszystkie świszczące pociski, topory i tym podobne narzędzia zagłady. Cały czas postacie stoją w miejscu: Dracula skrywa i nie mówi niczego wprost, Mavis (córka) martwi się o ojca, zaś jej chłopak wydaje się traktować wszystko na luzie. Pewną świeżością jest nowa lokalizacja, czyli statek oraz Atlantyda czy bardzo pomysłowy pojedynek finałowy z wykorzystaniem broni ostatecznej zagłady. Także linie lotnicze prowadzone przez gremliny potrafią rozbawić, tylko że to wszystko są to bardzo małe drobiażdżki. Dla mnie nie było zbyt wiele, zaś cała historia była strasznie przewidywalna i nudna. Nie bójmy się tego słowa, mimo jakości animacji w stylu znanego dla tego reżysera (ładnie to wygląda) oraz świetnej muzyki troszkę w stylu Danny’ego Elfmana. Czuć tutaj bardzo duże zmęczenie materiału oraz poczucie deja vu, mimo udziału rodziny Van Helsing (nieudane próby neutralizacji to perełki humoru).

hotel transylvania3-2

Sytuację częściowo ratuje polski dubbing kierowany przez Bartka Wierzbiętę. Starzy znajomi nadal trzymają poziom, zwłaszcza Tomasz Borkowski (Dracula) oraz Agnieszka Mrozińska (Mavis), dodając lekkości oraz masę charakteru. Drugi plan wydaje się tutaj bardziej oddalony i zepchnięty do roli tła. Wyjątkiem od tej reguły są nowi bohaterowie, czyli kapitan Ericka (świetna Izabella Bukowska), starszy Van Helsing (niezawodny Jakub Szydłowski) oraz pełniący rolę służącego Śledź (bardzo chłodny Szymon Majewski).

hotel transylvania3-3

Nie wiem jak wam, ale dla mnie „Hotel Transylvania” powinien zakończyć działalność, zanim ostatecznie stanie się nieoglądalny. Ja nie miałem dla siebie zbyt wielu ciekawych rzeczy, poza śladowym absurdem, bo już nie jestem targetem tego dzieła (8-10-latek już we mnie nie siedzi i potrzebuję czegoś więcej od slapsticku), zaś dubbing nie jest w stanie ukryć mielizn fabuły.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Seria niefortunnych zdarzeń – seria 3

Na pewno wielu z was śledziło losy sierot Baudelaire’ów, na których majątek dybie złowrogi hrabia Olaf. Mam dla fanów tego telewizyjnego cyklu dwie wiadomości – trzecia serii ciągle potrafi zaskakiwać i utrzymuje poziom poprzedników. Ale jest też ostatnim spotkaniem z całym tym zwariowanym światem, gdzie doszło do rozpadu między członkami pewnej organizacji o skrócie WSZ. Jak pamiętamy druga seria zakończyła się cliffhangerem – dosłownie. Klaus i Wioletka spadają w przepaść swoim wozem, zaś Słoneczko zostaje porwane przez hrabiego Olafa i jego świtę, więc sytuacja jest niewesoła. Ale jak wiemy nie od dziś, jakoś zawsze udawało naszemu rodzeństwu wyjść z tarapatów.

seria_niefortunnych_zdarzen31

Trzecia seria oparta jest na ostatnich czterech częściach cyklu Daniela Handlera. Im dalej w las, tym coraz bardziej atmosfera staje się mroczna i niemal do samego końca czuć pewną fatalistyczną aurę nad naszymi bohaterami. Dawno jednak zostaje porzucony schemat z serii pierwszej, ale coraz bardziej odkrywamy kolejne tajemnice dotyczące schizmy, jej przyczyny oraz dlaczego hrabia Olaf stał się tym, kim jest. Bo – co chyba może zaskoczyć – nasz antagonista nie był takim demonicznym łotrem. Podział na dobrych i złych (taki jednoznaczny) zaciera się, zaś pozornie ci dobrzy też mają wiele za uszami, o czym przekonamy się podczas kulminacyjnego zdarzenia w Hotelu Ostateczność, co doprowadza do paru nieprzyjemnych wolt oraz moralnie wątpliwych decyzji. Pojawiają się też nowe, kluczowe postacie jak Kit Snicket (ciężarna wolontariuszka WSZ oraz siostra Jacquesa i Lemony’ego),  dość demoniczna para (Mężczyzna z brodą, ale bez włosów i Kobieta bez brody, ale z włosami) wywołująca strach u samego Olafa czy w końcu menadżerowie hotelu Ostateczność (bracia bliźniacy).

seria_niefortunnych_zdarzen35

Jeśli podobały wam się wstawki śpiewane, to… nie znajdziecie ich. Nie znaczy to jednak, że twórcy zrezygnowali ze swojego specyficznego humoru, który pozwala jakoś spokojniej przetrwać całą tą eskapadę. Nadal wrażenie robi świetna scenografia, choć miejsc do popisu nie było zbyt wiele – podpalona kryjówka czy hotel Ostateczność wyglądają olśniewająco, tak jak okręt podwodny. Wszystko to buduje klimat, będący mieszanką groteski, mroku i powagi, a jednocześnie czuć tutaj aurę przemijania, co mocno podkreśla narracja samego Snicketa (ten element pozostaje niezmienny).

seria_niefortunnych_zdarzen33

Dla wielu pewnym problemem może być zakończenie, które wydaje się pozornym happy endem. Naszym bohaterom udaje się przeżyć, jednak ich losy pozostają tajemnicą. Tak jak wiele wątków pozostaje niejako urwanych i w sporej części niedopowiedzianych (działalność WSZ, dalsze losy Bagiennych, sam Snicket), wywołując spore poczucie niedosytu. Niemniej nie mogłem odczuć satysfakcji z rozwiązania głównego wątku oraz kilku kapitalnie poprowadzonych scen jak proces hrabiego Olafa czy finał na wyspie.

seria_niefortunnych_zdarzen32

Nadal serial – poza realizacją – zachwyca też kapitalnym aktorstwem, ale to wie każdy, kto miał z tym cyklem styczność. Wszyscy przewijający się dotychczas bohaterowie (hrabia Olaf, Baudelaire’owie, Lemony Snicket, Esmeralda Szpetna, pan Poe) ciągle są fantastyczni i oglądanie ich sprawia masę przyjemności, zyskując coraz więcej głębi. Z nowych postaci najbardziej w pamięć zapada demoniczny duet Richard E. Grant/Beth Grant (zbieżność nazwisk przypadkowa), budzący lęk samym przerażeniem oraz niemal obojętnym, matowym głosem, a także Allison Williams (Kit Snicket) oraz Peter MacNichol (próbujący żyć z dala od cywilizacji Ishmael, który skrywa pewną tajemnicę).

seria_niefortunnych_zdarzen34

Nie mogę pozbyć się wrażenia, że to już jest koniec i więcej już nie spotkam się z bohaterami „Serii niefortunnych zdarzeń”. Z jednej strony jest to komediowo-przygodowy serial pełen surrealistyczno-groteskowego stylu, wyróżniając się z grona innych seriali Netflixa. Z drugiej ma też dość wiele do powiedzenia na temat świata i te wnioski nie są zbyt wesołe, co dziwnie ze sobą współgra. Dojrzewanie dawno nie było takie słodko-gorzkie, mroczne, ale też z pewną nutką nadziei.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Kto się śmieje ostatni?

Al Hale kiedyś był menadżerem gwiazd amerykańskiej estrady, jednak to było wieki temu. Obecnie ma kontakt tylko z wnuczką, a brak klientów zmieniło życie naszego bohatera w stan wegetatywny. Przenosi się w końcu do domu starców, gdzie poznaje jednego ze swoich klientów. Buddy Green miał szansę na wielką karierę, lecz 50 lat temu wycofał się. Al decyduje się na szalony pomysł, by Buddy wrócił na scenę po raz ostatni.

the_last_laugh2

Kolejne dzieło Netflixa, tym razem jedno ze świeższych i będące komedią. Komedią ze starością w roli głównej. Niby ten temat był już mielony przez kino setki razy, więc czy jest sens tworzenia czegoś innego w tej kwestii? Mamy tutaj tak naprawdę kumpelską komedię, chociaż dowcipy z dzisiejszej perspektywy są takie staroświeckie. Ale w żadnym wypadku wulgarne, czy prostackie, choć nie brakuje także tematyki erotycznej. W zasadzie to jest sympatyczne kino w starym stylu, gdzie mamy tutaj występy od klubu do klubu, gdzie dochodzi do drobnych przekomarzanek dwójki bohaterów. Jeszcze po drodze pojawia się pewna sympatyczna ex-nauczycielka plastyki, do której nasz Al zaczyna czuć miętę, co też ma wpływ na cała imprezę. Zaskoczeń tutaj nie ma, chyba że mówimy o wplecionych scenach musicalowych dziejących się pod wpływem grzybków. Można się tutaj parę razy uśmiać, choć całość jest przepełniona lekko nostalgicznym klimatem oraz wspomnieniami.

the_last_laugh1

Sama realizacja jest mocno niedzisiejsza, w tle gra sympatyczny jazz, ale tak naprawdę całość dobrze dobrany duet protagonistów. Chevy Chase wydaje się mieć swoje lata za sobą, lecz nadal ma odrobinę charyzmy i ciągle budzi sympatię. Zdecydowanie lepszy z tego duetu wypada Richard Dreyfuss w roli powoli wracającego do estrady Greena. To on sprawia wrażenie bardziej wyluzowanego, dowcipnego i wywołuje uśmiech niemal samą obecnością. Czuć chemie między bohaterami i to ona może być największym wabikiem, tak samo jak nadal atrakcyjna Andie MacDowell na drugim planie.

„Kto się śmieje ostatni?” to taki sympatyczny średniak, który nie będzie do końca stratą czasu, chociaż można było to zrobić lepiej. Chemia między aktorami jest na tyle silna, że może zaangażować.

5,5/10

Radosław Ostrowski