CODA

Coda – zakończenie utworu muzycznego, typowa dla dużych form muzycznych: fugi, formy sonatowej, także niektórych tańców. Choć film Sian Hader z muzyką ma wiele wspólnego, tytuł oznacza słyszące dziecko głuchych rodziców. Taka jest nastoletnia Ruby, której rodzina utrzymuje się z rybactwa i jako jedyna jest łącznikiem między rodzicami a światem zewnętrznym. I powiedzmy sobie, że z tego powodu ona sama niejako jest skazana na wieczne życie z rodziną w nadmorskim wygwizdowie. Nie brzmi to zbyt obiecująco, zwłaszcza że w szkole nie należy do zbyt lubianych osób.

W końcu dochodzi do kolizyjnego zderzenia. Ruby w ramach dodatkowych zajęć zapisuje się do… chóru szkolnego. Czy to tak na poważnie, czy trochę dla żartu? Pierwsza próba kończy się paniką i ucieczką, czego nikt się nie spodziewał. A zwłaszcza prowadzący chór Bernardo Vilalobos, jednak Ruby przychodzi do niego po zajęciach i ten dostrzega w niej spory potencjał. Problem jednak w tym, że rodzina ma problemy w pracy (kontrole statków, niskie ceny w licytacjach) i decydują się działać na własny rachunek. Bez niej nie dadzą sobie rady, co oznacza poważne spięcia.

Wydaje się, że wiemy w jakim kierunku pójdzie „CODA”, czyli słodko-gorzkiego dramatu o wyborze między dobrem rodziny a podążaniu swoją własną drogą. I poniekąd tak właśnie jest, zwłaszcza że reżyserka lubi troszkę przesłodzić, bo Ruby ma spory talent ni stąd ni zowąd (ok, zdarzają się samouki, ale tutaj nie byłem przekonany) i większość problemów rozwiązuje się dość szybko. Brakowało mi tutaj większego ciężaru, zaś zderzenie osób niesłyszących z resztą jest troszkę zbyt oczywisty. To, co jest największym plusem oraz sercem filmu jest rodzina Ruby. Relacje między nimi, spięcia (język migowy nigdy nie był taki intensywny) oraz próby radzenia sobie z rzeczywistością to najmocniejsze momenty. Nie pozbawione odrobiny humoru (pożycie łóżkowe rodziców czy wizyta u lekarza), ale też z paroma poruszającymi chwilami, bez serwowania emocjonalnego szantażu.

I to jak fantastycznie gra ta familia jest nieprawdopodobne: od bardzo wiarygodnej Emilii Jones przez wręcz nadekspresyjnego Troya Cotsura, który kradnie każdą scenę po mocną Marlee Matlin i Daniela Duranta. To wszystko działa na pełnych obrotach i angażuje. Z aktorów mówiących głosem – poza Jones – wyróżnia się Eugenio Derbez jako nauczyciel muzyki Villalobos. Dość ekscentryczny jegomość z niekonwencjonalnymi metodami pracy, budzący sporą sympatię oraz szacunek. Reszta postaci tak naprawdę jest i robi tylko za tło.

Ciężko jednoznacznie ocenić tegorocznego zwycięzcę Oscarów za najlepszy film. Z jednej strony to porządnie zrobione feel good movie, ale z drugiej jest to przewidywalne, schematyczne, trochę zrobione bez serca.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Licorice Pizza

Co można jeszcze zrobić w temacie kina inicjacyjnego o pierwszej miłości? Bo takich opowieści powstawało mnóstwo oraz jeszcze więcej powstanie. Ale tylko ten jest nakręcony przez Paula Thomasa Andersona, co musi oznaczać jedno: to będzie bardzo interesujący film. No i rzeczywiście taki jest.

Opowieść skupia się na dwójce ludzi płci przeciwnych w latach 70. On (Cooper Hoffman) jest 15-letnim, już rozpoznawalnym aktorem dziecięcym, który pomaga swojej matce – szefowej agencji reklamowej. Ona (Alana Haim) jest 25-latką, asystentką fotografa. I chyba coś zaczyna iskrzyć, choć ona się opiera. No bo chłopak to gówniarz, zbyt pewny siebie oraz od razu ją zaprasza na randkę. Co może z tego wszystkiego powstać?

W sumie film prosty, pozornie nostalgiczny oraz w zasadzie będący zbiorem scenek z życia za prezydentury Nixona. Gdzie nasza para-nie para przyciąga się i oddala niczym magnesy, w tle trwa kryzys z powodu braku paliwa, zaś oboje kompletnie nie wiedzą, co dalej. Innymi słowy, nie brzmi jak coś powalającego czy zaskakującego albo interesującego. Ale wiecie jak to mówią: pozory mylą. Bo w tym drobnych, niż nieznaczących momentach kryje się całe piękno „Licorice Pizza”. Nie wali na siłę nostalgią, o co się wręcz prosi, skupia się na postaciach, granych przez kompletnie nieznane, nowe twarze. Ale wszystko polewa miejscami absurdalnymi, wariackimi sytuacjami (próba odtworzenia filmowego popisu kaskaderskiego przez aktora Jacka Holdena czy sprzedaż wodnych łóżek), które ubarwiają całość i jeszcze bardziej odmalowuje tło. Czyli czasy niepoprawne politycznie, pełne toksycznej męskości oraz ukrywających się gejów (starający się o urząd burmistrza radny).

I jak to w przypadku filmów Paula Thomasa Andersona jest to zrobione fantastycznie. Nakręcone filmową taśmą wygląda niczym film z lat 70., jest kilka mastershotów, w tle grają same przeboje z epoki oraz jest bardzo dużo humoru. Zaskakująco dużo jak na kino Andersona – w sumie można powiedzieć, że „Licorice Pizza” to komedia romantyczna. Bardzo nietypowa, zrobiona z lekkością, urokiem oraz fantastycznym duetem aktorskim. Alana Haim wygląda i jest po prostu cudowna, zaś w jej twarzy maluje się masa emocji. Wydaje się twardo stąpająca po ziemi i nie daje sobie w kaszę dmuchać. Z kolei Cooper Hoffman (tak, jest synem Philipa Seymoura Hoffmana) zadziwia pewnością siebie oraz ten rodzaj bezczelności, który budzi od razu sympatię. Oglądanie ich wspólnych docinek („rozmowa” przez telefon) oraz bardzo silnie namacalną chemię. Na drugim planie (czasem w drobnych epizodach) mamy bardziej rozpoznawalne twarze jak Sean Penn (aktor Jack Holden), Tom Waits (reżyser Rex Blau) czy Bradley Cooper (Jon Peters), którzy kradną ekran na parę minut.

Tyle chce się o tym filmie powiedzieć, gdzie fikcja miesza się z rzeczywistością, inspirując się faktami oraz życiorysami znanych postaci. To wszystko jednak tylko naddatek do tej prostej, pozornie błahej, banalnej opowieści o wchodzeniu w dorosłość. Najlepiej w towarzystwie kogoś, na kim nam zależy.

8/10

Radosław Ostrowski

Moje wspaniałe życie

Jesteśmy w Nysie – małym miasteczku gdzieś na Śląsku. Tutaj mieszka Joanna – nauczycielka języka angielskiego razem ze swoją rodziną. Czyli: mężem-dyrektorem, dwoma synami, synową, wnukiem i babcią. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że wszystko jest w porządku. Ale jest jeszcze kochanek, o którym rodzina nie wie. Imię ma Andrzej i jest kolegą Joanny ze szkoły, a oboje spotykają się w mieszkaniu jej rodziców. Sytuacja staje się coraz bardziej nerwowa, gdy okazuje się, iż ktoś zna jej tajemnice. Mało tego, zaczyna ją szantażować.

moje wspaniale zycie1

Łukasz Grzegorzek to ciekawy filmowiec, który mocno inspiruje się kinem spod znaku Sundance. Jest skromne, kameralne, lecz uważnie przyglądające się swoim bohaterom. Co najważniejsze, nie osądza ich i nie moralizuje, a to nie jest wcale łatwe zadanie. W kontekście sytuacji ten tytuł nabiera bardzo ironicznego wydźwięku. Bo które życie jest wspaniałe? To z innym facetem w mieszkaniu, gdzie spełnia się erotycznie, jara zioło i prowadzi takie tam pogaduchy? Czy z rodzinką stłoczoną w jednym domu, gdzie dla każdego jest kimś w rodzaju „przynieś, kup, ugotuj, pozamiataj”? Bo mąż jest za bardzo skupiony na pracy, bo matka ma Alzhaimera i trzeba jej pilnować, bo jeden syn się hajtnął i kompletnie jako mąż oraz ojciec sobie nie radzi, bo drugi syn („królewicz”) ma na wszystko wyjebane – poza tańczeniem przed kompem w rytm napierdalającej elektroniki? Odpowiedź niby wydaje się prosta, ale… no właśnie, wydaje się.

moje wspaniale zycie2

Cata ta sytuacja oraz szantaż, który coraz bardziej się nasila jest tylko pretekstem do pokazania bardzo skomplikowanego portretu głównej bohaterki. Joanna (rewelacyjna Agata Buzek) to niby jedna postać, a tak naprawdę to dwie. Jedna to żona, matka i babcia przeżywająca kolejne frustracje i spięcia z rodziną tak dysfunkcyjną, że nie powstydziłby się jej Wes Anderson. Druga to jej dokładne przeciwieństwo i wydaje się, że obydwa chodzą swoimi drogami, nie przeszkadzając sobie nawzajem. Te paradoksy są wygrywane bezbłędnie i nie antagonizują naszej bohaterki, ani nie czynią z niej męczennicy w imię wyższej sprawy. Czynią ją po prostu człowiekiem, który musi skonfrontować się ze swoimi (świadomie popełnianymi) błędami oraz swoją rodziną. I z jakim hukiem to robi – tej tyrady nie da się zapomnieć.

moje wspaniale zycie4

Historia nie skupia się na samym szantażu (choć są pewne próby ustalenia tożsamości sprawcy), ale na życiu Joanny i jej rodziny. Oraz jej facecie, brawurowo zagranym przez Adama Woronowicza. Niby wydaje się największym źródłem humoru, to nie jest tylko klaunem. Równie wyrazisty jest Jacek Braciak (Witek, mąż), z którym czuć bardzo silną chemię. Także w momentach utarczek oraz drobnych konfrontacji iskrzy mocno. Jedynym problem w zasadzie jest wpleciona postać polonistki (Karolina Bruchnicka), gdzie czuć potencjalną relację z Witkiem, który ostatecznie nie prowadzi donikąd. Aczkolwiek zawsze miło jest zobaczyć Jaromira Nohavicę (barman).

moje wspaniale zycie3

Tak naprawdę chodzi o to, żeby żyć w zgodzie z samym sobą, a nie wobec cudzych oczekiwań – zdaje się mówić Grzegorzek. To my – bez względu na płeć – mamy być szczęśliwi, a nie inni mają nam mówić, co dla nas jest najlepsze. Może brzmi to banalnie, ale czasami o takich banałach zapominamy. Całość jest pięknie sfotografowana, bez jakiegoś poczucia fałszu i pokazuje jak uważnym obserwatorem jest Grzegorzek, którego warto obserwować.

7,5/10

Radosław Ostrowski

After Life – seria 3

Troszkę minęło czasu odkąd widzieliśmy po raz ostatni Tony’ego. Ból jednak i żal po stracie żony nie zostaje, a śmierć ojca jeszcze bardziej na niego działa. Wydaje się, że poznana w domu opieki pielęgniarka może być nową partnerką naszego dziennikarza. Pozory jednak mylą, bo pewnych osób zastąpić się nie da. Niby wydaje się on pogodzony ze stratą, ale pozostaje jedno pytanie: co dalej? Jak znaleźć sens życia?

Trzeci (i ostatni) sezon serialu Ricky’ego Gervaisa nadal utrzymuje ton poprzednich części. Czyli jest bardziej refleksyjny, choć nie pozbawiony czasami ostrego humoru. Czy dostajemy tą samą konstrukcję odcinka, czyli skupiamy się na Tony i jego zachowaniu w ciągu jednej doby? Nie do końca, bo te rutynowe elementy (wizyta dziennikarska, odwiedzenie grobu oraz ławki, wizyta w redakcji) potrafią zmienić kolejność, a nawet w ogóle się nie pojawić. Były też momenty, gdy twórca pozwala także poznać osoby z otoczenia naszego bohatera. Wierzącą w horoskopy Kate, przyjaciela Lenny’ego i próbującego się spełnić artystycznie syna czy nową stażystkę Coleen, zmuszoną wskutek okoliczności do pracy w gazecie. Wiele jest tu ciepła, melancholii oraz galerii dość ekscentrycznych postaci jak listonosz o imieniu Pat czy opowiadający „żarty” nieporadny Brian. Ale żaden z nich nie jest pokazany w karykaturalny, groteskowy sposób.

Choć nie wraca wiele postaci (seksworkerka Roxy, stażystka Sandy) i humoru jest mniej (choć jest parę perełek jak rywalizacja Tony’ego z Mattem w ping-pongu, tenisie oraz squashu czy randki Kate), jednak nie czułem się rozczarowany. Gervais potrafi zachować balans między humorem a dramatem, ze sporadycznym rzucaniem mięsem (słowo pizda tutaj dominuje). Sceny sfilmowane z żoną nadal wzruszają, a prawdziwą bombę serwuje ostatni odcinek. Te półgodziny wydają się idealnym podsumowaniem drogi Tony’ego (od wizyty w hospicjum przez festyn, gdzie przewija się masa postaci aż po ostatnią scenę) – ten odcinek mocno podniósł ten sezon w moich oczach.

Jak można podsumować ten serial? „After Life” to nie jest chamski Gervais znany choćby z przemówień podczas prowadzenia Złotych Globów. Słodko-gorzki, melancholijny ton oraz powtarzalny szablon odcinków może wywołać konsternację, lecz pokazuje twórcę jako osobę uważnie obserwującą ludzi, ich problemy, lęki i demony. Żadnego wydumania, pretensjonalności, chociaż wnioski wyciągane mogą wydawać się banalne oraz oczywiste. Czy to przeszkadza przy oglądaniu? Nie.

To jaki bardziej „jesienny” tytuł, pozwalający się na chwilę zatrzymać i zadać egzystencjalne pytania o sens życia, zaświaty i życie w żałobie.

8/10

Radosław Ostrowski

Świąteczny szok

Wszyscy wiemy jakie są reguły tzw. kina świątecznego. Muszą grać w tle dzwoneczki, dekoracje na choince i prezenty, a ludzie w ten dzień pozwalają sobie na szczerość i dzięki temu rozwiązują swoje życiowe problemy, co trwają miesiące albo lata. Czasami może to wyjść dobrze, mimo pozornego fałszu na papierze. Czy tak jest w przypadku filmu „Świąteczny szok”?

Punkt wyjścia wydaje się niezbyt skomplikowany. Mamy dwie dziewczyny – Abby i Harper – żyją ze sobą od dłuższego czasu. I przychodzi ten moment, że nasze panie chcą wspólnie spędzić święta Bożego Narodzenia. W domu rodzinnym Harper, gdzie ojciec jest politykiem i stara się o urząd burmistrza, zaś matka wszystkie wydarzenia z życia rodziny umieszcza na Instagramie. Do tego jeszcze przyjeżdżają siostry dziewczyny, co troszkę komplikuje sytuację. Ale jest jeszcze jeden poważny problem: Harper nie wyznała swoim rodzicom, że jest lesbijką. Decydują, że będą udawać współlokatorki. Co może pójść nie tak podczas tych paru dni?

Tu się zaczyna cała heca, którą postanowiła pokazać reżyserka Clea DuVall. „Świąteczny szok” miejscami bardzo przypomina farsę, gdzie humor oparty jest na prostych gagach i pomyłkach. Reżyserka wykorzystuje zbliżającą rodzinną uroczystość do przestawienia (bardzo grubą kreską) spojrzenia na rodzinę. Bardzo konserwatywną familię, gdzie liczy się wizerunek. Z powodu tematyki całość mogła iść w stronę depresyjnego, bardzo poważnego dramatu. Bo strach przed „wyjściem z szafy” przed rodzicami w obawie przed brakiem akceptacji to jest sprawa dla wielu bardzo ważna. I czuję, że ten film nie unika tej kwestii, ale jednocześnie nie jest śmiertelnie poważny. Kolejne komplikacje (przybycie najinteligentniejszej córki z dwójką dzieci, była dziewczyna i były chłopak) nie są niczym zaskakującym, ale – co zabrzmi paradoksalnie – jest na tyle sprawnie zrealizowane oraz wyegzekwowane, że nie było miejsca na nudę. Przy wielu miejscach szczerze się zaśmiałem (zwłaszcza przy każdym wejściu przyjaciela Abby oraz najbardziej ignorowanej siostry Harper), nie zabrakło paru poruszających chwil i nad wszystkim wisiała ta atmosfera znana z tego typu filmów.

Nie brakuje tutaj barwnych postaci, które są absolutnie wyraziście zagrane. Kradnący szoł Daniel Levy jako Jack (przyjaciel-gej, jednak nie będący karykaturą) oraz Mary Holland wcielająca się w Jane (neurotyczka z obsesją na punkcie fantasy) są absolutnie cudowni i dodają wiele lekkości. Swoje robi zaskakująca Aubrey Plaza, czyli była dziewczyna Harper, Riley, potrafiąca zelektryzować samą obecnością. To wszystko trzymają jednak na swoich barkach Kristen Stewart oraz Mackenzie Davis, które są przeurocze i ładnie się uzupełnią. Zwłaszcza Davis, tworząca bardzo skonfliktowaną postać, chcącą zarówno akceptacji rodziców, jak i swojej partnerki.

Czy to będzie wielki świąteczny klasyk? Nie sądzę, bo jest bardzo schematyczny oraz przewidywalny, a jednocześnie przeuroczy i pełen frajdy. Wiem, że jest to paradoks, lecz tak właśnie to czuję. I nawet zakończenie nie było w stanie tego zepsuć. Prawdziwy szok.

7/10

Radosław Ostrowski

Zupa nic

Ile to już mieliśmy podróży naszych filmowców do czasów PRL-u? i to w niemal każdym gatunkowym aspekcie: od kryminału („Jestem mordercą”) po groteskę („Pan T.”) i czarną komedię („Rewers”). Zdarzały się też słodko-gorzkie komedie i w tym kierunku podąża Kinga Dębska w swojej „Zupie nic”. Osadzona w Warszawie lat 80. opowieść skupia się na mieszkającej w blokowisku rodzinie w składzie: ojciec, matka, babcia oraz córki: Marta i Kasia. W zasadzie fabuły jako takiej nie ma, a kamera przygląda się wszystkim naszym bohaterom – od oglądania meczy reprezentacji Antoniego Piechniczka po wycieczkę na Węgry. Zbiór mikroscenek okraszonych humorem. Wspomniałem, że jest to prequel „Moich córek krów”?

W zasadzie trudno o takich filmach opowiadać, bo wszystko ma tutaj konstrukcję skeczy. A wątki pojawiają się i znikają, czasami w bardzo brutalny sposób. Wszystko wynika ze zderzenia charakterów, którzy stanowią rodzinę. Matka (świetna Kinga Preis) jest pielęgniarką, działającą w Solidarności. Bywa nerwowa i porywcza. Ojciec (Adam Woronowicz nadal trzyma fason) to architekt-frustrat, co lubi sobie wypić oraz jest kompletną pierdołą. Babcia (dawno nie widziana Ewa Wiśniewska, która kradnie ekran) to weteranka powstania warszawskiego z zasadami. Zaś dziewczynki to skontrastowane siostry: od fizycznego wyglądu po sprawność intelektualną. I są zmuszone spać w jednym łóżku, bo na drugim leży babcia. Obserwujemy to wszystko bez ironii, sarkazmu czy złośliwości, lecz ze sporą ilością ciepła i zrozumienia.

Nawet w momentach, kiedy dochodzi do spięć oraz konfliktów, by potem jednak pogodzić się. Czyli potwierdza tezę, że z rodziną najlepiej wypada się na zdjęciu. To, co imponuje to szczegółowość w odtworzeniu realiów epoki, pokazując tą jaśniejszą stronę życia. Scenografia jest tutaj niesamowita: od wnętrza mieszkania bohaterów przez ulicę, sklepy aż po samochód marki Maluch. Jeszcze bardziej imponują wplecione materiały archiwalne, gdzie pojawiają się postacie z filmu. I nie wywołuje to żadnego zgrzytu, tak jak do świetnej obsady. Nawet dziecięcej, co jest tak częstym zjawiskiem jak uczciwy polityk.

Ja jako osoba nie mająca kompletnie żadnych wspomnień z epoki komuny (rocznik ’87) mogę wydawać się nieodpowiednim odbiorcą. Niemniej „Zupa nic” była bardzo sympatyczną niespodzianką, choć fanem filmów z luźną fabułą nie jestem. To już powinno wiele mówić i nie trzeba znać „Moich córek krów”, by się tu odnaleźć, co jest pewnym plusem.

7/10

Radosław Ostrowski

Detektyw małolat

Kolejna próba zabawy konwencją kina noir, gdzie bohaterem jest mężczyzna relatywnie młody, żyjący przeszłością. A był to czas, kiedy jako dziecko Abe Applebaum był detektywem, co rozwiązywał za drobną opłatę i zyskiwał szacunek miasteczka. Wszystko to się zmieniło, kiedy córka burmistrza – i sekretarka naszego bohatera – zaginęła bez śladu. Takie zdarzenie może mocno odbić się na psychice. Jako dorosły nadal jest prywatnym detektywem, tylko nikt go już nie traktuje poważnie. Innymi słowy: jest bardzo źle. W końcu dostaje „dorosłą” sprawę: dziewczyna prosi o pomoc w sprawie morderstwa swojego chłopaka.

Dziwaczny to miks, który z jednej strony przypominał mi „Brick” z „Tajemnicami Silver Lake”. Poniekąd jest to dekonstrukcja kryminału, gdzie bohaterem jest niby dorosły, lecz pozbawiony dojrzałości Abe (Adam Broody wygląda jak mniej zadbany Hugh Dancy). Dziecko w ciele dorosłego, co lubi wypić, nie ma poczucia czasu i z dużym poczuciem winy. Nikt go nie traktuje poważnie, a on sam dał sobie spokój, siedząc u współlokatora i wegetując. Ale ta naprawdę debiut Evana Hansena wykorzystuje elementy gatunku do opowiedzenia historii o dojrzewaniu. Nie jest to droga łatwa i wyboista, a dochodzenie prowadzone jest… specyficznie. Nie brakuje zabawnych sytuacji (ukrywanie się w szafie czy ucieczka przed ogonem, którym są… rodzice Abe’a), jednak też intryga potrafi zaskoczyć. Narkotyki, nastolatki, tajemnica oraz masa ekscentrycznych postaci, gdzie każdy sztukę sarkazmu opanował do perfekcji.

Tylko ta cała humorystyczna otoczka ze stylową muzyką włącznie skrywa coś o wiele cięższego i poważniejszego. Jak wspomniałem jest to historia dojrzewania naszego bohatera do stania się mężczyzną. Ale co to naprawdę oznacza? Czy musi to być pozostanie zgorzkniałym, cynicznym osobnikiem pozbawionym wiary i nadziei? A może po prostu podchodzenie do pewnych spraw bardziej serio? Czy udźwignięcie większego bagażu doświadczeń? Te pytania przewijają się w tle i pojawiają się między słowami w dialogach. Każda postać ma o wiele więcej warstw, wpisując się zarówno w konwencję kryminału oraz kina niezależnego: od zleceniodawczyni (urocza Sophie Nelisse) po dyrektora szkoły (mocny Peter MacNeill).

To wszystko by nie zadziałało bez Brody’ego, który znakomicie sprawdza się w roli zagubionego Abe’a. Przegryw, którego (prawie) nikt nie szanuje, lecz konsekwentnie dąży do rozwiązania sprawy. Chociaż nie ma poczucia czasu i nie od razu łączy pewne fakty, to cały czas budzi sympatię. Nawet w momentach zażenowania, a to nie jest łatwe. Sprzeczności wygrywa bezbłędnie, a ostatnie minuty to w pełni jego szoł. I dzięki niemu „Detektyw małolat” to historia z drugim dnem. Pod warunkiem, że się go zauważy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kurier Francuski z Liberty, Kansas Evening Sun

Nie mam pojęcia z jakiej planety pochodzi Wes Anderson, ale to musi być planeta niezwykła. Nasz uzdolniony stylista kina powraca z kolejną opowieścią, która tym razem dzieje się we francuskim miasteczku lat 70. Tutaj znajduje się redakcja amerykańskiego „Kuriera Francuskiego” – dodatku do wydaia Liberty, Kansas Evening Sun. A sam film jest nietypowy, bo to nowelowa historia wokół ostatniego wydania tej gazety. Dlaczego ostatniego numeru? Bo zmarł redaktor naczelny Arthur Howitzer Jr. (Bill Murray kolejny raz będący Billem Murrayem), a ten w swoim testamencie zapisał, że wraz z jego ostatnim tchnieniem „Kurier” ma zniknąć z powierzchni ziemi.

Na początek mamy relację z dnia codziennego, gdzie poznajemy miasteczko Ennui-sur-Blaze. Przez te kilka minut poprowadzi nas Herbaint Sazerac (Owen Wilson) na swoim rowerze, łamiąc czwartą ścianę. To jednak początek, bo potem dostajemy trzy, większe historie. I jakież to są opowieści. W pierwszej poznajemy Mosesa Rosenthala (cudowny Benicio Del Toro) – skazanego za podwójne morderstwo więźnia, co przebywa w szpitalu psychiatrycznym. Tam odkrywa w sobie talent artystyczny (dokładnie malarski), zaś jego muzą staje się… strażniczka Simone (eteryczna Lea Seydoux). Druga historia dotyczy rewolucji studentów kierowanej przez niejakiego Zeffirelliego (Timothee Chalamet) przeciwko rodzicom. Z kolei trzecia miała być relacją Rosebuck Wrighta (fantastyczny Jeffrey Wright) z kolacji u komisarza policji (Mathieu Amalric), gdzie na posterunku pracował mistrz kuchni, porucznik Nescaffier. Jednak wieczór kończy się porwaniem syna policjanta oraz pościgiem za bandziorami.

Czyli mamy tu swoistą mieszankę gatunkową, gdzie wszelkie emocje zmieniają się jak w kalejdoskopie: od śmiechu po łzy, gdzie radość i tragedia przeplatają się ze sobą niczym w niezapomnianym tańcu. I już od pierwszej sceny widać, że to jest film Wesa Andersona z niepodrabialnym stylem, choć jest jedna istotna różnica. Film przez większość czasu jest… czarno-biały, a kolor pojawia się nagle i niespodziewanie. Głównie w scenach, kiedy naczelny czyta tekst artykułu przy jego autorze (to się pojawia niczym refren), ale nie tylko. Reżyser ciągle bawi się formą (jedna scena jest opowiedziana w formie… spektaklu teatralnego, zaś pościg policyjny zmienia się w… komiksową animację), a akcja miejscami tak pędzi na złamanie karku, iż nie ma czasu na rozsmakowanie się detalami. Każda z relacji jest opowiadana z offu przez każdego autora (kolejno: Tilda Swinton, Frances McDormand i Jeffrey Wright), choć w przypadku pierwszej i ostatniej mają one swoją klamrę – pierwsza jest odczytem, a ostatnia wywiadem w telewizyjnym talk-show. W zasadzie styl Andersona wydaje się doprowadzony do ekstremum i wątpię, żeby dało się w nim jeszcze coś upchnąć. Ale pewnie na to stwierdzenie reżyser powie: potrzymaj mi piwo! i znowu nas zaskoczy.

Ale jednocześnie „Kurier Francuski” poza zabawą formą oraz kreowaniem kolejnego świata Andersona z ekscentrycznymi postaciami i absurdalnym humorem jest czymś jeszcze. To hołd złożony wobec zawodu dziennikarza. Osoby, która nie ogranicza się tylko do siedzenia za biurkiem oraz stukania tekstu na maszynie do pisania. Jest ona także uczestnikiem wydarzeń, czasem nawet próbując ingerować (rewolucja szachowa), co może wywołać pewien konflikt.

A wszystko opowiada w bardzo kwiecistym stylu, godnym najlepszych gawędziarzy. I się tego słucha oraz ogląda z niekłamaną przyjemnością. Aż chciałoby się tam pracować. 😊 Szkoda, że takich miejsc już nie ma.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Teściowie

Ile to już na ekranie było wesel z Polski? Aż za dużo i ile można jeszcze nowego opowiedzieć w tym temacie, gdzie w tle przewijał się Polaków portret własny. Od czasu Smarzowskiego w 2004 żadne polskie wesele nie zrobiło na mnie wrażenia. Aż tu wchodzi debiutant Jakub Michalczuk i zaprasza na kolejną imprezę z gośćmi, których widzi się raz od wielkiego dzwonu. Różnica jednak jest taka, że na tym weselu… nie ma państwa młodych. Co z tego, bo wszystko jest opłacone, goście przyszli, nie przerwiemy tej imprezy.

tesciowie2

Wszystko widzimy z perspektywy przyszłych teściów, których dzieli wszystko – pozycja społeczna, stan majątkowy, pochodzenie, wykształcenie. Ale niejako protagonistami (że się tak wyrażę) są nowobogaccy, co sponsorowali całą imprezę: Andrzej i Małgorzata (fantastyczny duet Marcin Dorociński/Maja Ostaszewska). Na początku dowiadujemy się, że ich syn porzucił pannę młodą przed ołtarzem i ma wyłączony telefon, zaś panna młoda jest w swoim domu zapłakana. Dlaczego do tego doszło? Ustalić ciężko, a żeby było jeszcze ciężej na wesele przyjeżdżają rodzice panny młodej (równie mocny duet Iza Kuna/Adam Woronowicz). Też są skonfundowani, choć Wanda sprawia wrażenie podminowanej, twardej zołzy. Zaczyna się szukanie winnego, a potem zaczyna się słowna wojenka.

tesciowie3

Sama koncepcja bardzo przypominała mi „Rzeź” Romana Polańskiego, gdzie też dorośli chcieli wyjaśnić sytuację związaną z ich dziećmi. I także jest oparta na sztuce teatralnej, co widać choćby w tym, że dialogi są prowadzone głównie przez maksymalnie czterech bohaterów. Czyli naszych teściów, gdzie emocje biorą górę nad opanowaniem i wyłażą kompleksy, frustracje, zawiść oraz cała ta reszta. Niby nic nowego, jednak sporo jest ironii oraz bardzo złośliwego humoru. I te zderzenie dwóch mentalności (kapitalistyczne mieszczuchy vs wieśniacy, co niczego nie odpuszczą) wywołuje iskry, a kolejne tajemnice pokazują, że każda strona jest bardziej lub mniej podła. Każdy ma swoje za uszy, co prędzej czy później obróci się przeciw nim.

tesciowie1

By jednak zdynamizować całą akcję przenosimy się dość często na sale weselną, gdzie impreza idzie na całego albo do innych pomieszczeń. Pod tym względem najbardziej wybija się otwierający film mastershot, trwający ponad 15 minut przenosząc się z miejsca na miejsce w najbardziej płynny sposób, jaki możecie sobie wyobrazić. Jest to obłędne, a sam film zagęszcza atmosferę z minuty na minutę. Aż ciężko jest złapać chwilę na odsapnięcie, co może być problemem. Wszystko jednak rekompensuje iście wybuchowy, choć lekko absurdalny finał oraz wręcz brawurowe aktorstwo. Tutaj wybija się duet Dorociński/Ostaszewska – on wydaje się podchodzi do sprawy z głową i spokojem, choć tak naprawdę ledwo trzyma nerwy na wodzy, ona jest wręcz nadwrażliwa oraz porywcza. To połączenie jest wręcz wybuchowe, a po drugiej stronie bardzo zawzięta, wręcz dumna Kuna i troszkę naiwny, choć sympatyczny Woronowicz. Ten ostatni balansuje na granicy przerysowania oraz groteski, ale nigdy jej nie przekracza. Mocarna kombinacja, dająca wiele świeżości w ogranym schemacie.

Więc „Teściowie” mnie bardzo zaskoczyli, serwując sprawną mieszankę komedii i tragedii bez pokazywania patologii w stylu Smarzowskiego czy Wyspiańskiego. Michalczuk debiutuje w dobrym stylu, a czy kolejne jego filmy będą równie interesujące? Czas pokaże, ale na tym weselu będziecie się bawić lepiej niż się spodziewacie. Chyba, że już jesteście strasznie zmęczeni kolejną imprezą rodzinną.

7/10

Radosław Ostrowski

Jeźdźcy sprawiedliwości

Co wam przychodzi do głowy, gdy słyszycie hasło: kino zemsty? Jednoosobowa armia kontra wielka grupa ludzi do rozwalenia przed Głównym Złym. Po tym jak nasz Kopiący Dupę Koksu stracił żonę/matkę/córkę/psa/kota/popielniczkę/auto (niepotrzebne skreślić). Tak przynajmniej robią to Anglosasi i ludzie, co próbują ich kopiować. Jednak reżyser Anders Thomas Jensen postanowił pójść swoją drogą.

jezdzcy sprawiedliwosci1

Bohaterem „Jeźdźców sprawiedliwości” jest Markus (Mads Mikkelsen) – żołnierz stacjonujący w Afganistanie, który rzadko bywa w domu. Na tyle rzadko, że jego nastoletnia córka jest dla niego obca. Dziewczyna miała ruszyć do szkoły, ale skradziono jej rower, a samochód nie chce odpalić. Więc matka z córką robią sobie wolne i jadą pociągiem, co kończy się katastrofą pojazdu oraz śmiercią kobiety. Mathilde (córka) jest straumatyzowana, a ojciec wraca do domu i próbuje jakoś nawiązać relacją z nastolatką. Ale pewnego wieczoru przychodzi do niego dwóch ekscentrycznych jegomościów. Są przekonani, że wypadek nie był wypadkiem, tylko zamachem, w którym miał zginąć członek gangu motocyklowego Riders of Justice na kilka dni przed rozprawą sądową, gdzie miał zeznawać przeciw swoim kumplom. Markus decyduje się zrobić jedną, jedyną słuszną rzecz – zemścić się, zabijając członków gangu. Proste? Łatwo powiedzieć, zrobić już mniej.

jezdzcy sprawiedliwosci2

Jeśli spodziewacie się, że ten film będzie (pokręconą, ale jednak) wersją opowieści w stylu filmu zaczynającego się na John, a kończącego na Wick – popełniacie wielki błąd. Jensen tworzy hybrydę, mieszającą film sensacyjny, dramat psychologiczny, czarną komedię i… „Przypadek” Kieślowskiego. Brzmi jak coś, co mogło spłodzić jakieś azjatyckie dziecko, bo tylko ono mogłoby to skleić w jedną, spójną narrację. Ale Jensen nie jest od nich gorszy, jednocześnie potrafi zachować balans między brutalnymi, krwawymi scenami akcji, komedią z odrobinką sytuacyjnych gagów oraz psychologicznym dramatem. Na pierwszy plan wysuwają się dwa tematy: przepracowywanie traumy przez ojca i córkę oraz jak wiele zależy tutaj od przypadku.

jezdzcy sprawiedliwosci3

Zwłaszcza to drugie jest mocno zaznaczone, niemal od pierwszej sceny w Tallinie. A jeśli dodamy do tego tych trzech ekscentrycznych jegomości: matematyk Otto (Nikolaj Lie Kaas w brodzie nie do poznania) – specjalista od algorytmów, haker Lennart (pokręcony Lars Brygmann) i zajmujący się rozpoznawaniem twarzy Emmenthal (Nicholas Bro w chyba swojej najlepszej roli), efekty są zaskakujące. Może początkowo wydają się grupą geeków, robiących za oderwanych od świata ludźmi. Ale kiedy poznajemy ich bliżej – panowie wypatrzeni przez córkę Markusa udają… terapeutów – okazuje się, że to połamańcy naznaczeni paskudnymi wydarzeniami z przeszłości: znęcanie się, molestowanie seksualne czy śmierć najbliższych. I ta dynamika działa najlepiej, zwłaszcza w przypadku Mathildy. Ale też pozostałych członków grupy, przez co ich los mnie obchodził. A kiedy dochodziło do strzelanin, nie było miłosierdzia – jest krwawo, brutalnie i realistycznie, bez przerysowania, włącznie z finałem.

jezdzcy sprawiedliwosci4

I jest to rewelacyjnie zagrane, dając każdemu aktorowi spore pole manewru. Wariackie trio Bro-Kaas-Brygmann świetnie się uzupełnia, bardzo przekonująco pokazując swoje obsesje oraz silną przyjaźń. I każdy z nich ma swój własny charakter. Na protagonistę wyrasta tutaj Mikkelsen, który gra tak jak zawsze – jest bardzo powściągliwy, tłumiący swoje emocje, pełny gniewu i wściekłości. Ciężko mu się odnaleźć i nawiązać relację z córką, której nie rozumie oraz jest od niej oddalony. Ale kiedy jego gniew wybucha i jest zagrożony, eliminuje problem ze skutecznością Johna Rambo. Bardzo mocna i porażająca rola.

„Jeźdźcy” potwierdzają, że da się jeszcze w kinie zrobić coś mniej konwencjonalnego, hollywoodzkiego, a jednocześnie bardzo realistycznego w pokazaniu świata. Świata, gdzie sens trzema nadać samemu, bez korzystania z algorytmów i statystyk, a wiele rzeczy zależy od przypadku.

8/10

Radosław Ostrowski