Tuca i Bertie

Ptaszyskowo to typowe miasto gdzieś w USA, gdzie żyją głównie antropomorfizowane ptaki. Wśród tych mieszkańców są dwie kumpele, które znają się od kilku lat i mają po 30 lat. Tukanica Tuca jest bardzo imprezową dziewczyną, która od niedawna rzuciła alkohol, nie ma pracy, chłopaka, męża, z rodziną kontaktów nie utrzymuje. Bertie jest drozdem, pracuje w korporacji jako informatyk, a jej pasją jest robienie deserów i innych smakołyków. Mieszkały panie razem sześć lat, ale Bertie znalazła sobie chłopaka o zacnym imieniu Ćwiek i tukan musi się wyprowadzić.

tuca i bertie1

Kolejna animacja od Netflixa skierowana dla dorosłego widza. „Tuca i Bertie” jest stworzona przez Lisę Hanewalt, czyli rysowniczkę kultowego „BoJacka Horsemana”. Wizualnie to nowe dziełko jest dość blisko opowieści o człowieku z końską twarzą, ale inaczej rozkłada akcenty. Tutaj serialowi (niestety, skasowanemu po pierwszej serii) bliżej jest do klasycznego sitcomu, gdzie każdy odcinek stanowi osobną, niekoniecznie powiązaną ze sobą historię. Każda z naszych ptaszyc próbuje rozwiązać swoje problemy i zmierzyć ze swoimi demonami, których jest tu sporo. Trudna przyjaźń, seksizm, samotność, relacje damsko-męskie, odpowiedzialność, podążanie za pasją  – dzieje się tutaj bardzo dużo, chociaż każdy odcinek trwa niecałe pół godziny. Jednocześnie cała tematyka podana jest w bardzo komediowym sosie. Nie oznacza to jednak, że nie ma momentów poważnych czy poruszających. Dla mnie taką sceną było wyznanie Bertie z przedostatniego odcinka, gdzie opowiada o tym, dlaczego rzuciła pływanie. To bardzo mocny moment, dodatkowo cała retrospekcja towarzysząca tej scenie pokazana jest w zupełnie innym stylu.

tuca i bertie2

Właśnie. Twórcy mieszają tutaj różne style animacji, co bardzo uatrakcyjnia seans, nie wprowadzając chaosu i zamieszania. To wszystko jeszcze bardziej podkreśla charaktery naszych pokręconych przyjaciółek. Zwłaszcza w scenach wszelkich retrospekcji dodaje jeszcze bardziej do tego absurdalnego homoru. Dowcip tutaj jest oparty m.in. na wpleceniu napisów w trakcie dialogów (świetny moment kiedy podczas jakiegoś kawału pojawia się… tytuł sitcomu oraz pora jego nadawania!!!) czy pojawiających się znikąd wstawek musicalowych (śpiewająca Bertie). Wszystko tutaj oparte jest na absurdzie i zderzeniu charakterów. Bo jak traktować sytuację, kiedy Tuca kupuje sobie… jaguara czy wizytę Tuki u lekarza z gadającym ultrasonografem. To jeszcze bardziej podkręca ten zakręcony, kolorowy świat, dodając lekkości całego przedsięwzięcia.

tuca i bertie3

Ale to wszystko nie zadziałałoby, gdyby nie kapitalny dubbing. Absolutnie tutaj błyszczy skontrastowany duet Tiffany Haddish/Ali Wong w rolach głównych. To one dodają tego charakteru, jaki potrzebują te postaci: nakręcona, wygadana i głównie wyluzowana Tuca oraz wycofana, spokojna, ciepła Bertie. Dla mnie najlepsze momenty były związane z przełamaniem ich charakterów (zakochana Tuca na randce jest bardzo niepewna i przerażona czy jak Bertie puszczają nerwy) czy kiedy wspierają siebie nawzajem. Chemia między tymi dziewczynami jest bardzo naturalna, wiarygodna do samego końca. Trzecim do pary jest Ćwiek z głosem Stevena Yeuna, próbującego zachować spokój i zadowolić swoją kobietę. Ma swoje momenty komediowe jak kiedy ma sztywną pozę oraz puszczają mu nerwy, co też pozwala mu zabłysnąć.

tuca i bertie4

Żałuję, że Netflix skasował ten serial po raptem 10 odcinkach, bo „Tuca i Bertie” miała potencjał na bardzo rozluźniającą, sympatyczną rozrywkę z bohaterkami, których nie da się nie polubić. Bardzo przyjemnie spędzony czas i chciałoby się zostać w Ptaszyskowie na dłużej.

8/10

Radosław Ostrowski

Święta Last Minute

Państwo Krank mieszkają gdzieś na przedmieściach, a ich jedyny córka wyrusza do Ameryki Południowej jako wolontariuszka Korpusu Pokoju. Dla pana Kranka spędzenie Świąt w deszczu, w domu wydaje się niezbyt przyjemną perspektywą. Więc namawia swoją żonę, by zamiast spędzić Święta w domu, wyjechać na wycieczkę do tropików. Problem w tym, że otoczenie nie jest w stanie zaakceptować tej decyzji. Ale cały plan może trafić szlag, kiedy dzwoni Blair z informacją, iż… wraca w te Święta do domu. Z chłopakiem.

swieta last minute1

Ten film z 2003 roku to adaptacja (dość luźna) powieści Johna Grishama. Tak, tego Grishama specjalizującego się w dramatach sądowych, co mogło wywołać pewną konsternację. Sam pomysł na krytyczne spojrzenie na Boże Narodzenie, gdzie bardziej skupiamy się na zakupach oraz samych wydatkach, miała ogromny potencjał. I mogło być bardzo ostrą satyrą na konsumpcjonizm czy próba wyrwania się z tradycji. Problem jednak w tym, że reżyser Joe Roth ze scenarzystą Chrisem Columbusem idą ku banalnym zestawom gagów w rodzaju tworzenie oblodzenia na podwórku, desperackie poszukiwanie zakupów, ochlapanie przez kałużę. Ten poziom humoru jest prostacki, intryga jest bardzo mało wiarygodna, a zachowanie naszych bohaterów – zwłaszcza pana Kranka – jest kompletnie niezrozumiałe. Niby chce oszczędzić pieniądze na wycieczkę, a kupuje sobie zastrzyk z botoksu oraz wizytę w solarium. Poza tym jest strasznie wrednym egoistą, zmuszającym żonę do działania wbrew swojej woli, a jego przemiana wypada bardzo sztucznie i niewiarygodnie.

swieta last minute2

Same watki poboczne, czyli nacisk otoczenia na zmianę zdania (żądanie wyjęcia jednej ozdoby, śpiew kolędników) sam w sobie jest nienajgorszy. Tylko, że to służy wyłącznie tylko jako źródło humoru, bez czegoś głębszego i poważniejszego wydźwięku. Przez co morał wydaje się strasznie banalny oraz przewidywalny, że w Święta chodzi o coś innego niż swoje pragnienia, tylko wsparcie dla innych. A jeszcze bardziej przerażający jest fakt, że mimo udziału znanych aktorów (Tim Allen, Jamie Lee Curtis, Dan Aykroyd, M. Emmett Walsh) żaden z nich nie tworzy nawet przyzwoitej kreacji. Jak to możliwe, nie mam pojęcia.

swieta last minute3

Nawet Netflix nie był w stanie zrobić tak rozczarowującego, nudnego, pozbawionego klimatu filmu świątecznego. Jeszcze bardziej zadziwia fakt, że nawet udział utalentowanych twórców wydaje się nie mieć żadnego znaczenia dla słabej jakości. Omijajcie szerokim łukiem.

3/10

Radosław Ostrowski

Święta nie na bogato

Rush Williams jest wielką gwiazdą radiowej stacji, gdzie gra „czarną” muzykę. Żyje mu się dość dobrze w wielkim domu, z czwórką dzieci oraz swoją mamą, która pomaga w wychowaniu dzieci. I żyłby tak sobie spokojnie, tylko jest jeden mały szkopuł. Parę tygodni przed świętami zostaje zwolniony, więc to oznacza zaciśnięcie pasa oraz powrót na stare śmieci. Czyli do starego domu, gdzie zmarła żona Rusha oraz szukanie nowej pracy.

holiday rush1

Kolejne tegoroczne dzieło spod znaku bombek, choinek i Świąt. W zamierzeniu miał to być komediodramat z morałem: że najważniejsze w świętach jest to z kim je spędzasz, a nie co dostajesz. Tą lekcję musi przejść cała rodzina (zwłaszcza rozpuszczone dzieci), jak i bardzo zapracowany ojciec. Tylko, że w przeciwieństwie do reszty rodziny, on poznał smak życia w biedzie i jest na tym polu zaprawiony. Nawet wszelkie problemy (brak możliwości uruchomienia własnej wytwórni, zaginięcie syna czy kwestia prezentów) wydają się groźne tylko na papierze. Bo rozwiązanie zostaje szybko odnalezione – czy to za pomocą rozmowy, życzliwości innych czy sprytu. A i sama przemiana postaci następuje dość szybko. Nawet jak na produkcję familijną. Wszystko wydaje się tutaj wymuszone, mechaniczne, sztuczne i naiwne. To ostatnie jeszcze można zrozumieć (bo są Święta), jednak przewidywalność i nuda towarzyszą nam aż do samego końca.

holiday rush2

Realizacyjnie film jest po prostu poprawny. Ani nie wyróżnia się niczym szczególnym, ani nie jest nic zrobione źle. Zdjęcia poprawne, montaż nie rzuca się w oczy, a muzyka jest tak świąteczna jak powinna być. Także aktorsko nie ma tutaj zbyt wielkiego pola do popisu. Jest tylko poprawnie, choć nie ma poczucia żenady. Ale chciałoby czegoś więcej, bardziej angażującego.

5/10

Radosław Ostrowski

Jabberwocky

Dżebbersmok to bestia znana wszystkim, co czytali „Po drugiej stronie lustra”. Był to smok, z którym musiała się zmierzyć Alicja. Wiersz Lewisa Carrolla był także inspiracją dla wielu twórców, a najbardziej znaną wariacją jest nakręcony w 1977 film Terry’ego Gilliama. Jednak opowieść o bestii jest tylko pretekstem do szerszej historii.

Bohaterem tego dzieła jest Dennis Cooper – syn bednarza, który jest bardzo wielką pierdołą. Do tego jest bardzo zakochany w dziewczynie, która ewidentnie ma go gdzieś, jego ojciec umiera i wyrzeka się go. Szukając szczęścia wyrusza do zamku, by zbić majątek. Problem w tym, że okolicę terroryzuje tajemnicza bestia, co zabija oraz pustoszy liczne wsie. Król decyduje się zorganizować turniej, który ma na celu wyłonić czempiona.

jabberwocky2

„Jabberwocky” stylistycznie kontynuuje ścieżkę znaną z „Monty Pythona i świętego Graala”, czyli średniowieczne realia polane absurdalnym humorem. Budżet nie jest raczej zbyt wielki, co widać m.in. w wielu ujęciach kręconych z ręki, jednak dla Gilliama nie jest to żadna przeszkoda. Wszystko to służy pokazaniu czasów mrocznych w bardzo krzywym zwierciadle. Chociaż czy aby na pewno? Mamy tutaj zamek, który coraz bardziej się rozpada, bogaczy oraz Kościół, czerpiący profity z obecności bestii (handel oraz większa obecność wiernych), religijnych fanatyków, zakonnice (nawet jeśli są to mężczyźni) oraz prosty lud. Reżyserowi to rozwarstwienie pokazuje pewną głupotę ludzi oraz podatność na manipulację, co widać w przypadku fanatyków czy państwa Fishbourne’ów, zmieniających swoje nastawienie do bohatera jak chorągiewki na wietrze. I nawet jeśli udaje się naszemu bohaterowi osiągnąć sukces, jest to kwestia zwykłego przypadku.

jabberwocky1

Dennis (fenomenalny Michael Palin) próbuje żyć w miarę spokojnym życiem, jednak każda próba kończy się w dość nieoczekiwany sposób. I nie ważne czy mówimy o próbie zebraniu chrustu za zupę, ucieczce przed strażą, gdzie trafia do… wieży księżniczki czy w końcu zostaje giermkiem rycerza wskutek zamiany miejsc. A sami rycerze tutaj albo walczą na turnieju, doprowadzając do wręcz krwawej rzeźni, albo są skupieni na swoim celu, olewając osoby z nizin społecznych. Nie brakuje tutaj bardzo absurdalnego poczucia humoru (wybór mistrza za pomocą… gry w ciuciubabkę czy długie przemowy herolda), typowego dla brytyjskiego kina oraz lekko już archaiczne efekty specjalne w postaci tytułowego monstrum. Jednak ten archaizm dodaje odrobinę uroku do całości.

jabberwocky3

Mimo, iż to mniej znany film w dorobku Gilliama, „Jabberwocky” jest bardzo trafnym spojrzeniem na realia średniowiecza. Nawet jeśli jest to w krzywym zwierciadle oraz mocno abstrakcyjne.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Postrach nocy II

Pamiętacie pogromcę wampirów, Petera Vincenta oraz młodego studenta, Charleya? W pierwszej części panowie pokonali Jerry’ego, który okazał się wampirem. Po trzech latach od tych wydarzeń nasz studencik przechodzi terapię i w miarę normalnie funkcjonuje. Ale jak wiemy z różnych opowieści, spokój nie jest stanem stałym, czyli musi zostać zaburzony. W mieście pojawia się tajemnicza Regina, będąca artystką sceniczną. Niby nic niezwykłego, oprócz tego, że jest bardzo pociągającą kobietą, to jeszcze jest siostrą Jerry’ego. Czyli szansę na pokojowe rozwiązanie sprawy są praktycznie żadne.

postrach nocy2-1

Pierwszy „Postrach nocy” od Toma Hollanda była naprawdę niezłym horrorem z przymrużeniem oka traktującym motywy wampiryczne. Sequel od Tommy’ego Lee Wallace’a wydaje się w zasadzie powtórką z rozrywki, tylko bardziej pachnący erotyzmem. Ale poza tym, w zasadzie jest wszystko po staremu. Wampiry krążą między ludźmi, zaś poza momentami metamorfozy, są nie do rozpoznania i coraz trudniej w nie uwierzyć. Dlatego są traktowani tylko jako wytwór fantazji, coś obecnego tylko w książkach czy filmach. Sama koncepcja jest niezła, ale w oryginale była lepiej wyegzekwowana oraz o wiele zabawniejsza, zaś intryga oparta na zemście (oraz próbie przemianie naszego bohatera w wampira) nie porywa za bardzo. Nawet bardziej podrasowana muzyka oraz lepsze efekty specjalne nie są w stanie zmienić poczucia deja vu. Nawet osadzenie Petera w szpitalu psychiatrycznym (które potrafi rozbawić) wydaje się zbędną przeszkodą. Finałowa konfrontacja wydaje się bardzo prosta, wręcz skromna, przez co troszkę czułem się zawiedziony.

postrach nocy2-3

Reżyser próbuje straszyć i ma parę momentów (finałowa próba wyrwania Charleya z ręki Reginy czy gwałtowne ataki w jego organizmie), ale tak naprawdę bardziej to śmieszy niż przeraża. Nadal działa chemia między bohaterami, choć razem nie pojawiają się zbyt często. Ale to Vincent ma więcej do pokazania, kiedy z tchórza zaczyna przemieniać się w odważnego pogromcę. I to działa najbardziej. Najmocniejszym punktem jest pociągająca antagonistka w wykonaniu Julie Carmen, będąca w świetnej formie. I dla niej absolutnie warto obejrzeć ten zapomniany (słusznie) sequel.

postrach nocy2-2

Strachu tu nie uświadczycie, o dobrej zabawie też możecie zapomnieć. Pozbawiony własnego pomysłu oraz klimatu pierwowzoru sequel, nie dorównujący pierwszej części.

5/10

Radosław Ostrowski

Re-Animator

Wszystko zaczyna się na uniwersytecie w Zurichu, gdzie studiował niejaki Herbert West pod okiem dr Hansa Grubera. Niestety, studencik zostaje wyrzucony z uczelni za… zabicie swojego pryncypała. I tak nasz bohater trafia do szpitala w Arkham, gdzie jednym ze studentów jest niejaki Daniel Cain – lubiany, pracowity i szanowany facet. A jego dziewczyną jest córka dziekana, co jest trzymane mocno w tajemnicy. Ale nasz poczciwina będzie miał pecha, bo to West zostanie jego współlokatorem. Ten zaczyna się brać do roboty ze swoim specyfikiem, co wskrzesza ludzi.

reanimator1

Może i opis zapowiada makabryczną wersję „Frankensteina”, ale reżyser Stuart Gordon nie traktuje tego wszystkiego poważnie. Ta adaptacja opowiadania H.P. Lovecrafta jest czarną komedią, będącą wariacją ponadczasowej historii Mary Shelley. Z tą różnicą, że wszystkie wskrzeszone osoby okazują się zombie. Przynajmniej na początku: od kota po dziekana, bo nie tylko West ma obsesję na punkcie wskrzeszania. Jednak fabułka jest bardzo szczątkowa. Jest romantyczna relacja między Cainem a córką dziekana, mający obsesję na punkcie wskrzeszania West oraz żądnego sławy dr Hilla. Czarna komedia, która dla mnie kompletnie nie działała. Ani pokręcony West (dobrze pasujący do roli Jeffrey Combs), ani cała sytuacja ze wskrzeszanie nie wywołała we mnie żadnego śmiechu. Może poza wariackim finałem, gdzie dochodzi do konfrontacji między Hillem (kradnący film David Hill) a Westem, gdy cały plan wydaje się sypać. Jeszcze pojawia się bardzo niepokojące zakończenie, pozostawiające furtkę na ciąg dalszy.

reanimator2

Nawet to nieźle wygląda, tylko kompletnie mnie to nie interesowało. „Re-Animator” mnie wynudził, a powstała późniejsza „Martwica mózgu” wydaje się bardziej zwarta treściowo i wiele zabawniejsza. Ale może fakt, że film Jacksona widziałem wcześniej wypaczył moją ocenę.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Śmierć nadejdzie dziś 2

Kiedy usłyszałem o planie kontynuacji „Śmierć nadejdzie dziś” byłem więcej niż sceptyczny. No bo pętla wobec Tree została przerwana, morderca zabity, więc co należałoby wymyślić do stworzenia tej kontynuacji? I pozornie reżyser Christopher Landon znajduje wyjście, choć pierwsze paręnaście minut wydaje się prostym pomysłem przeniesienia pętli na kogoś innego. Ale jednak po kolei.

smierc nadejdzie dzis 2-2

Na początku bohaterem jest jeden ze studentów, Azjata Ryan. Razem z kumplami stworzył maszynę zwaną Suzi – reaktor kwantowy. Po samoczynnym wystrzeleniu wynalazku, który doprowadza do paru zniszczeń dziekan zamyka projekt. A potem chłopak zostaje zamordowany przez gościa z maską bobasa. I budzi się tego samego dnia, czyli 19 września. Ryan opowiada Carterowi i Tree, co się stało, a dziewczyna (co sama przeżyła czasową pętlę) decydują się mu pomóc. Udaje się schwytać mordercę, którym jest… Ryan z innego wymiaru. Ten mówi, że trzeba zabić swojego dublera, bo inaczej pętla się nie zamknie. Przestraszony oryginał odpala Suzi, co doprowadza do sytuacji, że Tree… budzi się 18 września. Czyli wraca do sytuacji z pierwszej części, tylko że… w innym wymiarze.

smierc nadejdzie dzis 2-1

Jeśli oczekujecie więcej horroru (a dokładnie slasherowej wersji „Dnia świstaka” 2.0), to nie macie czego szukać. Nadal jest to samoświadoma czarna komedia, gdzie widzimy dość zaskakujące i rozbrajające momenty zgonów Tree. Tylko, że nadbudowa przypomina jeden odcinek „Teorii wielkiego podrywu”, gdzie grupka nerdów próbuje naszej bohaterce wrócić do swojego wymiaru. Czyli taki uwspółcześniony „Powrót do przyszłości 2”. Niby jesteśmy u siebie, lecz pewne elementy są tutaj inaczej poprowadzone. Wracają stare elementy (morderca w masce, zbrodniarz w szpitalu i starzy znajomi), jednak klocki są tutaj inaczej poukładane, co daje pewnej świeżości. Nadal mamy tutaj fajnie poprowadzone napięcie (wariacje scen w szpitalu czy pulsujący), nie brakuje paru niespodzianek oraz wolt.

Jednocześnie mamy przebijające się pytanie o możliwość wyboru między przeszłością a teraźniejszością. Czy chcielibyście jeszcze raz spotkać osoby zmarłe w wersji żywej, ale w nie swoim życiu, czy może jednak żyć tak jak jest? Ale to jest przede wszystkim dobra rozrywka i takie refleksje są niejako mimo woli rzucane.

smierc nadejdzie dzis 2-3

Dawno się nie uśmiałem na horrorze i to w sposób zamierzony. Bohaterowie nadal są sympatyczni i fajnie zagrani ze świetną Jessicą Rothe na czele, zaś finałowa scena po napisach sugeruje ciąg dalszy. Ten sequel idzie w zupełnie innym kierunku niż można się było spodziewać i to dla mnie plus. Jest lepiej poprowadzony, śmieszy oraz sama historia jest ciekawsza.

7/10

Radosław Ostrowski

Spider-Man: Daleko od domu

Nasz ulubiony ostatnio miał więcej niż ciężko. Nie dość, że zniknął z powodu pstryknięcia Thanosa (to akurat udało się odkręcić), to jeszcze stracił swojego mentora, Tony’ego Starka (to już było nieodwracalne). Po ośmiu miesiącach od wydarzeń z „Końca gry”, nasz Spidek próbuje normalnie funkcjonować. Bo bycie nastolatkiem i superherosem jednocześnie to jest ciężka robota. Zwłaszcza, gdy otoczenie odbiera ciebie jako następcę Ajron Mena. To prawie tak jak bycie synem króla sedesów – zajebiście wysoko postawiona poprzeczka. Na szczęście są wakacje i wycieczka szkolna do największego kraju na świecie – Europy. W końcu będzie mógł naładować baterie i mieć święty spokój od bandytów, superłotrów, prawda? Nic bardziej mylnego, zwłaszcza gdy do akcji wkracza sam Nick Fury, a po okolicy szaleją groźne żywiołaki.

spider-man daleko2

„Far from Home” z jednej strony jest sequelem „Homecoming”, z drugiej zaś jest niejako epilogiem „Endgame”. Reżyser Jon Watts nadal próbuje (tak jak Parker) lawirować między dwoma światami. Bo jest świat nastolatka, przeżywającego miłość do MJ, więź kumpelską z Nedem i geekowskim umysłem. Ale jest też świat zagrożenia z innego wymiaru (żywiołaki), tajemniczy heros ze szklaną kulą na głowie, Nick Fury oraz rozpierducha wisząca w powietrzu. Zderzenie tych dwóch światów coraz bardziej zaczyna Petera męczyć, przez co szansa na tzw. normalne życie staje się coraz trudniejsza. Zupełnie jakby nie można było mieć świętego spokoju. Po drodze wędrujemy po kontynencie (Wenecja, Londyn, Praga, Berlin), zaś coś takiego jak nuda tu nie istnieje. Same sceny akcji są tutaj naprawdę szalone, a wiele rzeczy oparto na pewnych mistyfikacjach oraz wizualnych sztuczkach. Więcej nie mogę powiedzieć, bo na tym opiera się clue całej intrygi. Tutaj bardziej wybija się kwestia zaufania, fake newsów oraz stworzenia samego siebie na własnych nogach.

spider-man daleko1

Każdy z tych wątków jest bardzo dobrze poprowadzony, jednak pierwsza część mi się bardziej podobała. Po pierwsze, była czymś świeżym oraz bardziej przyziemnym spojrzeniu na los superherosa. Po drugie, miała ciekawszego antagonistę, z przekonującą motywacją, co tutaj nie do końca wyszło. No i jednak nasz Spidek bardziej pasuje do Nowego Jorku niż do europejskiego tournée, ale to akurat jest kwestia indywidualna. Za to sporą satysfakcję daje finał oraz sceny po napisach, pokazujące kolejne przeszkody, jakie będzie miał nasz chłopak do pokonania. Będzie ciekawie.

spider-man daleko3

Tom Holland nadal sprawdza się jako Peter Parker i Spider-Man, a oglądanie go to największa frajda. Dla mnie najlepsza inkarnacja młodego superbohatera. Świetnie partneruje mu Zendaya (MJ), czuć między nimi chemię, a dziewucha jest bardzo charakterna, czasami złośliwa, ale do bólu szczera. No i niegłupia jest. Na drugim planie bardzo wybija się Jon Favreau (Happy Hogan) oraz Samuel L. Jackson (Nick Fury), mający troszkę do roboty. A jak sobie radzi Mysterio, czyli Jake Gyllenhaal? Jest na tyle charyzmatycznym aktorem, że bardzo łatwo sprzedaje swoją postać przybysza z innego świata (multiversum istnieje) i początkowo sprawia wrażenie kogoś, kto mógłby być mentorem dla Parkera. Jednak jego motywacja ma drugie dno, które czyniło go troszkę sztampowym.

„Daleko od domu” to coś w rodzaju odskoczni od troszkę poważniejszych filmów MCU. Nadal jest to bezpretensjonalna rozrywka, raczej dla młodego widza. Nudy nie zauważyłem, efekty specjalne są świetne, a Tom Holland pasuje do tej roli idealnie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Okna, okna

Cała historia jest co najmniej dziwaczna i skupia się na dwóch wątkach. Jesteśmy gdzieś na podlaskiej wsi, gdzie trwa obława na głuszca. Zwierzak terroryzuje okolice, zabijając inne zwierzęta i zmuszając kobiety z dziećmi do opuszczenia wsi. Jednym z ludzi mających obserwować zwierza jest Wojciech. Mężczyzna czuwa i pilnuje na leśnej ambonie. Wracając nocą jest świadkiem dość dziwnej sytuacji, otóż w lesie pojawia się… okno. Zapalone, ale próbując podejść bliżej znika. Jakby nigdy nie było. Mężczyzna próbuje ugryźć tajemnicę.

okna okna1

Wojciech Solarz po latach występowania postanowił spróbować swoich sił jako reżyser. Debiutanckie „Okna, okna” skręcają w mocno absurdalne rejony, co widać już w otwierającej scenie (a w zasadzie trzech). Tylko, że to poczucie humoru nie trafi do każdego, mimo dość krótkiego metrażu (nieco ponad godzina). Sama historia wydaje się tylko pretekstem dla zderzenia pokręconych sytuacji związanych z zapalonymi oknami, pewnym dołem oraz abstrakcją. Jednocześnie jest to kino bardzo świadome (abstrakcyjny początek), gdzie reżyser chce nam opowiedzieć o czymś więcej. O niespełnionych marzeniach, przywiązaniu do ziemi (historia Zdzisława) oraz tej absurdalnej obławie, gdzie członkowie zastanawiają się nad kierunkiem. Do tego wszystkiego zostaje wpleciona narracja Wojciecha z offu (głos samego reżysera). Tylko, że samo rozwiązanie może nie być satysfakcjonujące, bo… nic nie wyjaśnia. A może wyjaśnia, tylko ja tego nie zauważyłem.

okna okna2

Ale mimo faktu, że jest to kino niezależne, to technicznie tego nie widać. Zdjęcia są naprawdę ładne, dźwięk jest czysty, w tle gra delikatna muzyczka. Wygląda to naprawdę dobrze, tylko to lekko pythonowskie poczucie humoru nie trafia do mnie za bardzo. Ale doceniam próbę stworzenia czegoś innego na naszym podwórku. I jest parę ciekawych ról (poza samym reżyserem wybija się Leszek Lichota jako Zdzisław czy epizod Sebastiana Stankiewicza), które zapadają w pamięć. Niemniej jest to bardzo specyficzne kino, dodające pewnej świeżości.

okna okna3

6,5/10

Radosław Ostrowski

Zrywaczki

Co może być ciekawego w Nowej Zelandii? Pozornie nic, ale działają tam całkiem fajne dziewczyny – Mel i Jen. Panie już w niemłodym wieku prowadzą dość nietypowy biznes. Pomagają parom (a przynajmniej jednej ze stron)… zerwać. Bo się nie układa w związku, a nie mam odwagi powiedzieć tego wprost partnerowi/partnerce. Tym razem trafia się wyjątkowy przypadek. Rugbista o imieniu Jordan (nie Peele), który chce odejść od swojej dziewczyny. A że ona jest Samoanką i ma watahę twardych koleżanek, to sprawa nie jest łatwa. Do tego chłopak zakochuje się w Mel.

zrywaczki1

Nowozelandzka komedia kojarzona jest głównie z osobą Taiki Waititiego. Ten filmowiec przy „Zrywaczkach” pełni rolę producenta. Reżyserią zajęły się Jackie van Beek i Madeleine Sami, które także zagrały główne role. Specyficzne poczucie humoru oparte na absurdzie jest mocno obecne, co widać w scenach zrywania. Pomysłowość potrafi przejść najśmielsze oczekiwania, ale tak naprawdę to opowieść o przyjaźni. Ta relacja naszych przyjaciółek przechodzi zmianę: bardziej otwarta Mal oraz wycofana, ekscentryczna Jen. Ale konsekwencje ich działań zaczynają odbijać się czkawką (postać Anny, której mąż „zaginął”), co zmusza do zmiany postaw. Czuć cały czas chemię między bohaterkami, co jest dla mnie atutem. Mimo, że wiele sytuacji jest mocno podkręconych (striptiz na komisariacie czy finał w klubie), to wszystko wydaje się mocno trzymać ziemi. Nie brakuje też bardziej poważnych momentów jak rozmowa Jen z byłym mężem czy szczera rozmowa Mel z Anną. Tego się nie spodziewałem, a wasza sympatia zależy od waszej tolerancji na absurd oraz styl Waititiego.

zrywaczki2

Obie reżyserki na ekranie też wypadają bardzo dobrze, zwłaszcza bardzo sympatyczna Sami. Ciepła, energiczna skontrastowana z bardziej sztywną van Beek. Ale chemia jest bardzo namacalna, podnosząc całość na wyższy poziom. Z drugiego planu najbardziej wybija się od rozgadanego Jamesa Rollerstone’a (Jordan) oraz wyszczekana Ana Scotney (potężna Scep), budząca grozę samą postawą.

zrywaczki3

Netflix i Nowa Zelandia to dość nieoczywiste połączenie. „Zrywaczki” to zdecydowanie jedna z fajniejszych komedii, choć specyficzne poczucie humoru może nie trafić do wszystkich. Ale zabawić się przy tym można.

7/10

Radosław Ostrowski