Święta nie na bogato

Rush Williams jest wielką gwiazdą radiowej stacji, gdzie gra „czarną” muzykę. Żyje mu się dość dobrze w wielkim domu, z czwórką dzieci oraz swoją mamą, która pomaga w wychowaniu dzieci. I żyłby tak sobie spokojnie, tylko jest jeden mały szkopuł. Parę tygodni przed świętami zostaje zwolniony, więc to oznacza zaciśnięcie pasa oraz powrót na stare śmieci. Czyli do starego domu, gdzie zmarła żona Rusha oraz szukanie nowej pracy.

holiday rush1

Kolejne tegoroczne dzieło spod znaku bombek, choinek i Świąt. W zamierzeniu miał to być komediodramat z morałem: że najważniejsze w świętach jest to z kim je spędzasz, a nie co dostajesz. Tą lekcję musi przejść cała rodzina (zwłaszcza rozpuszczone dzieci), jak i bardzo zapracowany ojciec. Tylko, że w przeciwieństwie do reszty rodziny, on poznał smak życia w biedzie i jest na tym polu zaprawiony. Nawet wszelkie problemy (brak możliwości uruchomienia własnej wytwórni, zaginięcie syna czy kwestia prezentów) wydają się groźne tylko na papierze. Bo rozwiązanie zostaje szybko odnalezione – czy to za pomocą rozmowy, życzliwości innych czy sprytu. A i sama przemiana postaci następuje dość szybko. Nawet jak na produkcję familijną. Wszystko wydaje się tutaj wymuszone, mechaniczne, sztuczne i naiwne. To ostatnie jeszcze można zrozumieć (bo są Święta), jednak przewidywalność i nuda towarzyszą nam aż do samego końca.

holiday rush2

Realizacyjnie film jest po prostu poprawny. Ani nie wyróżnia się niczym szczególnym, ani nie jest nic zrobione źle. Zdjęcia poprawne, montaż nie rzuca się w oczy, a muzyka jest tak świąteczna jak powinna być. Także aktorsko nie ma tutaj zbyt wielkiego pola do popisu. Jest tylko poprawnie, choć nie ma poczucia żenady. Ale chciałoby czegoś więcej, bardziej angażującego.

5/10

Radosław Ostrowski

Jabberwocky

Dżebbersmok to bestia znana wszystkim, co czytali „Po drugiej stronie lustra”. Był to smok, z którym musiała się zmierzyć Alicja. Wiersz Lewisa Carrolla był także inspiracją dla wielu twórców, a najbardziej znaną wariacją jest nakręcony w 1977 film Terry’ego Gilliama. Jednak opowieść o bestii jest tylko pretekstem do szerszej historii.

Bohaterem tego dzieła jest Dennis Cooper – syn bednarza, który jest bardzo wielką pierdołą. Do tego jest bardzo zakochany w dziewczynie, która ewidentnie ma go gdzieś, jego ojciec umiera i wyrzeka się go. Szukając szczęścia wyrusza do zamku, by zbić majątek. Problem w tym, że okolicę terroryzuje tajemnicza bestia, co zabija oraz pustoszy liczne wsie. Król decyduje się zorganizować turniej, który ma na celu wyłonić czempiona.

jabberwocky2

„Jabberwocky” stylistycznie kontynuuje ścieżkę znaną z „Monty Pythona i świętego Graala”, czyli średniowieczne realia polane absurdalnym humorem. Budżet nie jest raczej zbyt wielki, co widać m.in. w wielu ujęciach kręconych z ręki, jednak dla Gilliama nie jest to żadna przeszkoda. Wszystko to służy pokazaniu czasów mrocznych w bardzo krzywym zwierciadle. Chociaż czy aby na pewno? Mamy tutaj zamek, który coraz bardziej się rozpada, bogaczy oraz Kościół, czerpiący profity z obecności bestii (handel oraz większa obecność wiernych), religijnych fanatyków, zakonnice (nawet jeśli są to mężczyźni) oraz prosty lud. Reżyserowi to rozwarstwienie pokazuje pewną głupotę ludzi oraz podatność na manipulację, co widać w przypadku fanatyków czy państwa Fishbourne’ów, zmieniających swoje nastawienie do bohatera jak chorągiewki na wietrze. I nawet jeśli udaje się naszemu bohaterowi osiągnąć sukces, jest to kwestia zwykłego przypadku.

jabberwocky1

Dennis (fenomenalny Michael Palin) próbuje żyć w miarę spokojnym życiem, jednak każda próba kończy się w dość nieoczekiwany sposób. I nie ważne czy mówimy o próbie zebraniu chrustu za zupę, ucieczce przed strażą, gdzie trafia do… wieży księżniczki czy w końcu zostaje giermkiem rycerza wskutek zamiany miejsc. A sami rycerze tutaj albo walczą na turnieju, doprowadzając do wręcz krwawej rzeźni, albo są skupieni na swoim celu, olewając osoby z nizin społecznych. Nie brakuje tutaj bardzo absurdalnego poczucia humoru (wybór mistrza za pomocą… gry w ciuciubabkę czy długie przemowy herolda), typowego dla brytyjskiego kina oraz lekko już archaiczne efekty specjalne w postaci tytułowego monstrum. Jednak ten archaizm dodaje odrobinę uroku do całości.

jabberwocky3

Mimo, iż to mniej znany film w dorobku Gilliama, „Jabberwocky” jest bardzo trafnym spojrzeniem na realia średniowiecza. Nawet jeśli jest to w krzywym zwierciadle oraz mocno abstrakcyjne.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Postrach nocy II

Pamiętacie pogromcę wampirów, Petera Vincenta oraz młodego studenta, Charleya? W pierwszej części panowie pokonali Jerry’ego, który okazał się wampirem. Po trzech latach od tych wydarzeń nasz studencik przechodzi terapię i w miarę normalnie funkcjonuje. Ale jak wiemy z różnych opowieści, spokój nie jest stanem stałym, czyli musi zostać zaburzony. W mieście pojawia się tajemnicza Regina, będąca artystką sceniczną. Niby nic niezwykłego, oprócz tego, że jest bardzo pociągającą kobietą, to jeszcze jest siostrą Jerry’ego. Czyli szansę na pokojowe rozwiązanie sprawy są praktycznie żadne.

postrach nocy2-1

Pierwszy „Postrach nocy” od Toma Hollanda była naprawdę niezłym horrorem z przymrużeniem oka traktującym motywy wampiryczne. Sequel od Tommy’ego Lee Wallace’a wydaje się w zasadzie powtórką z rozrywki, tylko bardziej pachnący erotyzmem. Ale poza tym, w zasadzie jest wszystko po staremu. Wampiry krążą między ludźmi, zaś poza momentami metamorfozy, są nie do rozpoznania i coraz trudniej w nie uwierzyć. Dlatego są traktowani tylko jako wytwór fantazji, coś obecnego tylko w książkach czy filmach. Sama koncepcja jest niezła, ale w oryginale była lepiej wyegzekwowana oraz o wiele zabawniejsza, zaś intryga oparta na zemście (oraz próbie przemianie naszego bohatera w wampira) nie porywa za bardzo. Nawet bardziej podrasowana muzyka oraz lepsze efekty specjalne nie są w stanie zmienić poczucia deja vu. Nawet osadzenie Petera w szpitalu psychiatrycznym (które potrafi rozbawić) wydaje się zbędną przeszkodą. Finałowa konfrontacja wydaje się bardzo prosta, wręcz skromna, przez co troszkę czułem się zawiedziony.

postrach nocy2-3

Reżyser próbuje straszyć i ma parę momentów (finałowa próba wyrwania Charleya z ręki Reginy czy gwałtowne ataki w jego organizmie), ale tak naprawdę bardziej to śmieszy niż przeraża. Nadal działa chemia między bohaterami, choć razem nie pojawiają się zbyt często. Ale to Vincent ma więcej do pokazania, kiedy z tchórza zaczyna przemieniać się w odważnego pogromcę. I to działa najbardziej. Najmocniejszym punktem jest pociągająca antagonistka w wykonaniu Julie Carmen, będąca w świetnej formie. I dla niej absolutnie warto obejrzeć ten zapomniany (słusznie) sequel.

postrach nocy2-2

Strachu tu nie uświadczycie, o dobrej zabawie też możecie zapomnieć. Pozbawiony własnego pomysłu oraz klimatu pierwowzoru sequel, nie dorównujący pierwszej części.

5/10

Radosław Ostrowski

Re-Animator

Wszystko zaczyna się na uniwersytecie w Zurichu, gdzie studiował niejaki Herbert West pod okiem dr Hansa Grubera. Niestety, studencik zostaje wyrzucony z uczelni za… zabicie swojego pryncypała. I tak nasz bohater trafia do szpitala w Arkham, gdzie jednym ze studentów jest niejaki Daniel Cain – lubiany, pracowity i szanowany facet. A jego dziewczyną jest córka dziekana, co jest trzymane mocno w tajemnicy. Ale nasz poczciwina będzie miał pecha, bo to West zostanie jego współlokatorem. Ten zaczyna się brać do roboty ze swoim specyfikiem, co wskrzesza ludzi.

reanimator1

Może i opis zapowiada makabryczną wersję „Frankensteina”, ale reżyser Stuart Gordon nie traktuje tego wszystkiego poważnie. Ta adaptacja opowiadania H.P. Lovecrafta jest czarną komedią, będącą wariacją ponadczasowej historii Mary Shelley. Z tą różnicą, że wszystkie wskrzeszone osoby okazują się zombie. Przynajmniej na początku: od kota po dziekana, bo nie tylko West ma obsesję na punkcie wskrzeszania. Jednak fabułka jest bardzo szczątkowa. Jest romantyczna relacja między Cainem a córką dziekana, mający obsesję na punkcie wskrzeszania West oraz żądnego sławy dr Hilla. Czarna komedia, która dla mnie kompletnie nie działała. Ani pokręcony West (dobrze pasujący do roli Jeffrey Combs), ani cała sytuacja ze wskrzeszanie nie wywołała we mnie żadnego śmiechu. Może poza wariackim finałem, gdzie dochodzi do konfrontacji między Hillem (kradnący film David Hill) a Westem, gdy cały plan wydaje się sypać. Jeszcze pojawia się bardzo niepokojące zakończenie, pozostawiające furtkę na ciąg dalszy.

reanimator2

Nawet to nieźle wygląda, tylko kompletnie mnie to nie interesowało. „Re-Animator” mnie wynudził, a powstała późniejsza „Martwica mózgu” wydaje się bardziej zwarta treściowo i wiele zabawniejsza. Ale może fakt, że film Jacksona widziałem wcześniej wypaczył moją ocenę.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Śmierć nadejdzie dziś 2

Kiedy usłyszałem o planie kontynuacji „Śmierć nadejdzie dziś” byłem więcej niż sceptyczny. No bo pętla wobec Tree została przerwana, morderca zabity, więc co należałoby wymyślić do stworzenia tej kontynuacji? I pozornie reżyser Christopher Landon znajduje wyjście, choć pierwsze paręnaście minut wydaje się prostym pomysłem przeniesienia pętli na kogoś innego. Ale jednak po kolei.

smierc nadejdzie dzis 2-2

Na początku bohaterem jest jeden ze studentów, Azjata Ryan. Razem z kumplami stworzył maszynę zwaną Suzi – reaktor kwantowy. Po samoczynnym wystrzeleniu wynalazku, który doprowadza do paru zniszczeń dziekan zamyka projekt. A potem chłopak zostaje zamordowany przez gościa z maską bobasa. I budzi się tego samego dnia, czyli 19 września. Ryan opowiada Carterowi i Tree, co się stało, a dziewczyna (co sama przeżyła czasową pętlę) decydują się mu pomóc. Udaje się schwytać mordercę, którym jest… Ryan z innego wymiaru. Ten mówi, że trzeba zabić swojego dublera, bo inaczej pętla się nie zamknie. Przestraszony oryginał odpala Suzi, co doprowadza do sytuacji, że Tree… budzi się 18 września. Czyli wraca do sytuacji z pierwszej części, tylko że… w innym wymiarze.

smierc nadejdzie dzis 2-1

Jeśli oczekujecie więcej horroru (a dokładnie slasherowej wersji „Dnia świstaka” 2.0), to nie macie czego szukać. Nadal jest to samoświadoma czarna komedia, gdzie widzimy dość zaskakujące i rozbrajające momenty zgonów Tree. Tylko, że nadbudowa przypomina jeden odcinek „Teorii wielkiego podrywu”, gdzie grupka nerdów próbuje naszej bohaterce wrócić do swojego wymiaru. Czyli taki uwspółcześniony „Powrót do przyszłości 2”. Niby jesteśmy u siebie, lecz pewne elementy są tutaj inaczej poprowadzone. Wracają stare elementy (morderca w masce, zbrodniarz w szpitalu i starzy znajomi), jednak klocki są tutaj inaczej poukładane, co daje pewnej świeżości. Nadal mamy tutaj fajnie poprowadzone napięcie (wariacje scen w szpitalu czy pulsujący), nie brakuje paru niespodzianek oraz wolt.

Jednocześnie mamy przebijające się pytanie o możliwość wyboru między przeszłością a teraźniejszością. Czy chcielibyście jeszcze raz spotkać osoby zmarłe w wersji żywej, ale w nie swoim życiu, czy może jednak żyć tak jak jest? Ale to jest przede wszystkim dobra rozrywka i takie refleksje są niejako mimo woli rzucane.

smierc nadejdzie dzis 2-3

Dawno się nie uśmiałem na horrorze i to w sposób zamierzony. Bohaterowie nadal są sympatyczni i fajnie zagrani ze świetną Jessicą Rothe na czele, zaś finałowa scena po napisach sugeruje ciąg dalszy. Ten sequel idzie w zupełnie innym kierunku niż można się było spodziewać i to dla mnie plus. Jest lepiej poprowadzony, śmieszy oraz sama historia jest ciekawsza.

7/10

Radosław Ostrowski

Spider-Man: Daleko od domu

Nasz ulubiony ostatnio miał więcej niż ciężko. Nie dość, że zniknął z powodu pstryknięcia Thanosa (to akurat udało się odkręcić), to jeszcze stracił swojego mentora, Tony’ego Starka (to już było nieodwracalne). Po ośmiu miesiącach od wydarzeń z „Końca gry”, nasz Spidek próbuje normalnie funkcjonować. Bo bycie nastolatkiem i superherosem jednocześnie to jest ciężka robota. Zwłaszcza, gdy otoczenie odbiera ciebie jako następcę Ajron Mena. To prawie tak jak bycie synem króla sedesów – zajebiście wysoko postawiona poprzeczka. Na szczęście są wakacje i wycieczka szkolna do największego kraju na świecie – Europy. W końcu będzie mógł naładować baterie i mieć święty spokój od bandytów, superłotrów, prawda? Nic bardziej mylnego, zwłaszcza gdy do akcji wkracza sam Nick Fury, a po okolicy szaleją groźne żywiołaki.

spider-man daleko2

„Far from Home” z jednej strony jest sequelem „Homecoming”, z drugiej zaś jest niejako epilogiem „Endgame”. Reżyser Jon Watts nadal próbuje (tak jak Parker) lawirować między dwoma światami. Bo jest świat nastolatka, przeżywającego miłość do MJ, więź kumpelską z Nedem i geekowskim umysłem. Ale jest też świat zagrożenia z innego wymiaru (żywiołaki), tajemniczy heros ze szklaną kulą na głowie, Nick Fury oraz rozpierducha wisząca w powietrzu. Zderzenie tych dwóch światów coraz bardziej zaczyna Petera męczyć, przez co szansa na tzw. normalne życie staje się coraz trudniejsza. Zupełnie jakby nie można było mieć świętego spokoju. Po drodze wędrujemy po kontynencie (Wenecja, Londyn, Praga, Berlin), zaś coś takiego jak nuda tu nie istnieje. Same sceny akcji są tutaj naprawdę szalone, a wiele rzeczy oparto na pewnych mistyfikacjach oraz wizualnych sztuczkach. Więcej nie mogę powiedzieć, bo na tym opiera się clue całej intrygi. Tutaj bardziej wybija się kwestia zaufania, fake newsów oraz stworzenia samego siebie na własnych nogach.

spider-man daleko1

Każdy z tych wątków jest bardzo dobrze poprowadzony, jednak pierwsza część mi się bardziej podobała. Po pierwsze, była czymś świeżym oraz bardziej przyziemnym spojrzeniu na los superherosa. Po drugie, miała ciekawszego antagonistę, z przekonującą motywacją, co tutaj nie do końca wyszło. No i jednak nasz Spidek bardziej pasuje do Nowego Jorku niż do europejskiego tournée, ale to akurat jest kwestia indywidualna. Za to sporą satysfakcję daje finał oraz sceny po napisach, pokazujące kolejne przeszkody, jakie będzie miał nasz chłopak do pokonania. Będzie ciekawie.

spider-man daleko3

Tom Holland nadal sprawdza się jako Peter Parker i Spider-Man, a oglądanie go to największa frajda. Dla mnie najlepsza inkarnacja młodego superbohatera. Świetnie partneruje mu Zendaya (MJ), czuć między nimi chemię, a dziewucha jest bardzo charakterna, czasami złośliwa, ale do bólu szczera. No i niegłupia jest. Na drugim planie bardzo wybija się Jon Favreau (Happy Hogan) oraz Samuel L. Jackson (Nick Fury), mający troszkę do roboty. A jak sobie radzi Mysterio, czyli Jake Gyllenhaal? Jest na tyle charyzmatycznym aktorem, że bardzo łatwo sprzedaje swoją postać przybysza z innego świata (multiversum istnieje) i początkowo sprawia wrażenie kogoś, kto mógłby być mentorem dla Parkera. Jednak jego motywacja ma drugie dno, które czyniło go troszkę sztampowym.

„Daleko od domu” to coś w rodzaju odskoczni od troszkę poważniejszych filmów MCU. Nadal jest to bezpretensjonalna rozrywka, raczej dla młodego widza. Nudy nie zauważyłem, efekty specjalne są świetne, a Tom Holland pasuje do tej roli idealnie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Okna, okna

Cała historia jest co najmniej dziwaczna i skupia się na dwóch wątkach. Jesteśmy gdzieś na podlaskiej wsi, gdzie trwa obława na głuszca. Zwierzak terroryzuje okolice, zabijając inne zwierzęta i zmuszając kobiety z dziećmi do opuszczenia wsi. Jednym z ludzi mających obserwować zwierza jest Wojciech. Mężczyzna czuwa i pilnuje na leśnej ambonie. Wracając nocą jest świadkiem dość dziwnej sytuacji, otóż w lesie pojawia się… okno. Zapalone, ale próbując podejść bliżej znika. Jakby nigdy nie było. Mężczyzna próbuje ugryźć tajemnicę.

okna okna1

Wojciech Solarz po latach występowania postanowił spróbować swoich sił jako reżyser. Debiutanckie „Okna, okna” skręcają w mocno absurdalne rejony, co widać już w otwierającej scenie (a w zasadzie trzech). Tylko, że to poczucie humoru nie trafi do każdego, mimo dość krótkiego metrażu (nieco ponad godzina). Sama historia wydaje się tylko pretekstem dla zderzenia pokręconych sytuacji związanych z zapalonymi oknami, pewnym dołem oraz abstrakcją. Jednocześnie jest to kino bardzo świadome (abstrakcyjny początek), gdzie reżyser chce nam opowiedzieć o czymś więcej. O niespełnionych marzeniach, przywiązaniu do ziemi (historia Zdzisława) oraz tej absurdalnej obławie, gdzie członkowie zastanawiają się nad kierunkiem. Do tego wszystkiego zostaje wpleciona narracja Wojciecha z offu (głos samego reżysera). Tylko, że samo rozwiązanie może nie być satysfakcjonujące, bo… nic nie wyjaśnia. A może wyjaśnia, tylko ja tego nie zauważyłem.

okna okna2

Ale mimo faktu, że jest to kino niezależne, to technicznie tego nie widać. Zdjęcia są naprawdę ładne, dźwięk jest czysty, w tle gra delikatna muzyczka. Wygląda to naprawdę dobrze, tylko to lekko pythonowskie poczucie humoru nie trafia do mnie za bardzo. Ale doceniam próbę stworzenia czegoś innego na naszym podwórku. I jest parę ciekawych ról (poza samym reżyserem wybija się Leszek Lichota jako Zdzisław czy epizod Sebastiana Stankiewicza), które zapadają w pamięć. Niemniej jest to bardzo specyficzne kino, dodające pewnej świeżości.

okna okna3

6,5/10

Radosław Ostrowski

Zrywaczki

Co może być ciekawego w Nowej Zelandii? Pozornie nic, ale działają tam całkiem fajne dziewczyny – Mel i Jen. Panie już w niemłodym wieku prowadzą dość nietypowy biznes. Pomagają parom (a przynajmniej jednej ze stron)… zerwać. Bo się nie układa w związku, a nie mam odwagi powiedzieć tego wprost partnerowi/partnerce. Tym razem trafia się wyjątkowy przypadek. Rugbista o imieniu Jordan (nie Peele), który chce odejść od swojej dziewczyny. A że ona jest Samoanką i ma watahę twardych koleżanek, to sprawa nie jest łatwa. Do tego chłopak zakochuje się w Mel.

zrywaczki1

Nowozelandzka komedia kojarzona jest głównie z osobą Taiki Waititiego. Ten filmowiec przy „Zrywaczkach” pełni rolę producenta. Reżyserią zajęły się Jackie van Beek i Madeleine Sami, które także zagrały główne role. Specyficzne poczucie humoru oparte na absurdzie jest mocno obecne, co widać w scenach zrywania. Pomysłowość potrafi przejść najśmielsze oczekiwania, ale tak naprawdę to opowieść o przyjaźni. Ta relacja naszych przyjaciółek przechodzi zmianę: bardziej otwarta Mal oraz wycofana, ekscentryczna Jen. Ale konsekwencje ich działań zaczynają odbijać się czkawką (postać Anny, której mąż „zaginął”), co zmusza do zmiany postaw. Czuć cały czas chemię między bohaterkami, co jest dla mnie atutem. Mimo, że wiele sytuacji jest mocno podkręconych (striptiz na komisariacie czy finał w klubie), to wszystko wydaje się mocno trzymać ziemi. Nie brakuje też bardziej poważnych momentów jak rozmowa Jen z byłym mężem czy szczera rozmowa Mel z Anną. Tego się nie spodziewałem, a wasza sympatia zależy od waszej tolerancji na absurd oraz styl Waititiego.

zrywaczki2

Obie reżyserki na ekranie też wypadają bardzo dobrze, zwłaszcza bardzo sympatyczna Sami. Ciepła, energiczna skontrastowana z bardziej sztywną van Beek. Ale chemia jest bardzo namacalna, podnosząc całość na wyższy poziom. Z drugiego planu najbardziej wybija się od rozgadanego Jamesa Rollerstone’a (Jordan) oraz wyszczekana Ana Scotney (potężna Scep), budząca grozę samą postawą.

zrywaczki3

Netflix i Nowa Zelandia to dość nieoczywiste połączenie. „Zrywaczki” to zdecydowanie jedna z fajniejszych komedii, choć specyficzne poczucie humoru może nie trafić do wszystkich. Ale zabawić się przy tym można.

7/10

Radosław Ostrowski

Casino Royale

James Bond – nie wiem, czy jest ktoś, kto nigdy nie słyszał tego nazwiska. Symbol szpiega idealnego, na ekranach jest obecny od 1962 roku i nie zamierza przechodzić na emeryturę. Ale w całym cyklu pojawił się w 1967 roku film-bękart. Stworzy poza głównym nurtem, będący niejako parodią przygód 007. W dniu premiery wręcz zarżnięty przez krytyków, ale czy mogło być inaczej, skoro całość kręciło pięciu reżyserów (w tym John Huston) oraz trzech scenarzystów (plus jeszcze siedmiu niewymienionych)? Jak mówi porzekadło: gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść.

Punkt wyjścia był nawet niezły. Nasz agent 007 przebywa sobie na emeryturze, a na całym świecie zaczynają ginąć agenci tajnych służb. Ale sir James nie chce wracać do pracy szpiegowskiej. Kiedy jednak zostaje zniszczona jego rezydencja, a M ginie… cóż, Anglia wzywa. A wrogiem jest tajemniczy dr Noah, szef organizacji Smerch, wykorzystujący kobiety jako agentów. Zadaniem ich jest dyskredytacja reputacji agenta 007, a następnie… zniszczenia świata. Czyli klasyka gatunku. Bond ma jednak wyjście: wszyscy jego agenci będą się nazywać… James Bond, a także dojdzie do infiltracji tej grupy. Zwerbowany zostaje także specjalista od bakarata, Evelyn Trumble oraz… córka Bonda i Maty Hari.

casino royale1-1

Trudno mi powiedzieć o fabule, bo jest po prostu szalona. Nadążenie za nią jest czasami wręcz niemożliwe, bo dzieje się tu dużo i szybko. I nie mogłem pozbyć się wrażenie, że wiele rzeczy wyleciało podczas montażu (m.in. schwytanie Trumble’a przez Le Chiffre’a), co wywołuje dezorientację. historia wydaje się być bardzo niespójna, zaś przeskoki oraz nagłe urywanie wątków zwyczajnie irytuje. By było jeszcze ciężej, humor jest tutaj prawdziwym szwedzkim stołem: od seksualnych podtekstów przez gry słowne aż po natężenie absurdu, jakiego nie powstydziłby się Monty Python (gdyby brał dragi), co widać w finałowej konfrontacji. I jest to, niestety, strasznie nierówne: od błysku po żenadę.

casino royale1-2

Pomysłów jest mnóstwo (sceny tortur umysłu, szkoła szpiegów we Wschodnim Berlinie czy szkolenie mające uodpornić na urok kobiet), z czego część jest warta uwagi. No, ale właśnie: tylko część. Bo cel i zamysł głównego antagonisty jest niedorzeczny, nawet jak na parodię. Można się miejscami uśmiać, tylko że wszystko wydaje się przedobrzone i przekombinowane. Wrażenie nadal robi scenografia (tytułowe kasyno czy szkoła szpiegów, wzięta żywcem z jakiego filmu okresu ekspresjonizmu) oraz bardzo zwiewna muzyka jazzowa.

casino royale1-3

Do tego udało się zebrać naprawdę imponującą obsadę. Choć nie mogę pozbyć się wrażenia, że część osób nie wiedziała w co się pakuje. Najbardziej z tego grona błyszczy David Niven, będący zaprzeczeniem wizerunku agenta 007 z ekranu. Wręcz purytański, ale zawsze przygotowany i inteligentny. Na początku się jąka, ale potem to przechodzi. A mimo wieku, nadal potrafi spuścić łomot. Drugim mocnym punktem jest Peter Sellers, czyli Trumble. Nie jest tak safandułowaty jak inspektor Clouseau, ale ma pewne problemy z przyjmowaniem nawyków Bonda. Tylko w kategorii żartu należy traktować fakt, że głównego złego gra… Woody Allen i jest po prostu sobą oraz Orson Welles. Do tego jeszcze masa pań (tutaj błyszczą Deborah Kerr jako próbująca uwieść agentka Mimi oraz Ursula Andress wcielająca się w Vesper), wyglądających bardzo ponętnie, przez co można zapomnieć – na chwilę – o niedociągnięciach.

casino royale1-4

Trudno jednak traktować „Casino Royale” jako dostarczającą świetniej rozrywki parodię agenta 007. Mocno się postarzała, efekty specjalne i pościgi wydają się śmieszne, ale z drugiej strony ma to swój specyficzny urok. Miejscami ten urok nadal potrafi oddziaływać, choć to nie dla każdego.

6/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

Sędzia z Teksasu

Roy Bean nie był świętym człowiekiem pełnym cnót, lecz wyjętym spod prawa bandytą. Przejeżdżał przez małą wioskę w Teksasie, gdzie znajdował się burdel oraz szałasy Meksykanów. Tam właśnie zostaje pobity, okradziony oraz pozostawiony na śmierć. Lecz wraca do miasteczka, by zemścić się na swoich oprawcach, mordując ich z zimną krwią. To jednak nie wszystko, bo ogłasza się sędzią i zamierza tutaj wprowadzić cywilizację, postęp oraz pokój, w czym pomaga mu grupa wyjętych spod prawa, awansowanych na egzekutorów.

sedzia z teksasu1

Ten film miał być reżyserskim debiutem Johna Miliusa, który próbował zrobić (przynajmniej tak to rozumiem) taką westernową wersję „Lawrence’a z Arabii”. Problem w tym, że filmowi bonzowie nie wierzyli w umiejętności przyszłego twórcy „Conana Barbarzyńcy” i zamiast niego tą fabułę zrobił John Huston. Milius bardzo szanował tego doświadczonego reżysera… do momentu, kiedy nie wzięto się za jego tekst. Zamiast szacunku oraz entuzjazmu, pojawiła się wściekłość oraz oskarżenie o zniszczenie dzieła. I powiem szczerze, że jest to jedno spore pomieszanie z poplątaniem, gdzie nie do końca wiadomo o co chodzi.

sedzia z teksasu2

Sam wydaje się mieszanka westernowego sztafażu z dość specyficznym rodzajem komedii. Z jednej strony mamy do czynienia z bezkompromisowym sędzią, który chce podążyć za swoją wizją miasta pełnego porządku, ale ten porządek troszkę jest oparty czasem na widzi mi się (jak sędzia przegrywa w karty, cena alkoholu drożeje) oraz bardzo surowym egzekwowaniu – wieszanie i/lub odstrzał. Miasto zaczyna się jednak coraz bardziej rozbudowywać, a do głosu coraz bardziej dochodzi pewien podstępny prawnik nazwiskiem Gass. I tutaj ta konfrontacja mogłaby być czymś na kształt „Aż poleje się krew”, tylko z konfrontacją między powoli odchodzącą przeszłością Dzikiego Zachodu a postępującą cywilizacją. Nie brakuje też klasycznych elementów oraz typów postaci jak traper (Grizzly Adams) czy bandyta terroryzujący okolicę (Zły Bob „Albinos”), a zamiast psa mamy… niedźwiedzia.

sedzia z teksasu3

Problem dla mnie jednak, że te wszystkie elementy nie chcą się połączyć w żadną spójną całość (romantyczna randka sędziego z Marią Eleną oraz Niedźwiedziem – co do cholery?). Przeskoki w czasie są dość spore, narracja nie prowadzi za bardzo do celu (chyba nawet nie jest w stanie go ustawić), zaś przesłanie wyparowuje. No i ten finał, gdzie do miasteczka przybywa sławna aktorka, którą wielbił Bean (ciekawe cameo Avy Gardner) wydaje się zbędny. Jest jednak jeden mocny punkt tego tytułu, czyli zawsze trzymający poziom Paul Newman w roli tytułowej, tworząc troszkę romantyczną wizję pokręconego stróża prawa.

sedzia z teksasu4

To jeden z najdziwniejszych filmów w dorobku Hustona, gdzie powaga zderza się z groteską, przez co tytuł stoi w rozkroku. Niby chce być poważny i dotykać poważnych kwestii, ale rozjeżdża się nadmiarem groteskowych scen, przez co wywołuje jedynie dezorientację.

6/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307