Jak najdalej stąd

Znów dziś myślałem o emigracji/To jest melodia mojej generacji – ten fragment piosenki „Jazz nad Wisłą” T. Love skojarzył mi się z najnowszym filmem Piotra Domalewskiego. Opowieść o rodzinie, gdzie jeden z członków familii wyjechał do pracy poza kraj. Wszystko widzimy z perspektywy 17-letniej córki Oli. Dziewczyna stara się zdobyć prawo jazdy, ale jej nie wychodzi. Ojciec pracuje w Irlandii, zaś matka opiekuje się sparaliżowanym bratem dziewczyny. Niestety, pewnego dnia przychodzi najgorsza możliwa wiadomość: ojciec ginie w wypadku. Matka decyduje, że Ola – jako znająca język angielski lepiej niż ona – odbierze ciało mężczyzny na pogrzeb do kraju.

Domalewski niejako kontynuuje tematykę, którą zaznaczył już w debiutanckiej „Cichej nocy” – emigracji ekonomicznej. Jednocześnie „Jak najdalej stąd” to kino inicjacyjne, gdzie bohaterka powoli zaczyna poznawać rodzica, o którym niewiele wie. Jest jeszcze jeden haczyk dla niej: schowane i odkładane przez ojca pieniądze dla niej na samochód. I to byłaby dla niej szansa na wyrwanie się z tego domu oraz szansę na usamodzielnienie się. Zderzenie się jednak z nowym światem oraz inną rzeczywistością nie przebiegnie ani tak gładko, ani szybko jak sądzi.

Film dotyka poważnych spraw, jednak nie jest śmiertelnie poważny. Nie brakuje w dialogach humoru, brzmią one bardzo naturalnie. Domalewski niby opowiada historię jakich mogliśmy usłyszeć i zobaczyć tysiące. Komplikacje związane z brakiem pieniędzy oraz biurokracją mogą wydawać się początkowo szablonowe. Ale nie miałem żadnego poczucia sztuczności, zaś zaradność i spryt naszej bohaterki (fantastyczna w swojej roli debiutantka Zofia Stafiej – zapamiętajcie to nazwisko!!!). Czasami nie zawsze działającej na granicy prawa. Wszystko to pokazuje jedno: ewolucję jej charakteru. Z bycia tą roszczeniową, co jej się należy do próbującej zrozumieć jej ojca, bliżej go poznać. Jakby próbowała nadrobić ten bezpowrotnie odebrany czas. W tych drobnych momentach reżyser przypomina Kena Loacha.

Wielu osobom może przeszkadzać pewna epizodyczność konstrukcji scenariusza, ale dla mnie nie był to żaden problem. Dopóki bliżej poznaję Olę oraz to jak mimo przeciwności losu robi wszystko w osiągnięciu celu. Realizacyjnie idzie to w stronę wręcz dokumentu, z rzadkimi chwilami muzyki (pianistyczne pasaże Hani Rani) oraz wyrazistym drugim planem (film kradnie Arkadiusz Jakubik jako pośrednik pracy Mazurek). Bardziej złapał mnie debiut, niemniej drugi film potwierdza talent Domalewskiego. Nie mogę się doczekać kolejnych produkcji tego reżysera, a zakończenie jest w punkt.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Sukcesja – seria 2

Kolejny sezon medialnej „Gry o tron” można uznać za zakończony, czyli medialne imperium Royów ma bardzo poważne kłopoty. Wszystko przez „niedźwiedzi uścisk”, czyli próbę przejęcia przez wrogów firmy z wsparciem Kendala. Ten ostatni wycofał się z powodu pewnego skandalu podczas wesela siostry, aferka jednak została zatuszowana przez ojca. Teraz mężczyzna jest na odwyku i wszystko zaczyna się w momencie powrotu do domu. Zagrożenie jednak ciągle istnieje, a reszta rodziny szuka sposobu na rozwiązanie sytuacji. Czyżby próba kupna innej firmy medialnej z tradycjami okaże się wyjściem z sytuacji?

Drugi sezon kontynuuje opowieść o toksycznych bogaczach, którym wolno więcej. A przynajmniej w to wierzą, ale zamiast poznawania ich jestem rzuceni w siatkę intryg oraz wewnętrznych rozgrywek. Bo nadal toczy się tutaj walka o sukcesję, a twórca rozwiązania może być potencjalnym zwycięzcą tej rozgrywki. I zabawa zaczyna się od nowa, zaś potencjalni kandydaci (bardzo ambitna Shiv, prymitywno-prostacki Roman, niemal wycofany Kendall wydaje się nie liczyć) dwoją się oraz troją nad sposobem. Nadal serial pozostaje czarną komedią i satyrą nie tyle na medialnych magnatów, co na reprezentujący ich kapitalizm, skupiony na maksymalizowaniu zysków oraz zasobów. Człowiek jest albo tylko ograniczony do przynoszenia zysków, a kiedy staje się balastem, trzeba się go pozbyć. Nie ma tutaj miejsca na bycie, a każdy ma swoją maskę (albo kilka).

Kiedy wydaje się, że sprawa zostanie rozwiązana, pojawiają się kolejne przeszkody i to pomaga w budowaniu napięcia. No tak, „Sukcesja” ma wiele z thrillera, gdzie nie do końca wiemy komu zaufać czy kibicować. A nad wszystkim czuwa bardzo bezwzględny Logan „Fuck off” Roy (wyborny Brian Cox), będący wręcz tyranem oraz manipulatorem, którego intencje i myśli niemal cały czas są nieodgadnione. I lubi rozstawiać wszystkich po kątach („dzik na podłodze”) – niby starzec, ale ciągle walczący, działający podstępem, walący prosto z mostu. Bo w tej walce miejsca na etykę nie ma, liczy się skuteczność, bez względu na więzy krwi, przyjaźnie czy lojalność. O dziwo, nadal jest parę chwil, w których możemy obserwować bohaterów albo będących w samotności (Kendall), jak w otoczeniu bliskich, co pozwala na pokazanie im innej twarzy niż brutalnych harpii.

Czy aby jednak na pewno? To pytanie dotyczy głównie Shiv (nadal zjawiskowa Sarah Snook) z jej mężem Tomem (rozbrajający Matthew Macfadyen), będącym diaboliczną mieszanką ambicji, głupoty i niekompetencji. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że jemu bardziej zależało na wpływach oraz pozycji niż na swojej żonie, czego chyba ona nie dostrzega (albo nie chce dostrzec). Jest jeszcze najbardziej cyniczny, wręcz hedonistyczny Ronan (fenomenalny Kieran Culkin), pokazujący, iż jest w stanie poradzić sobie z trudną sytuacją (próba zdobycia funduszy w Turcji, gdzie hotel był otoczony uzbrojonymi ochroniarzami), a także pozornie pierdołowaty kuzyn Greg (świetny Nicholas Braun), będący asystentem Toma. Ale to chyba nie do końca prawda? Najstarszy syn Connor, w ogóle nie liczy się w tej grze i sprawia wrażenie najbardziej oderwanego od rzeczywistości z ambicjami prezydenckimi. To daje duże pole komediowe, wykorzystane bezwzględnie przez twórców.

No i jest też kilka nowych postaci: działająca w tajemnicy przed swoją rodziną Rhea Jarrell (niezawodna Holly Hunter), wspierający radą prawnik Laird (solidny Danny Huston) czy trzymająca się tradycji Nan Pierce, mająca być potencjalnym wyjściem z sytuacji (mocna Cherry Jones). Każda z nich jest bardzo solidnym wsparciem dla całej skomplikowanej opowieści, odnajdując się tutaj jak ryba w wodzie.

Drugi sezon bije poprzedni na głowę. Bardziej zwarty scenariusz, cudowna realizacja z nerwową kamerą oraz elegancką muzyką w tle trzyma jeszcze bardziej w napięciu, jednocześnie dając sporo humoru (ironicznego, czarnego, smolistego). A wszystko kończy się przewrotnym cliffhangerem oraz enigmatycznym uśmiechem Logana. Jak dalej potoczy się walka? Nie mogę się doczekać kolejnego sezonu.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Nastoletnie łowczynie nagród

Sterling i Blair są siostrami bliźniaczkami, które mieszkają gdzieś na południu USA. Obie chodzą do prywatnej szkoły katolickiej, choć różnią się charakterem jak noc i dzień. Sterling to blondwłosa, oddana szkole, wierząca dziewczyna umawiająca się z chłopakiem Luke’m. A na randkach nie kończy się tylko na rozmowie. Z kolei Blair jest ciemnowłosym wulkanem energii, poddającym w wątpliwość wszystko dookoła. Dziewczyny wracając ze schadzki zderzają się z innym autem, ściganym przez łowcę nagród. Mężczyzna o nazwisku Bowser proponuje im połowę kasy, ale siostry chcąc zarobić na naprawę auta, decydują się zatrudnić u mężczyzny, szkoląc się fachu.

Netflix, sensacja plus nastoletnie klimaty w słodko-gorzkim sosie? To brzmi jak sen wariata albo kompletny niewypał. Jednak odpowiedzialna za ten serial Kathleen Jordan robi coś, co rzadko się sprawdza: sprawnie lawiruje między różnymi niepasującymi do siebie elementami, by wszystko tworzyło bardzo spójną całość. Bo jak połączyć życie nastolatek ze ściganiem bandziorów? Bo to są przecież dwa różne światy. Dlatego jest to okraszone humorem i lekko satyrycznym spojrzenie na konserwatywne społeczeństwo, zafascynowane bronią oraz ślepo wierzące w Biblię. To drugie przynajmniej tylko w teorii, bo praktyka idzie innymi drogami. I odkrywanie tych sprzeczności zmusza nasze siostrzyczki na zmianę perspektywy.

Równie ciekawe są same sprawy zbiegów. Z jednej strony są bardzo przyziemne, tu nie ma zakapiorów spod ciemnej gwiazdy czy ściganych przez FBI baronów narkotykowych lub innych poważnych zbirów. Z drugiej zdarza się wiele niekonwencjonalnych pomysłów (ukrywający się w domu spokojnej starości fałszerz, ciągle wymykająca się striptizerka czy kobieta ścinająca głowy pomnikom bohaterów Konfederacji). Ale jednocześnie jest tutaj pewna rodzinna tajemnica, którą Blair odkrywa przypadkiem. Nie brakuje napięcia, humoru, a ostatnie odcinki to wręcz petardy. A wszystko kończy się mocnym cliffhangerem, ale – niestety – serial został skasowany, więc nie poznamy ciągu dalszego.

Jednocześnie interakcja między dziewczynami a łowcą nagród Bownserem jest dla mnie najsilniejszym punktem całości. Początkowo mężczyzna (świetny Kadeem Hardison) jest wobec nich szorstki jak na szefa przystało, jednak z czasem ewoluuje. Bowser – zgorzkniały, surowy facet z przeszłością – staje się troszkę kimś w rodzaju przyjaciela oraz powiernika, któremu dziewczyny nawet próbują pomóc w sprawach niezawodowych. Równie świetny – choć prostym – patentem są sceny, kiedy siostry „przekazują” sobie myśli. Nawet kiedy nie są blisko siebie, co może pasować do teorii, że bliźniacy wiedzą i czują, co się dzieje z drugim. Pokazane jest to za pomocą „rybiego oka”, gdzie dokładnie widać twarze bohaterek.

Jeszcze bardziej sprzedaje to chemia między dziewczynami (fantastyczne Anjelica Bette Felini oraz Maddie Phillips), bez której ten serial byłby przerysowany, groteskowy i niewiarygodny. Obie są bardzo przekonującymi postaciami ze swoimi problemami, dylematami oraz wyrazistymi charakterami. To postacie z krwi i kości, bez popadania w jakąkolwiek granicę przesady. Ich przekomarzania, dyskusje, a nawet jedna siarczysta awantura daje im wiele wiarygodności. Także pozostałe drugoplanowe role są co najmniej solidne i trudno wskazać mi słabe ogniwo.

„Nastoletnie łowczynie nagród” brzmią jak coś wzięte z jakieś wariackiego komiksu. To bardzo solidna rozrywka, sprawnie balansująca między nastoletnimi dylematami, sensacją a komedią. Potrafi czasem poruszyć, nie przynudza, nawet posiada odrobinę napięcia. Mała, ale sympatyczna niespodzianka od Netflixa.

7/10

Radosław Ostrowski

Już nie żyjesz – seria 1

Dawno nie trafiłem na taką postać jak Jen. Pracuje jako agentka nieruchomości, sama wychowuje dwóch synów po śmierci męża i jego wściekła na cały świat. A jedyne, na czym jej zależy to dorwanie sprawcy. No i nie znosi pokazywać żałoby, tylko chce iść dalej. Podczas uczestnictwa w grupie wsparcia dla żałobników poznaje Judy – postrzeloną kobietę, wydającą się nie pasować do tego miejsca. Z czasem tworzy się między nimi silna więź, a nawet kobieta staje się częścią rodziny wdowy. Problem w tym, że nowo poznana przyjaciółka skrywa ciężką tajemnicę.

Kolejny serial Netflixa, który przeoczyłem w dniu premiery, a nadrobiłem niedawno. Produkcja Liz Friedman to czarna komedia o dziwnej, szorstkiej i niełatwej przyjaźni dwójki kobiet. Pierwsza to napędzana gniewem wdowa, pragnąca sprawiedliwości oraz dwójkę dzieci do utrzymania. Z kolei druga wydaje się pełną optymizmu kobietą przytłumioną przez swojego partnera oraz jego potrzeby. Wszystko obrane ironicznym, czasem bardzo ciętym humorem, dodając lekkości całego przedsięwzięcia. I to pozwala lepiej znieść opowieść o żałobie, a także jej różnych odcieni: od wyciszenia przez wściekłość. Ale co ciekawe, nie brakuje tutaj wątku quasi-kryminalnego. W przeciwieństwie do Jen dowiadujemy się kto za tym stoi (swoją drogą świetnie zrobione retrospekcje) – tak, jest to Judy – oraz prób ukrycia wszystkich poszlak. To dodaje pewne dodatkowe napięcie, tak jak odkrywanie wydarzeń z małżeństwa Jen i Teda. Bo że nie było idealnie, można było założyć spokojnie. A jednak kolejne sekrety (zdrada odkryta dzięki… grze komputerowej czy kłótnia przed wyjściem) nie są tylko czymś do odhaczenia, tylko potrafią uderzyć emocjonalnie.

Twórcy niby podążają ogranymi schematami i grają nimi w komediowym tonie, jednak nie brakuje poważniejszej refleksji. Zwłaszcza dotyczących samorealizacji oraz życiu w toksycznym związku. I to zderzenie – paradoksalnie – działa o wiele mocniej, niż gdybyśmy poszli tylko na poważnie lub na wesoło. Przez to „Już nie żyjesz” potrafi zaangażować, zaś każda postać jest wyraziście napisana i – co nie jest częste – nie ma tutaj miejsca na zapchajdziury czy zbędne wątki. Nawet parę irytujących postaci (jak chłodna i niepogodzona ze stratą teściowa oraz zbuntowany, nastoletni syn) mają kilka momentów pozwalających pokazać ich głębiej. A wszystko sprowadza się na mocnego finału z otwartą furtką na kontynuację.

To wszystko jednak by nie zadziałało, gdyby nie fenomenalnie dobrane odtwórczynie głównych ról. Christina Applegate (Jen) oraz Linda Cardellini (Judy) znakomicie się uzupełniają. Pierwsza – bardzo impulsywna, porywcza w rzeczywistości jest bardzo poraniona. Jest wiele tutaj momentów pokazujących jej delikatniejsze oblicze jak podczas oglądania zdjęć z miejsca śmierci męża czy gwałtowny wybuch podczas prezentacji domu, gdzie mogłem na chwilę wejść w jej umysł. Postać Judy to przeciwieństwo – życzliwa, pogodna, niemal optymistycznie nastawiona do życia. Jednak pod tym wszystkim skrywa się smutna, chcąca wykrzyczeć swój ból oraz przerażająco uległa kobieta. Autentycznie było mi jej żal i nie drażniła, choć teoretycznie powinna. Chemia między nimi jest prawdziwym paliwem napędowym tego serialu i bez niego by się posypało w proch.

Miejscami zabawne, miejscami poruszające, a miejscami brutalnie szczere spojrzenie na żałobę oraz przyjaźń. Jedna z niespodzianek w katalogu Netflixa i nie mogę się doczekać drugiej serii.

8/10

Radosław Ostrowski

Śniegu już nigdy nie będzie

Sam początek tego filmu jest bardzo zagadkowy. Widzimy jakiegoś mężczyznę wychodzącego z lasu, bardzo ciemnego, liściastego, ale sylwetka jest niewyraźna. Nie wiemy kim jest, skąd pochodzi i dokąd zmierza. W następnym ujęciu widzimy już mężczyznę jadącego czymś w rodzaju windą na pomost, a potem trafia do takiego osiedla gdzieś poza miastem, gdzie przebywa raczej grono dzianych ludzi. Więc nasz bohater o imieniu Żenia podejmuje się tutaj pracy jako masażysta. Z czasem jednak poza masowaniem robi rzeczy w rodzaju hipnozy, co pozwala lepiej poznać swoich klientów.

Moja relacja z Małgorzatą Szumowską jest raczej na zasadzie chłodnego dystansu. Większość jej filmów nie trafiała do mnie, oprócz „33 scen z życia”. Jej nowy film zrobiony wspólnie z operatorem Michałem Englertem został wystawiony jako kandydat do Oscara za film nieanglojęzyczny. W zasadzie „Śniegu już…” idzie tą sama ścieżką co „Body/Ciało”, czyli miesza komedię z dramatem, polewając sosem metafizycznym. Cała historia skupia się albo na interakcjach Ukraińca ze swoimi klientami albo na chwilach, gdy jesteśmy z nim sami w jakimś obskurnym lokum na osiedlu. A km tak naprawdę jest ten masażysta z okolic Prypeci? Bo poza masażem hipnotyzuje klientów, słucha ich, obserwuje, lecz wydaje się mocno nie ingerować w ich życie. Ale kto to jest? Hipnotyzer? Nowy Kaszpirowski? Naznaczony promieniowaniem facet z mocami? Oszust? A może kimś zupełnie innym?

Reżyserka nie daje jednoznacznych odpowiedzi, podrzucając tylko drobne okruszki. Jakieś drobne wspomnienia z matką, momenty użycia hipnozy, ale tak naprawdę niczego pewnego o nim nie wiemy. Nie możemy być pewni czy Żenia (intrygujący Alec Utgoff) w ogóle istnieje, co daje szerokie pole do interpretacji. Troszkę więcej wiemy o jego klientach, którzy są nieszczęśliwy, choć ich status materialny mówi coś zupełnie innego. Naznaczony wojną żołnierz (wyciszony Andrzej Chyra), sfrustrowana żona i matka (rewelacyjna Maja Ostaszewska), walczący z rakiem metodami konwencjonalnymi mężczyzna (wyrazisty Łukasz Simlat) czy skrajnie racjonalistyczna wdowa (cudowna Agata Kulesza). Nie wszyscy z nich mają równo tyle samo czasu, lecz Szumowska pozwala ich poznać bez dużej ilości dialogów.

Dodatkowo całość spotyka się z humorem, ale tym razem nie wywołuje tu dużego zgrzytu jak się wcześniej zdarzało (scena tańca baletowego czy magiczna sztuczka zrealizowana mastershotem). Także wizualnie „Śnieg…” prezentuje się najlepiej ze wszystkich filmów reżyserki. Świetnie wygrywany jest kontrast miedzy mieszkaniem Żeni a sterylnymi domostwami swoich klientów oraz czuć rozmiar osiedla.

Powiem szczerze, że nie miałem zbyt wielkich oczekiwań, szczególnie po obejrzeniu ostatniego filmu Szumowskiej. A tutaj reżyserka realizuje swój najlepszy film w karierze, z wieloma niezapomnianymi scenami oraz fantastycznym aktorstwem. Tajemniczy, intrygujący, wciągający oraz prowokujący do refleksji z enigmatycznym protagonistą. Aż boję się pomyśleć, co nowego zrobi Szumowska.

8/10

Radosław Ostrowski

Artyści

Warszawski Teatr Popularny znajdujący się w budynku Pałacu Kultury i Nauki wpada w poważne tarapaty. Nawet nie chodzi o frekwencję czy problemy repertuarowe, ale bardziej personalne. Wszystko z powodu samobójstwa dyrektora – weterana sztuki. Dział Kultury Rady Miasta ogłasza konkurs, który wygrywa dyrektor prowincjonalnego teatru, Marcin Konieczny. Mężczyzna próbuje opanować to miejsce i zgrać się zarówno z zespołem aktorskim, jak i administracją czy ekipą techniczną. Ale jeden pożar wywołuje kolejny, zaś radni miasta rzucają kolejne kłody pod nogi. Jak się uda dyrektorowi poradzić z sytuacją?

Chwalenie seriali z TVP i oglądanie ich dzisiaj raczej nie jest mile widziane, zwłaszcza z powodu osoby szefa tej instytucji. Ale i sama jakość tych produkcji pozostawiała wiele do życzenia. Jednak w 2016 roku telewizyjna Dwójka pokazała coś, co zaskoczyło. Reżyserka Monika Strzępka ze scenarzystą Pawłem Demirskim w „Artystach” przyglądają się środowisku teatralnemu, zaś przyczyną powstania była 250. rocznica powstania teatru publicznego. Gatunkowo to prawdziwa hybryda – mieszanka dramatu, satyry, komedii oraz surrealizmu. Co najbardziej zaskakujące, ta cała mieszanka jest niesamowita i wykonana w zasadzie bez zarzutu. Powoli zaczynamy poznawać galerię bardzo wyrazistych postaci: od troszkę wycofanego dyrektora przez sekretarza-geja i przechodzącą załamanie nerwowe księgową po komplikującego wszystko szefa działu biznesowego oraz sprzątaczkę widzącą duchy. Ale zaraz, jakie duchy? No tak, są tutaj duchy postaci dla teatru ważnych: od samego Wojciecha Bogusławskiego aż do profesora Kozaneckiego, nauczyciela Koniecznego. Początkowo wydają się niemymi osobami, pojawiającymi się i pełniącymi rolę obserwatorów, z czasem zaczynają się odzywać.

Historia skupia się tutaj na pokazaniu tego, jak funkcjonuje to środowisko oraz jakie ma problemy. Początkowo można odnieść wrażenie, że bohaterowie za bardzo poważnie to wszystko traktują. Ale czy naprawdę tak jest? Czy zależy im tylko na sztuce, a może na sławie, uznaniu, pieniądzach? Te dylematy przewijają się czasem wprost, a czasem tylko między słowami. No i czy aby być artystą trzeba pochodzić z inteligenckiego domu? I co decyduje, że jeden spektakl jest sukcesem, a inny wtopą? I czy w ogóle warto brać w tym wszystkim udział? Wszystko to okraszone świetnie brzmiącymi dialogami, choć niepozbawionymi bluzgów oraz zaskakującymi intrygami. Niektóre sceny prób (prace nad „Snem nocy letniej”) potrafi rozbawić, ale też zadziwić trafnymi obserwacjami. I wszystko aż do otwartego zakończenia – żałuję, że nie powstał ciąg dalszy.

Realizacyjnie jest to znowu bardzo wysoka półka. Zdjęcia niemal przyklejone do twarzy, kamera niemal ciągle w ruchu, skupiona na zbliżeniach, a czasami nawet pod nietypowymi kątami. Jeśli budzi to jakieś skojarzenia, najbliżej jest tu do „The Knick”. Strzępka wręcz garściami bierze z serialu Soderbergha: od pracy kamery po muzykę grającą w tle. Czegoś takiego w naszej telewizji publicznej się nie spodziewałem. Tak samo jak obsadzenia w większości ról mniej ogranych aktorów z Marcinem Czarnikiem na czele. Każdy tutaj nawet w drobnej roli jest po prostu fantastyczny i trudno mi kogokolwiek tu wyróżnić. Jest też kilka zaskakujących epizodów (m.in. Andrzeja Seweryna czy Mikołaja Grabowskiego), podnosząc całość na wyższy poziom.

„Artyści” to serial, który przespałem w dniu premiery, a zasługuje na więcej uwagi niż miał podczas swojej emisji. Autorskie dzieło z własnym charakterem, konsekwentnie idące wyznaczoną ścieżką i nawet potrafiące trzymać w napięciu jak thriller. Nieprawdopodobne, ale znakomite.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Nic nie ginie

Od jakiś 5 lat łódzka szkoła filmowa daje pieniądze na nakręcenie filmu dyplomowego dla IV roku Wydziału Aktorskiego. Niektóre naprawdę udane („Monument”), inne absolutnie słabe („Soyer”). Jak w porównaniu z nimi wypada dzieło debiutantki Kaliny Alabrudzińskiej? Wydaje mi się, że jest gdzieś pośrodku, choć widzę spory potencjał w autorce.

Akcja tego krótkiego (nieco ponad godzinnego filmu) skupia się wokół terapii. Jej uczestnikami są w większości młodzi ludzie ze swoimi problemami. Każdy ma inne: narcyzm, poczucie wyższej wartości, miłość do zwierząt, samotność, zbytnie pomaganie innym. Innymi słowy – wszyscy szukają szczęścia, tylko nie każdy potrafi powiedzieć, czym to szczęście jest. Całą terapię prowadzi niejaki Remik, stosując czasami niekonwencjonalne metody. Twórcy próbują skupić się na każdej postaci, by poznać ich problemy oraz tło. Choć całość oparta jest na dialogach, nie miałem poczucia sztuczności czy teatralności. Bardzo naturalnie to brzmi oraz wygląda, zaś troszkę melancholijny klimat wyróżnia go z grona innych filmów. Reżyserka z dużą empatią podchodzi do swoich bohaterów i nie nabija się z nich. Nie oznacza to jednak, że jest to śmiertelnie poważny film. Humor jest tutaj obecny, lecz jest nienachalny, bardzo subtelny. Przez to bywa czasem niezauważalny, choć jest jedna perła w postaci… wszy. Więcej wam nie zdradzę.

Dla mnie jednak problemem jest to, że jest to zbyt krótki film. Miałem przez to wrażenie, że można było troszkę wydłużyć, by poznać jeszcze bliżej kilka postaci. Nie mogę też przekonać się do zakończenia, sprawiającego wrażenia otwartego. Co się stanie z uczestnikami terapii, jak sobie poradzą i co będzie dalej? Czy uda rozwiązać swoje problemy? To pozostaje kwestią otwartą, jednak nie mogę powiedzieć, że film był nudny czy słaby. Liczyłem na coś więcej w tej materii.

Bardzo za to podobało mi się aktorstwo. Każdy z aktorów (w większości studenci) wypadają bardzo dobrze, jednak najbardziej wybija się Dobromir Dymecki jako prowadzący terapię Remik. Jest odpowiednio zdyscyplinowany, empatyczny, ale nie daje sobie w kaszę dmuchać. Spina to wszystko w jedną całość, chociaż jest to rola – tak jak wszystkie w filmie – bardzo stonowana i wyciszona.

Pozornie-niepozorny debiut pokazuje, że Alabrudzińska potrafi wycisnąć wiele z aktorów i to daje nadzieję na wiele ciekawych filmów. „Nic nie ginie” to przykład solidnego kina, mogące trafić do ludzi w wieku 20-30 lat. Mam pewne poczucie niedosytu, jednak warto obserwować twórczynię tego filmu.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Frank

Jon jest młodym chłopakiem, który ma ambicje bycia muzykiem. Ma jednak spore problem z pisaniem piosenek, ale walczy z tym i pracuje w banku. Wszystko zmienia się w momencie, kiedy zostaje zaproszony jako klawiszowiec do dość ekscentrycznego zespołu. Frontmanem kapeli, której nazwy nie dam rady wymówić jest Frank. To tak dziwna postać, bo ma na głowie… głowę. Taką wielką, drewnianą głowę, którą zawsze nosi na sobie. Czy to je, czy śpi, czy bierze prysznic. Grupa mieszka gdzieś w małym domku, by nagrać swoją płytę.

Dla wielu kinomanów Lenny Abrahamson stał się bardzo rozpoznawalny dzięki filmowi “Pokój”. Ale przed nim pojawił się równie sundance’owy w duchu “Frank”, który powstał dwa lata wcześniej. Bardziej tutaj reżyser skupia się na relacjach między członkami zespołu, a wszystko z perspektywy nowego członka zespołu. A jest to bardzo pokręcona ekipa. Grająca na thereminie Clara, potrafiąca tworzyć dziwaczną muzykę, jeden z klawiszowców Jon lubi… manekiny, duet francuski (gitara oraz perkusja) wydaje się normalny. Oprócz posługiwania języka innego niż angielski. No i jeszcze jest Jon, który chce coś osiągnąć, ale czy w ogóle ma talent? Czy tylko wyłącznie posiada ambicje? A te relacje pokazują jak powstaje muzyka. Nawet jeśli nie jest przystępna, popularna czy komercyjna.

Reżyser powoli prowadzi swoją narrację, dając czas na poznanie swoich bohaterów. Relacje między nimi oraz bardzo niekonwencjonalne metody tworzenia dają spore pole do tworzenia komediowych scenek. Ten balans między humorem a dramatem to prawdziwe spoiwo “Franka”. Tak samo jak bardzo niekonwencjonalna i fantastycznie brzmiąca muzyka, choć same teksty brzmią mocno absurdalnie. To wszystko angażuje oraz chwyta za serducho, tak jak fascynujący Frank (kapitalny Michael Fassbender) oraz to, jak jego umysł funkcjonuje. Jak jest w stanie tworzyć muzykę oraz obserwuje świat. Czyli jest bardzo porządnie, ale dla mnie zaskakujące było zakończenie i poznanie kim jest Frank. Oraz jak on wygląda.

Fantastycznie zagrany też jest. Fassbender miał o tyle trudne zadanie, że wszelkie emocje mógł wyrazić tylko głosem. I zrobił to absolutnie znakomicie. Nawet przyziemny (w porównaniu z resztą) Domhnall Glleson radzi sobie bardzo dobrze jako ambitny oraz troszkę egoistyczny Jon. Widać, że zależy mu na uznaniu, ale też na sławie, popularności, co może się mocno odbić. Równie wyborni są grający na drugim planie Scoot McNaily oraz Maggie Gyllenhaal, którzy potrafią rozsadzić ekran samym pojawieniem się.

“Frank” jest bardzo zaskakującym filmem okołomuzycznym, gdzie muzyka jest istotnym elementem. Ale nie najważniejszym. Jest wiele świetnych dialogów oraz poruszających scen, ale zakończenie jest największą niespodzianką oraz daje masę satysfakcji. Małe, mądre, świeże kino niezależne.

8/10

Radosław Ostrowski

Babyteeth

Ten film miał wiele elementów, które mogłyby odstraszyć. Bo mamy tutaj poważnie chorą nastolatkę, przypadkowo poznanego chłopaka oraz próbującymi jakoś sobie z tym poradzić rodzicami. Brzmi jak coś ogranego? Pewnie widzieliście filmy w rodzaju “Gwiazd naszych wina”, ale debiutantka z Australii ma inny pomysł.

Shannon Murphy zamiast próbować stosować emocjonalny szantaż i podkręcać tragedię, woli obserwować. Skupia się na dziewczynie, która z jednej strony chce czerpać z życia ile się da. Z drugiej jednak skrywa w sobie lęk. Już w pierwszej scenie na dworcu można zobaczyć pewną niejednoznaczność. Dziewczyna wydaje się spokojnie, ale nie mogłem pozbyć się wrażenia, że to mogła być próba samobójcza. Ale wtedy pojawia się on: Moses. Wygląda dość dziwacznie, matka nie chce go znać, ale coś do niego ją ciągnie. Tylko, że jej rodzice (matka pianistka, ojciec psychiatra) nie są zbyt zadowoleni.

Historia jak widać jest prosta jak konstrukcja cepa. Ale wszystko tak naprawdę leży w formie: troszkę dokumentalnej, gdzie kamera niemal cały czas skupiona jest na twarzach. Cała historia bardziej wygląda jak ciąg scenek, powoli odkrywając kolejne wydarzenia. Wszystko poprzedzone jakimś tekstem, krótko opisującym kolejne wydarzenie. Reżyserka pozwala wybrzmieć każdej scenie i pokazuje jak jej otoczenie reaguje na jej chorobę oraz nawrót. Rodzice próbują ją chronic, sami faszerują się lekami (ojciec ma łatwy dostęp), ale czy to pomaga w oswojeniu sytuacji, w której rodzice prawdopodobnie przeżyją swoje dziecko. Jest poważnie, lecz nie brakuje tutaj odrobiny humoru oraz momentów pełnej magii (scena tańca w dyskotece), przez co nie można oderwać oczu. Dlatego te sceny wydają się takie szczere, nawet kiedy dochodzi do dramatycznych momentów.

To także jest zasługą fantastycznego aktorstwa. Absolutnie błyszczy tutaj Eliza Scnalen, której Milla elektryzuje samą swoją obecnością. Ma w sobie wiele siły, choć na taką nie wygląda i wydaje się typową nastolatką. Ze swoimi marzeniami oraz pragnieniami, które mogą się nie spełnić. Jeszcze większą niespodzianką okazał się Toby Wallace jako Moses. Chłopak, którego rodzice nie chcieliby, żeby spotykał się z ich córką – buntownik, diler, skonfliktowany z matką. Im dalej w las, tym ta postać zyskuje głębi, a relacja z Millą pokazuje jego inne oblicze. Subtelność w pokazaniu tej ewolucji jest zaskoczeniem, pokazanym bardzo przy ziemi. Z drugiego planu najbardziej wybija się Ben Mendelsohn jako ojciec-psychiatra. Wydaje się mieć leki na wszystko (dając je żonie oraz córce), ale pod tym spokojem oraz opanowaniem kryje się zagubienie oraz strach. Bardzo mocna rzecz.

“Babyteeth” początkowo wydaje się ograną i znajomą historią. Ale im bliżej się przyjrzeć, debiut Murphy ma o wiele więcej do zaoferowania, unikając wszelkich klisz, schematów dla tego szablonu. Małe i skromne, lecz mające dużo do powiedzenia kino.

8/10

Radosław Ostrowski

Betty – seria 1

Pozornie Betty wydaje się zwykłym imieniem żeńskim. Ale w subkulturze skejterów jest to określenie dziewczyny jeżdżącej na deskorolce, używane przez facetów w celu obrażenia ich czy zdyskredytowania ich umiejętności. Czy oznacza to jednak, że po tym skulone wracają do domów? O nie, nie, nie. O tej paczce z Nowego Jorku opowiada nowy serial od HBO. A właściwie powinienem powiedzieć serialik, bo jest krótki (6 odcinków po pół godziny), ale za to treściwy.

Paczkę tworzą cztery dziewczyny, z których dwie znają się w zasadzie od bardzo dawna. Reszta dołącza do nich, choć nie jest to takie łatwe. Janay jest twarda, silna i uparta, a razem z przyjacielem (oraz pierwszym chłopakiem) prowadzi kanał na YouTube. Jej kumpelą jest Kirt, która mentalnie troszkę przypomina dziecko i bywa bardzo porywcza, stając w jej obronie. Honeybear jest bardzo uzdolniona plastycznie oraz filmuje jazdy, ale o pasji skejterskiej nie wie jej rodzina. Dołącza do nich pochodząca z zamożnej rodziny Indigo, która handluje dragami. Niejako z boku obserwujemy inteligentną oraz najbardziej doświadczoną Camille, trzymająca bardziej z chłopakami. Chociaż chciałaby dołączyć do grupy.

Fabuły jako takiej nie ma, co wydaje się celowym zabiegiem twórczyni oraz reżyserki Crystal Moselle. Choć zapalnikiem staje się nieudana sesja dla skejterek oraz poszukiwanie zaginionego plecaka, ale to początek. W zasadzie “Betty” bardzo balansuje między skromnie zarysowaną fabułą a bardziej dokumentalną czy wręcz teledyskową stylistyką. To ostatnie najbardziej widać w scenach jazdy na desce, gdzie większość z nich jest kręcona w slow-motion do rytmu piosenki. I to dodaje pewnego klimatu, wręcz lekkości, przez co “Betty” niespiesznie płynie od sceny do sceny. Ale co najważniejsze, pozwala także poznać nasze bohaterki oraz tło. A jest ono bardzo zróżnicowane pod względem społeczno-majątkowym, a także etnicznie czy orientacji seksualnej.

Ale co najbardziej dziwi, mimo poruszania poważnych spraw jak oskarżenie o molestowanie, walka o szacunek oraz prawo do rozwijania swojej pasji, nie jest to wykrzykiwane wprost. Nie jest to moralitet czy zabawa w publicystykę, a wszystkie te tematy niejako są częścią opowieści. Tak po prostu, w sposób naturalny oraz nienachalny. Być może ta przyziemność formy oraz spokojne tempo może wielu zniechęcić, tak samo jak jego nienachalność. Dla mnie jednak to bardzo duży powiew świeżości, chociaż trzeba się do tego przestawić. Tak jak do tego, że technologia, będąca częścią życia tego pokolenia jest pokazywana jako narzędzie czy jakiegokolwiek osądzania przez reżyserkę.

Polubicie “Betty”, jeśli szukacie opowieści o fajnych babeczkach z poważnymi wątkami w lekkiej formie. Świetnie zagrany przez naturszczyków oraz pełen pozytywnej energii, której troszkę dzisiaj brakuje. Od razu mówię, że zamówiono drugą serię, więc nie mogę się doczekać.

7,5/10

Radosław Ostrowski