Bo to grzech

Russell T. Davies to obecnie jeden z bardziej rozpoznawalnych brytyjskich scenarzystów, który pisze dla telewizji. Takie seriale jak „Queer as Folk”, „Skandal w angielskim wydaniu” czy „Rok za rokiem” pokazywały wszechstronność gatunkową autora, choć tematyka LGBT w mniejszym lub większym stopniu się przewijała. Nie inaczej jest z nowym mini-serialem w reżyserii Petera Hoara „Bo to grzech”.

bo to grzech1

Bohaterów w zasadzie mamy czworo i jesteśmy na początku lat 80. Ritchie jest chłopakiem z małej miejscowości, które rodzice chcą, by został adwokatem. Ale kiedy trafia do Londynu, wskutek okoliczności próbuje swoich sił jako aktor. Roscoe pochodzi z konserwatywnej, afrykańskiej rodziny. Opuszcza dom i zostaje zatrudniony jako kierownik klubu. Colin jest bardzo wyciszonym chłopakiem, zaczynającym pracę w ekskluzywnym sklepie odzieżowym. Wszyscy trzej są homoseksualistami i tylko rodzina Roscoe zna jego orientację (potępiając oraz próbując go nawrócić). W końcu razem wynajmują lokum, razem z czarnoskórą dziewczyną Jill. Każde z nich próbuje samorealizować się zawodowo oraz czerpać z życia garściami. Ale po mieście krąży tajemnicza choroba, która zaczyna atakować coraz więcej osób homoseksualnych.

bo to grzech2

Mini-serial obejmuje niemal 10 lat z życia nowych mieszkańców Londynu, którzy chcą w końcu czerpać z życia, bez potrzeby udawania bycia kimś innym. Początek niby toczy się spokojnie i pozwala poznać niemal każdego z bohaterów, by wskoczyć w niemal hedonistyczne czerpanie życia. Tak, są sceny erotyczne, jednak nie wywołują zniesmaczenia. Ale to tylko jeden z aspektów, bo życie naszych bohaterów zmienia się z pojawieniem się choroby znanej jako AIDS. Brak jakichkolwiek dostępnych informacji utrudnia działanie oraz reagowanie. Początkowa beztroska i radość zderzona zostaje z bólem, cierpieniem, samotnością oraz smutkiem. I ten kontrast nasila się od połowy serialu, gdzie nawet kolory wydają się bardzo stonowane oraz wygaszone.

bo to grzech3

Atmosfera zaczyna przypominać horror czy thriller, gdzie dominuje poczucie bezsilności i desperacka nadzieja, by oszukać śmierć na te kilka dni. I udaje się zachować mentalność ludzi wobec homoseksualistów, gdzie wrogość była wręcz namacalna. Zarówno wśród członków rodziny, jak i osób postronnych. Dochodziło nawet do sytuacji, że po śmierci takiej osoby członkowie rodziny niszczyli wszystkie ślady po jej życiu (ostatnie minuty drugiego odcinka). Nawet próby zdobycia informacji na temat HIV były niemożliwe i trzeba było szukać wiedzy poza krajem. Kiedy jednak udaje się zyskać informacje, już jest za późno, a choroba dokonuje nieodwracalnej destrukcji i zbiera krwawe żniwo. Klimat potęgują wykorzystane piosenki z epoki oraz świetny montaż (także równoległy).

bo to grzech4

Mimo wielu mocnych scen oraz emocjonalnego ładunku (zwłaszcza w ostatnim odcinku), mam pewien poważny problem z tym serialem. Nie chodzi nawet o skokową narrację, gdzie każdy odcinek zaczyna się po paru latach od poprzedniego, ale pewną powierzchowność. Twórcy za bardzo skupiają się na postaci Ritchiego (rewelacyjny debiut Olly’ego Alexandra, wokalisty Years & Years), przez co reszta potencjalnie ciekawych postaci zostaje zepchnięta na dalszy plan. Chociaż dany czas w pełni wykorzystują, to chciałoby się ich lepiej poznać – zwłaszcza Roscoe i Jill (Omar Douglas oraz Lydia West) czy przesympatyczny Colin (uroczy Callum Scott Howels). Wszyscy tutaj dają z siebie wszystko i nawet drobne role nie należą do słabych.

bo to grzech5

I jak tu się nie zachwycić produkcjami telewizyjnymi z UK? „Bo to grzech” jest potwierdzeniem formy scenarzysty Daviesa, pokazujące talent do pisania dialogów oraz tworzenia mocnych emocjonalnie scen. To jeden ze zdecydowanie lepszych seriali tego roku, który należy obejrzeć i nie jest to grzech.

8/10

Radosław Ostrowski

Na lodzie

Są tacy reżyserzy, że stworzą jeden tak wyrazisty film, iż swoimi następnymi produkcjami nie są w stanie tego sukcesu wymazać. Taki jest przypadek Sofii Coppoli oraz „Między słowami”, czyli jej drugim filmem w karierze. Po sukcesie tej kameralnej opowieści żaden film nie spotkał się z takim uznaniem zarówno krytyki, jak i widowni. Czy zrealizowana dla Apple Tv+ produkcja „Na lodzie” zmienia ten stan rzeczy?

na lodzie1

W zasadzie punkt wyjścia dzieła studia A24 przypomina skromną historię obyczajową jakich było setki czy tysiące. Bohaterką jest Laura – kobieta z dwójką dzieci oraz czarnoskórym mężem, co prowadzi firmę start-upową. Kobieta kiedyś napisała powieść, jednak praca nad nowym dziełem idzie dość opornie. Do tego jeszcze mąż niemal ciągle w pracy, więc zajmowanie się dziećmi i domem, spadło na nią. Jeden drobny incydent zmuszą ją do zastanowienia się nad wiernością swojego męża. Wątpliwości jeszcze podsyca ojciec kobiety, który żyje samotnie we Francji i zaczyna szukać dowodów niewierności.

na lodzie2

Jak możecie się domyślić, „Na lodzie” to komediodramat pokazujący całą tą historię z perspektywy kobiety. Szkielet jest dość wątły, zaś wiele wątków pobocznych to w zasadzie albo pełnią rolę repetycji momenty (rozmowy ze znajomą podczas zaprowadzania dzieci do szkoły), albo są sytuacji jednorazowymi jak wizyta u matki Laury. W jednym i drugim przypadku są to zapychacze, które na siłę wydłużają czas seansu. Niby mają one naświetlić życie codzienne Laury (bardzo solidna Rashida Jones), jednak z czasem zaczynają zwyczajnie nużyć. Energia pojawia się dopiero z pojawieniem się ojca (Bill Murray, którego przedstawiać nie trzeba), który reprezentuje wszystko, co najgorsze mógł zrobić mężczyzna – hedonista, podrywacz, niestały uczuciowo.

na lodzie3

To właśnie dynamika między rozsądną, opanowaną Laurą a bardziej podejrzliwym ojcem są najmocniejszym punktem całego filmu. Zarówno pod względem komediowym, jak i emocjonalnym. Te wszystkie podchody, obserwacja, wreszcie rozwiązanie w postaci lotu do Meksyku. Oj się dzieje dużo i wtedy iskrzy. Szkoda, że cała reszta nie porywa, a same obserwacje na temat relacji damsko-męskich nie zaskakują niczym nowym.

Sofia Coppola chyba już do końca pozostanie reżyserem tzw. one-hit wonder. I film dla Apple Tv+ nie jest w stanie zmienić tego trendu, więc albo pozostaje zrobić sobie przerwę, albo już sobie odpuścić reżyserię i skupić się na czymś innym.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Ted Lasso – seria 1

Ile to było sytuacji, gdzie bohater zostaje wyrzucony ze swojego naturalnego środowiska do nowego miejsca? Niemal każdy film czy serial wykorzystuje ten prosty pomysł, zmierzając we wszystkich możliwych kierunkach. Nie inaczej los potraktował Teda Lasso. Jest on amerykańskim trenerem szkolnej drużyny futbolu amerykańskiego z Teksasu i dostaje niezwykłą propozycję: objęcie posady trenera klubu piłkarskiego z Premier League. Wydaje się to pomysłem szalonym, wręcz niepoważnym. Właścicielka klubu Rebecca jednak wie, co robi: wynajęcie Lasso ma doprowadzić klub jej byłego męża (niewiernego psa na baby) do upadku w ramach zemsty za rozwód i upokorzenia. Lasso jednak decyduje się naprawić atmosferę w podupadającym klubie, stosując dość niekonwencjonalne metody.

ted lasso1-1

Na pierwszy rzut oka serial Apple TV+ może wydawać się nieskomplikowaną komedią z piłką nożną oraz kulturowymi spięciami na pierwszym planie. Tylko, że nie do końca to jest prawda. Jest to komedia, skupia się na piłkarskim klubie, zaś nasz bohater wydaje się być najmniej kompetentną osobą do tego stanowiska. Jednak piłka nożna oraz mecze rozgrywają się w tle, a serial bardziej skupia się na ludziach, postaciach z krwi i kości. I to jest chyba największa niespodzianka, jak i siła „Teda Lasso”. Z każdym odcinkiem zaczynamy poznawać kolejnych bohaterów: od właścicielki klubu i wyciszonego asystenta ds. PR-u przez zróżnicowanych piłkarzy (charakterologicznie, etnicznie oraz wiekowo) aż po dawno nie widzianą przyjaciółkę Rebeki czy pojawiającej się na krótko żony Teda. Wszyscy są wyraziści, świetnie napisani i nagrani, a także tutaj niemal wszyscy są dobrzy. Tylko, że mają swoje frustracje i problemy do rozwiązania: od kwestii mentalnych po… wypędzenie duchów z „przeklętego” gabinetu.

ted lasso1-2

Wtedy pojawia się Ted (wybitny Jason Sudeikis) – człowiek, który sprawia wrażenie przybysza z zupełnie innego świata. Może nie zna zasad piłki nożnej, ale dla niego liczy się coś zupełnie innego. Nie wynik drużyny, tylko wydobycie z zawodników wszystkiego, co mają najlepsze nie tylko na boisku. Oraz by wszyscy działali jak dobrze naoliwiona maszyna. Jak to osiąga Ted Lasso? Nie uwierzycie, ale… dobrocią, empatią, optymizmem i wsparciem. Nie przypomina trenerów, co przekonują do swoich racji krzykiem, agresją oraz wyzwiskami. Cały czas spokojny, opanowany, pozbawiony ego wydaje się niemal idealnym mentorem, świadomym jak jest przez innych odbierany. I ten lekceważący stosunek potrafi wykorzystać na swoją korzyść, by wprawić w zaskoczenie. Zaiste, zadziwiające.

ted lasso1-3

Także drugi plan jest tutaj fenomenalnie zrealizowany: żądna zemsty Rebecca (wspaniała Hannah Waddingham), powoli zaczynająca dostrzegać bezsensowność swoich działań i pokazuje swoje bardziej pozytywne oblicze, najstarszy piłkarz Roy Kent (Świetny Brett Goldstein), nie mogący pogodzić się ze stopniowym brakiem sił, silny Jamie Tartt (kradnący szoł Phil Dunster) o wielkim talencie i jeszcze większym ego czy absolutnie najbardziej ewoluujący bohater – Nathan (rewelacyjny Nick Mohammed). To niby tylko chłopak odpowiedzialny za sprzęt, ale wiedzący o zawodnikach więcej niż oni sami, jednak strasznie nieśmiały oraz wyciszony. To się jednak zmieni, kiedy Ted zauważa jaki ten człowiek ma potencjał.

ted lasso1-4

Choć samo zakończenie jest słodko-gorzkie „Ted Lasso” to potężna dawka pozytywnej energii, jakiej w dzisiejszych czasach bardzo potrzebujemy. A w tym całym tabunie śmiechu oraz zabawnych sytuacji, jest tutaj o wiele więcej emocjonalnej głębi niż się ktokolwiek spodziewał. Tak jak sam Ted Lasso – niepozorny, wydaje się dziwny, lecz zawsze trafia w tarczę i ma więcej dużo do zaoferowania.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Bonding – seria 1

Czasami pojawia się taki serial, po którego opisie w zasadzie nie wiadomo co z tego wyjdzie. Czego możemy oczekiwać i w jakim kierunku to pójdzie. Takie właśnie doświadczenie miałem z serialem „Bonding” od Richtora Doyle’a. Ten aktor (z dorobkiem raczej pełnym ról epizodycznych) debiutuje tym tytułem jako reżyser i scenarzysta, opierając historię na własnych przeżyciach.

Sam pomysł jest dość szalony i oparty na nietypowej relacji dwójki postaci. Ona jest studentką psychologii, która poza zajęciami jest… dominą. On jest chłopakiem, chcącym spróbować swoich sił jako stand-uper i jest gejem. Mieszka z kolegą i ledwo go stać na czynsz. Kiedy poznajemy tą parkę, ona proponuje mu spółkę w interesie: ona będzie robić to, co robi w pracy, a on będzie jej ochroniarzem i asystentem. Piniądz jest potrzebny, a ludzie czasami mają bardzo specyficzne preferencje seksualne. To może początkowo być barierą, ale wiadomo… piniądz nie śmierdzi.

bonding1-1

Taki jest punk wyjścia i brzmi wariacko, a kierunki są bardzo szerokie: od erotycznej komedii w rubasznym stylu a’la „American Pie” przez bardziej elegancki film porno aż poważnego dramatu psychologicznego. Ostatecznie wybrano komediodramat z bardzo krótkimi odcinkami, które oscylują w okolicach 15 minut. W zasadzie są to miniaturki, bardzo luźno ze sobą powiązane. W zasadzie niemal każdy w sporej części skupia się na nowych klientach (mężczyzna lubiący sikanie na niego czy zapasy pingwinów), ale też życiu prywatnym naszych postaci. Pojawia się szansa na zbudowanie związku, zaś efekty tej kooperacji są zaskakujące dla obojga.

bonding1-2

Początek może wydawać się niemrawy i jednocześnie dezorientujący, zaś pewne fabularne wątki pojawiają się, by potem zniknąć. Ale nie mogę powiedzieć, że mi się to źle oglądało. Najbardziej na mnie podziałała rodząca się przyjacielska relacja Pete’a i Tiffany. On (Brendan Scannell) z nieśmiałego, zakompleksionego gościa zaczyna ewoluować. Staje się pewniejszy siebie, zaczyna próbować swoich sił w stand-upie (fantastyczna scena wejścia), a nawet poznaje chłopaka. Z kolei ona (Zoe Levin), twarda, niedostępna i stawiająca warunki, zaczyna powoli odsłaniać swoją bardziej wrażliwą stronę. Wspólne sceny obojga postaci są prawdziwym napędowym paliwem, a także wszelkie spotkania z klientami. Jest i lekko i zabawnie, ale bez popadania w śmieszność. Nawet w pokazaniu poważniejszych problemów jak molestowanie seksualne przez wykładowcę nie traci ciężaru.

bonding1-3

Jedyną dla mnie wadą poza krótkim czasem ekranowym jest bardzo urwane zakończenie. W bardzo dramatycznym momencie nasza para zmuszona jest do ucieczki przed policją. Co dalej? Jakby każdy obecnie serial musiał się zakończyć cliffhangerem, by stanowiło to przetarg w rozmowach na temat kontynuacji. Czy może to tylko ja tak widzę?

Nie zmienia to jednak faktu, że pierwszy sezon „Bonding” był dla mnie ogromną niespodzianką. Bardzo sympatyczny komediodramat z sympatycznymi bohaterami, odrobinką humoru oraz delikatnym, erotycznym zacięciem. Bez wulgarności, chamstwa i obrzydzenia. Drugi sezon powstał po dwóch latach i jestem strasznie ciekawy, co wyszło.

7/10

Radosław Ostrowski

Na rauszu

Ile to już było filmów o piciu i alkoholizmie? Zbyt wiele, żeby można było wyciągnąć coś więcej z tego tematu. Bo albo idziemy w komediowe tony, albo stajemy się bardzo poważnym dramatem o uzależnieniu. Ale reżyser Thomas Vinterberg spróbował ugryźć ten ograny temat z innej perspektywy. a wszystko zaczyna się od eksperymentu.

Bohaterami „Na rauszu” jest czerech nauczycieli w liceum: Martin, Peter, Tommy i Nikolaj. Panowie są dość sfrustrowani pracą, gdzie uczniowie kompletnie ich olewają. Prywatnie też każdemu z nich różnie wyszło, o czym opowiadają podczas urodzin Nikolaja. Podczas rozmowy mężczyzna wspomina o teorii norweskiego psychiatry, że człowiek urodził się z brakującą ilością pół promila alkohol we krwi. Zaczyna się dyskusja, aż w końcu Martin decyduje się sprawdzić teorię w praktyce. Później dołącza reszta, a eksperyment polega na utrzymywaniu w organizmie pół promila. Więc można pić, ale tylko do 20. I początkowo wyniki są zaskakująco pozytywne, więc cała czwórka postanawia podnieść poprzeczkę.

na rauszu1

Od razu uprzedzę pytania: „Na rauszu” nie jest, powtarzam, NIE JEST filmem o piciu i chlaniu. Chociaż alkohol jest mocno obecny. Inaczej – raczej pytanie brzmi, dlaczego nasi panowie decydują się na picie. O skryte demony, poczucie obcości i zmęczenia życiem. Jak bardzo sceny picia czwórki bohaterów kontrastują na początku filmu, gdzie młodzi ludzie imprezują z flaszką w ręku. I początkowo wydaje się, że bohaterowie na tym piciu zyskali. Lepiej prowadzone lekcje z uczniami, Martinowi relacje z żoną się nawet poprawiają, więc idą z alkoholem wyżej. Początkowo może to się wydawać zabawne, ale z czasem ten śmiech zaczyna gasnąć. Picie staje się pułapką, z której jednemu z bohaterów (wuefista Tommy) nie udaje się wyjść. A wiecie, co jest najgorsze? Alkohol towarzyszy nam od początku, a nawet kilka wybitnych jednostek znane było z picia. I to chlanie idzie na potęgę w ilościach hurtowych, aż się traci nad tym kontrolę. Co najbardziej zadziwia mnie to fakt, że Vinterberg nie ocenia i nie daje jednoznacznej odpowiedzi na temat alkoholu. Czy on jest tylko dobry, czy ma tylko negatywne skutki?

na rauszu2

„Na rauszu” ma więcej odcieni szarości niż można się było spodziewać, zaś finałowy taniec Martina jest interpretowany na kilka sposobów – jako wyzwolenie się, jako ciągłe życie z nałogiem czy chocholi taniec. Ale dla mnie klucz do tej sceny pojawia się wcześniej. Kiedy na egzaminie jeden ze studentów jest pytany o teorię lęku Kierkegaarda, czyli jak człowiek sobie radzi z porażką. Jeśli się ją zaakceptuje, można pokochać się oraz całe otoczenie. Czy jednak naszym bohaterom udaje się poznać samych siebie i zacząć wszystko od nowa? Pogodzenie się z samym sobą? A może chodzi o akceptacje nałogu i zatracenie się w nim?

na rauszu3

Wydaje mi się, że to pierwsze, ale może się tylko wydaje. W każdym razie na pewno nie wyczerpałem tematu, a film na pewno zmusza do myślenia. Idźcie, sprawdźcie i skonfrontujcie się.

8/10

Radosław Ostrowski

Big Bang

Kolejne dzieło Kondratiuka i kolejny film telewizyjny, który wprawił mnie w zadziwienie. Skromna produkcja toczy się w domu jednego z wiejskich gospodarzy. Trwa noc, ciemności otaczają wszystko. Wszystko zmienia pojawienie się Janka, kuzyna gospodarzy Wrońskich z porażającą wiadomością: nad polem gospodarzy wylądowało UFO. Czy aby na pewno? Może Janek podchmielony i ma majaki? Nie, bo coś rzeczywiście świeci na polu. Mężczyzna wyrusza do sołtysa, by razem się naradzić, co zrobić i jak przywitać gości.

Wszystko ogranicza się do domu Wrońskich, więc osoby spodziewające się pełnego efektów specjalnych SF nic mają tu czego szukać. Można odnieść wrażenie jakby się oglądało spektakl teatralny. Masa dialogów, kamera niemal skupiona na twarzach postaci (czasem wręcz zasłaniają cały ekran), bardzo ograniczona przestrzeń. Wszystko jest tak naprawdę tylko pretekstem do nocnych rozmów z alkoholem w tle. O czym? Trudno ubrać to wszystko w jedno zdanie, ale spróbujmy: o pierwszym kontakcie, kto ma z nimi rozmawiać aż w końcu dochodzi do kwestii filozoficznych. Innymi słowy jest to Polaków portret własny. Poza gospodarzami i ich krewnym bierze w tym wszystkim udział naukowiec, właścicielka sklepu, sąsiad (jako jedyny widzi z bliska statek zwany jajcem) oraz – uważany za najmądrzejszego mieszkańca – pastuch. I to doprowadza do bliższego przyjrzenia się każdemu z bohaterów, którzy mają swoje przywary, pewne kompleksy oraz tajemnice. Jak każdy z nas. I jak się w tym wszystkim zachować.

Realizacyjnie też widać poziom telewizyjny: bardzo ciasny obraz, rozmyte kolory, klimat spotęgowany przez „przemielone” dźwięki od Eugeniusza Rudnika. I początkowo może się wydawać to zabawne, dialogi pełne gwary, zabawne powiedzonka. Jednak im dalej w las, tym więcej bardzo wnikliwych obserwacji i wręcz brutalnych stwierdzeń. Pod tym względem wybija się monolog o ludzkości w wykonaniu Romana Kłosowskiego (pastuch Kazimierz) zakończony ironicznym stwierdzeń, że „mamy czym pochwalić się kosmitom – Hiroshima, Oświęcim, Nagasaki”. Cała obsada tu błyszczy, bo tu mamy zarąbiste towarzystwo: Ludwik Benoit, Zofia Merle, Janusz Gajos, Zdzisław Kozień, Franciszek Pieczka, Roman Kłosowski i Iga Cembrzyńska. A wszystko jest zakończone w najbardziej nieobliczalny, zaskakujący sposób.

„Big Bang” mnie wzięło z zaskoczenia i takiego pierwszego kontaktu z cywilizacją pozaziemską nie było. Niby śmiesznie, ale przerażająco poważnie, gorzko, wręcz strasznie. Nie przeszkadza ani skromny budżet i brak kosmitów. Wybuchło z hukiem.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wniebowzięci

Andrzej Kondratiuk dla mnie jest tak naprawdę niezbyt znanym filmowcem. Innymi słowy, styczność z jego kinem w moim przypadku była praktycznie zerowa. W końcu przychodzi moment zapoznania się z dziełami tego reżysera. Padło na telewizyjnych „Wniebowziętych” z duetem Zdzisław Maklakiewicz/Jan Himilsbach w rolach głównych.

Panowie już wcześniej tworzyli wyrazisty duet przy „Rejsie”, więc nic dziwnego, iż później parę razy łączono tych aktorów razem. Panowie tym razem grają dojrzałych facetów po przejściach, którzy w zasadzie nie osiągnęli nic. Ale pewnego dnia los się do nich uśmiecha i wygrywają pieniądze w totolotku. Co z nią zrobią? Mają bardzo proste marzenia – chcą pierwszy raz polecieć samolotem. Tak bardzo im się spodobał ten lot, że na jednej podróży samolotem się to nie skończy.

W sumie to tyle, bo fabuły jako takiej ten film nie ma. Kondratiuk rzuca bohaterów w kolejne podróże i eskapady, dając im pewną namiastkę szczęścia. Czy aby jednak na pewno? Miałem wrażenie jakbym oglądał dokument, gdzie kamera łapie fragmenty z życia. Nieważne, czy mówimy o pierwszej kontroli celnej, zapoznaniu dwóch dziewczyn w Rzeszowie, spędzonej nocy w hotelu. Nie brakuje tutaj humoru, jednak nie zmienia on dość cierpkiego czy wręcz melancholijnego klimatu.

Pod tym wszystkim Kondratiuk pokazuje poczucie straconego czasu czy zmarnowanego życia. Że nie osiągnęło się nic – bo rodziny nie ma, z pracą też nie za dobrze. To co wtedy pozostaje? Wydaje się, że odpowiedzią jest przyjaźń. I to wsparcie panów granych przez Maklakiewicza oraz Himilsbacha staje się największą wartością. Czuć tą relację niemal od razu, nie trzeba do tego żadnych słów, by w to uwierzyć. I jak na dość krótki czas trwania, „Wniebowzięci” są zaskakująco bogaci treściowo. Jak macie wolne trzy kwadranse, macie propozycję.

8/10

Radosław Ostrowski

Spis cudzołożnic

Kraków – serce polskiej inteligencji, gdzie toczy się akcja debiutu reżyserskiego Jerzego Stuhra. Nakręcony w 1994 roku „Spis cudzołożnic” oparty jest na powieści Jerzego Pilcha i jest skromną produkcją telewizyjną. Wszystko skupia się wokół Gustawa (w tej roli sam Stuhr) – wykładowca akademicki, protestant z wyznania, który dostaje zadanie od dziekana. Oprowadzenie szwedzkiego kolegi o fachu przez Kraków. Cudzoziemca nie interesuje jednak poznawania zabytków i historii miasta, lecz dwie rzeczy: alkohol oraz kobiece towarzystwo.

spis cudzoloznic1

Niby można wziąć jakąś panienkę z ulicy, sex shopu czy innego burdelu. Gustaw jest jednak bardziej sentymentalny i trzyma notes z numerami telefonów – tytułowy spis cudzołożnic. Tylko, czy nie jest już trochę za późno na takie spotkanie po latach? Jak mawiał filozof starożytny – drugi raz nie można wejść do tej samej rzeczy. Ta nocna eskapada po Krakowie staje się pretekstem. I nie chodzi tylko o dyskusję na polu intelektualnym w kwestii relacji damsko-męskich czy jak sobie poradzić z kochankiem. Nie chodzi nawet o picie w knajpach, ale po prostu wspomnienia. Pierwsze miłości, fascynacje erotyczne, pierwsze klęski i zderzenie z rzeczywistością – wszystko polane alkoholem oraz bardzo melancholijnym klimatem.

spis cudzoloznic2

Stuhr pokazuje swojego bohatera jako zagubionego safandułę z pokolenia ’68 – jeszcze pamiętającego ostatnie, brutalnie działania systemu. Są one wspominane, lecz będące tylko tłem. Wszystko to okraszone miejscami zaskakującymi dialogami (wręcz monologami), mogącymi czasem sprawiać wrażenie bełkotu. Jednak parę momentów zapada mocno w pamięć jak sytuacja z „Posępną Okularnicą” czy próba dojścia do jednej z kobiet przez jej męża-psychiatrę. Zrobione jest to bardzo porządnie – zdjęcia Adamka budują specyficzny klimat, Stuhr w roli głównej radzi sobie bardzo dobrze, a panie nawet w drobnych rolach (m.in. Dorota Pomykała, Anna Radwan, Stanisława Celińska czy Małgorzata Hajewska-Krzysztofik) zapadają w pamięć.

spis cudzoloznic3

„Spis cudzołożnic” pozostaje w cieniu kolejnych, bardziej dojrzałych prób reżyserskich Stuhra. Niemniej debiut jest zbyt ciekawy, by go zignorować, choć nie wszyscy go zrozumieją. Może jak będę starszy o 20-30 lat będzie bardziej ze mną rezonował.

6/10

Radosław Ostrowski

Konopielka

Witold Leszczyński drugi raz – po „Żywocie Mateusza” – wraca na wieś. Znowu wszystko wydaje się w formie ascetyczne, proste, ale wyrafinowane w formie. Jednak tutaj nie skupiamy się na dwóch osobach, lecz na całej wiosce podlaskiej. Taplary się nazywa i tam mieszka Kaziuk z żoną, syna oraz świeżo urodzoną córką. Wszyscy żyją ze sobą w zgodzie, tworząc jedną wspólnotę, opierając się na silnej tradycji. Z dala od szeroko rozumianej cywilizacji, pełnej zgnilizny i zepsucia. Spokój jednak ma to do siebie, że nie jest dany raz na zawsze i do wsi pojawia się postęp. A mówiąc dokładnie w postaci delegatów – potrafiącego trafić do ludzi wójta, stawiającego na przymus modernizacji urzędnika oraz pani nauczycielki. Ta ostatnia zostaje na wsi w celu edukowania i zostaje przydzielona na kwaterę… Kaziukowi.

konopielka1

Chyba już wiecie w jakim kierunku to zmierza. Zderzenie szeroko rozumianej tradycji z nowoczesnością, gdzie wynik wydaje się oczywisty do przewidzenia. Leszczyński jednak nie idzie tutaj na łatwiznę, pokazują prosty i oczywisty podział. Że skoro wieś zacofana, to musi być prymitywna. Ale czy oznacza, że jest zła? Może i nie są piśmienni, czasem zbyt dosłownie biorą wypowiadana do nich słowa, zaś ich wiara oraz przywiązanie do tradycji jest bardzo silne. Nawet jeśli te przekonania wydają się brzmieć idiotycznie (że nie ścina się drzewa przy domu, bo to jak zabić członka rodziny czy znajdujący się na górce złoty koń), bo bez nich to co zostaje? O tym opowiada sam dziad, przybywający do wsi: „Oszukaństwo, złodziejstwo, kurestwo”.

konopielka2

Reżyser przygląda się z ciekawością tej konfrontacji. Wszystko z perspektywy Kaziuka (fantastyczny Krzysztof Majchrzak), który jest typowym chłopem: co on powie, jest święte. Czasem bywa porywczy i rzuci obelgą albo uderzy, jednak czuje symbiozę ze swoim małym światem. Na wszystko nieznane i obce podchodzi z wrogością jak w scenie, gdzie rodzina próbuje pierwszy raz jeść z osobnych talerzy i sztućców zamiast jednej miski. Więc jakim cudem dochodzi do przemiany? Jak mawiał klasyk: „Na początku była chuć”, czyli pani Jola przyszła (debiutująca Joanna Sienkiewicz) i zamęt w umyśle Kaziuka sprawiła. Najpierw w snach jako naga kusicielka niczym Ewa z Edenu, aż w końcu to przez fascynację erotyczną mężczyzna łamie dawne tradycje. Najpierw ściga drzewo przy domu – po tym jak pękła gałąź, z której podglądał kobietę – aż w końcu robi niewyobrażalne: zaczyna ścinać żniwa kosą zamiast sierpem. I to doprowadza do tragedii.

konopielka3

Mimo dotykania ważnego tematu, Leszczyński nie boi się sięgać po humor. Głównie za pomocą użytej gwary oraz zderzenia dawnego z nowym. Niby zabawne, lecz ten śmiech zaczyna utykać w gardle, bo odpowiedzi tu jednoznacznie brak. Nawet finałowa scena daje pole do interpretacji. Tak jak cały film, pełen goryczy i pewnego wyczuwalnego fatalizmu. Frapujące kino, ciągle aktualne.

7/10

Radosław Ostrowski

Każdy ma swoje lato

Mam wrażenie, że za dużo razy oglądam filmy na temat Polski tzw. prowincjonalnej (czytaj: znajdującej się poza wielkimi miastami jak Warszawa), że ciężko jest wymyślić coś nowego na ten temat. Bo wiadomo, że jest brak perspektyw, mentalność hipokryczno-katolicka oraz łatwiej zakopać rodzinne tajemnice. O czymś zapomniałem? No tak, musi być osoba z zewnątrz, która obserwuje całą sytuację. I w zasadzie mamy film „Każdy ma swoje lato” Tomasza Jurkiewicza.

kazdy ma swoje lato1

Tzw. fabuła skupia się na dwóch, a w zasadzie trzech postaciach. Pierwszą jest Mirek (Nicholas Przygoda) – młody chłopak pracujący w markecie, przy dziale mięsnym. Mieszka razem z dziadkami, gdyż rodzice zmarli dawno temu. Babcia gra na organach w kościele, zaś dziadek ma demencję. Albo inną chorobę, przez którą nie kontaktuje. Słabo jest. I do tego miasteczka trafia do oazy dziewczyna – Agata (Sandra Drzymalska), która pracuje w kuchni. Chłopak zaczyna bujać się w dziewczynie, do tego dziadkowi przypomina kogoś o imieniu Marysia. O kogo chodzi? Cóż, nie obchodziło mnie to.

kazdy ma swoje lato2

Sam film bardziej przypomina zbiór niepowiązanych zbyt mocno ze sobą wątków, przez co rozjeżdża się na niemal wszystkie strony. Z jednej mamy chłopak zmuszonego do wspólnego przebywania z dziadkiem. A w zasadzie wykorzystującym obecność dziadka do podrywania dziewczyny (to jest trochę poniżej jakichkolwiek standardów i brzmi ohydnie). Z drugiej nową dziewuchę, o której nie wiemy wiele, oprócz bycia zbuntowaną. Jak to wygląda? Chodzenie w luźnych ubraniach, by sprowadzać dziewczyny na ścieżkę deprawości. W sensie, że młodsze dziewczynki zaczną nosić to samo, co ona. Chyba. I są tylko same dziewuchy w wieku szkolnym, żadnych nastolatek czy młodych kobiet. To jest wręcz zastanawiające. Jest jeszcze drobny wątek związany z konserwatorem, mającym naprawić organy, co kończy się – uwaga, nie spodziewacie się – romans mężczyzny z babcią. Dość brutalnie zakończonym. Jeszcze jest zakład związany z… pozbyciem się kolczyka z pępka Agaty, ale na samą myśl czuje się dziwnie.

kazdy ma swoje lato3

Sporo jak na produkcję trwającą nieco ponad godzinę, jakby reżyser chciał na siłę upchnąć wszystko. To oznacza jedno: chaos większy niż na polu bitwy. Albo należałoby film wydłużyć, albo parę rzeczy powyrzucać i skupić się na dwóch, istotnych wątkach. Co oznacza, że czas przy tym filmie straaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaasznie się dłuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuużył. Jest tak źle, że nawet realizacja czy aktorzy nie są w stanie podnieść filmu na wyższy poziom. Pozbawiony jakiegokolwiek sensu, zakończenia oraz życia burdel, który nigdy nie powinien powstać. Przynajmniej nie w takiej formie.

3/10

Radosław Ostrowski