Mój sąsiad Adolf

Jesteśmy w roku 1960 gdzieś w Ameryce Południowej. Naszym bohaterem jest niejaki Marek Polsky (David Hayman) – polski Żyd, mieszkający samotnie w domku. Obok niego jest podobna chata, lecz opustoszała. Przynajmniej do czasu, gdy pojawia się nowy lokator, niejaki Herzog (Udo Kier). I to doprowadza Polsky’ego do szewskiej pasji, a podczas jednej z awantur staje on jak wryty. Dlaczego? Bo zobaczył oczy swojego sąsiada i dostrzegł w nich… Adolfa Hitlera. Zaraz, zaraz. Ale przecież Hitler nie żyje, prawda? Tak też twierdzi wywiad ambasady Izraela i zbywa rewelacje Polsky’ego. Mężczyzna zaczyna szukać dowodów na swoją teorię.

moj sasiad adolf1

Już sam tytuł może wywołać ogrom kontrowersji. A jeśli dodamy fakt, że film Leona Prudovsky’ego to koprodukcja polsko-izraelsko-kolumbijska, niewiele brakuje do wybuchu. Bo w jakim kierunku ta historia może pójść? Opowieści o jedynym z rodziny, co ocalał z Holocaustu i prześladowanym przez traumę widzi w sąsiedzie Hitlera, wymuszając na nim zemstę – czyli thriller? Sąsiedzką komedię a’la „Sami swoi” czy „Dwaj zgryźliwi tetrycy” pełną docinków o tym, jak nienawiść doprowadza do eskalacji – czyli komedię akcji? A może będzie to odkrywanie spisku, mającego na cel reaktywację III Rzeszy i zbudowania nowego imperium zła?

moj sasiad adolf2

Reżyser początkowo wydaje się iść w stronę dreszczowca, gdzie zafiksowany Polsky próbuje bliżej poznać swojego tajemniczego sąsiada. Herzog ma cholernie dużą brodę, nosi ciemne okulary, do tego jeszcze maluje obrazy. O psie typu owczarek niemiecki nawet nie wspominam. Wszystko polane bardziej komediowym sosem, co wywołuje jeszcze większy mętlik. Bo pojawiają się pewne oczywiste poszlaki (malowanie, podobna postura, pies czy wrogość wobec palących w jego domu), ale może to tylko zbieg okoliczności? Powoli jednak zaczynamy poznawać nieznajomego, który – tak jak Polsky – lubi grać w szachy.

moj sasiad adolf3

I tutaj reżyser zaczyna zmieniać ton na poważniejszą historię dwóch poranionych ludzi przez przeszłość. Straumatyzowany Polsky kurczowo trzyma się dawnym nawykom (podlewanie czarnych róż, rozwiązywanie krzyżówek i logicznych zagadek szachowych), by w ten sposób jakoś funkcjonować. Z kolei tajemniczy Herzog też ma pewną niepokojącą tajemnicę, która rzutuje na jego całe życie. Świetnie grający swoje role David Hayman i Udo Kier tworzą bardzo zniuansowane postacie, zaś wspólne sceny z nimi to prawdziwe perełki. Od gniewu i wrogości do pewnego melancholijnego smutku oraz zrozumienia. Zaś zakończenie oraz poznanie prawdziwej tożsamości mnie poruszyło.

„Mój sąsiad Adolf” to bardzo kameralny, lecz zaskakujący film o mierzeniu się z traumą oraz przełamywaniu swoich lęków. Prudovsky’emu nie chodzi o wywołanie kontrowersji, zaś cała opowieść opowiedziana jest z dużym wyczuciem oraz zgrabnie balansując między komedią a dramatem. Świetnie zagrany i zrealizowany tytuł, będący jedną z dużych niespodzianek tego roku.

7,5/10

Radosław Ostrowski

AIR

Filmowcy wielokrotnie pokazywali, że nawet pozornie nieinteresujące historie można (a nawet trzeba) opowiedzieć w sposób ciekawy oraz wciągający. Tak było z „The Social Network” (kto by chciał obejrzeć film o początkach Facebooka?), „Moneyball” (sportowy dramat z perspektywy menadżerskiej) czy „Big Short” (kryzys ekonomiczny). A teraz dostajemy film o tym, jak powstały… buty Michaela Jordana. Oraz jak Nike zrobiło najlepszy interes w swojej działalności.

air1

Jest rok 1984. Wierzcie lub nie, ale Nike nie było aż tak popularną firmą od sportowego obuwia. Jeśli ktoś kupował, to kupowali biegacze lub lekkoatleci. Z kolei w branży koszykarskiej ich wpływy wynosiły… 17%. Czyli mniej niż dominujący Converse oraz ciągle będący trendy Adidas. Jeśli dział koszykarski nic nie zrobi, pójdzie do piachu. Prezes Phil Knight (Ben Affleck) ma do dyspozycji tylko 250 tysięcy dolarów i jak zwykle plan jest taki, by ściągnąć trzech zawodników i liczyć, że któryś z nich spopularyzuje firmę. Wtedy do gry wkracza Sonny Vaccaro (Matt Damon) – łowca talentów, jeżdżący na zawody dla juniorów, analizujący ich grę itd. Ale też i hazardzista z żyłką ryzykanta. Oraz wpada na plan: trzeba przekonać Michaela Jordana, wydając na niego cały budżet. Są jednak pewne komplikacje. Po pierwsze, Jordan uwielbia Adidasy. Po drugie, agent Jordana (Chris Messina) bez umowy nie dopuści do spotkania z młodym graczem. Po trzecie, nikt w firmie nie jest przekonany do tego pomysłu.

air2

Reżyser Ben Affleck po paru latach przerwy znowu chwyta kamerę w dłoń i próbuje dorównać twórcom w/w tytułów. Czyli opowiedzieć pozornie ciekawą niczym oglądanie zawodów w curlingu pokazać tak jakby to był finał Mistrzostw Świata w piłkę nożną. Jak to zrobić? Trzeba pokombinować i być cholernie zdolnym. Debiutujący scenarzysta Alex Convery musiał się naoglądać filmów ze scenariuszami Aarona Sorkina. Bo dialogów jest tutaj wiele, płyną one z naturalnym rytmem i nie naparzają zbyt dużą ilością żargonu specjalistycznego. Poza tym, podobne historie już widzieliście: tylko w konwencji heist movie. Mamy ekipę pod wodzą Sonny’ego, chcącego „wykraść” Jordana dla siebie. Więc nie spodziewajcie się dużej ilości zaskoczeń czy niespodzianek.

air3

To, co zdecydowanie jest najmocniejszym punktem „AIR” jest klimat epoki. Od samego początku czuć, że jesteśmy w latach 80. (szybka zbitka montażowa): od warstwy kolorystycznej minus neony przez bogatą warstwę muzyczną (od Dire Streits przez Mike + The Mechanics i Bruce’a Springsteena aż do Tangerine Dream) aż do rekwizyty oraz scenografię. Czuć przywiązanie do detali, choć technicznie nie ma tu żadnych fajerwerków.

air4

Drugi mocny punkt to aktorzy, którzy grają do jednej bramki i angażują. Matt Damon w roli Sonny to typowy Matt Damon, czyli jest nowszą inkarnacją everymana jaką grał jeszcze kilka lat temu Tom Hanks. I nadal ma w sobie tyle charyzmy i uroku, że kupujemy to bez problemu. Affleck w mniejszej roli prezesa Nike Phila Knighta pozwala sobie na odrobinę luzu, chociaż czasami jak mówi jakieś pierdolety filozoficzne bywa oderwany od rzeczywistości. Dla mnie film skradli absolutnie świetni Jason Bateman (szef marketingu Bob Strasser) oraz zawsze warta uwagi Viola Davis (matka Jordana).

air5

Wyjaśnijmy jeszcze sobie jedną kwestię: skoro to film o stworzeniu butów dla Jordana, czemu nie widzimy Jordana na ekranie. Znaczy pojawia się, ale zaledwie sylwetka, bez skupienia uwagi na twarzy. I ja rozumiem tą decyzję, bo zbyt rozpraszałoby nas od całej historii. I zaczęlibyśmy komentować wygląd sportowca, zamiast mówić o samym filmie. Solidnym filmie, będącym powrotem Afflecka do formy jako reżyser. Pozostaje mieć nadzieję, że na następny film tego utalentowanego filmowca nie trzeba będzie czekać 6-7 lat.

7/10

Radosław Ostrowski

Babilon

Zawsze pojawiają się filmy, które polaryzują widzów. W zeszłym roku były dwa takie tytuły. Obydwa bardziej lub mniej bezpośrednio odnosiły się do kina, obydwa nakręcili zdolni reżyserzy i obydwa zaczynają się na B. I o ile „Blondynka” była dla wielu przeprawą nie do pokonania (ja sam odpadłem w połowie znużony chaotyczną narracją i depresyjno-cierpiętniczym tonem), „Babilon” miał raczej więcej szczęścia. Nie dość, że poszedłem do kina (byłem na sali sam, co ma pewne plusy), to spodobał mi się bardziej niż oczekiwałem. Niemożliwe? A jednak.

babilon3

Akcja filmu Damiena Chazelle’a zaczyna się na imprezie gdzieś w połowie lat 20. XX wieku. U niejakiego Wallacha – jednego z egzekutywy Kinoscope. Tutaj pojawia się kilka kluczowych postaci. Pierwszą jest Manny Cross (Diego Calva) – meksykański imigrant, pracujący dla Wallacha przy organizowaniu jego imprezy. Chłopak marzy o byciu czymś więcej niż tylko gościem od dowożenia słoni na imprezę cholernie bogatych celebrytów. Być może nawet będzie pracował na planie filmowym, choć raczej ze względu na swoje pochodzenie wydaje się to mało prawdopodobne. Na tej imprezie pojawia się też Jack Conrad (Brad Pitt) – wielka gwiazda kina niemego, którego zostawia żona. Jego kariera wydaje się stabilna oraz pewna, zaś życie osobiste to wariactwo. Jeszcze wprasza się tutaj niejaka Nella LeRoy (Margot Robbie) – wyszczekana, pewna siebie dziewczyna, pragnąca o byciu gwiazdą. Może zostanie dostrzeżona przez jakiegoś producenta? Istotne role jeszcze odegrają tu trębacz Sidney Palmer (Jovan Adepo) oraz artystka kabaretowa/autorka napisów do filmów niemych Lady Fay Shu (Li Jun Li).

babilon2

To, co napisałem jest tak naprawdę wstępem i dzieje się jeszcze zanim pojawia się tytuł. Ten trzygodzinny film jest wręcz freskiem, pozornie opowiadającym znajomą historię. Historię o Hollywood, marzeniach, sławie i przemianach. Nagle otwierających się możliwościach oraz przełomie, odmieniającym świat bezpowrotnie. Jeśli kojarzy wam się to z „Pewnego razu w Hollywood” albo „Artystą”, jest to jak najbardziej na miejscu. Chazelle jednak idzie w zupełnie inny ton i to od samego początku. Nie chodzi nawet o bizantyjską imprezę na samym początku, gdzie dzieje się orgia niczym z „Wielkiego Gatsby’ego” czy dowiezienie słonia. Słonia, który… nasrał podczas drogi prosto w kamerę. Ta scena narobiła mi syfu.

babilon6

Kamera dosłownie tańczy, montaż jest szybki, jazzowa muzyka rozbuchana i atakuje ze wszystkich stron. Jak w kalejdoskopie przeskakujemy z postaci na postać, co wywołuje chaos. Ale w tym całym szaleństwie jest metoda. Pokazuje to choćby to, co się dzieje po imprezie. Nella dostaje rolę w filmie, zaś Manny pracuje dla Conrada najpierw jako szofer. Ale potem sytuacja staje się tak dynamiczna, że zaczyna ogarniać rzeczy: od kwestii strajku statystów aż po… znalezienie nowej kamery. Bo wszystkie w trakcie kręcenia sceny batalistycznej uległy zniszczeniu. I to wszystko w jeden dzień!!! Sceny kręcenia tych dwóch różnych są przeplatane w taki sposób, że trzyma to w napięciu dużo lepiej niż ostatnie filmy Christophera Nolana. Takich suspensowych chwil jest dużo więcej jak choćby podczas kręcenia sceny z nagrywanym dźwiękiem (szybki montaż, repetycje) czy rozwiązanie kwestii długu u pewnego gangstera (zaskakujący epizod Tobey’a Maguire’a). Scenografia i kostiumy wyglądają imponująco, niemal czuć tą epokę, z masą detali, rekwizytów oraz przepychem.

babilon1

„Babilon” bardziej wydaje się pokazaniem przemian w branży filmowej. Gdzie każdy postęp niesie za sobą ofiary, jakkolwiek to brutalnie brzmi. I nie chodzi o zniszczone kamery, muzyków grających na żywo podczas kręcenia (!!!!) czy operatora kamery zamkniętego w budce (kręcenie sceny w studiu z dźwiękiem). Ale dźwięk spowodował też, że aktorzy do tej pory grający tylko twarzą musieli użyć głosu. Głosu, który mógł pomóc wejść na szczyt albo wyłączyć ich z gry. Najdobitniej pokazują to dwa przypadki. Młoda gwiazda, czyli Nelle zaczyna mieć problemy. Głos uważany jest za skrzekliwy, zachowanie za zbyt hedonistyczne (hazard, seks, rozpusta i za mało wyrafinowana), przez co coraz ciężej znaleźć role oraz utrzymać się na powierzchni. Z drugiej jest Conrad – weteran, amant z bardzo bogatym życiem towarzyskim. Jego problem polega na tym, że jego czas przemija, choć wyczuwa nowe kierunki. Ten zmierzch dobitnie pokazuje scena rozmowy z dziennikarką gazety plotkarskiej – mnie ten moment złapał za serce.

babilon4

Aktorsko film błyszczy. Na barkach całość trzyma trio Margot Robbie/Diego Calva/Brad Pitt. Ona jest bardzo pewną siebie, bezczelną, emanującą sex appealem dziewczynę z wielkimi marzeniami oraz jeszcze większym apetytem życiowym. Ale jednocześnie z czasem zaczyna coraz szybciej się wypalać, idąc ku otchłani autodestrukcji w niemal tańczącym stylu. Calva jest najbardziej dynamiczną postacią, który od gościa załatwiającego rzeczy do producenta filmowego. Sprytnego, inteligentnego, zaradnego, idącego ku nowym pomysłom. A jego relacja z Nelle (lekko romantyczna) działa, mimo zaskakująco niewielu wspólnych scen. Może poza rozwiązaniem tego wątku. Dla mnie jednak najjaśniejszym punktem jest Brad Pitt. Aktor trochę przypomina trochę wypadkową postaci granych przez DiCaprio w „Pewnego razu w Hollywood” z Jeanem Dujardinem w „Artyście”. Bardzo czarujący, inteligentny aktor, co nie daje sobie w kaszę dmuchać. Ale po śmierci przyjaciela coś zaczyna się w nim zmieniać – kariera traci impet, zaczyna stawać się coraz bardziej refleksyjny i dochodzi do niego najgorsza rzecz dla każdego aktora. Im bliżej końca, tym więcej wyciąga z tej postaci, zaś finał tej postaci mnie uderzył emocjonalnie.

babilon5

Na drugim planie za to jest przebogato. Zarówno świetna jest Jean Smart (dziennikarka Elinor St. John) oraz Johan Adepo (muzyk Sidney Palmer, który nie tylko gra na trąbce i gra też w filmach), swoje pięć minut ma także Katherine Waterston (reżyserka Estelle), Lukas Haas (George Munn – producent i przyjaciel Conrada) czy zaskakujący epizod Spike’a Jonze’a oraz Flei. Chazelle od każdego z nich wyciąga więcej niż ktokolwiek się spodziewał. Tak samo jak nikt nie spodziewał się niczego dobrego po „Babilonie” – imponującego technicznie, fantastycznie zagranego i wyreżyserowanego kolosa. Szalonego, ambitnego, brawurowego i bardzo mrocznego.

8/10

Radosław Ostrowski

Ona się doigra – seria 1

Przenoszenie filmów na seriale to zjawisko ostatnimi czasy bardzo popularne. Że może powstać coś interesującego pokazały takie przypadki jak „Hannibal”, „Fargo” czy „Bates Motel”. W 2017 dla Netflixa postanowił zrobić coś takiego sam Spike Lee, realizując w formie serialu współczesny remake debiutanckiego filmu z 1986 roku. Czy „Ona się doigra” jest udaną oraz potrzebną produkcją?

ona sie doigra1-1

Tak jak w oryginale, główną bohaterką jest Nora Darling (DeWanda Wise) – młoda, aspirująca artystka z Fort Greene, czyli osiedla w Brooklynie. Mieszka sama i próbuje się przebić w świecie artystycznym, by się utrzymać. Jednocześnie umawia się z trzema facetami, którzy o sobie nie wiedzą: biznesman Jamie, fotograf/model Greer oraz działający w social mediach Mars. Każdy z nich jest inny, wygląda inaczej, ale dla wszystkich dziewczyna jest obiektem pożądania. Jednak Nola nie zamierza zamknąć się w społecznej szufladce, a żeby jeszcze skomplikować sprawę, na horyzoncie pojawia się była dziewczyna, Opal. Może się jeszcze spikną?

ona sie doigra1-2

Jeśli myślicie, że Lee ograniczył się tylko do skupienia się na tym wielokącie, to ten serial nie potrwałby zbyt długo. Bo Nora jest też malarką, która próbuje się utrzymać ze swojej sztuki oraz kinomanką, są jeszcze jej kumpele (jedna to tancerka w nocnym klubie, druga prowadzi galerię sztuki), terapeutka oraz dyrektorka szkoły (mówiąca o sobie w trzeciej osobie Raqueletta Moss) czy ekscentryczny artysta-bezdomny Papa. To wszystko tworzy koloryt tej dzielnicy Brooklyna, gdzie nie brakuje zarówno spięć między białymi i czarnymi (co kończy się wręcz aresztowaniem Nory). To jednak nie jest najważniejszym wątkiem tego serialu, lecz perturbacje Nory ze światem.

ona sie doigra1-3

Lee potrafi parę razy zaskoczyć w realizacji. Nie brakuje scen w niemal teledyskowym stylu jak podczas piosenki Randy’ego Newmana o Donaldzie Trumpie, chwili gdy Nola odwiedza cmentarz na grobach osób ją inspirujących czy niemal tanecznym finale w Święto Dziękczynienia. Muzyka bardzo się tutaj wybija i nie chodzi tylko o jazzowe nuty, lecz bardziej współczesne kawałki, gdzie pojawia się… okładka płyty. Także nie brakuje szybkich zbitek montażowych jak na początku podczas gadek na podryw, co jednak pokazuje wysoką formę Nowojorczyka.

ona sie doigra1-4

I jak to jest świetnie zagrane, głównie przez mniej znane mi twarze (poza Anthonym Ramosem jako niedojrzałym, niepoważnym Marsem – nie do rozpoznania). DeWanda Wise absolutnie błyszczy jako bardzo wygadana, pewna siebie Nora. Pozornie może wydawać się pokręcona, chociaż jej idea bycia niezależną od wszystkich (w tym od mężczyzn) budzi we mnie respekt, zaś łamanie czwartej ściany tylko dodaje zadziorności. Także trzej partnerzy (wspomniany Ramos, Cleo Anthony i Liryq Bent) fantastycznie się uzupełniają, wyróżniając się innymi cechami charakteru: od poczucia stabilności i opiekuńczości przez pewność siebie po luz. Poza nimi najbardziej mi zapadli w pamięć świetni Elvis Nolasco (uważany za „burmistrza” Papo), De’Adre Aziza (dyrektorka Raqueletta Moss) orz Heather Headley (dr Jameson), choć pozostali aktorzy wypadają bez zarzutów.

ona sie doigra1-5

Pierwszy sezon „Ona się doigra” to zgrabny remake, który nie jest tylko prostym odpicowaniem oryginału. Chociaż po pierwszym odcinku można było odnieść takie wrażenie, im dalej w las Spike Lee idzie w innym kierunku, sięgając po inne środki wyrazu oraz nie tracąc zmysłu obserwatora. Szkoda tylko, że następny sezon będzie ostatnim, ale i tak go obejrzę.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Irma Vep

Co się stanie, gdy połączymy stację HBO z wytwórnią A24 i weźmiemy się za remake filmu z 1996 roku w formie serialu zrobiony przez autora oryginału? Taka jest „Irma Vep”, pozornie idąca w znajome rewiry opowieść o tworzeniu filmu/serialu, zderzenia sztuki z biznesem, spojrzenia zza kulis oraz wpływu pracy na innych. Ale poukładajmy wszystko do kupy.

Bohaterką jest Mira (Alicia Vikander) – młoda, amerykańska aktorka, która niedawno zrealizowała wysokobudżetową produkcję i promuje ją w Paryżu. Niedawno rozstała się ze swoją partnerką i asystentką, a wcześniej z lubianym aktorem Eamonnem (Tom Sturridge), co media mocno lubią przypominać. Aktorka jednak przybywa do stolicy Francji z jeszcze jednego powodu: pracy nad serialem pod okiem uznanego Rene Vidala (Vincent Macaigne). Ma to być remake serialu z 1916 roku „Wampiry”, zaś Mira ma zagrać Irmę Vep, diaboliczną femme fatale i prawdziwą liderkę gangu wampirów. Jednak realizacja cały czas wisi na włosku, z powodu reżysera oraz dość niekonwencjonalnych metod.

Gatunkowo ciężko jednoznacznie powiedzieć, czym jest „Irma Vep”? Miesza dramat psychologiczny, satyryczne spojrzenie na kino zza kulis, absurdalny humor oraz… pewne elementy nadnaturalne. By jeszcze bardziej namieszać mamy wplecione sceny z prawdziwego serialu, przeplatane z momentami filmowanymi (zmienia się wtedy format obrazu i wszystko ma taki jasnoniebieski filtr) oraz… zwizualizowanymi scenami z pamiętnika Musidory (aktorki grającej Irmy Vep w wersji z 1916). Już was boli głowa i czuje się zdezorientowani? Postaci też tu jest cała masa: od nerdowatej asystentki Reginy (Devon Ross) przez kostiumolog Zoe (Jeanne Balibar) i uzależnionego od cracka świrniętego aktor Gottfired (kradnący szoł Lars Eidinger) po eleganckiego aktora Roberta (Hippolyte Girardot) oraz proponującej bardziej „atrakcyjne” produkcje agentka Zelda (Carrie Brownstein). Dzieje się tu wiele i pojawiają się kolejne postacie, co wprowadza dodatkowe zamieszanie.

Jest barwnie, chaotycznie, ale to wszystko jest kontrolowane. Assayas mocno czerpie z wątków autobiograficznych (postać reżysera i elementy jego biografii), zapewne też z wersji AD 1996 (wynika to raczej z podejrzeń niż znajomości filmu). Wszystko tu się pląta, miesza i miksuje – fikcja z rzeczywistością, przeszłość i teraźniejszość, stary film i jego nowa wersja. Jednak reżyser potrafi zaangażować, czasem rozbawić, a nawet rzucić paroma obserwacjami na temat świata artystycznego. Nie jest to może aż tak gorzkie i ostre jak w „Graczu”, niemniej jest parę mocnych momentów (monolog Gottfrieda na pożegnalnej imprezie czy parę wypowiedzi Miry), a poczucie zagubienia towarzyszy niemal wszystkim.

Najmocniej widać to w przypadku reżysera w rewelacyjnej interpretacji Macaigne’a, dla którego praca jest bardzo poważnym zadaniem. I tu nie chodzi o to, że w przeszłości miał różne przypały oraz bierze antydepresanty, ale z powodu zachowania na planie. Nigdy nie można być pewnym, co zrobi i jego obsesje są w stanie doprowadzić produkcję do zamknięcia, zaś jego sposób komunikowania się z aktorami pokazuje bezradność, zagubienie, frustrację, niepewność. Także Vikander zgrabnie lawiruje między pewnością siebie, magnetyzmem, szczerością i poczuciem rutyny. Kluczowe dla niej są sceny, gdy nocą przechadza się w stroju Irmy Vep jakby za bardzo wchodziła w postać. Ale czy coś tu więcej się dzieje? Wspólne sceny tej dwójki potrafią zadziwić, choć mogłoby ich być więcej.

Trudno się przyczepić do warstwy wizualnej, bo zdjęcia są więcej niż świetne. Zarówno te bardziej współczesne jak i pokazujące ujęcia z kręconego filmu czarują swoim stylem. Kostiumy też wyglądają niebywale (szczególnie przy scenach z pamiętnika Musidory), jednak prawdziwe wariactwo dzieje się w montażu. Wszystkie plany się przeplatają w najmniej oczywisty sposób, doprowadzając czasem do kociokwiku, co na początku dezorientuje. Ja w pierwszych odcinkach czułem też zagubiony i nie do końca wiedząc, dokąd to wszystko zmierza.

Jest w „Irmie Vep” coś tak frapującego i intrygującego, mimo pewnego poczucia chaosu. Assayas bawi się konwencją kina w kinie, przy okazji pokazując pewne ponadczasowe problemy filmowców na planie – ich wątpliwości, kaprysy, charaktery oraz ten tygiel.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Boy

Tytułowy chłopak ma 11 lat i mieszka w totalnym zadupiu roku 1984, razem z rodzeństwem i babcią. Co jeszcze o nim chcecie wiedzieć? Jest wielkim fanem Michaela Jacksona, jest gnębiony przez paru łobuzów, czasem odwiedza matkę na cmentarzu i hoduje… kozę. Poza tym prowadzi nudne, szare życie oraz marzy o wyrwaniu się stąd. Oraz byciu na koncercie Michaela Jacksona. W końcu pojawia się szansa, kiedy babcia wyjeżdża na pogrzeb i Boy zajmuje się domem. Wtedy pojawia się nie poznany przez niego ojciec (Taika Waititi), którego chłopak traktuje jako kogoś niesamowitego i wierzy, że odmieni jego monotonne życie.

„Boy” był drugim pełnometrażowym dziełem nowozelandzkiego wariata, Taiki Waititiego. Właściwie jest tu wszystko, co znamy z poprzedniego oraz kolejnych jego filmów. Czyli bohatera, którego marzenia i oczekiwania zostają zderzone z brutalną rzeczywistością. Że to, czego szukamy i znajdujemy nie pokrywa się ze sobą. Ale czy to oznacza, iż znalezione musi być od razu złe? Wszystko zaczyna się szybką prezentacją chłopaka (świetny James Rolleston), jego rodziny oraz bardzo wąskiej grupy przyjaciół. Pojawienie się ojca wydaje się zbawieniem oraz szansą na nowe życie. Chłopak wydaje się w niego być zapatrzony w obrazek, choć nic o nim nie wie. Tworzy jakieś nieprawdopodobne wizje (m.in. ojciec jako… Michael Jackson) i chce go naśladować, licząc na jego akceptację i uznanie. Z tego powodu zaczyna się coraz bardziej oddalać od swoich rówieśników.

Ja jednak mimo powolnego tempa, humoru oraz więcej niż porządnego aktorstwa miałem pewien problem z „Boy”. Zbyt szybko zacząłem się domyślać, że tatuś nie jest tym, za kogo się podaje/uważa. Iluzja zaczyna coraz bardziej pękać, co uważniejszy widz dostrzeże (dwaj kumple, kopanie na polu, rozmowy telefoniczne z matką) i zacznie łączyć kropki. Przez co cała tajemnica przestaje działać, a ja zacząłem się „wyłączać” w trakcie seansu. Jeszcze jest parę pobocznych wątków (upośledzony odludek, brat Rocky wierzący, że ma supermoce) sprawiały wrażenie trochę wciśniętych na siłę.

Żebyśmy mieli jasność, to nie jest zły film, a Waititi potrafi omijać klisze i znajome szablony. Problem w tym, że chyba za dużo już widziałem filmów o tematyce przyspieszonego dojrzewania i burzenia dziecięcej iluzji, przez co ciężej mnie było złapać. Niemniej ze względu na specyficzne miejsce jest to odświeżające doświadczenie.

6/10

Radosław Ostrowski

Powodzenia, Leo Grande

Zaczyna się od czekania gdzieś w hotelowym pokoju. Tam przebywa Nancy (Emma Thompson), która swoją pierwszą młodość ma już dawno za sobą. I czeka na kogoś, sprawiając wrażenie niepewnej, ciągle się wahającej. Schadzka? Pierwsza randka od dawna? Dzwonek do drzwi i jest on – młody, przystojny, czarnoskóry młodzieniec, tytułowy Leo Grande (Daryl McCormack). Dość szybko się dowiadujemy o co chodzi – to nie randka ani schadzka kochanków. On jest żigolakiem, eeee, facetem do towarzystwa, a ona klientką. Jej cel jest prosty: seks, który od dawna przestał być istotnym elementem życia Nancy.

Seksualność ludzi bardziej dojrzałych wydaje się tematem, stanowiącym tabu. Bo jak to? W tym wieku jeszcze uprawiać seks? I to z dużo młodszym facetem, który mógłby być jej synem? Zamiast prowadzić ustabilizowane, nudne życie i czekać na śmierć? Jak tak można? To bezczelność!!! Film Sophie Hyde nie jest tak naprawdę tylko o tym, a wszyscy oburzeni spodziewający się dzikich ekscesów oraz scen rozbieranych z filmów porno typu „365 dni” nie mają tu czego szukać. Tu więcej miejsca jest na dialog oraz powolne poznawanie nasze parki podczas kolejnych spotkań. Zaczynają się coraz bardziej otwierać i bardziej można odnieść wrażenie, że bardziej jesteśmy u terapeuty. Bo choć Leo ma ciało niczym młody bóg oraz wiedzę o seksie wydaje się mieć w małym paluszku, to tak naprawdę uwaga skupia się na Nancy. Oboje wiedzą po co przyszli (a przynajmniej jedno z nich), bo Nancy jest bardzo, bardzo spięta. On od razu podaje reguły (żadnych prawdziwych nazwisk, chodzi o zapewnienie przyjemności, nic na siłę) i zachowuje się jak na profesjonalistę przystało.

Choć humoru jest tu strasznie dużo (dialogi są pro prostu cudowne!), to temat seksualności w wieku 60+ potraktowany jest z powagą. Bo kto powiedział, że przyjemność cielesna jest zarezerwowana dla osób pięknych i młodych? I czemu korzystanie z usług pracowników seksualnych wywołuje problem? Z każdym spotkanie poznajemy ich oboje, a prosty szablon w jaki wrzuciłem te postacie (pewny siebie przystojniak oraz bardzo zahukana, niepewna kobieta) zaczynał pękać. Poznajemy jego skrywane tajemnice (jego trudne relacje rodzinne), zaś ona też ma parę rzeczy za uszami. Bo tak naprawdę nie chodzi tylko i wyłącznie o fizyczną przyjemność, lecz o… samoakceptację. Także swojego zaoranego przez życie ciała. Wyzwolenie się z osądu, wstydu, strachu, poczucia przymusu (seks nie ma być czym, co MUSISZ zaliczyć niczym egzamin) i otwarcia się na drugą osobę. Tylko, czy jesteśmy w stanie przełamać te narzucone pęta, które siedzą w naszej głowie? Przez otoczenie, rodzinę, wychowanie oraz nasze własne myśli. Warto o tym pomyśleć po seansie.

To wszystko także działa dzięki świetnemu duetowi aktorskiemu. Daryl McCormack jako pewny siebie Leo może początkowo wydawać się jednowymiarowym „świętym od seksu”, a swoją cierpliwością mógłby śmiało rywalizować z tybetańskimi mnichami. Mimo wieku jest doświadczony i wie jak mówić, by odpowiednio rozładować krępującą sytuację. Ale ciekawie robi się w dalszej części, gdy zaczynają emocję brać górę. Ale prawda jest taka, że film to absolutnie fenomenalna Emma Thompson – bardzo rozgadana, przerażona oraz zakompleksiona. Wszystkie swoje emocje pokazuje w oczach, pokazują swoją drogę do polubienia siebie samej jest pokazana wręcz bezbłędnie. Thompson w takiej formie nie widziałem od czasu „Dowcipu” Mike’a Nicholsa – złożona, choć pozornie pozbawiona fajerwerków kreacja warta wszelkich możliwych nagród.

To kolejny przykład małego filmu, który jest inteligentnie napisany, fantastycznie zagrany oraz wykonany (może bez wodotrysków) z wyczuciem oraz elegancją. Co patrząc na tematykę jest ogromnym osiągnięciem.

8/10

Radosław Ostrowski

Biały Lotus – seria 1

Czy może być coś lepszego niż pobyt na wakacjach w motelu dla najbogatszych? Oczywiście, że nie. Dlatego przebywasz w znajdującym się na Hawajach hotelu o nazwie Biały Lotus. Komu będziemy towarzyszyć? Świeżej parze nowożeńców (państwo Patton), rodzinie z dziećmi i przyjaciółką córki (państwo Mossebnach) oraz kobiecie w średniej wieku (Tania McQuoid), która… ma troszkę inne powody. Co się może wydarzyć podczas tygodniowego pobytu?

Nowy mini-serial Mike’a White’a w zasadzie jest kolejnym satyrycznym spojrzeniem na ludzi z high-life’u, co żyją we własnej bańce. Ludzie tak naprawdę są puści, nieszczęśliwi i samotni, choć uśmiechają się niemal w każdej okazji. Każde ma swoje problemy, które mogą wydawać się mniej poważne (nietrafiony apartament, brak poważnych atrakcji, potrzeba masażu), jednak chodzi tu o coś więcej. U Mossenbachów to kobiety dominują tutaj – zapracowana matka (Connie Britton) oraz bardzo ironiczna córka (Sydney Sweeney) razem z uzależnioną od leków kumpelą (Brittany O’Grady). Wydają się silniejsze od zakompleksionego męża (Steve Zahn), podejrzewającego u siebie raka jąder oraz uzależnionego od pornografii syna (Fred Hechinger), który nie potrafi postawić na swoim i zawsze ulega. Małżonkowie (Jack Lacy i Alexandra Daddario) pochodzą z różnych światów, jakby ślub wzięli niejako tylko przez zauroczenie, pożądanie. On zawsze musi postać na swoim, bo jako rozpieszczony bachor z dobrego domu dostaje wszystko, unosząc się dumą. Ona zupełnie z innego świata, pracująca jako dziennikarka i obawiająca się bycia trofeum. Ile ze sobą wytrzymają? Tania (Jennifer Coolidge) nie radzi sobie ze śmiercią matki, zaś celem jej pobytu jest… wysypanie jej prochów. Jest jeszcze prowadzący ten hotel Armond (Murray Bartlett) oraz pracująca w spa Belinda (Natasha Rothwell), którzy niejako służą pomocą gościom hotelowym.

Innymi słowy, każdy z bohaterów jest wyrazisty, wielowymiarowy i złożony. Co zdecydowanie jest sporą zaletą. Tak jak przepiękne krajobrazy oraz bardzo egzotyczna muzyka. Ton się zmienia jak w kalejdoskopie: od ironicznego i komediowego po bardziej dramatyczne momenty (kradzież biżuterii). Nawet mieszając je w tej samej scenie. Zaś perspektywy obu grup naszych bohaterów są niemal ciągle skonfrontowane. White przybiera twarz satyryka, by zmienić w szydercę. Chociaż czasem można odnieść wrażenie, że nie opowiada niczego nowego, a humor szedł w (zbyt) znajome rewiry („Parasite”, „Sukcesja”). Bo trudno w zasadzie się z każdym w pełni identyfikować, jednak nie można oderwać oczu od tych postaci.

Wściekłych i gniewnych jak Armond w kapitalnej interpretacji Bartletta, który ze spokojnego, opanowanego konsjerża potrafi zmienić się w buca, aroganta grającego gościom (szczególnie panu Pattonowi) na nerwach, mając ich wszystkich gdzieś. W końcu puszczają mu nerwy i jedzie po bandzie, co kończy się w niespodziewany sposób. Odrobinę współczucia może wywołać pani Patton, która chyba nie do końca wie, z kim zawarła związek małżeński. Jednak jej próby postawienia się wzbudzają politowanie, a kiedy poznajemy ją w interakcjach z innymi jest równie pusta jak reszta gości. W punkt za to trafia wycofana Tanya (rewelacyjna Coolidge), próbująca radzić sobie ze skrytymi traumami oraz trudną relacją z matką. Na niej chyba najbardziej mi zależało, choć jej emocjonalna huśtawka potrafi działać na nerwy. Tak samo swoje pięć minut ma pan Mossenbach, czujący się mniej męsko i niedowartościowany przez żonę.

Ale wiecie co jest najciekawsze w „Białym Lotosie”? Że każdy z bohaterów zostaje skonfrontowany i ma szansę na zmianę samego siebie. Nie staje się to jednak za pomocą magicznej różdżki czy głębokiego samodoskonalenia mentalnego. Wszystko to wynika z… interakcji oraz pewnych wydarzeń, pozwalających zdobyć szacunek, poznać kogoś, kto może zapewnić poczucie bezpieczeństwa czy w końcu pójść własną drogą. Innymi słowy, słodko-gorzki, lecz satysfakcjonujący finał. Już zapowiedziano drugi sezon, a serial będzie miał formę antologii. Nie mogę się doczekać.

Czy warto dać szansę zaskakującemu hitowi HBO z 2021 roku? Jak najbardziej, nie tylko ze względu na porę roku. to pełne świetnego aktorstwa studium mentalności najbogatszych ludzi, którym wydaje się, że wiedzą wszystko, zjedli wszystkie rozumy i znają ten świat. Szyderczo, prześmiewczo, lecz także poważnie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

To nie jest OK – seria 1

Czasami jest tak, że już sam początek potrafi zwrócić na siebie uwagę i zaintrygować. Tutaj na początku widzimy rudowłosą dziewczynę, chodzącą nocą przez ulicę. Nic niezwykłego, prawda? Tylko jest jeden szczegół: jest cała we krwi. Co się stało? Dziewczyna ucieka przez jakimś zwyrodnialcem/mordercą? Przyszła na bal halloweenowy przebrana za Carrie White? O co tu chodzi? Rzucone z offu zdanie: Drogi pamiętniczku, chuj ci w dupę potwierdza tylko jedno: coś jest nie tak. Tak się robi mocne wejście, panno Sydney Novak (Sophie Lillis).

Potem cofamy się, by w finale wrócić i odkryć, co się odjaniepawliło. A kim jest Sydney? Licealistką, która często się przeprowadzała z rodziną od miasta do miasta. Jej rodzina to matka, ostro pracująca jako kelnerka w jadłodajni oraz jej młodszy brat. Ojciec odebrał sobie życie, co na wszystkich mocno się odbiło. I dlatego córka kompletnie nie dogaduje się z matką, dlatego szkolny pedagog poleca dziewczynie pisać pamiętnik. Sydney ma jeszcze jeden problem: przypadkowo odkrywa, że ma… supermoce. A dokładniej, że używa siły umysłu.

Nowy serial twórców „The End of the F***ing World” (reżyser Jonathan Entwistle), oparty na kolejnym komiksie Charlesa Forsmana. Innymi słowy, jak we w/w tytule spodziewałem się kolejnej historii z niedopasowanymi, wręcz ekscentrycznymi nastolatkami. Ubrane w narrację pamiętniczka jeszcze bardziej wpasowuje się w ten świat. Audio-wizualnie też czuć ten styl: wiele statycznych, niemal symetrycznych kadrów, muzyka w klimacie „Twin Peaks”. Wszystko jest tu bardzo znajome: zagubieni nastolatkowi, dorośli nieobecni/mający ich gdzieś, dziwaczne sytuacje. Tutaj jeszcze dochodzi tajemnica wokół śmierci ojca oraz mocy bohaterki. Dla niej są raczej źródłem problemów, a jakiegokolwiek mentora czy mistrza mogącego jej w tym pomóc, brak. Poza nią Sydney ma przyjaciółkę Dinę oraz dość ekscentrycznego sąsiada, Stanleya z „wypasionym” autem. I to ta odkrywana relacja tej trójki staje się emocjonalnym kośćcem tego krótkiego (siedem odcinków po 20 minut) serialu. Przyjaźń, zauroczenie i miłość kontra poczucie dziwności, którego nie da się całkowicie wytępić.

Choć nie brakuje paru ciekawych momentów (włamanie do gabinetu dyrektora pokazane w formie przygotowanego planu), to jednak nie ma takiego uderzenia jak „The End of the F***ing World”. To jest inny kaliber, o wiele bardziej przyziemny i czerpiący z wielu znajomych klisz kina młodzieżowego: szkolny gwiazdor sportu zmieniający się w łobuza, ekscentryczny nerd, uzależniona od dragów heroina, pierwszy pocałunek. Cholera, jest nawet posadzenie bohaterów w szkolnej kozie jak w „Klubie winowajców”. Brakuje jakiegoś mocniejszego uderzenia (poza krwawym finałem oraz cliffhangerem), które by bardziej zaangażowało. Odrobinkę humoru serwuje kontrast między tym, co słyszymy z offu, a co zostaje powiedziane oraz „testowanie” mocy. Brakowało mi tego szaleństwa z adaptacji poprzedniego komiksu Forsmana i czułem sporą wtórność.

Sytuację w sporej części ratują aktorzy i oni sprawiają, że ogląda się ten serial do samego końca. Absolutnie rewelacyjna jest Sophie Lillis jako próbująca się odnaleźć w nowej sytuacji Sydney. Z jednej strony jest bardzo wycofana i zamknięta w sobie, z drugiej bywa ironicznie złośliwa (głównie wobec matki), zaś z trzeciej jak wybucha, to gwałtownie eksploduje. Nie chcecie widzieć jej wściekłej, bo to może skończyć się źle i to poczucie obcości ciągle ją przygniata. I każda z tych warstw tworzy spójny portret „dziwnej” nastolatki. Świetnie się z nią uzupełnia Wyatt Oleff w roli Stanleya. Typowy nerd, z barwną stylówką, dla którego poczucie dziwnym jest zaletą. Można odnieść, że ma totalnie wywalone na to, co oni powiedzą, ale to też może wynikać z palonej marihuany. Reszta postaci też jest świetna: zarówno przyjaciółka Dina (Sofia Bryant), zapracowana matka pomagająca w poznaniu ojca (Kathleen Rose Perkins), zgrywający wrażliwca łobuz Brad (Richard Ellis) czy o wiele dojrzalszy braciszek (Aidan Wojtak-Hissong).

„To nie jest OK”, a w zasadzie pierwszy sezon jest w zasadzie wprowadzeniem do poważniejszej historii, co sugeruje cliffhanger. Jest tylko jedno ale: drugi sezon został skasowany z powodu pandemii koronawirusa. Co jest wielkim błędem i chciałbym wierzyć, że Netflix jeszcze wróci do tego tytułu, stwierdzając: może powinniśmy do tego wrócić?

7/10

Radosław Ostrowski

Niepamięć

Wyobraźcie sobie świat, w którym ludzie z nieznanych przyczyn nagle tracą pamięć. W różnych miejscach, czasie i okolicznościach. Bez względu na pochodzenie, płeć, pozycję społeczną i zawód. Taki jest właśnie przypadek bohatera greckiej „Niepamięci”. Mieszka sam w dość niezadbanym mieszkaniu, nie wiemy czym się zajmuje. Dostaje amnezji podczas jazdy autobusem, a przy sobie nie ma żadnych dokumentów (tylko pieniądze). Trafia do szpitala, gdzie przechodzi testy na odzyskanie pamięci i czekając na kogoś z rodziny, kto go odbierze.

Pojawia się jednak szansa na wyjście z tej sytuacji: program „Nowa Tożsamość”. Starego życia może nie odzyskasz, ale może uda ci się stworzyć siebie na nowo. Jak to zrobić? Dostajesz taśmy magnetofonowe, gdzie głos daje ci „zadanie” do wykonaniu, a jego wykonanie utrwalasz wykonując zdjęcie. Brzmi jak coś prostego? Bo i zadania nie wydają się trudne: jazda na rowerze, udział w imprezie kostiumowej, skok do basenu. Im dalej w las, tym jednak kolejne rzeczy do wykonania wydają się brzmieć jak makabryczny żart (upić się w barze, po czym poznać dziewczynę/chłopaka i uprawiać z nimi seks w toalecie).

Grecki reżyser Christos Nikou tworzy kolejny pokręcony świat, gdzie absurdalność świata przedstawionego miesza się z melancholijnym smutkiem postaci. Wszystko jest tu bardzo surowe i oszczędne, a jednocześnie bardzo takie umowne. Nie wiemy jak dochodzi do choroby, dlaczego tutaj nikt nie ma telefonów komórkowych ani komputerów (wszystko tu pełne analogowych przedmiotów jak magnetofon i polaroid). Niby jesteśmy w Atenach, ale jakby w zupełnie innej epoce, wyrwanej z obcego świata. Poczucie obcości potęgują jeszcze zdjęcia Bartosza Świniarskiego w formacie polaroidowego zdjęcia. Czyli taka rameczka ze sporymi czarnymi pasami.

Z kolei sam program – czy aby na pewno pomaga stworzyć nowego siebie? A może tak naprawdę kreuje coś w rodzaju marionetki? Pozbawionej własnej woli, motywacji i celu. Zwłaszcza, że nie wiadomo kiedy (i czy w ogóle) się ten proces zakończy. Jakie jeszcze zadania mogłyby na niego czekać – gdzieś wspominana jest sprawa udziału w demonstracji czy czegoś z samolotem. Zaś sam bohater grany przez Arisa Servatalisa jest bardzo trudny do rozgryzienia. Bardzo rzadko wyraża emocje, jest wycofany, z pokorą przyjmując kolejne dziejące się rzeczy. Jakby wzięty ze skandynawskiego kina, co dziwnie pasuje do klimatu filmu.

„Niepamięć” jest intrygującym filmem psychologicznym, którego klimatem blisko jest do dzieł Charliego Kaufmana zmieszanego z Terrym Gilliamem. Tajemniczy, bardzo wycofany, niemniej potrafi zainteresować i frapuje postacią głównego bohatera. Sama myśl utraty pamięci (mimo chęci zapomnienia kilku rzeczy) potrafi zmrozić krew, a film przypomina dlaczego.

7/10

Radosław Ostrowski