Człowiek z księżyca

Kojarzycie takiego komika jak Andy Kaufman? To postać, która bardzo dzieliła wszystkich. Komik bardzo kontrowersyjny, uderzający w poprawność polityczną, a jego dość krótki żywot był tak interesujący, że postanowiono film o nim nakręcić.

czlowiek_z_ksiezyca1

Ale już sam początek zapowiada, że Milos Forman ma własny pomysł na to dzieło. Otóż widzimy Andy’ego Kaufmana uprzedzającego, iż wyciął z tego filmu wiele bzdur i… to już jest koniec tego tytułu. Widzimy przewijane napisy idące w rytm muzyki granej na gramofonie. Jednak to wszystko okazuje się żartem, co już daje do myślenia, że nie wszystko będzie odtworzeniem jeden do jeden życia Andy’ego oraz jego alter ego – Tony’ego Cliftona. Ta dziwna mieszanka w sposób pełen ironii oraz wręcz absurdalnego poczucia humoru pokazuje, jak Kaufman obnażał świat szołbiznesu, nasze lenistwo, głupotę i przyzwyczajenia. Ciągle szokował i potrafił wiele osób wkurzyć. Nie ważne czy mówimy o absurdalnym występie śpiewanym, czytaniu na scenie „Wielkiego Gatsby’ego”, postacią kompletnie chamskiego i aroganckiego pseudośpiewaka Cliftona czy Andy jako wrestlerem walczącym z kobietami. I jest to bardzo wnikliwy portret człowieka, który chciał ciągle zaskakiwać publiczność, grać z jej przyzwyczajeniami, co sprawiało, że wszyscy podejrzewali go o kolejne żarty i zgrywę. Nawet, gdy się okazało, że miał raka.

czlowiek_z_ksiezyca2

I to wszystko Forman pokazuje w sposób zaskakująco empatyczny. Nie szydzi z Kaufmana, nie pokazuje go w sposób groteskowy jako szaleńca, wariata czy schizofrenika, ale faceta ciągle zmieniającego twarz niczym maskę. Ale tylko na scenie, chociaż czy aby na pewno? Cały czas patrzyłem ze zdumieniem, niedowierzaniem, że to się naprawdę działo. Z kolei finał był bardzo poruszający i piękny. To trzeba samemu zobaczyć.

czlowiek_z_ksiezyca3

I jedno nie ulega wątpliwości – „Człowiek z księżyca” to prawdziwe tour de force Jima Carreya, który nie gra Kaufmana, tylko nim jest. To jak fantastycznie aktor gra ciałem, przejął gesty komika (i te oczy!), sposób mówienia na scenie zarówno jako piskliwy cudzoziemiec (taki niski głos), jak i megalomański gwiazdor Tony. We wszystkich tych grach, podchodach i sztuczkach jest całkowicie wiarygodny, ale cały czas pozostaje człowiekiem marzącym o sławie, uznaniu oraz akceptacji. Jest to absolutna petarda aktorska, jakiej po tym aktorze się nie spodziewałem. Cała reszta obsady przy nim wypada blado, ale to nie znaczy, iż są to beznadziejne role. Zarówno Danny DeVito (agent komika, George Shapiro), Paul Giamatti (przyjaciel i autor gagów, Bob Zmuda), jak i Courtney Love (Lynn) są po prostu znakomici, zdobywając swoje pięć minut.

czlowiek_z_ksiezyca4

„Człowiek z księżyca” to kolejny przykład wielkiego geniusz Formana, który bardzo uważnie, subtelnie i wnikliwie obserwuje nieprzeciętną jednostkę, wywracającą wszystko do góry nogami. Trudno się do czegokolwiek przyczepić, wchłania się to jak gąbkę, by oszołomić i zaskoczyć. Tak jak Andy.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Nigdy nie jest za późno

Poznajcie Ricki – to już niemłoda kobieta, która wybrała sławę, gitarę oraz śpiew w spelunie. Tylko, że wcześniej miała męża, dzieci i rodzinę, ale postanowiła z nich zrezygnować. Obecnie jest spłukana, więc dorabia na kasie w supermarkecie. Lecz pewien telefon zmienia wszystko – jej były mąż prosi o pomoc przy przeżywającej depresję córce. Kobietę rzucił facet i trzeba mocno ją wesprzeć.

nigdy_nie_jest1

Dawno, dawno temu (czyli na początku lat 90.) Jonathan Demme miał na kolanach cały świat, dzięki rewelacyjnemu „Milczeniu owiec” oraz wzruszającej „Filadelfii”. Ale – jak się miało okazać – ostatni film z 2015 roku to, niestety, duże rozczarowanie. Punkt wyjścia, pozornie prosty, czyli próba pogodzenia się z rodziną, dawał ogromne pole do popisu. Tylko, że samo podejście tego tematu jest tak płytkie i powierzchowne, że już bardziej się nie da. Nasza bohaterka jest do bólu konserwatywna, choć wygląda na wyluzowaną oraz otwartą. Córeczka ma silne wahania nastrojów, depresję oraz próbę samobójczą. Z kolei eks-mąż jest pracownikiem korporacji, a obecna żona jest czarna – przepraszam – jest Afroamerykanką, z kolei młodszy syn to gej żyjący z Azjatą. Tak politycznie poprawnego (w negatywnym znaczeniu tego słowa) nie widziałem od dawna, a wiele scen pozornie mających poruszyć jak konfrontacja rodziców z niedoszłym zięciem czy wahania Ricki/Lindy co do pójścia na wesele są pozbawione jakichkolwiek emocji. To wszystko jest tak mechaniczne, tak nudne oraz tak przewidywalne, że aż wstyd o tym myśleć.

nigdy_nie_jest2

Jedyne, co ratuje ten film, to muzyka oraz sceny występu zespołu. Ładnie sfilmowana, z dobrym brzmieniem, gitarami oraz troszkę „zachrypniętym” głosem Meryl Streep (obsadowo najmocniejszy punkt), potrafiącą czasem dać czadu. Całkiem niezłe covery m.in. Bruce’a Springsteena, Pink czy nawet Lady Gagi (we fragmencie!!!) potrafią zrobić piorunujące wrażenie. Także Kevin Kline (Pete) daje radę, lecz stać go było na więcej. Nie mogę pozbyć się wrażenia zmarnowania potencjału.

nigdy_nie_jest3

Niby przesłanie jest bardzo proste i uniwersalne – nigdy nie jest za późno na zmianę oraz poprawę relacji – tylko, ze Demme nie potrafi tego pokazać w poruszający czy dający do myślenia sposób. Sztuczny, nieangażujący, pozbawiony jakiegokolwiek polotu i zbyt asekurancko zrealizowany. Szkoda tylko, że to ostatni tytuł Demme’a.

5/10

Radosław Ostrowski

Zagubieni

Rok 1938 dla czeskiej historii stał się bardzo czarną kartą. Ponieważ wtedy został podpisany pakt monachijski – porozumienie między Niemcami a krajami zachodnimi w sprawie Czechosłowacji, który w kraju naszych sąsiadów został uznany za zdradę narodową. A co by się stało, gdyby żył świadek tych wydarzeń? W 2008 roku francuski MSZ sprowadza do kraju… papugę należącą do francuskiego premiera Daladiera. Zwierzę zostaje skradzione przez dziennikarza Pavla Liema.

zagubieni2

Petr Zelenka tym razem mierzy się z historyczną traumą, która ciąży Czechom do dnia dzisiejszego. Mit „zdrady monachijskiej” jest tak bardzo silny, że stała się wręcz wymówką do bierności oraz traktowania swoich porażek. Czesi czują się jak ofiary, a sama kradzież doprowadza do wybuchu kolejnych animozji. I wtedy reżyser dokonuje totalnej wolty, idąc w kierunku… mockumentary, pokazującego proces realizacji filmu „Zagubieni”. Impulsem jest śmierć francuskiego aktora grającego rolę dyplomaty. Zelenka podkręca absurdalny humor, pokazując jak jeden mit (ciekawa interpretacja wydarzeń z Monachium w ujęciu historyka Jana Tesara) zaczyna tworzyć kolejny, utwierdzając stereotypy. Z jednej strony mamy delikatną satyrę polityczną oraz krzywe spojrzenie na świat mediów. Pytanie, czy to prawdziwa papuga i czy mówi prawdę, zastępuje potem inne: czy w ogóle dojście do prawdy jest możliwe.

zagubieni1

I to bardzo mocno widać w drugiej części filmu, gdzie widzimy pracę na nakręceniem „Zagubionych”. Niby francuscy koproducenci, współpracownicy z kraju Żabojadów i powstaje kolejny mit. Ale coraz bardziej dochodzą dawne animozje, a praca na planie zmienia się w ciąg dziwacznych scen. Mamy aktora z alergią na… układ monachijski, francuskiego asystenta uczącego papużkę czy producenta, który blefował w sprawie udziału Francuzów. Przeszłość z teraźniejszością idą ręka w rękę, co zmusza do stawienia trudnych pytań o prawdę, dojście do niej oraz jak wielką siłę mają mity oraz legendy.

zagubieni3

Choć wielu może się nie spodobać ten wariacki humor Zelenki, trudno „Zagubionym” odmówić świeżości spojrzenia na dawną historię oraz krytyczną obserwację narodowych przywar. Dziwnie aktualnie wybrzmiewają te kwestie w naszym kraju, pokazując jak w punkt trafia czeski reżyser.

7/10

Radosław Ostrowski

To wspaniałe życie

Małe miasteczko Bedford Fells, gdzie niemal wszyscy są sterroryzowani przez niejakiego Pottera – chciwego oraz bezwzględnego kapitalisty. Ale tutaj działa mała firma zajmująca się udzielaniem małych pożyczek niezbyt zamożnym ludziom do budowy swoich domów. Prowadzi ją Peter Bailey, mieszkający razem z synami, żoną i służącą (czarnoskórą), ale całą historię poznajemy z perspektywy George’a.

to_wspaniale_zycie1

Ten młody chłopak miał własne plany na życie – podróże, praca jako inżyniera, zdobycie wykształcenia i wyjazd z miasteczka. Ale jak wszyscy wiemy, los lubi weryfikować swoje plany. Najpierw ma na 4 lata poprowadzić rodzinny interes, a potem miał go zastąpić jego młodszy brat. Później pojawiła się pewna dziewczyna zadurzona w nim. Później ojciec dostaje wylewu i zostaje zmuszony zostać w miasteczku, by postawić się Potterowi. Ale cała historia opiera się na wigilijnym dniu, gdy problemy coraz bardziej George’a pogrążają i decyduje się na ostateczne rozstanie z tym światem. Ale Najwyższy ma inne zdanie i wysyła anioła Clarence’a, by powstrzymać Baileya.

to_wspaniale_zycie2

Nakręcony ponad 70 lat temu film Franka Capry jest zaskakująco świeży, energiczny oraz mówiący bardziej obrazem. Na pierwszy rzut oka wydaje się on troszkę sentymentalny, ale ciągle ciepły, mieszający powagę z żartem. Chociaż wnioski i przesłanie może wydawać się banalne: dobre uczynki wracają do Ciebie, a rodzina + przyjaciele to prawdziwe bogactwo tego świata. Ale to wszystko reżyser opowiada w taki bezpretensjonalny sposób, czyniąc bez poczucia fałszu, co nie jest wcale takie proste. Nie brakuje poważnych słów (pierwsza słowna konfrontacja George’a z Potterem w zarządzie, zaginięcie 8 tysięcy dolarów), ale wszystko jest okraszone taką pozytywną dawką humoru (pierwszy powrót do podniszczonego domu, taniec na balu maturalnym zakończony… wpadnięciem do wody), że czyni to ten tytuł dziełem ponadczasowym. Jeszcze bardziej to czuć w scenach, gdy George widzi świat bez siebie, mając uświadomić jego wartość jego życia.

to_wspaniale_zycie3

Co jeszcze bardziej zaskakujące, Capra unika cynizmu, złośliwości oraz ironii. Dzisiaj wydaje się to nie do pomyślenia, ale wtedy takie troszkę sentymentalne, ale bardzo szczere i zrobione z sercem. Dziwna kombinacja, z dość prostymi, sympatycznymi postaciami, bogatym drugim planem (taksówkarz i policjant). Ale tak naprawdę liczy się tylko jeden aktor – James Stewart jako George. Bardzo sugestywnie zostają pokazane dwie twarze tego bohatera: niepoprawnego marzyciela, człowieka sukcesu oraz przygniecionego problemami społecznika, poświęcającego czas innym. Trudno nie polubić tej postaci, by móc jej kibicować aż do samego końca, tak samo jak łatwo znienawidzić Pottera (świetny Lionel Barrymore) – starego, zgorzkniałego starca na wózku. Kontrastem dla Baileya jest przeurocza Donna Reed, czyli Mary, będąca silnym oparciem oraz pełną dobrej energii.

to_wspaniale_zycie4

Do tej pory zastanawiam się jakim cudem ten wiekowy film Capry ma nadal w sobie tyle energii, ciepła i ciągle potrafi poruszyć. Powinienem to dzieło zmieszać z błotem, bo jest zbyt naiwne, sentymentalne, ale jest w tym wszystkim tyle ciepła, spokoju kontrastującego z tym rozpędzonym, szalonym, materialistycznym światem, że się nie da. Pytanie o sens życia, czy należy podążać za marzeniami, czy zmierzyć się z tym, co dostajemy, nadal pozostaje aktualne, a wartości serwowane przez twórców są w sposób nienachalny. Świetnie zrobiony, fantastycznie zagrany (niewiarygodne) oraz posiadający prawdziwą magię. Ale o takie filmy coraz trudniej.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Mężczyzna imieniem Ove

Gdzieś na szwedzkim osiedlu mieszka Ove – 60-letni staruszek, który ma obsesję na punkcie porządku i trzymana się przepisów. Jest zgryźliwy, samotny, antypatyczny, czyli taki jak emeryci w naszym kraju. Dodatkowo zostaje zwolniony z pracy po 46 latach. Byle odchylenie doprowadza go do szewskiej pasji, a jeszcze bardziej się wścieka, gdy do domu obok wprowadzają się nowi sąsiedzi, przy okazji niszcząc jego skrzynkę na listy. A jedyne o czym marzy Ove to samobójstwo.

ove1

Gdyby to był film amerykański, to Ove miałby twarz Billa Murraya albo Jacka Nicholsona. Jednak jest to produkcja ze Skandynawii, czyli krainy pełnej chłodu oraz tłumionych emocji. „Mężczyzna imieniem Ove” to słodko-gorzkie kino z mroźnej północy, pełne bardzo ironicznego humoru (próby samobójcze) o zgorzknieniu, samotności oraz życiu człowieka, który odizolował się od otoczenia. Ale – jak łatwo się domyślić – pod tym zgryźliwym i nieprzyjemnym typem, kryje się człowiek ze złamanym życiorysem oraz dramatyczną historią. I powoli odkrywamy jego życie od czasów dzieciństwa aż do pewnego dramatycznego wypadku. To wszystko potrafi mocno poruszyć i widzimy jak inni ludzie zaczynają coraz mocniej wpływać na życie naszego bohatera. A wraz z nimi widzimy inne oblicze tego złamanego bohatera. Owszem, jest to kino przewidywalne, jednak w żadnym przypadku nie jest ono przesłodzoną laurką. Smolisty humor dają sceny prób samobójczych, które – niemal zawsze – są przerywane przez pukanie do drzwi, odgłosy obok.

ove2

Trudno przyczepić się do realizacji, bo zarówno zdjęcia, muzyka, jak i sceny retrospekcji (z dbałością o scenografię, kostiumy, jak i pojazdy) są zrobione na wysokim poziomie, dodając smaczku. A największą perłą jest znakomity Rolf Lassgard w roli zrzędliwego, chociaż posiadającego dobre serce Ove. Niby takich postaci było wiele, ale albo ja jestem podatny na takie opowieści (i nie tylko takie, ok?), albo to było tak fantastycznie zagrane, ze nie wyczułem fałszu w tej postaci. Tak samo z młodszym wcieleniem Ove, czyli Filipa Berga. Z drugiego planu wybija się ciężarna Parvaneh (świetna Bahar Pras), dając  nie do końca świadomie, nowy wiatr w żagle dla życia naszego bohatera, co jest bardzo zgrabnym duetem (scena nauki jazdy – perełka).

ove3

„Mężczyzna imieniem Ove” to typowy, solidny produkt ze Skandynawii, będący mieszanką mocnego i poruszającego dramatu z gorzkim, ironicznym humorem. Co z tego, że tyle filmów było multum, skoro i ten potrafił sprawić wiele przyjemności.

7/10

Radosław Ostrowski

Dzikie łowy

Kiedy wydaje ci się, że już widziałeś wszystko i nic nie jest w stanie cię zaskoczyć, to pojawia się taki szaleniec z krainy Hobbitów i Władcy Pierścieni, by cię zmasakrować. Albo to przyjmiesz, albo cię odrzuci. Tak miałem, gdy pojawiło się dzieło niejakiego Taity Waititi. Nie, nie chodzi mi o „Thora: Ragnarok” (pytanie kto pozwolił na takie wariactwo, ale to innym razem), ale o produkcji nie pokazanej w naszym kinie, a szkoda.

dzikie_owy1

Naszym bohaterem jest Ricky Nelson – młody, 13-letni chłopak, którego nikt nie chce. Jest mocno przy kości, prawdziwą miłością darzy rap oraz haiku. Tylko, że jest dość niepokorny (rapowanie, graffiti, niszczenie mienia) i przez to trafia od rodziny zastępczej do rodziny zastępczej. Aż trafia na kompletny wygwizdów, gdzie mieszka niemłode już małżeństwo Belli i Hectora. Ona przyjmuje go ciepło, on jest bardziej szorstki i ma jakieś ale. Może i z czasem by się to ułożyło, ale kobieta umiera, a chłopiec ma wkrótce trafić pod kuratelę opieki społecznej. Nie jest to naszemu Ricky’emu w smak, więc decyduje się uciec, ale policja uważa, że Hec porwał chłopca.

dzikie_owy2

Pozornie sama historia to proste kino inicjacyjne. Ale nic z Nowej Zelandii nie jest takie proste, bo reżyser miesza tutaj konwencje, doprowadzając do szalonego ekstremum. Wywrotowa komedia, kino survivalowe (tylko Beara Gryllsa jakoś brak), dramat obyczajowy. Na pozór wydaje się, że taki koktajl nie może się udać, ale reżyser ciągle trzyma rękę na pulsie, odmierzając wszystko w idealnych proporcjach. Film wygląda przepięknie, a nowozelandzki busz zachwyca swoim pięknem („majestatyczniejszym”), jak i surowością, gdzie nieobyty może się pogubić. Ale tak naprawdę jest to opowieść o powoli rodzącej się, trudnej przyjaźni między szorstkim Hektorem a Ricky’m, których – pozornie – dzieli wszystko, a łączy poczucie zagubienia oraz potrzeba akceptacji i bycia kochanym. A tego chyba wszyscy (bardziej lub mniej) szukamy. Po drodze dużo miejscami absurdalnych scen (spotkanie z leśniczymi), galeria dość ekscentrycznych postaci jak Psychol Sam i prześliczna Kahu oraz ucieczek z obowiązkowym spektakularnym pościgiem (rewelacja). A zakończenie i muzyka czerpiąca garściami ze stylistyki lat 80. – cymesik.

dzikie_owy4

Ale to wszystko, by się nie udało (mimo świetnego scenariusza i reżyserii), gdyby nie rewelacyjny Julian Dennison. W jego wykonaniu Ricky sprawia wrażenie postrzelonego, ekscentrycznego dzieciaka z wielkimi marzeniami oraz pewną nieporadnością, a jego przemiana jest poruszająca, wiarygodna, bez cienia fałszu. Chłopak jest po prostu uroczy, kradnąc każdą scenę. Za partnera ma tutaj samego Sama Neilla, którego dawno nie widziałem. Fantastycznie wszedł w skórę szorstkiego, obytego z buszem człowieka, przy którym Rambo jest mięczakiem. I to ta więź jest kołem zamachowym tego fantastycznego kina. Nie sposób nie wspomnieć o wręcz demonicznej Rachel House (Paula z opieki społecznej) czy Oscarze Kightleyu (ciapowaty glina Andy).

dzikie_owy3

Ten dziwny miks z Nowej Zelandii jest przykładem nie tylko kreatywności i tworzeniu oryginalnych filmów, ale jednocześnie jest pełen emocji i skłania do refleksji. Dowcipne, inteligentne kino, gdzie wszystkie elementy są zgrane w jedną całość, tworząc coś bardzo wyjątkowego. Absolutnie nie do przeoczenia, niczym dzikie zwierzęta.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Po prostu przyjaźń

Wyjaśnijmy sobie od razu jedną rzecz – „Po prostu przyjaźń” to dramat z drobnymi elementami humorystycznymi skupionym na kilku postaciach. Takim głównym motorem są losy paczki przyjaciół i ich wykładowcy z liceum, którzy co roku wyjeżdżają w góry: Julia, Kamil, Grzegorz, Marian i Jadźka. Każde z nich musi się zmierzyć z własnymi problemami oraz kwestiami przyjaźni. Czym ona jest? Czy należy w jej imię oszukiwać, ukrywać czy może należy być bezwzględnie szczerym?

po_prostu_przyjazn1

I tutaj zaczynają się przeskoki także na inne postacie, które będą zmuszone podjąć trudne decyzje. Ukrywanie choroby, wybór sąsiada na dawcę spermy, pomoc koleżance w dorwaniu… guzika znanego celebryty czy duża wygrana w totolotku. Więc jest w czym wybierać, tylko że ten nadmiar postaci i wątków może wprawić w konsternację, bo nie wszystko zostało wygrane do końca, przeskakując z postaci na postać (jak w „Listach do M.”). Ale może po kolei.

po_prostu_przyjazn2

Reżyser nie próbuje na siłę rozśmieszyć, a reklamowanie tej produkcji jako komedii romantycznej to strzał w stopę. Owszem, są piosenki w tle (ale bardzo malutko) i muzyka taka bardziej poważna, a całość próbuje być taka bardziej poważna i dramatyczna, co jest pewnym zaskoczeniem. Bo szczerze spodziewałem się przesłodzonej, lukrowanej smakiem TVN-u z gwiazdkami tej stacji (to akurat jest odczuwalne), z humorem dość niskich lotów opartych na prostych gagach czy słabych dialogach. Tutaj na szczęście tak nie jest, a większy nacisk na dramat (wątek Julii czy Kamila i Grzegorza) daje emocjonalnego kopa. A jeśli chcecie się pośmiać, to najlepiej sprawdza się wątek związany z panem Szymonem i Antkiem (powoli rodząca się przyjaźń spowodowana pewnym wypadkiem) oraz Ivanki, szukającej dawcy nasienia.

po_prostu_przyjazn3

Dla mnie problemem jest przede wszystkim brak głębszego portretu postaci, przez co nie zawsze było łatwo się z nimi zidentyfikować. Ja rozumiem, że to bardziej lżejsze kino, ale pewne tło by się przydało. Drugim mocnym minusem jest bardzo otwarte zakończenie, które zamyka wątki dopiero w napisach końcowych. Czuć tutaj fundamenty pod drugą część (nie obraziłbym się, gdyby powstała).

po_prostu_przyjazn4

Mocnym punktem bywa (nie zawsze) obsada, chociaż nie wszystkie postacie są w pełni wykorzystane (dotyczy to głównie Przemysława Bluszcza i Grzegorza Damięckiego). A co najważniejsze, wszyscy grają raczej serio, bez puszczania okiem czy wygłupiania się, co wcale nie jest takie proste i łatwo przedobrzyć (niestety, tak robi Maciej Zakościelny i wypada słabo). Czysto komediowe oblicze prezentuje rozbrajająco zabawny Bartłomiej Topa (nadopiekuńczy, lecz odpowiedzialny Patryk) oraz Krzysztof Stelmaszczyk (Szymon), których obecność czasami rozsadzić ekran, wygrywając swoje wątki bez fałszu. A klasę kolejny raz potwierdza Agnieszka Więdłocha, bardzo delikatnie prowadząc swoją postać, bez popadania w (nad)ekspresję oraz bardziej wyluzowany Marcin Perchuć (Marian).

po_prostu_przyjazn5

„Po prostu przyjaźń” nie jest taką stricte komedią, do jakich w ostatnich latach przyzwyczajało nas polskie kino. To bardziej słodko-gorzka opowieść o sile przyjaźni i tym jak jest ważna dla wszystkich, chociaż parę razy balans między humorem a powagą bywa naruszony. Niemniej efekt jest zaskakująco przyzwoity i nie miałbym nic przeciwko sequelowi.

6/10

Radosław Ostrowski

Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej

Kiedy w tytule filmu pada słowo miłość, kochanie czy seks, już mamy pewne przypuszczenia o czym to może być – komedia romantyczna, melodramat, erotyk. A kiedy jeszcze jest historia, to już wszystko staje się jasne – to będzie biografia. A kim była Michalina Wisłocka? Kobietą, która jako pierwsza w kraju zaczęła mówić o tym, o czym każdy chciał, ale się bał zapytać (i chyba niektórzy nadal się boją). Tak, zgadliście, chodzi o seks. Rzecz, która – mam wrażenie – nadal jest tematem tabu, budzącym wstyd oraz skrępowanie.

sztuka_kochania1

Ale po kolei. O jej życiorysie, przeplatanym z próbą wydania pierwszej książki o życiu seksualnym Polaków próbuje opowiedzieć Maria Sadowska. Zanim zaczniecie się rzucać, czemu piosenkarka jazzowa bierze się za kino, uprzedzę, że pani reżyser ukończyła też łódzką filmówkę i jest to druga fabuła (lepsza od poprzedniego „Dnia kobiet”). „Sztuka kochania” nie powstałaby, gdyby nie ogromny sukces „Bogów”, czyli przykładu przeszczepienia amerykańskich szablonów biografii na polskie podwórko. I tutaj jest podobnie, bo udaje się odtworzyć nie tylko fakturę epoki (od okupacji do lat 70.: pięknie wyglądające stroje, muzyka w tle, scenografia i rekwizyty – no nie ma się tu czego przyczepić), ale przede wszystkim mentalność tej epoki. Epoki, w której sprawy intymne (dokładniej kobiet z przyjemnością) są niewygodne zarówno dla partyjnej władzy, jak i Kościoła (rozmowy z urzędnikami, jak i biskupem – trafne w punkt).

sztuka_kochania2

Jednocześnie zaczynamy poznawać losy bohaterki (dość barwne, skandalizujące – życie w trójkącie, kolejni partnerzy, pobyt w Lubniewicach), a jednocześnie widzimy walkę o publikację „Sztuki kochania”, wziętą jakby z konwencji heist movie. Ciągle problemy (bo ilustracje, bo słowo, bo się „pierdolą tam”, próba skonfiskowania tekstu), ciągła walka, nieugięty charakter Wisłockiej budził mój podziw. Wszystko jest podkręcone do granic możliwości, sceny erotyczne nie są zrealizowane po to, by szokować czy doprowadzić widza do stanu podniecenia, ale jest to zrobione ze smakiem (wszelkie skojarzenia z „Masters of Sex” w pełni uzasadnione).

sztuka_kochania3

I jeszcze jak to jest świetnie zagrane. Nie da się nie zauważyć Magdaleny Boczarskiej, która jako Wisłocka trzyma fason. Jej ewolucja od młodej, troszkę pogubionej dziewczyny do twardo stąpającej, doświadczonej oraz pewnej siebie kobiety jest przedstawiona bez cienia fałszu, sztuczności czy zakłamania. Ale tak naprawdę całość skradł zaskakujący Eryk Lubos jako niemal idealny mężczyzna i kochanek, chociaż nie sprawia tego wrażenia. I ta chemia między nim a nią jest siłą napędową środkowej części filmu. Poza nimi jeszcze warto wspomnieć o trzymających fason duecie Jakubik/Mecwaldowski (urzędnicy Wydziału Kultury), wyjątkowo dobrym Piotrze Adamczyku (Staszek Wisłocki), jak i o Jaśminie Polak (redaktorka Teresa, walcząca o publikację).

sztuka_kochania4

„Sztuka kochania” to ciekawa mieszanka dramatu, komedii, filmu obyczajowego oraz wręcz heist movie (walka o publikację) pokazując, jak ciężko jest walczyć o przedstawienie czegoś tak naturalnego dla życia każdego człowieka jak seks. Bo przecież wiemy, co, kiedy i jak, prawda? A jeśli nie, to poczytajcie „Sztukę kochania” albo zobaczcie film pod względem edukacyjnym.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Whiskey Tango Foxtrot

Kogo dzisiaj obchodzi Afganistan, który uwagę całego świata miał od 2001 roku, gdy Amerykanie rozpoczęli polowanie na Al-Kaidę. I to tam spędziła trzy lata Kim Baker – dziennikarka telewizyjna odpowiedzialna za tworzenie wiadomości, przekazywanych przez prezenterów. Jak trafiła do Afganistanu? Sama się zgłosiła, bo obecna fucha ją nudziła. Ale sama nie była gotowa na to, co zobaczy.

whiskey_tango_foxtrot1

Duet reżyserski Glenn Ficarra i John Requa do tej pory realizowała komedie, niepozbawione pieprzu i ostrego humoru. I początek tego filmu też zapowiada pójście na stare tory, gdzie źródłem komizmu jest kulturowe zderzenie oraz wiązanka bluzgów. Prawda jest jednak taka, że twórcy coraz bardziej uderzają w poważne tony, pokazując jak niebezpiecznie jest w Afganistanie: atak talibów, porwanie dziennikarza, ciągłe strzały. A zwykli ludzie próbują jakoś żyć w tym szalonym, niebezpiecznym świecie. By nadal czuć się normalnie – kwitnie handel, rozwija się życie towarzyskie. Bardzo łatwo było przekroczyć i złamać równowagę między humorem a dramatem. Tym bardziej zaskakujący jest fakt, że całość oparto na wspomnieniach Kim Baker.

whiskey_tango_foxtrot2

Tempo jest dość równe, a kilka scen robi piorunujące wrażenie czy to pomysłowo wplecionymi piosenkami (Boże Narodzenie, a w tle… Alvin z wiewiórkami śpiewa czy odbicie dziennikarza z rąk terrorystów w rytm „Without You” Harry’ego Nilssona), ciekawie poprowadzonymi gagami (Kim strzelająca do lodówek, by zyskać sympatię przyszłego prokuratora generalnego) czy będącym tylko dodatkiem życie uczuciowym. Ciągle czekanie na sensacyjny temat, brak kontaktu (Internet często siada), a podczas czekania imprezy, alkohol i nie tylko. Widać jak bardzo dla wielu osób obecność w strefie wojny zaczyna być czymś uzależniającym i albo tu zostaniesz, albo wyrwiesz się szukając miejsca gdzie indziej (finał). Kto by się czegoś spodziewał po takiej produkcji.

whiskey_tango_foxtrot3

Również aktorsko jest bardzo zaskakująco. Wcielająca się w główną rolę Tina Fey całkiem nieźle sprawdziła się jako dziennikarka, która zaczyna podchodzić poważnie do swojego zadania. Widać zaangażowanie, pozwala sobie na ironiczne teksty, ale jednocześnie widać zagubienie i przerażenie. Wszystko to bez przesady, szarży czy skrętu w przerysowanie, wierzy się tej postaci. Równie mocna jest Margot Robbie jako ostra i ambitna dziennikarka Tania, nie bojąca się zaryzykować. Więcej humoru wnosi Martin Freeman jako szkocki fotoreporter, sprawiający wrażenie wyluzowanego faceta, będącego na wakacjach. Jednak w pracy jest bardzo poważny i to trio nakręca ten film. Poza nimi na dalszym planie są niezawodni Alfred Molina (prokurator generalny Sadiq ze strasznie długą brodą) oraz Billy Bob Thornton (generał Hollanek z mało wojskowym wąsem).

whiskey_tango_foxtrot4

„Whiskey Tango Foxtrot” to dziwaczna mieszanka komediodramatu z wojną w tle, pokazującą inne oblicze życia w Afganistanie. Miejscami bardzo zabawna, ale bardziej gorzka, skłaniająca do zastanowienia się, a jednocześnie pyta o sens pracy korespondenta wojennego. Pytania te jednak nie wybijają się na pierwszy plan, przez co mogą być niezauważone. Solidna dziennikarska robota.

7/10

Radosław Ostrowski

Paterson

Kino bywa czasami zaskakująco zwyczajne, bez niespodzianek. Tylko czy jesteśmy jeszcze w stanie obejrzeć film, w którym nie dzieje się pozornie nic? Gdzie scenariusz jest zbiorem scen, mających tylko i wyłącznie zbudować pewien klimat? Nie zawsze takie tytuły do mnie trafiają, bo bardziej interesuje mnie historia. Ale przecież od każdej reguły może być wyjątek. Czy taki właśnie będzie „Paterson”?

paterson1

Bohaterem nowego filmu Jima Jarmusha jest Paterson – zwykły i pozornie nijaki kierowca autobusu mieszkający w mieście Paterson, stan New Jersey. Mieszka z lekko postrzeloną żoną Laurą, która ciągle chce próbować czegoś innego: a to rozpocząć biznes cukierniczy, a to zostać wokalistką country. Z kolei sam Paterson pisze wiersze, ale nie publikuje ich, tylko trzyma w swoim notatniku. I jeszcze mają Marvina – buldoga angielskiego, który jest dla nich jak dziecko. A wszystko skupia się na pewnej rutynie i przyglądamy się jednemu tygodniu z życia Patersona.

paterson2

Akcji jako takiej w tym filmie po prostu nie ma, a wszystko skupia się na interakcji Patersona z całym otoczeniem. Podporządkowane jest to z góry określonej rutynie – każdy dzień zaczyna się od widoku z góry na łóżko Patersona i żony, potem praca (przed pracą jeszcze jakiś fragmencik wiersza), a po pracy widok na wodospad (dalsze pisanie), powrót do domu (poprawianie wykrzywionej skrzynki na listy), spacer z Marvinem oraz wizyta w barze. I tak w kółko a po drodze jeszcze będą wiersze – nie ocierające o banał, kicz czy popisywanie się. Dla wielu to spokojne tempo, gdzie kamera skupia się na detalach, emocjach, rozmowach (pamiętacie taki „Dym”?) może dla wielu osób okazać się zwyczajnie nudna oraz nieciekawa. Jarmusch wymaga od widza skupienia, wyciszenia oraz zatrzymania się, by przemyśleć kilka rzeczy. Przy okazji niejako stawia pytania o sztukę – inspirację do tworzenia, czy należy za wszelką cenę niejako prezentować ją światu, czy (jeśli sprawia to przyjemność) zachować tylko dla siebie? Bo paliwem może być dosłownie wszystko: miłość do kobiety, lęki, nawet zwykła rozmowa z nieznajomym (finałowa scena) i nad tym wszystko wisi troszkę melancholijny klimat.

paterson3

To daje duże pole do popisu, z czego bardzo mocno korzysta Adam Driver, chociaż jest bardzo powściągliwy w tej roli. Jego Paterson jest bardzo wycofany, niemal nieobecny, pozornie pozbawiony emocji, traktujący pisanie poezji jako swoją pasję. Być może dlatego nie zamierza ich publikować, a może chodzi o coś jeszcze. Jarmusch nie daje żadnych odpowiedzi. Drugą kluczową postacią jest żona (Golshifteh Farahani) – pełna energii, szukająca swojej pasji i uwielbiająca czarno-białe przedmioty. A jednak nie czuć tutaj pretensji, wyrzutów, tylko pełna życzliwość oraz ciepło. Ale i tak wiele scen kradnie Marvin – piesek ma swoje momenty, gdy doprowadza do wielu zabawnych sytuacji (rozmowa Patersona z kolorowo ubranymi dresiarzami czy spotkanie z raperem trenującym w pralni), co dodaje tylko koloru tej niepozornej historii.

paterson4

„Paterson” jest sztandarowym przykładem kina Jarmischa, który nigdzie nie pędzi, nie pokazuje mrocznej strony życia, tylko jest przykładem wizualnej i fabularnej kontemplacji. Jest jak poezja, z charakterystycznym rytmem, powtórzeniami i dla wielu będzie zbyt nudny tak jak życie. Nie znaczy to, że trzeba sobie odpuścić, tylko by w pełni zadowolić się „Patersonem” trzeba się zatrzymać. Ale czy w dzisiejszych czasach jest to realne? Skoro może istnieć człowiek nie korzystający z telefonu komórkowego i komputera, to chyba jest nadzieja.

7/10

Radosław Ostrowski