Biały Lotus – seria 1

Czy może być coś lepszego niż pobyt na wakacjach w motelu dla najbogatszych? Oczywiście, że nie. Dlatego przebywasz w znajdującym się na Hawajach hotelu o nazwie Biały Lotus. Komu będziemy towarzyszyć? Świeżej parze nowożeńców (państwo Patton), rodzinie z dziećmi i przyjaciółką córki (państwo Mossebnach) oraz kobiecie w średniej wieku (Tania McQuoid), która… ma troszkę inne powody. Co się może wydarzyć podczas tygodniowego pobytu?

Nowy mini-serial Mike’a White’a w zasadzie jest kolejnym satyrycznym spojrzeniem na ludzi z high-life’u, co żyją we własnej bańce. Ludzie tak naprawdę są puści, nieszczęśliwi i samotni, choć uśmiechają się niemal w każdej okazji. Każde ma swoje problemy, które mogą wydawać się mniej poważne (nietrafiony apartament, brak poważnych atrakcji, potrzeba masażu), jednak chodzi tu o coś więcej. U Mossenbachów to kobiety dominują tutaj – zapracowana matka (Connie Britton) oraz bardzo ironiczna córka (Sydney Sweeney) razem z uzależnioną od leków kumpelą (Brittany O’Grady). Wydają się silniejsze od zakompleksionego męża (Steve Zahn), podejrzewającego u siebie raka jąder oraz uzależnionego od pornografii syna (Fred Hechinger), który nie potrafi postawić na swoim i zawsze ulega. Małżonkowie (Jack Lacy i Alexandra Daddario) pochodzą z różnych światów, jakby ślub wzięli niejako tylko przez zauroczenie, pożądanie. On zawsze musi postać na swoim, bo jako rozpieszczony bachor z dobrego domu dostaje wszystko, unosząc się dumą. Ona zupełnie z innego świata, pracująca jako dziennikarka i obawiająca się bycia trofeum. Ile ze sobą wytrzymają? Tania (Jennifer Coolidge) nie radzi sobie ze śmiercią matki, zaś celem jej pobytu jest… wysypanie jej prochów. Jest jeszcze prowadzący ten hotel Armond (Murray Bartlett) oraz pracująca w spa Belinda (Natasha Rothwell), którzy niejako służą pomocą gościom hotelowym.

Innymi słowy, każdy z bohaterów jest wyrazisty, wielowymiarowy i złożony. Co zdecydowanie jest sporą zaletą. Tak jak przepiękne krajobrazy oraz bardzo egzotyczna muzyka. Ton się zmienia jak w kalejdoskopie: od ironicznego i komediowego po bardziej dramatyczne momenty (kradzież biżuterii). Nawet mieszając je w tej samej scenie. Zaś perspektywy obu grup naszych bohaterów są niemal ciągle skonfrontowane. White przybiera twarz satyryka, by zmienić w szydercę. Chociaż czasem można odnieść wrażenie, że nie opowiada niczego nowego, a humor szedł w (zbyt) znajome rewiry („Parasite”, „Sukcesja”). Bo trudno w zasadzie się z każdym w pełni identyfikować, jednak nie można oderwać oczu od tych postaci.

Wściekłych i gniewnych jak Armond w kapitalnej interpretacji Bartletta, który ze spokojnego, opanowanego konsjerża potrafi zmienić się w buca, aroganta grającego gościom (szczególnie panu Pattonowi) na nerwach, mając ich wszystkich gdzieś. W końcu puszczają mu nerwy i jedzie po bandzie, co kończy się w niespodziewany sposób. Odrobinę współczucia może wywołać pani Patton, która chyba nie do końca wie, z kim zawarła związek małżeński. Jednak jej próby postawienia się wzbudzają politowanie, a kiedy poznajemy ją w interakcjach z innymi jest równie pusta jak reszta gości. W punkt za to trafia wycofana Tanya (rewelacyjna Coolidge), próbująca radzić sobie ze skrytymi traumami oraz trudną relacją z matką. Na niej chyba najbardziej mi zależało, choć jej emocjonalna huśtawka potrafi działać na nerwy. Tak samo swoje pięć minut ma pan Mossenbach, czujący się mniej męsko i niedowartościowany przez żonę.

Ale wiecie co jest najciekawsze w „Białym Lotosie”? Że każdy z bohaterów zostaje skonfrontowany i ma szansę na zmianę samego siebie. Nie staje się to jednak za pomocą magicznej różdżki czy głębokiego samodoskonalenia mentalnego. Wszystko to wynika z… interakcji oraz pewnych wydarzeń, pozwalających zdobyć szacunek, poznać kogoś, kto może zapewnić poczucie bezpieczeństwa czy w końcu pójść własną drogą. Innymi słowy, słodko-gorzki, lecz satysfakcjonujący finał. Już zapowiedziano drugi sezon, a serial będzie miał formę antologii. Nie mogę się doczekać.

Czy warto dać szansę zaskakującemu hitowi HBO z 2021 roku? Jak najbardziej, nie tylko ze względu na porę roku. to pełne świetnego aktorstwa studium mentalności najbogatszych ludzi, którym wydaje się, że wiedzą wszystko, zjedli wszystkie rozumy i znają ten świat. Szyderczo, prześmiewczo, lecz także poważnie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

To nie jest OK – seria 1

Czasami jest tak, że już sam początek potrafi zwrócić na siebie uwagę i zaintrygować. Tutaj na początku widzimy rudowłosą dziewczynę, chodzącą nocą przez ulicę. Nic niezwykłego, prawda? Tylko jest jeden szczegół: jest cała we krwi. Co się stało? Dziewczyna ucieka przez jakimś zwyrodnialcem/mordercą? Przyszła na bal halloweenowy przebrana za Carrie White? O co tu chodzi? Rzucone z offu zdanie: Drogi pamiętniczku, chuj ci w dupę potwierdza tylko jedno: coś jest nie tak. Tak się robi mocne wejście, panno Sydney Novak (Sophie Lillis).

Potem cofamy się, by w finale wrócić i odkryć, co się odjaniepawliło. A kim jest Sydney? Licealistką, która często się przeprowadzała z rodziną od miasta do miasta. Jej rodzina to matka, ostro pracująca jako kelnerka w jadłodajni oraz jej młodszy brat. Ojciec odebrał sobie życie, co na wszystkich mocno się odbiło. I dlatego córka kompletnie nie dogaduje się z matką, dlatego szkolny pedagog poleca dziewczynie pisać pamiętnik. Sydney ma jeszcze jeden problem: przypadkowo odkrywa, że ma… supermoce. A dokładniej, że używa siły umysłu.

Nowy serial twórców „The End of the F***ing World” (reżyser Jonathan Entwistle), oparty na kolejnym komiksie Charlesa Forsmana. Innymi słowy, jak we w/w tytule spodziewałem się kolejnej historii z niedopasowanymi, wręcz ekscentrycznymi nastolatkami. Ubrane w narrację pamiętniczka jeszcze bardziej wpasowuje się w ten świat. Audio-wizualnie też czuć ten styl: wiele statycznych, niemal symetrycznych kadrów, muzyka w klimacie „Twin Peaks”. Wszystko jest tu bardzo znajome: zagubieni nastolatkowi, dorośli nieobecni/mający ich gdzieś, dziwaczne sytuacje. Tutaj jeszcze dochodzi tajemnica wokół śmierci ojca oraz mocy bohaterki. Dla niej są raczej źródłem problemów, a jakiegokolwiek mentora czy mistrza mogącego jej w tym pomóc, brak. Poza nią Sydney ma przyjaciółkę Dinę oraz dość ekscentrycznego sąsiada, Stanleya z „wypasionym” autem. I to ta odkrywana relacja tej trójki staje się emocjonalnym kośćcem tego krótkiego (siedem odcinków po 20 minut) serialu. Przyjaźń, zauroczenie i miłość kontra poczucie dziwności, którego nie da się całkowicie wytępić.

Choć nie brakuje paru ciekawych momentów (włamanie do gabinetu dyrektora pokazane w formie przygotowanego planu), to jednak nie ma takiego uderzenia jak „The End of the F***ing World”. To jest inny kaliber, o wiele bardziej przyziemny i czerpiący z wielu znajomych klisz kina młodzieżowego: szkolny gwiazdor sportu zmieniający się w łobuza, ekscentryczny nerd, uzależniona od dragów heroina, pierwszy pocałunek. Cholera, jest nawet posadzenie bohaterów w szkolnej kozie jak w „Klubie winowajców”. Brakuje jakiegoś mocniejszego uderzenia (poza krwawym finałem oraz cliffhangerem), które by bardziej zaangażowało. Odrobinkę humoru serwuje kontrast między tym, co słyszymy z offu, a co zostaje powiedziane oraz „testowanie” mocy. Brakowało mi tego szaleństwa z adaptacji poprzedniego komiksu Forsmana i czułem sporą wtórność.

Sytuację w sporej części ratują aktorzy i oni sprawiają, że ogląda się ten serial do samego końca. Absolutnie rewelacyjna jest Sophie Lillis jako próbująca się odnaleźć w nowej sytuacji Sydney. Z jednej strony jest bardzo wycofana i zamknięta w sobie, z drugiej bywa ironicznie złośliwa (głównie wobec matki), zaś z trzeciej jak wybucha, to gwałtownie eksploduje. Nie chcecie widzieć jej wściekłej, bo to może skończyć się źle i to poczucie obcości ciągle ją przygniata. I każda z tych warstw tworzy spójny portret „dziwnej” nastolatki. Świetnie się z nią uzupełnia Wyatt Oleff w roli Stanleya. Typowy nerd, z barwną stylówką, dla którego poczucie dziwnym jest zaletą. Można odnieść, że ma totalnie wywalone na to, co oni powiedzą, ale to też może wynikać z palonej marihuany. Reszta postaci też jest świetna: zarówno przyjaciółka Dina (Sofia Bryant), zapracowana matka pomagająca w poznaniu ojca (Kathleen Rose Perkins), zgrywający wrażliwca łobuz Brad (Richard Ellis) czy o wiele dojrzalszy braciszek (Aidan Wojtak-Hissong).

„To nie jest OK”, a w zasadzie pierwszy sezon jest w zasadzie wprowadzeniem do poważniejszej historii, co sugeruje cliffhanger. Jest tylko jedno ale: drugi sezon został skasowany z powodu pandemii koronawirusa. Co jest wielkim błędem i chciałbym wierzyć, że Netflix jeszcze wróci do tego tytułu, stwierdzając: może powinniśmy do tego wrócić?

7/10

Radosław Ostrowski

Niepamięć

Wyobraźcie sobie świat, w którym ludzie z nieznanych przyczyn nagle tracą pamięć. W różnych miejscach, czasie i okolicznościach. Bez względu na pochodzenie, płeć, pozycję społeczną i zawód. Taki jest właśnie przypadek bohatera greckiej „Niepamięci”. Mieszka sam w dość niezadbanym mieszkaniu, nie wiemy czym się zajmuje. Dostaje amnezji podczas jazdy autobusem, a przy sobie nie ma żadnych dokumentów (tylko pieniądze). Trafia do szpitala, gdzie przechodzi testy na odzyskanie pamięci i czekając na kogoś z rodziny, kto go odbierze.

Pojawia się jednak szansa na wyjście z tej sytuacji: program „Nowa Tożsamość”. Starego życia może nie odzyskasz, ale może uda ci się stworzyć siebie na nowo. Jak to zrobić? Dostajesz taśmy magnetofonowe, gdzie głos daje ci „zadanie” do wykonaniu, a jego wykonanie utrwalasz wykonując zdjęcie. Brzmi jak coś prostego? Bo i zadania nie wydają się trudne: jazda na rowerze, udział w imprezie kostiumowej, skok do basenu. Im dalej w las, tym jednak kolejne rzeczy do wykonania wydają się brzmieć jak makabryczny żart (upić się w barze, po czym poznać dziewczynę/chłopaka i uprawiać z nimi seks w toalecie).

Grecki reżyser Christos Nikou tworzy kolejny pokręcony świat, gdzie absurdalność świata przedstawionego miesza się z melancholijnym smutkiem postaci. Wszystko jest tu bardzo surowe i oszczędne, a jednocześnie bardzo takie umowne. Nie wiemy jak dochodzi do choroby, dlaczego tutaj nikt nie ma telefonów komórkowych ani komputerów (wszystko tu pełne analogowych przedmiotów jak magnetofon i polaroid). Niby jesteśmy w Atenach, ale jakby w zupełnie innej epoce, wyrwanej z obcego świata. Poczucie obcości potęgują jeszcze zdjęcia Bartosza Świniarskiego w formacie polaroidowego zdjęcia. Czyli taka rameczka ze sporymi czarnymi pasami.

Z kolei sam program – czy aby na pewno pomaga stworzyć nowego siebie? A może tak naprawdę kreuje coś w rodzaju marionetki? Pozbawionej własnej woli, motywacji i celu. Zwłaszcza, że nie wiadomo kiedy (i czy w ogóle) się ten proces zakończy. Jakie jeszcze zadania mogłyby na niego czekać – gdzieś wspominana jest sprawa udziału w demonstracji czy czegoś z samolotem. Zaś sam bohater grany przez Arisa Servatalisa jest bardzo trudny do rozgryzienia. Bardzo rzadko wyraża emocje, jest wycofany, z pokorą przyjmując kolejne dziejące się rzeczy. Jakby wzięty ze skandynawskiego kina, co dziwnie pasuje do klimatu filmu.

„Niepamięć” jest intrygującym filmem psychologicznym, którego klimatem blisko jest do dzieł Charliego Kaufmana zmieszanego z Terrym Gilliamem. Tajemniczy, bardzo wycofany, niemniej potrafi zainteresować i frapuje postacią głównego bohatera. Sama myśl utraty pamięci (mimo chęci zapomnienia kilku rzeczy) potrafi zmrozić krew, a film przypomina dlaczego.

7/10

Radosław Ostrowski

CODA

Coda – zakończenie utworu muzycznego, typowa dla dużych form muzycznych: fugi, formy sonatowej, także niektórych tańców. Choć film Sian Hader z muzyką ma wiele wspólnego, tytuł oznacza słyszące dziecko głuchych rodziców. Taka jest nastoletnia Ruby, której rodzina utrzymuje się z rybactwa i jako jedyna jest łącznikiem między rodzicami a światem zewnętrznym. I powiedzmy sobie, że z tego powodu ona sama niejako jest skazana na wieczne życie z rodziną w nadmorskim wygwizdowie. Nie brzmi to zbyt obiecująco, zwłaszcza że w szkole nie należy do zbyt lubianych osób.

W końcu dochodzi do kolizyjnego zderzenia. Ruby w ramach dodatkowych zajęć zapisuje się do… chóru szkolnego. Czy to tak na poważnie, czy trochę dla żartu? Pierwsza próba kończy się paniką i ucieczką, czego nikt się nie spodziewał. A zwłaszcza prowadzący chór Bernardo Vilalobos, jednak Ruby przychodzi do niego po zajęciach i ten dostrzega w niej spory potencjał. Problem jednak w tym, że rodzina ma problemy w pracy (kontrole statków, niskie ceny w licytacjach) i decydują się działać na własny rachunek. Bez niej nie dadzą sobie rady, co oznacza poważne spięcia.

Wydaje się, że wiemy w jakim kierunku pójdzie „CODA”, czyli słodko-gorzkiego dramatu o wyborze między dobrem rodziny a podążaniu swoją własną drogą. I poniekąd tak właśnie jest, zwłaszcza że reżyserka lubi troszkę przesłodzić, bo Ruby ma spory talent ni stąd ni zowąd (ok, zdarzają się samouki, ale tutaj nie byłem przekonany) i większość problemów rozwiązuje się dość szybko. Brakowało mi tutaj większego ciężaru, zaś zderzenie osób niesłyszących z resztą jest troszkę zbyt oczywisty. To, co jest największym plusem oraz sercem filmu jest rodzina Ruby. Relacje między nimi, spięcia (język migowy nigdy nie był taki intensywny) oraz próby radzenia sobie z rzeczywistością to najmocniejsze momenty. Nie pozbawione odrobiny humoru (pożycie łóżkowe rodziców czy wizyta u lekarza), ale też z paroma poruszającymi chwilami, bez serwowania emocjonalnego szantażu.

I to jak fantastycznie gra ta familia jest nieprawdopodobne: od bardzo wiarygodnej Emilii Jones przez wręcz nadekspresyjnego Troya Cotsura, który kradnie każdą scenę po mocną Marlee Matlin i Daniela Duranta. To wszystko działa na pełnych obrotach i angażuje. Z aktorów mówiących głosem – poza Jones – wyróżnia się Eugenio Derbez jako nauczyciel muzyki Villalobos. Dość ekscentryczny jegomość z niekonwencjonalnymi metodami pracy, budzący sporą sympatię oraz szacunek. Reszta postaci tak naprawdę jest i robi tylko za tło.

Ciężko jednoznacznie ocenić tegorocznego zwycięzcę Oscarów za najlepszy film. Z jednej strony to porządnie zrobione feel good movie, ale z drugiej jest to przewidywalne, schematyczne, trochę zrobione bez serca.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Moje wspaniałe życie

Jesteśmy w Nysie – małym miasteczku gdzieś na Śląsku. Tutaj mieszka Joanna – nauczycielka języka angielskiego razem ze swoją rodziną. Czyli: mężem-dyrektorem, dwoma synami, synową, wnukiem i babcią. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że wszystko jest w porządku. Ale jest jeszcze kochanek, o którym rodzina nie wie. Imię ma Andrzej i jest kolegą Joanny ze szkoły, a oboje spotykają się w mieszkaniu jej rodziców. Sytuacja staje się coraz bardziej nerwowa, gdy okazuje się, iż ktoś zna jej tajemnice. Mało tego, zaczyna ją szantażować.

moje wspaniale zycie1

Łukasz Grzegorzek to ciekawy filmowiec, który mocno inspiruje się kinem spod znaku Sundance. Jest skromne, kameralne, lecz uważnie przyglądające się swoim bohaterom. Co najważniejsze, nie osądza ich i nie moralizuje, a to nie jest wcale łatwe zadanie. W kontekście sytuacji ten tytuł nabiera bardzo ironicznego wydźwięku. Bo które życie jest wspaniałe? To z innym facetem w mieszkaniu, gdzie spełnia się erotycznie, jara zioło i prowadzi takie tam pogaduchy? Czy z rodzinką stłoczoną w jednym domu, gdzie dla każdego jest kimś w rodzaju „przynieś, kup, ugotuj, pozamiataj”? Bo mąż jest za bardzo skupiony na pracy, bo matka ma Alzhaimera i trzeba jej pilnować, bo jeden syn się hajtnął i kompletnie jako mąż oraz ojciec sobie nie radzi, bo drugi syn („królewicz”) ma na wszystko wyjebane – poza tańczeniem przed kompem w rytm napierdalającej elektroniki? Odpowiedź niby wydaje się prosta, ale… no właśnie, wydaje się.

moje wspaniale zycie2

Cata ta sytuacja oraz szantaż, który coraz bardziej się nasila jest tylko pretekstem do pokazania bardzo skomplikowanego portretu głównej bohaterki. Joanna (rewelacyjna Agata Buzek) to niby jedna postać, a tak naprawdę to dwie. Jedna to żona, matka i babcia przeżywająca kolejne frustracje i spięcia z rodziną tak dysfunkcyjną, że nie powstydziłby się jej Wes Anderson. Druga to jej dokładne przeciwieństwo i wydaje się, że obydwa chodzą swoimi drogami, nie przeszkadzając sobie nawzajem. Te paradoksy są wygrywane bezbłędnie i nie antagonizują naszej bohaterki, ani nie czynią z niej męczennicy w imię wyższej sprawy. Czynią ją po prostu człowiekiem, który musi skonfrontować się ze swoimi (świadomie popełnianymi) błędami oraz swoją rodziną. I z jakim hukiem to robi – tej tyrady nie da się zapomnieć.

moje wspaniale zycie4

Historia nie skupia się na samym szantażu (choć są pewne próby ustalenia tożsamości sprawcy), ale na życiu Joanny i jej rodziny. Oraz jej facecie, brawurowo zagranym przez Adama Woronowicza. Niby wydaje się największym źródłem humoru, to nie jest tylko klaunem. Równie wyrazisty jest Jacek Braciak (Witek, mąż), z którym czuć bardzo silną chemię. Także w momentach utarczek oraz drobnych konfrontacji iskrzy mocno. Jedynym problem w zasadzie jest wpleciona postać polonistki (Karolina Bruchnicka), gdzie czuć potencjalną relację z Witkiem, który ostatecznie nie prowadzi donikąd. Aczkolwiek zawsze miło jest zobaczyć Jaromira Nohavicę (barman).

moje wspaniale zycie3

Tak naprawdę chodzi o to, żeby żyć w zgodzie z samym sobą, a nie wobec cudzych oczekiwań – zdaje się mówić Grzegorzek. To my – bez względu na płeć – mamy być szczęśliwi, a nie inni mają nam mówić, co dla nas jest najlepsze. Może brzmi to banalnie, ale czasami o takich banałach zapominamy. Całość jest pięknie sfotografowana, bez jakiegoś poczucia fałszu i pokazuje jak uważnym obserwatorem jest Grzegorzek, którego warto obserwować.

7,5/10

Radosław Ostrowski

After Life – seria 3

Troszkę minęło czasu odkąd widzieliśmy po raz ostatni Tony’ego. Ból jednak i żal po stracie żony nie zostaje, a śmierć ojca jeszcze bardziej na niego działa. Wydaje się, że poznana w domu opieki pielęgniarka może być nową partnerką naszego dziennikarza. Pozory jednak mylą, bo pewnych osób zastąpić się nie da. Niby wydaje się on pogodzony ze stratą, ale pozostaje jedno pytanie: co dalej? Jak znaleźć sens życia?

Trzeci (i ostatni) sezon serialu Ricky’ego Gervaisa nadal utrzymuje ton poprzednich części. Czyli jest bardziej refleksyjny, choć nie pozbawiony czasami ostrego humoru. Czy dostajemy tą samą konstrukcję odcinka, czyli skupiamy się na Tony i jego zachowaniu w ciągu jednej doby? Nie do końca, bo te rutynowe elementy (wizyta dziennikarska, odwiedzenie grobu oraz ławki, wizyta w redakcji) potrafią zmienić kolejność, a nawet w ogóle się nie pojawić. Były też momenty, gdy twórca pozwala także poznać osoby z otoczenia naszego bohatera. Wierzącą w horoskopy Kate, przyjaciela Lenny’ego i próbującego się spełnić artystycznie syna czy nową stażystkę Coleen, zmuszoną wskutek okoliczności do pracy w gazecie. Wiele jest tu ciepła, melancholii oraz galerii dość ekscentrycznych postaci jak listonosz o imieniu Pat czy opowiadający „żarty” nieporadny Brian. Ale żaden z nich nie jest pokazany w karykaturalny, groteskowy sposób.

Choć nie wraca wiele postaci (seksworkerka Roxy, stażystka Sandy) i humoru jest mniej (choć jest parę perełek jak rywalizacja Tony’ego z Mattem w ping-pongu, tenisie oraz squashu czy randki Kate), jednak nie czułem się rozczarowany. Gervais potrafi zachować balans między humorem a dramatem, ze sporadycznym rzucaniem mięsem (słowo pizda tutaj dominuje). Sceny sfilmowane z żoną nadal wzruszają, a prawdziwą bombę serwuje ostatni odcinek. Te półgodziny wydają się idealnym podsumowaniem drogi Tony’ego (od wizyty w hospicjum przez festyn, gdzie przewija się masa postaci aż po ostatnią scenę) – ten odcinek mocno podniósł ten sezon w moich oczach.

Jak można podsumować ten serial? „After Life” to nie jest chamski Gervais znany choćby z przemówień podczas prowadzenia Złotych Globów. Słodko-gorzki, melancholijny ton oraz powtarzalny szablon odcinków może wywołać konsternację, lecz pokazuje twórcę jako osobę uważnie obserwującą ludzi, ich problemy, lęki i demony. Żadnego wydumania, pretensjonalności, chociaż wnioski wyciągane mogą wydawać się banalne oraz oczywiste. Czy to przeszkadza przy oglądaniu? Nie.

To jaki bardziej „jesienny” tytuł, pozwalający się na chwilę zatrzymać i zadać egzystencjalne pytania o sens życia, zaświaty i życie w żałobie.

8/10

Radosław Ostrowski

Świąteczny szok

Wszyscy wiemy jakie są reguły tzw. kina świątecznego. Muszą grać w tle dzwoneczki, dekoracje na choince i prezenty, a ludzie w ten dzień pozwalają sobie na szczerość i dzięki temu rozwiązują swoje życiowe problemy, co trwają miesiące albo lata. Czasami może to wyjść dobrze, mimo pozornego fałszu na papierze. Czy tak jest w przypadku filmu „Świąteczny szok”?

Punkt wyjścia wydaje się niezbyt skomplikowany. Mamy dwie dziewczyny – Abby i Harper – żyją ze sobą od dłuższego czasu. I przychodzi ten moment, że nasze panie chcą wspólnie spędzić święta Bożego Narodzenia. W domu rodzinnym Harper, gdzie ojciec jest politykiem i stara się o urząd burmistrza, zaś matka wszystkie wydarzenia z życia rodziny umieszcza na Instagramie. Do tego jeszcze przyjeżdżają siostry dziewczyny, co troszkę komplikuje sytuację. Ale jest jeszcze jeden poważny problem: Harper nie wyznała swoim rodzicom, że jest lesbijką. Decydują, że będą udawać współlokatorki. Co może pójść nie tak podczas tych paru dni?

Tu się zaczyna cała heca, którą postanowiła pokazać reżyserka Clea DuVall. „Świąteczny szok” miejscami bardzo przypomina farsę, gdzie humor oparty jest na prostych gagach i pomyłkach. Reżyserka wykorzystuje zbliżającą rodzinną uroczystość do przestawienia (bardzo grubą kreską) spojrzenia na rodzinę. Bardzo konserwatywną familię, gdzie liczy się wizerunek. Z powodu tematyki całość mogła iść w stronę depresyjnego, bardzo poważnego dramatu. Bo strach przed „wyjściem z szafy” przed rodzicami w obawie przed brakiem akceptacji to jest sprawa dla wielu bardzo ważna. I czuję, że ten film nie unika tej kwestii, ale jednocześnie nie jest śmiertelnie poważny. Kolejne komplikacje (przybycie najinteligentniejszej córki z dwójką dzieci, była dziewczyna i były chłopak) nie są niczym zaskakującym, ale – co zabrzmi paradoksalnie – jest na tyle sprawnie zrealizowane oraz wyegzekwowane, że nie było miejsca na nudę. Przy wielu miejscach szczerze się zaśmiałem (zwłaszcza przy każdym wejściu przyjaciela Abby oraz najbardziej ignorowanej siostry Harper), nie zabrakło paru poruszających chwil i nad wszystkim wisiała ta atmosfera znana z tego typu filmów.

Nie brakuje tutaj barwnych postaci, które są absolutnie wyraziście zagrane. Kradnący szoł Daniel Levy jako Jack (przyjaciel-gej, jednak nie będący karykaturą) oraz Mary Holland wcielająca się w Jane (neurotyczka z obsesją na punkcie fantasy) są absolutnie cudowni i dodają wiele lekkości. Swoje robi zaskakująca Aubrey Plaza, czyli była dziewczyna Harper, Riley, potrafiąca zelektryzować samą obecnością. To wszystko trzymają jednak na swoich barkach Kristen Stewart oraz Mackenzie Davis, które są przeurocze i ładnie się uzupełnią. Zwłaszcza Davis, tworząca bardzo skonfliktowaną postać, chcącą zarówno akceptacji rodziców, jak i swojej partnerki.

Czy to będzie wielki świąteczny klasyk? Nie sądzę, bo jest bardzo schematyczny oraz przewidywalny, a jednocześnie przeuroczy i pełen frajdy. Wiem, że jest to paradoks, lecz tak właśnie to czuję. I nawet zakończenie nie było w stanie tego zepsuć. Prawdziwy szok.

7/10

Radosław Ostrowski

Zupa nic

Ile to już mieliśmy podróży naszych filmowców do czasów PRL-u? i to w niemal każdym gatunkowym aspekcie: od kryminału („Jestem mordercą”) po groteskę („Pan T.”) i czarną komedię („Rewers”). Zdarzały się też słodko-gorzkie komedie i w tym kierunku podąża Kinga Dębska w swojej „Zupie nic”. Osadzona w Warszawie lat 80. opowieść skupia się na mieszkającej w blokowisku rodzinie w składzie: ojciec, matka, babcia oraz córki: Marta i Kasia. W zasadzie fabuły jako takiej nie ma, a kamera przygląda się wszystkim naszym bohaterom – od oglądania meczy reprezentacji Antoniego Piechniczka po wycieczkę na Węgry. Zbiór mikroscenek okraszonych humorem. Wspomniałem, że jest to prequel „Moich córek krów”?

W zasadzie trudno o takich filmach opowiadać, bo wszystko ma tutaj konstrukcję skeczy. A wątki pojawiają się i znikają, czasami w bardzo brutalny sposób. Wszystko wynika ze zderzenia charakterów, którzy stanowią rodzinę. Matka (świetna Kinga Preis) jest pielęgniarką, działającą w Solidarności. Bywa nerwowa i porywcza. Ojciec (Adam Woronowicz nadal trzyma fason) to architekt-frustrat, co lubi sobie wypić oraz jest kompletną pierdołą. Babcia (dawno nie widziana Ewa Wiśniewska, która kradnie ekran) to weteranka powstania warszawskiego z zasadami. Zaś dziewczynki to skontrastowane siostry: od fizycznego wyglądu po sprawność intelektualną. I są zmuszone spać w jednym łóżku, bo na drugim leży babcia. Obserwujemy to wszystko bez ironii, sarkazmu czy złośliwości, lecz ze sporą ilością ciepła i zrozumienia.

Nawet w momentach, kiedy dochodzi do spięć oraz konfliktów, by potem jednak pogodzić się. Czyli potwierdza tezę, że z rodziną najlepiej wypada się na zdjęciu. To, co imponuje to szczegółowość w odtworzeniu realiów epoki, pokazując tą jaśniejszą stronę życia. Scenografia jest tutaj niesamowita: od wnętrza mieszkania bohaterów przez ulicę, sklepy aż po samochód marki Maluch. Jeszcze bardziej imponują wplecione materiały archiwalne, gdzie pojawiają się postacie z filmu. I nie wywołuje to żadnego zgrzytu, tak jak do świetnej obsady. Nawet dziecięcej, co jest tak częstym zjawiskiem jak uczciwy polityk.

Ja jako osoba nie mająca kompletnie żadnych wspomnień z epoki komuny (rocznik ’87) mogę wydawać się nieodpowiednim odbiorcą. Niemniej „Zupa nic” była bardzo sympatyczną niespodzianką, choć fanem filmów z luźną fabułą nie jestem. To już powinno wiele mówić i nie trzeba znać „Moich córek krów”, by się tu odnaleźć, co jest pewnym plusem.

7/10

Radosław Ostrowski

Detektyw małolat

Kolejna próba zabawy konwencją kina noir, gdzie bohaterem jest mężczyzna relatywnie młody, żyjący przeszłością. A był to czas, kiedy jako dziecko Abe Applebaum był detektywem, co rozwiązywał za drobną opłatę i zyskiwał szacunek miasteczka. Wszystko to się zmieniło, kiedy córka burmistrza – i sekretarka naszego bohatera – zaginęła bez śladu. Takie zdarzenie może mocno odbić się na psychice. Jako dorosły nadal jest prywatnym detektywem, tylko nikt go już nie traktuje poważnie. Innymi słowy: jest bardzo źle. W końcu dostaje „dorosłą” sprawę: dziewczyna prosi o pomoc w sprawie morderstwa swojego chłopaka.

Dziwaczny to miks, który z jednej strony przypominał mi „Brick” z „Tajemnicami Silver Lake”. Poniekąd jest to dekonstrukcja kryminału, gdzie bohaterem jest niby dorosły, lecz pozbawiony dojrzałości Abe (Adam Broody wygląda jak mniej zadbany Hugh Dancy). Dziecko w ciele dorosłego, co lubi wypić, nie ma poczucia czasu i z dużym poczuciem winy. Nikt go nie traktuje poważnie, a on sam dał sobie spokój, siedząc u współlokatora i wegetując. Ale ta naprawdę debiut Evana Hansena wykorzystuje elementy gatunku do opowiedzenia historii o dojrzewaniu. Nie jest to droga łatwa i wyboista, a dochodzenie prowadzone jest… specyficznie. Nie brakuje zabawnych sytuacji (ukrywanie się w szafie czy ucieczka przed ogonem, którym są… rodzice Abe’a), jednak też intryga potrafi zaskoczyć. Narkotyki, nastolatki, tajemnica oraz masa ekscentrycznych postaci, gdzie każdy sztukę sarkazmu opanował do perfekcji.

Tylko ta cała humorystyczna otoczka ze stylową muzyką włącznie skrywa coś o wiele cięższego i poważniejszego. Jak wspomniałem jest to historia dojrzewania naszego bohatera do stania się mężczyzną. Ale co to naprawdę oznacza? Czy musi to być pozostanie zgorzkniałym, cynicznym osobnikiem pozbawionym wiary i nadziei? A może po prostu podchodzenie do pewnych spraw bardziej serio? Czy udźwignięcie większego bagażu doświadczeń? Te pytania przewijają się w tle i pojawiają się między słowami w dialogach. Każda postać ma o wiele więcej warstw, wpisując się zarówno w konwencję kryminału oraz kina niezależnego: od zleceniodawczyni (urocza Sophie Nelisse) po dyrektora szkoły (mocny Peter MacNeill).

To wszystko by nie zadziałało bez Brody’ego, który znakomicie sprawdza się w roli zagubionego Abe’a. Przegryw, którego (prawie) nikt nie szanuje, lecz konsekwentnie dąży do rozwiązania sprawy. Chociaż nie ma poczucia czasu i nie od razu łączy pewne fakty, to cały czas budzi sympatię. Nawet w momentach zażenowania, a to nie jest łatwe. Sprzeczności wygrywa bezbłędnie, a ostatnie minuty to w pełni jego szoł. I dzięki niemu „Detektyw małolat” to historia z drugim dnem. Pod warunkiem, że się go zauważy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kurier Francuski z Liberty, Kansas Evening Sun

Nie mam pojęcia z jakiej planety pochodzi Wes Anderson, ale to musi być planeta niezwykła. Nasz uzdolniony stylista kina powraca z kolejną opowieścią, która tym razem dzieje się we francuskim miasteczku lat 70. Tutaj znajduje się redakcja amerykańskiego „Kuriera Francuskiego” – dodatku do wydaia Liberty, Kansas Evening Sun. A sam film jest nietypowy, bo to nowelowa historia wokół ostatniego wydania tej gazety. Dlaczego ostatniego numeru? Bo zmarł redaktor naczelny Arthur Howitzer Jr. (Bill Murray kolejny raz będący Billem Murrayem), a ten w swoim testamencie zapisał, że wraz z jego ostatnim tchnieniem „Kurier” ma zniknąć z powierzchni ziemi.

Na początek mamy relację z dnia codziennego, gdzie poznajemy miasteczko Ennui-sur-Blaze. Przez te kilka minut poprowadzi nas Herbaint Sazerac (Owen Wilson) na swoim rowerze, łamiąc czwartą ścianę. To jednak początek, bo potem dostajemy trzy, większe historie. I jakież to są opowieści. W pierwszej poznajemy Mosesa Rosenthala (cudowny Benicio Del Toro) – skazanego za podwójne morderstwo więźnia, co przebywa w szpitalu psychiatrycznym. Tam odkrywa w sobie talent artystyczny (dokładnie malarski), zaś jego muzą staje się… strażniczka Simone (eteryczna Lea Seydoux). Druga historia dotyczy rewolucji studentów kierowanej przez niejakiego Zeffirelliego (Timothee Chalamet) przeciwko rodzicom. Z kolei trzecia miała być relacją Rosebuck Wrighta (fantastyczny Jeffrey Wright) z kolacji u komisarza policji (Mathieu Amalric), gdzie na posterunku pracował mistrz kuchni, porucznik Nescaffier. Jednak wieczór kończy się porwaniem syna policjanta oraz pościgiem za bandziorami.

Czyli mamy tu swoistą mieszankę gatunkową, gdzie wszelkie emocje zmieniają się jak w kalejdoskopie: od śmiechu po łzy, gdzie radość i tragedia przeplatają się ze sobą niczym w niezapomnianym tańcu. I już od pierwszej sceny widać, że to jest film Wesa Andersona z niepodrabialnym stylem, choć jest jedna istotna różnica. Film przez większość czasu jest… czarno-biały, a kolor pojawia się nagle i niespodziewanie. Głównie w scenach, kiedy naczelny czyta tekst artykułu przy jego autorze (to się pojawia niczym refren), ale nie tylko. Reżyser ciągle bawi się formą (jedna scena jest opowiedziana w formie… spektaklu teatralnego, zaś pościg policyjny zmienia się w… komiksową animację), a akcja miejscami tak pędzi na złamanie karku, iż nie ma czasu na rozsmakowanie się detalami. Każda z relacji jest opowiadana z offu przez każdego autora (kolejno: Tilda Swinton, Frances McDormand i Jeffrey Wright), choć w przypadku pierwszej i ostatniej mają one swoją klamrę – pierwsza jest odczytem, a ostatnia wywiadem w telewizyjnym talk-show. W zasadzie styl Andersona wydaje się doprowadzony do ekstremum i wątpię, żeby dało się w nim jeszcze coś upchnąć. Ale pewnie na to stwierdzenie reżyser powie: potrzymaj mi piwo! i znowu nas zaskoczy.

Ale jednocześnie „Kurier Francuski” poza zabawą formą oraz kreowaniem kolejnego świata Andersona z ekscentrycznymi postaciami i absurdalnym humorem jest czymś jeszcze. To hołd złożony wobec zawodu dziennikarza. Osoby, która nie ogranicza się tylko do siedzenia za biurkiem oraz stukania tekstu na maszynie do pisania. Jest ona także uczestnikiem wydarzeń, czasem nawet próbując ingerować (rewolucja szachowa), co może wywołać pewien konflikt.

A wszystko opowiada w bardzo kwiecistym stylu, godnym najlepszych gawędziarzy. I się tego słucha oraz ogląda z niekłamaną przyjemnością. Aż chciałoby się tam pracować. 😊 Szkoda, że takich miejsc już nie ma.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski