To wspaniałe życie

Małe miasteczko Bedford Fells, gdzie niemal wszyscy są sterroryzowani przez niejakiego Pottera – chciwego oraz bezwzględnego kapitalisty. Ale tutaj działa mała firma zajmująca się udzielaniem małych pożyczek niezbyt zamożnym ludziom do budowy swoich domów. Prowadzi ją Peter Bailey, mieszkający razem z synami, żoną i służącą (czarnoskórą), ale całą historię poznajemy z perspektywy George’a.

to_wspaniale_zycie1

Ten młody chłopak miał własne plany na życie – podróże, praca jako inżyniera, zdobycie wykształcenia i wyjazd z miasteczka. Ale jak wszyscy wiemy, los lubi weryfikować swoje plany. Najpierw ma na 4 lata poprowadzić rodzinny interes, a potem miał go zastąpić jego młodszy brat. Później pojawiła się pewna dziewczyna zadurzona w nim. Później ojciec dostaje wylewu i zostaje zmuszony zostać w miasteczku, by postawić się Potterowi. Ale cała historia opiera się na wigilijnym dniu, gdy problemy coraz bardziej George’a pogrążają i decyduje się na ostateczne rozstanie z tym światem. Ale Najwyższy ma inne zdanie i wysyła anioła Clarence’a, by powstrzymać Baileya.

to_wspaniale_zycie2

Nakręcony ponad 70 lat temu film Franka Capry jest zaskakująco świeży, energiczny oraz mówiący bardziej obrazem. Na pierwszy rzut oka wydaje się on troszkę sentymentalny, ale ciągle ciepły, mieszający powagę z żartem. Chociaż wnioski i przesłanie może wydawać się banalne: dobre uczynki wracają do Ciebie, a rodzina + przyjaciele to prawdziwe bogactwo tego świata. Ale to wszystko reżyser opowiada w taki bezpretensjonalny sposób, czyniąc bez poczucia fałszu, co nie jest wcale takie proste. Nie brakuje poważnych słów (pierwsza słowna konfrontacja George’a z Potterem w zarządzie, zaginięcie 8 tysięcy dolarów), ale wszystko jest okraszone taką pozytywną dawką humoru (pierwszy powrót do podniszczonego domu, taniec na balu maturalnym zakończony… wpadnięciem do wody), że czyni to ten tytuł dziełem ponadczasowym. Jeszcze bardziej to czuć w scenach, gdy George widzi świat bez siebie, mając uświadomić jego wartość jego życia.

to_wspaniale_zycie3

Co jeszcze bardziej zaskakujące, Capra unika cynizmu, złośliwości oraz ironii. Dzisiaj wydaje się to nie do pomyślenia, ale wtedy takie troszkę sentymentalne, ale bardzo szczere i zrobione z sercem. Dziwna kombinacja, z dość prostymi, sympatycznymi postaciami, bogatym drugim planem (taksówkarz i policjant). Ale tak naprawdę liczy się tylko jeden aktor – James Stewart jako George. Bardzo sugestywnie zostają pokazane dwie twarze tego bohatera: niepoprawnego marzyciela, człowieka sukcesu oraz przygniecionego problemami społecznika, poświęcającego czas innym. Trudno nie polubić tej postaci, by móc jej kibicować aż do samego końca, tak samo jak łatwo znienawidzić Pottera (świetny Lionel Barrymore) – starego, zgorzkniałego starca na wózku. Kontrastem dla Baileya jest przeurocza Donna Reed, czyli Mary, będąca silnym oparciem oraz pełną dobrej energii.

to_wspaniale_zycie4

Do tej pory zastanawiam się jakim cudem ten wiekowy film Capry ma nadal w sobie tyle energii, ciepła i ciągle potrafi poruszyć. Powinienem to dzieło zmieszać z błotem, bo jest zbyt naiwne, sentymentalne, ale jest w tym wszystkim tyle ciepła, spokoju kontrastującego z tym rozpędzonym, szalonym, materialistycznym światem, że się nie da. Pytanie o sens życia, czy należy podążać za marzeniami, czy zmierzyć się z tym, co dostajemy, nadal pozostaje aktualne, a wartości serwowane przez twórców są w sposób nienachalny. Świetnie zrobiony, fantastycznie zagrany (niewiarygodne) oraz posiadający prawdziwą magię. Ale o takie filmy coraz trudniej.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Mężczyzna imieniem Ove

Gdzieś na szwedzkim osiedlu mieszka Ove – 60-letni staruszek, który ma obsesję na punkcie porządku i trzymana się przepisów. Jest zgryźliwy, samotny, antypatyczny, czyli taki jak emeryci w naszym kraju. Dodatkowo zostaje zwolniony z pracy po 46 latach. Byle odchylenie doprowadza go do szewskiej pasji, a jeszcze bardziej się wścieka, gdy do domu obok wprowadzają się nowi sąsiedzi, przy okazji niszcząc jego skrzynkę na listy. A jedyne o czym marzy Ove to samobójstwo.

ove1

Gdyby to był film amerykański, to Ove miałby twarz Billa Murraya albo Jacka Nicholsona. Jednak jest to produkcja ze Skandynawii, czyli krainy pełnej chłodu oraz tłumionych emocji. „Mężczyzna imieniem Ove” to słodko-gorzkie kino z mroźnej północy, pełne bardzo ironicznego humoru (próby samobójcze) o zgorzknieniu, samotności oraz życiu człowieka, który odizolował się od otoczenia. Ale – jak łatwo się domyślić – pod tym zgryźliwym i nieprzyjemnym typem, kryje się człowiek ze złamanym życiorysem oraz dramatyczną historią. I powoli odkrywamy jego życie od czasów dzieciństwa aż do pewnego dramatycznego wypadku. To wszystko potrafi mocno poruszyć i widzimy jak inni ludzie zaczynają coraz mocniej wpływać na życie naszego bohatera. A wraz z nimi widzimy inne oblicze tego złamanego bohatera. Owszem, jest to kino przewidywalne, jednak w żadnym przypadku nie jest ono przesłodzoną laurką. Smolisty humor dają sceny prób samobójczych, które – niemal zawsze – są przerywane przez pukanie do drzwi, odgłosy obok.

ove2

Trudno przyczepić się do realizacji, bo zarówno zdjęcia, muzyka, jak i sceny retrospekcji (z dbałością o scenografię, kostiumy, jak i pojazdy) są zrobione na wysokim poziomie, dodając smaczku. A największą perłą jest znakomity Rolf Lassgard w roli zrzędliwego, chociaż posiadającego dobre serce Ove. Niby takich postaci było wiele, ale albo ja jestem podatny na takie opowieści (i nie tylko takie, ok?), albo to było tak fantastycznie zagrane, ze nie wyczułem fałszu w tej postaci. Tak samo z młodszym wcieleniem Ove, czyli Filipa Berga. Z drugiego planu wybija się ciężarna Parvaneh (świetna Bahar Pras), dając  nie do końca świadomie, nowy wiatr w żagle dla życia naszego bohatera, co jest bardzo zgrabnym duetem (scena nauki jazdy – perełka).

ove3

„Mężczyzna imieniem Ove” to typowy, solidny produkt ze Skandynawii, będący mieszanką mocnego i poruszającego dramatu z gorzkim, ironicznym humorem. Co z tego, że tyle filmów było multum, skoro i ten potrafił sprawić wiele przyjemności.

7/10

Radosław Ostrowski

Dzikie łowy

Kiedy wydaje ci się, że już widziałeś wszystko i nic nie jest w stanie cię zaskoczyć, to pojawia się taki szaleniec z krainy Hobbitów i Władcy Pierścieni, by cię zmasakrować. Albo to przyjmiesz, albo cię odrzuci. Tak miałem, gdy pojawiło się dzieło niejakiego Taity Waititi. Nie, nie chodzi mi o „Thora: Ragnarok” (pytanie kto pozwolił na takie wariactwo, ale to innym razem), ale o produkcji nie pokazanej w naszym kinie, a szkoda.

dzikie_owy1

Naszym bohaterem jest Ricky Nelson – młody, 13-letni chłopak, którego nikt nie chce. Jest mocno przy kości, prawdziwą miłością darzy rap oraz haiku. Tylko, że jest dość niepokorny (rapowanie, graffiti, niszczenie mienia) i przez to trafia od rodziny zastępczej do rodziny zastępczej. Aż trafia na kompletny wygwizdów, gdzie mieszka niemłode już małżeństwo Belli i Hectora. Ona przyjmuje go ciepło, on jest bardziej szorstki i ma jakieś ale. Może i z czasem by się to ułożyło, ale kobieta umiera, a chłopiec ma wkrótce trafić pod kuratelę opieki społecznej. Nie jest to naszemu Ricky’emu w smak, więc decyduje się uciec, ale policja uważa, że Hec porwał chłopca.

dzikie_owy2

Pozornie sama historia to proste kino inicjacyjne. Ale nic z Nowej Zelandii nie jest takie proste, bo reżyser miesza tutaj konwencje, doprowadzając do szalonego ekstremum. Wywrotowa komedia, kino survivalowe (tylko Beara Gryllsa jakoś brak), dramat obyczajowy. Na pozór wydaje się, że taki koktajl nie może się udać, ale reżyser ciągle trzyma rękę na pulsie, odmierzając wszystko w idealnych proporcjach. Film wygląda przepięknie, a nowozelandzki busz zachwyca swoim pięknem („majestatyczniejszym”), jak i surowością, gdzie nieobyty może się pogubić. Ale tak naprawdę jest to opowieść o powoli rodzącej się, trudnej przyjaźni między szorstkim Hektorem a Ricky’m, których – pozornie – dzieli wszystko, a łączy poczucie zagubienia oraz potrzeba akceptacji i bycia kochanym. A tego chyba wszyscy (bardziej lub mniej) szukamy. Po drodze dużo miejscami absurdalnych scen (spotkanie z leśniczymi), galeria dość ekscentrycznych postaci jak Psychol Sam i prześliczna Kahu oraz ucieczek z obowiązkowym spektakularnym pościgiem (rewelacja). A zakończenie i muzyka czerpiąca garściami ze stylistyki lat 80. – cymesik.

dzikie_owy4

Ale to wszystko, by się nie udało (mimo świetnego scenariusza i reżyserii), gdyby nie rewelacyjny Julian Dennison. W jego wykonaniu Ricky sprawia wrażenie postrzelonego, ekscentrycznego dzieciaka z wielkimi marzeniami oraz pewną nieporadnością, a jego przemiana jest poruszająca, wiarygodna, bez cienia fałszu. Chłopak jest po prostu uroczy, kradnąc każdą scenę. Za partnera ma tutaj samego Sama Neilla, którego dawno nie widziałem. Fantastycznie wszedł w skórę szorstkiego, obytego z buszem człowieka, przy którym Rambo jest mięczakiem. I to ta więź jest kołem zamachowym tego fantastycznego kina. Nie sposób nie wspomnieć o wręcz demonicznej Rachel House (Paula z opieki społecznej) czy Oscarze Kightleyu (ciapowaty glina Andy).

dzikie_owy3

Ten dziwny miks z Nowej Zelandii jest przykładem nie tylko kreatywności i tworzeniu oryginalnych filmów, ale jednocześnie jest pełen emocji i skłania do refleksji. Dowcipne, inteligentne kino, gdzie wszystkie elementy są zgrane w jedną całość, tworząc coś bardzo wyjątkowego. Absolutnie nie do przeoczenia, niczym dzikie zwierzęta.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Po prostu przyjaźń

Wyjaśnijmy sobie od razu jedną rzecz – „Po prostu przyjaźń” to dramat z drobnymi elementami humorystycznymi skupionym na kilku postaciach. Takim głównym motorem są losy paczki przyjaciół i ich wykładowcy z liceum, którzy co roku wyjeżdżają w góry: Julia, Kamil, Grzegorz, Marian i Jadźka. Każde z nich musi się zmierzyć z własnymi problemami oraz kwestiami przyjaźni. Czym ona jest? Czy należy w jej imię oszukiwać, ukrywać czy może należy być bezwzględnie szczerym?

po_prostu_przyjazn1

I tutaj zaczynają się przeskoki także na inne postacie, które będą zmuszone podjąć trudne decyzje. Ukrywanie choroby, wybór sąsiada na dawcę spermy, pomoc koleżance w dorwaniu… guzika znanego celebryty czy duża wygrana w totolotku. Więc jest w czym wybierać, tylko że ten nadmiar postaci i wątków może wprawić w konsternację, bo nie wszystko zostało wygrane do końca, przeskakując z postaci na postać (jak w „Listach do M.”). Ale może po kolei.

po_prostu_przyjazn2

Reżyser nie próbuje na siłę rozśmieszyć, a reklamowanie tej produkcji jako komedii romantycznej to strzał w stopę. Owszem, są piosenki w tle (ale bardzo malutko) i muzyka taka bardziej poważna, a całość próbuje być taka bardziej poważna i dramatyczna, co jest pewnym zaskoczeniem. Bo szczerze spodziewałem się przesłodzonej, lukrowanej smakiem TVN-u z gwiazdkami tej stacji (to akurat jest odczuwalne), z humorem dość niskich lotów opartych na prostych gagach czy słabych dialogach. Tutaj na szczęście tak nie jest, a większy nacisk na dramat (wątek Julii czy Kamila i Grzegorza) daje emocjonalnego kopa. A jeśli chcecie się pośmiać, to najlepiej sprawdza się wątek związany z panem Szymonem i Antkiem (powoli rodząca się przyjaźń spowodowana pewnym wypadkiem) oraz Ivanki, szukającej dawcy nasienia.

po_prostu_przyjazn3

Dla mnie problemem jest przede wszystkim brak głębszego portretu postaci, przez co nie zawsze było łatwo się z nimi zidentyfikować. Ja rozumiem, że to bardziej lżejsze kino, ale pewne tło by się przydało. Drugim mocnym minusem jest bardzo otwarte zakończenie, które zamyka wątki dopiero w napisach końcowych. Czuć tutaj fundamenty pod drugą część (nie obraziłbym się, gdyby powstała).

po_prostu_przyjazn4

Mocnym punktem bywa (nie zawsze) obsada, chociaż nie wszystkie postacie są w pełni wykorzystane (dotyczy to głównie Przemysława Bluszcza i Grzegorza Damięckiego). A co najważniejsze, wszyscy grają raczej serio, bez puszczania okiem czy wygłupiania się, co wcale nie jest takie proste i łatwo przedobrzyć (niestety, tak robi Maciej Zakościelny i wypada słabo). Czysto komediowe oblicze prezentuje rozbrajająco zabawny Bartłomiej Topa (nadopiekuńczy, lecz odpowiedzialny Patryk) oraz Krzysztof Stelmaszczyk (Szymon), których obecność czasami rozsadzić ekran, wygrywając swoje wątki bez fałszu. A klasę kolejny raz potwierdza Agnieszka Więdłocha, bardzo delikatnie prowadząc swoją postać, bez popadania w (nad)ekspresję oraz bardziej wyluzowany Marcin Perchuć (Marian).

po_prostu_przyjazn5

„Po prostu przyjaźń” nie jest taką stricte komedią, do jakich w ostatnich latach przyzwyczajało nas polskie kino. To bardziej słodko-gorzka opowieść o sile przyjaźni i tym jak jest ważna dla wszystkich, chociaż parę razy balans między humorem a powagą bywa naruszony. Niemniej efekt jest zaskakująco przyzwoity i nie miałbym nic przeciwko sequelowi.

6/10

Radosław Ostrowski

Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej

Kiedy w tytule filmu pada słowo miłość, kochanie czy seks, już mamy pewne przypuszczenia o czym to może być – komedia romantyczna, melodramat, erotyk. A kiedy jeszcze jest historia, to już wszystko staje się jasne – to będzie biografia. A kim była Michalina Wisłocka? Kobietą, która jako pierwsza w kraju zaczęła mówić o tym, o czym każdy chciał, ale się bał zapytać (i chyba niektórzy nadal się boją). Tak, zgadliście, chodzi o seks. Rzecz, która – mam wrażenie – nadal jest tematem tabu, budzącym wstyd oraz skrępowanie.

sztuka_kochania1

Ale po kolei. O jej życiorysie, przeplatanym z próbą wydania pierwszej książki o życiu seksualnym Polaków próbuje opowiedzieć Maria Sadowska. Zanim zaczniecie się rzucać, czemu piosenkarka jazzowa bierze się za kino, uprzedzę, że pani reżyser ukończyła też łódzką filmówkę i jest to druga fabuła (lepsza od poprzedniego „Dnia kobiet”). „Sztuka kochania” nie powstałaby, gdyby nie ogromny sukces „Bogów”, czyli przykładu przeszczepienia amerykańskich szablonów biografii na polskie podwórko. I tutaj jest podobnie, bo udaje się odtworzyć nie tylko fakturę epoki (od okupacji do lat 70.: pięknie wyglądające stroje, muzyka w tle, scenografia i rekwizyty – no nie ma się tu czego przyczepić), ale przede wszystkim mentalność tej epoki. Epoki, w której sprawy intymne (dokładniej kobiet z przyjemnością) są niewygodne zarówno dla partyjnej władzy, jak i Kościoła (rozmowy z urzędnikami, jak i biskupem – trafne w punkt).

sztuka_kochania2

Jednocześnie zaczynamy poznawać losy bohaterki (dość barwne, skandalizujące – życie w trójkącie, kolejni partnerzy, pobyt w Lubniewicach), a jednocześnie widzimy walkę o publikację „Sztuki kochania”, wziętą jakby z konwencji heist movie. Ciągle problemy (bo ilustracje, bo słowo, bo się „pierdolą tam”, próba skonfiskowania tekstu), ciągła walka, nieugięty charakter Wisłockiej budził mój podziw. Wszystko jest podkręcone do granic możliwości, sceny erotyczne nie są zrealizowane po to, by szokować czy doprowadzić widza do stanu podniecenia, ale jest to zrobione ze smakiem (wszelkie skojarzenia z „Masters of Sex” w pełni uzasadnione).

sztuka_kochania3

I jeszcze jak to jest świetnie zagrane. Nie da się nie zauważyć Magdaleny Boczarskiej, która jako Wisłocka trzyma fason. Jej ewolucja od młodej, troszkę pogubionej dziewczyny do twardo stąpającej, doświadczonej oraz pewnej siebie kobiety jest przedstawiona bez cienia fałszu, sztuczności czy zakłamania. Ale tak naprawdę całość skradł zaskakujący Eryk Lubos jako niemal idealny mężczyzna i kochanek, chociaż nie sprawia tego wrażenia. I ta chemia między nim a nią jest siłą napędową środkowej części filmu. Poza nimi jeszcze warto wspomnieć o trzymających fason duecie Jakubik/Mecwaldowski (urzędnicy Wydziału Kultury), wyjątkowo dobrym Piotrze Adamczyku (Staszek Wisłocki), jak i o Jaśminie Polak (redaktorka Teresa, walcząca o publikację).

sztuka_kochania4

„Sztuka kochania” to ciekawa mieszanka dramatu, komedii, filmu obyczajowego oraz wręcz heist movie (walka o publikację) pokazując, jak ciężko jest walczyć o przedstawienie czegoś tak naturalnego dla życia każdego człowieka jak seks. Bo przecież wiemy, co, kiedy i jak, prawda? A jeśli nie, to poczytajcie „Sztukę kochania” albo zobaczcie film pod względem edukacyjnym.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Whiskey Tango Foxtrot

Kogo dzisiaj obchodzi Afganistan, który uwagę całego świata miał od 2001 roku, gdy Amerykanie rozpoczęli polowanie na Al-Kaidę. I to tam spędziła trzy lata Kim Baker – dziennikarka telewizyjna odpowiedzialna za tworzenie wiadomości, przekazywanych przez prezenterów. Jak trafiła do Afganistanu? Sama się zgłosiła, bo obecna fucha ją nudziła. Ale sama nie była gotowa na to, co zobaczy.

whiskey_tango_foxtrot1

Duet reżyserski Glenn Ficarra i John Requa do tej pory realizowała komedie, niepozbawione pieprzu i ostrego humoru. I początek tego filmu też zapowiada pójście na stare tory, gdzie źródłem komizmu jest kulturowe zderzenie oraz wiązanka bluzgów. Prawda jest jednak taka, że twórcy coraz bardziej uderzają w poważne tony, pokazując jak niebezpiecznie jest w Afganistanie: atak talibów, porwanie dziennikarza, ciągłe strzały. A zwykli ludzie próbują jakoś żyć w tym szalonym, niebezpiecznym świecie. By nadal czuć się normalnie – kwitnie handel, rozwija się życie towarzyskie. Bardzo łatwo było przekroczyć i złamać równowagę między humorem a dramatem. Tym bardziej zaskakujący jest fakt, że całość oparto na wspomnieniach Kim Baker.

whiskey_tango_foxtrot2

Tempo jest dość równe, a kilka scen robi piorunujące wrażenie czy to pomysłowo wplecionymi piosenkami (Boże Narodzenie, a w tle… Alvin z wiewiórkami śpiewa czy odbicie dziennikarza z rąk terrorystów w rytm „Without You” Harry’ego Nilssona), ciekawie poprowadzonymi gagami (Kim strzelająca do lodówek, by zyskać sympatię przyszłego prokuratora generalnego) czy będącym tylko dodatkiem życie uczuciowym. Ciągle czekanie na sensacyjny temat, brak kontaktu (Internet często siada), a podczas czekania imprezy, alkohol i nie tylko. Widać jak bardzo dla wielu osób obecność w strefie wojny zaczyna być czymś uzależniającym i albo tu zostaniesz, albo wyrwiesz się szukając miejsca gdzie indziej (finał). Kto by się czegoś spodziewał po takiej produkcji.

whiskey_tango_foxtrot3

Również aktorsko jest bardzo zaskakująco. Wcielająca się w główną rolę Tina Fey całkiem nieźle sprawdziła się jako dziennikarka, która zaczyna podchodzić poważnie do swojego zadania. Widać zaangażowanie, pozwala sobie na ironiczne teksty, ale jednocześnie widać zagubienie i przerażenie. Wszystko to bez przesady, szarży czy skrętu w przerysowanie, wierzy się tej postaci. Równie mocna jest Margot Robbie jako ostra i ambitna dziennikarka Tania, nie bojąca się zaryzykować. Więcej humoru wnosi Martin Freeman jako szkocki fotoreporter, sprawiający wrażenie wyluzowanego faceta, będącego na wakacjach. Jednak w pracy jest bardzo poważny i to trio nakręca ten film. Poza nimi na dalszym planie są niezawodni Alfred Molina (prokurator generalny Sadiq ze strasznie długą brodą) oraz Billy Bob Thornton (generał Hollanek z mało wojskowym wąsem).

whiskey_tango_foxtrot4

„Whiskey Tango Foxtrot” to dziwaczna mieszanka komediodramatu z wojną w tle, pokazującą inne oblicze życia w Afganistanie. Miejscami bardzo zabawna, ale bardziej gorzka, skłaniająca do zastanowienia się, a jednocześnie pyta o sens pracy korespondenta wojennego. Pytania te jednak nie wybijają się na pierwszy plan, przez co mogą być niezauważone. Solidna dziennikarska robota.

7/10

Radosław Ostrowski

Paterson

Kino bywa czasami zaskakująco zwyczajne, bez niespodzianek. Tylko czy jesteśmy jeszcze w stanie obejrzeć film, w którym nie dzieje się pozornie nic? Gdzie scenariusz jest zbiorem scen, mających tylko i wyłącznie zbudować pewien klimat? Nie zawsze takie tytuły do mnie trafiają, bo bardziej interesuje mnie historia. Ale przecież od każdej reguły może być wyjątek. Czy taki właśnie będzie „Paterson”?

paterson1

Bohaterem nowego filmu Jima Jarmusha jest Paterson – zwykły i pozornie nijaki kierowca autobusu mieszkający w mieście Paterson, stan New Jersey. Mieszka z lekko postrzeloną żoną Laurą, która ciągle chce próbować czegoś innego: a to rozpocząć biznes cukierniczy, a to zostać wokalistką country. Z kolei sam Paterson pisze wiersze, ale nie publikuje ich, tylko trzyma w swoim notatniku. I jeszcze mają Marvina – buldoga angielskiego, który jest dla nich jak dziecko. A wszystko skupia się na pewnej rutynie i przyglądamy się jednemu tygodniu z życia Patersona.

paterson2

Akcji jako takiej w tym filmie po prostu nie ma, a wszystko skupia się na interakcji Patersona z całym otoczeniem. Podporządkowane jest to z góry określonej rutynie – każdy dzień zaczyna się od widoku z góry na łóżko Patersona i żony, potem praca (przed pracą jeszcze jakiś fragmencik wiersza), a po pracy widok na wodospad (dalsze pisanie), powrót do domu (poprawianie wykrzywionej skrzynki na listy), spacer z Marvinem oraz wizyta w barze. I tak w kółko a po drodze jeszcze będą wiersze – nie ocierające o banał, kicz czy popisywanie się. Dla wielu to spokojne tempo, gdzie kamera skupia się na detalach, emocjach, rozmowach (pamiętacie taki „Dym”?) może dla wielu osób okazać się zwyczajnie nudna oraz nieciekawa. Jarmusch wymaga od widza skupienia, wyciszenia oraz zatrzymania się, by przemyśleć kilka rzeczy. Przy okazji niejako stawia pytania o sztukę – inspirację do tworzenia, czy należy za wszelką cenę niejako prezentować ją światu, czy (jeśli sprawia to przyjemność) zachować tylko dla siebie? Bo paliwem może być dosłownie wszystko: miłość do kobiety, lęki, nawet zwykła rozmowa z nieznajomym (finałowa scena) i nad tym wszystko wisi troszkę melancholijny klimat.

paterson3

To daje duże pole do popisu, z czego bardzo mocno korzysta Adam Driver, chociaż jest bardzo powściągliwy w tej roli. Jego Paterson jest bardzo wycofany, niemal nieobecny, pozornie pozbawiony emocji, traktujący pisanie poezji jako swoją pasję. Być może dlatego nie zamierza ich publikować, a może chodzi o coś jeszcze. Jarmusch nie daje żadnych odpowiedzi. Drugą kluczową postacią jest żona (Golshifteh Farahani) – pełna energii, szukająca swojej pasji i uwielbiająca czarno-białe przedmioty. A jednak nie czuć tutaj pretensji, wyrzutów, tylko pełna życzliwość oraz ciepło. Ale i tak wiele scen kradnie Marvin – piesek ma swoje momenty, gdy doprowadza do wielu zabawnych sytuacji (rozmowa Patersona z kolorowo ubranymi dresiarzami czy spotkanie z raperem trenującym w pralni), co dodaje tylko koloru tej niepozornej historii.

paterson4

„Paterson” jest sztandarowym przykładem kina Jarmischa, który nigdzie nie pędzi, nie pokazuje mrocznej strony życia, tylko jest przykładem wizualnej i fabularnej kontemplacji. Jest jak poezja, z charakterystycznym rytmem, powtórzeniami i dla wielu będzie zbyt nudny tak jak życie. Nie znaczy to, że trzeba sobie odpuścić, tylko by w pełni zadowolić się „Patersonem” trzeba się zatrzymać. Ale czy w dzisiejszych czasach jest to realne? Skoro może istnieć człowiek nie korzystający z telefonu komórkowego i komputera, to chyba jest nadzieja.

7/10

Radosław Ostrowski

Gracze – seria 2

Jak zapewne pamiętacie, Spencer Strasmore działa jako doradca finansowy w firmie ASM, gdzie werbuje gwiazdy futbolu. Jednak tym razem nad interesem zawisają czarne chmury, z powodu jego dawnego agenta, Andre Allen. Kiedyś panowie byli blisko, ale interes skończył się porażką i doprowadził do niezabliźnionych ran. A Spencer razem z kumplem Joe planują rozwinąć interes firmy oraz odegrać się na Andre.

gracze_21

Lubię ten lekki, wakacyjny serial z zacięciem sportowym, gdzie mieszają się imprezowy styl życia, hedonistyczne podejście do pieniędzy plus rozważne planowanie inwestycji. A że wszystko jest osadzone w letnim Miami, to klimat jest bardziej wyluzowany. Podskórnie widzimy jednak coś więcej niż tylko imprezy, grę i sławę. Tak naprawdę pokazuje styk między sportem i biznesem, gdzie nie zawsze wszystko jest dozwolone. W drugiej serii widzimy bardziej mroczne strony biznesu: szantaże, podchody, próby podkradania klientów oraz ich ekscentryczne prośby (kupno zwierzątka, ale jakiegoś banalnego czy zbudowanie hotelu w nierentownym miejscu). Wszystko to jest poprowadzone lekko, ale i daje wiele do myślenia.

gracze_22

I tak jak poprzednio twórcy skupiają się także na trzech innych bohaterach: Vernonie, Rickym i Charliem. Pierwszy dostaje kontuzji i jego gra w sezonie stoi pod znakiem zapytania, drugi nie może się zdecydować gdzie ma zagrać, a trzeci jest tak stary, że nigdzie go nie chcą i musi się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Te wątki nie są tylko zapychaczami, ale bardzo wnikliwie przedstawiają świat sportu, gdzie trzeba mieć mocną głowę, dobrych doradców i przede wszystkim wiedzieć, czego się chce. Najsympatyczniejszy z tej trójki jest Charlie, który dostaje nietypową posadę jako prawa ręka menadżera. I jest jeszcze nowy zawodnik – młody student Travis Mack. Chłopak z potencjałem i redneckim stylem życia, który dzięki Strasmore’owi dostaje szansy gry w I lidze. Ta interakcja ma najwięcej iskier, daje sporo kopa, a młodzik uczy się pokory, co może zaprocentować w przyszłości. Ciekawe, czy będzie to poruszone w trzeciej serii.

gracze_23

Po cichu liczyłem na większą konfrontację z Andre (świetny Andy Garcia), ale ta postać daje sporo ikry oraz pokazuje więcej nieznanych faktów z życia Spencera. Garcia bardzo dobrze czuje się w roli starego lisa, które nic i nikt nie jest w stanie złamać, nawet jego własne brudy. To mała wisienka w tym smakowitym cieśnie. I znowu błyszczy Dwayne Johnson, czyli wyluzowany, pewny siebie, a jednocześnie pełen lęków (dawna kontuzja się odnowiła), co dobitnie pokazuje finałowe przemówienie na uniwerku. Lepiej poprowadzono też relację między Spencerem a Joe (Rob Corddry), który nie jest już tylko wrzodem na dupie, ale prawdziwym wsparciem. I oczywiście, na dalszym planie mamy prawdziwe gwiazdy sportu m.in. Carolinę Woźniacki, Ndamukong Suh, Larry Csonka.

gracze_24

Chociaż zakończenie wydaje się bardzo smutne i przygnębiające, to jednak daje pewną nadzieję, że jeszcze wszystko da się wyprostować. Ale to niepewność, bez postawionej kropki nad i. trzeba będzie poczekać do serii trzeciej na wyjaśnienie kilku spraw. „Gracze” pozostają serialem na lato idealnym, serwując sporo humoru, klimatu Miami oraz niegłupiej obserwacji.

gracze_25

7,5/10

Radosław Ostrowski

Atypowy – seria 1

Bohaterem nowego dzieła od Netflixa jest Sam Gardner – 18-latek, czyli chłopak wchodzący w dorosłość, ma obsesję na punkcie Antarktydy i pingwinów. Mieszka z matką oraz ojcem i młodszą siostrą. I bardzo chciałby mieć dziewczynę. Tylko jest jeden mały problem – chłopak ma autyzm (owszem, jest w stanie samodzielnie funkcjonować i pracować, ale nie zawsze wszystko wyłapuje od razu), co jest dodatkową przeszkodą.

atypowy1

Podoba mi się podejście, by dotykać tematów mniej popularnych i trudnych, a do tej grupy zalicza się także „Atypowy” stworzony przez Robię Rashid. Rozumiem też wybór tonacji takiej słodko-gorzkiej, co może czynić całość bardziej przyswajalną. Także fakt, że twórcy wiele próbują pokazać jak funkcjonuje taka osoba – ze swoimi lękami, dziwactwami oraz marzeniami. Sam ciągle szuka i jest to osobnik stawiający na twarde fakty, a emocje i uczucia to bardziej skomplikowana zagadka niż znajomość gatunków pingwinów. Dlatego do randek i szukania tej partnerki na całe życie jest źródłem wielu komicznych sytuacji, będących wszelkiego rodzaju „badaniem” gruntu (podpytywanie wprost o metody podrywu, szukanie w Internecie czy wizyta – nieudana – do klubu ze striptizem, by zobaczyć piersi) oraz próbami, które kończą się porażką z powodu jego zachowania (pierwszą dziewuchę, która zaczęła go dotykać… odepchnął) albo z faktu, iż powiedział coś, czego nie powinien. Ale faktem jest, że naszemu bohaterowi trochę za łatwo mu to idzie. Zaskakująco prosto jest w stanie nawiązać kontakt i nawet, że się wyrażę, jest ktoś zainteresowany (neurotyczna Paige), ale wydaje mi się to troszkę zbyt bajkowe. Albo ja po prostu pamiętam inaczej i wiem, że poznawanie przedstawicielek innej płci przypominało odkrywanie nieznanego lądu.

atypowy2

To jednak jedna z paru bolączek, które sprawiają, że „Atypowy” mógłby być dużo lepszym tytułem. Drugim kiksem jest coś, co nazwałbym tłem dla rodziny. Mówi się, że Sam ma pewne nawyki i rytuały, które musza być przestrzegane. Więcej, nawet w kuchni jest zorganizowana rozpiska dnia, czyli co, kto i kiedy robi. Tylko, że niespecjalnie coś z tego wynika, pozostali członkowie nie mówią sobie, gdzie idą, po co i dlaczego, przez co cały realizm sytuacji trafia jasny szlag, włącznie z tym „planowaniem” życia.

atypowy3

Na plus warto wyróżnić sceny z grupy wsparcia, chociaż mają one charakter informacyjny i pokazują jak rodziny sobie z tym nie radzą, wliczając w to Sama – matka (Jennifer Jason Leigh) mocno podporządkowała swoje życie synowi oraz opiece nad nim, przez co czuje się troszkę (nawet więcej niż troszkę) przyduszona, a jednocześnie chce prowadzić w miarę normalne życie. Ojciec (dobry Michael Rapaport) wstydzi się choroby swojego syna, ale próbuje się przełamać i staje się dla niego powiernikiem w kwestiach randek, siostra (Brigette Lundy-Paine) z jednej strony ma dość faktu, że to brat skupia swoją uwagę niż ona, z drugiej go chroni przed nietolerującym go otoczeniem. Na dalszym planie wybija się lekko postrzelona terapeutka Julia (sympatyczna Amy Okuda), będąca obiektem miłosnym naszego bohatera oraz hinduski kolega z pracy, Zahid (Nik Dodani).

atypowy4

„Atypowy” miał wszelki potencjał na poruszającą mieszankę komedii i dramatu, dotykającą w pełni temat autyzmu. Wyszedł z tego lekki, mocno uproszczony, płytki, ale jednak sympatyczny serial, trzymany w garści, dzięki świetnej roli Keira Glichrista jako Sama. Chłopak porusza swoim spojrzeniem na świat i od samego początku wzbudza sympatię, a jego nieporadne zderzenie wywołują śmiech, ale nie jest to szyderstwo z bohatera. Za to duży plus, ale to za mało by uznać całość za dobrą. Zakończenie pozostaje otwarte i mam nadzieję, że całość zostanie podreperowana, bo nie mogłem poczuć płytkości, wręcz zmarnowania potencjału.

6/10

Radosław Ostrowski

To właśnie seks

Człowiek jest istotą bardzo skomplikowaną, która próbuje jakoś żyć w tym pokręconym świecie. Równie pokręcone bywa życie intymne, ale nie zawsze jesteśmy w stanie o tym opowiadać. I o tym opowiada australijski film „To właśnie seks”.

to_wlasnie_seks1

Film Josha Lawsona (pojawia się także po drugiej stronie jako fetyszysta stóp) to opowieść o pięciu parach oraz ich życiu intymnym. Problemem może być jednak to, że mamy pewne fetysze oraz fantazje, co wywołuje obowiązkowe komplikacje. Ona chce być zgwałcona, on czuje podniecenie, gdy żona śpi (bo za dnia jest twardą i ostrą zawodniczką), żona podniecana tylko, gdy widzi łzy czy wchodzenie w role. „Co się stało ze starym, dobrym seksem?” – pyta jedna z postaci. Reżyser w sposób słodko-gorzki pokazuje pewną może mało odkrywczą, ale trafną prawdę: do dobrego i satysfakcjonującego seksu potrzebna jest dobra… komunikacja. Jeśli nie boimy się powiedzieć o swoich marzeniach, fantazjach, bez osądzania i szczerze, to jest szansa, że się uda.

to_wlasnie_seks2

Każda z tych opowieści jest rozbrajająco szczera (próba gwałtu na parkingu skończona dość ostro), a komplikacje doprowadzają do nieobliczalnych sytuacji. Jak inaczej wytłumaczyć, że za bardzo zaczniemy zatracać się w tych fetyszach (mąż za bardzo pragnący odgrywać role, kobieta doprowadzająca męża do łez – orgazm udało się osiągnąć dopiero na wieść o… śmierci teścia), to możemy stracić bardzo wiele. Mocno o tym przypomina przypadek męża, którego podnieca śpiąca żona, więc ją usypia, co mocno odbija się na jego pracy.

to_wlasnie_seks3

Lawsonowi udaje się balansować miedzy powagą a żartem i pozwala przejrzeć się w bohaterach jak w lustrze. Czy jest możliwe spełnienie swoich marzeń, bez strachu? Wydaje mi się, ze jest taki przypadek, będący jednocześnie najzabawniejszym. Czyli słynna (już) rozmowa w call center, gdzie tłumaczka Monika pośredniczy między Samem a… prostytutką, gdzie nie brakuje pomyłek, przerażenia, aparat słuchowy nagle zacznie szwankować. I to wszystko bardzo bawi, ale finał jest tak uroczy – choćby dla tej kapitalnej sceny warto zobaczyć cały film.

to_wlasnie_seks4

Nie wiem, jak to możliwe, że u nas nie powstał film w takim stylu i o tej tematyce. Bez wulgarności, poczucia żenady i skupianiu się tylko na scenach erotycznych. „To właśnie seks” (oryginalny tytuł „Little Death”) jest szczery, nie drwi z postaci i jednocześnie skłania do refleksji. Ostatnio coraz bardziej lubię takie słodko-gorzkie filmy, świetnie zagrane, z równym tempem oraz kilkoma komediowymi fajerwerkami.

7,5/10

Radosław Ostrowski