Big Bang

Kolejne dzieło Kondratiuka i kolejny film telewizyjny, który wprawił mnie w zadziwienie. Skromna produkcja toczy się w domu jednego z wiejskich gospodarzy. Trwa noc, ciemności otaczają wszystko. Wszystko zmienia pojawienie się Janka, kuzyna gospodarzy Wrońskich z porażającą wiadomością: nad polem gospodarzy wylądowało UFO. Czy aby na pewno? Może Janek podchmielony i ma majaki? Nie, bo coś rzeczywiście świeci na polu. Mężczyzna wyrusza do sołtysa, by razem się naradzić, co zrobić i jak przywitać gości.

Wszystko ogranicza się do domu Wrońskich, więc osoby spodziewające się pełnego efektów specjalnych SF nic mają tu czego szukać. Można odnieść wrażenie jakby się oglądało spektakl teatralny. Masa dialogów, kamera niemal skupiona na twarzach postaci (czasem wręcz zasłaniają cały ekran), bardzo ograniczona przestrzeń. Wszystko jest tak naprawdę tylko pretekstem do nocnych rozmów z alkoholem w tle. O czym? Trudno ubrać to wszystko w jedno zdanie, ale spróbujmy: o pierwszym kontakcie, kto ma z nimi rozmawiać aż w końcu dochodzi do kwestii filozoficznych. Innymi słowy jest to Polaków portret własny. Poza gospodarzami i ich krewnym bierze w tym wszystkim udział naukowiec, właścicielka sklepu, sąsiad (jako jedyny widzi z bliska statek zwany jajcem) oraz – uważany za najmądrzejszego mieszkańca – pastuch. I to doprowadza do bliższego przyjrzenia się każdemu z bohaterów, którzy mają swoje przywary, pewne kompleksy oraz tajemnice. Jak każdy z nas. I jak się w tym wszystkim zachować.

Realizacyjnie też widać poziom telewizyjny: bardzo ciasny obraz, rozmyte kolory, klimat spotęgowany przez „przemielone” dźwięki od Eugeniusza Rudnika. I początkowo może się wydawać to zabawne, dialogi pełne gwary, zabawne powiedzonka. Jednak im dalej w las, tym więcej bardzo wnikliwych obserwacji i wręcz brutalnych stwierdzeń. Pod tym względem wybija się monolog o ludzkości w wykonaniu Romana Kłosowskiego (pastuch Kazimierz) zakończony ironicznym stwierdzeń, że „mamy czym pochwalić się kosmitom – Hiroshima, Oświęcim, Nagasaki”. Cała obsada tu błyszczy, bo tu mamy zarąbiste towarzystwo: Ludwik Benoit, Zofia Merle, Janusz Gajos, Zdzisław Kozień, Franciszek Pieczka, Roman Kłosowski i Iga Cembrzyńska. A wszystko jest zakończone w najbardziej nieobliczalny, zaskakujący sposób.

„Big Bang” mnie wzięło z zaskoczenia i takiego pierwszego kontaktu z cywilizacją pozaziemską nie było. Niby śmiesznie, ale przerażająco poważnie, gorzko, wręcz strasznie. Nie przeszkadza ani skromny budżet i brak kosmitów. Wybuchło z hukiem.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wniebowzięci

Andrzej Kondratiuk dla mnie jest tak naprawdę niezbyt znanym filmowcem. Innymi słowy, styczność z jego kinem w moim przypadku była praktycznie zerowa. W końcu przychodzi moment zapoznania się z dziełami tego reżysera. Padło na telewizyjnych „Wniebowziętych” z duetem Zdzisław Maklakiewicz/Jan Himilsbach w rolach głównych.

Panowie już wcześniej tworzyli wyrazisty duet przy „Rejsie”, więc nic dziwnego, iż później parę razy łączono tych aktorów razem. Panowie tym razem grają dojrzałych facetów po przejściach, którzy w zasadzie nie osiągnęli nic. Ale pewnego dnia los się do nich uśmiecha i wygrywają pieniądze w totolotku. Co z nią zrobią? Mają bardzo proste marzenia – chcą pierwszy raz polecieć samolotem. Tak bardzo im się spodobał ten lot, że na jednej podróży samolotem się to nie skończy.

W sumie to tyle, bo fabuły jako takiej ten film nie ma. Kondratiuk rzuca bohaterów w kolejne podróże i eskapady, dając im pewną namiastkę szczęścia. Czy aby jednak na pewno? Miałem wrażenie jakbym oglądał dokument, gdzie kamera łapie fragmenty z życia. Nieważne, czy mówimy o pierwszej kontroli celnej, zapoznaniu dwóch dziewczyn w Rzeszowie, spędzonej nocy w hotelu. Nie brakuje tutaj humoru, jednak nie zmienia on dość cierpkiego czy wręcz melancholijnego klimatu.

Pod tym wszystkim Kondratiuk pokazuje poczucie straconego czasu czy zmarnowanego życia. Że nie osiągnęło się nic – bo rodziny nie ma, z pracą też nie za dobrze. To co wtedy pozostaje? Wydaje się, że odpowiedzią jest przyjaźń. I to wsparcie panów granych przez Maklakiewicza oraz Himilsbacha staje się największą wartością. Czuć tą relację niemal od razu, nie trzeba do tego żadnych słów, by w to uwierzyć. I jak na dość krótki czas trwania, „Wniebowzięci” są zaskakująco bogaci treściowo. Jak macie wolne trzy kwadranse, macie propozycję.

8/10

Radosław Ostrowski

Spis cudzołożnic

Kraków – serce polskiej inteligencji, gdzie toczy się akcja debiutu reżyserskiego Jerzego Stuhra. Nakręcony w 1994 roku „Spis cudzołożnic” oparty jest na powieści Jerzego Pilcha i jest skromną produkcją telewizyjną. Wszystko skupia się wokół Gustawa (w tej roli sam Stuhr) – wykładowca akademicki, protestant z wyznania, który dostaje zadanie od dziekana. Oprowadzenie szwedzkiego kolegi o fachu przez Kraków. Cudzoziemca nie interesuje jednak poznawania zabytków i historii miasta, lecz dwie rzeczy: alkohol oraz kobiece towarzystwo.

spis cudzoloznic1

Niby można wziąć jakąś panienkę z ulicy, sex shopu czy innego burdelu. Gustaw jest jednak bardziej sentymentalny i trzyma notes z numerami telefonów – tytułowy spis cudzołożnic. Tylko, czy nie jest już trochę za późno na takie spotkanie po latach? Jak mawiał filozof starożytny – drugi raz nie można wejść do tej samej rzeczy. Ta nocna eskapada po Krakowie staje się pretekstem. I nie chodzi tylko o dyskusję na polu intelektualnym w kwestii relacji damsko-męskich czy jak sobie poradzić z kochankiem. Nie chodzi nawet o picie w knajpach, ale po prostu wspomnienia. Pierwsze miłości, fascynacje erotyczne, pierwsze klęski i zderzenie z rzeczywistością – wszystko polane alkoholem oraz bardzo melancholijnym klimatem.

spis cudzoloznic2

Stuhr pokazuje swojego bohatera jako zagubionego safandułę z pokolenia ’68 – jeszcze pamiętającego ostatnie, brutalnie działania systemu. Są one wspominane, lecz będące tylko tłem. Wszystko to okraszone miejscami zaskakującymi dialogami (wręcz monologami), mogącymi czasem sprawiać wrażenie bełkotu. Jednak parę momentów zapada mocno w pamięć jak sytuacja z „Posępną Okularnicą” czy próba dojścia do jednej z kobiet przez jej męża-psychiatrę. Zrobione jest to bardzo porządnie – zdjęcia Adamka budują specyficzny klimat, Stuhr w roli głównej radzi sobie bardzo dobrze, a panie nawet w drobnych rolach (m.in. Dorota Pomykała, Anna Radwan, Stanisława Celińska czy Małgorzata Hajewska-Krzysztofik) zapadają w pamięć.

spis cudzoloznic3

„Spis cudzołożnic” pozostaje w cieniu kolejnych, bardziej dojrzałych prób reżyserskich Stuhra. Niemniej debiut jest zbyt ciekawy, by go zignorować, choć nie wszyscy go zrozumieją. Może jak będę starszy o 20-30 lat będzie bardziej ze mną rezonował.

6/10

Radosław Ostrowski

Konopielka

Witold Leszczyński drugi raz – po „Żywocie Mateusza” – wraca na wieś. Znowu wszystko wydaje się w formie ascetyczne, proste, ale wyrafinowane w formie. Jednak tutaj nie skupiamy się na dwóch osobach, lecz na całej wiosce podlaskiej. Taplary się nazywa i tam mieszka Kaziuk z żoną, syna oraz świeżo urodzoną córką. Wszyscy żyją ze sobą w zgodzie, tworząc jedną wspólnotę, opierając się na silnej tradycji. Z dala od szeroko rozumianej cywilizacji, pełnej zgnilizny i zepsucia. Spokój jednak ma to do siebie, że nie jest dany raz na zawsze i do wsi pojawia się postęp. A mówiąc dokładnie w postaci delegatów – potrafiącego trafić do ludzi wójta, stawiającego na przymus modernizacji urzędnika oraz pani nauczycielki. Ta ostatnia zostaje na wsi w celu edukowania i zostaje przydzielona na kwaterę… Kaziukowi.

konopielka1

Chyba już wiecie w jakim kierunku to zmierza. Zderzenie szeroko rozumianej tradycji z nowoczesnością, gdzie wynik wydaje się oczywisty do przewidzenia. Leszczyński jednak nie idzie tutaj na łatwiznę, pokazują prosty i oczywisty podział. Że skoro wieś zacofana, to musi być prymitywna. Ale czy oznacza, że jest zła? Może i nie są piśmienni, czasem zbyt dosłownie biorą wypowiadana do nich słowa, zaś ich wiara oraz przywiązanie do tradycji jest bardzo silne. Nawet jeśli te przekonania wydają się brzmieć idiotycznie (że nie ścina się drzewa przy domu, bo to jak zabić członka rodziny czy znajdujący się na górce złoty koń), bo bez nich to co zostaje? O tym opowiada sam dziad, przybywający do wsi: „Oszukaństwo, złodziejstwo, kurestwo”.

konopielka2

Reżyser przygląda się z ciekawością tej konfrontacji. Wszystko z perspektywy Kaziuka (fantastyczny Krzysztof Majchrzak), który jest typowym chłopem: co on powie, jest święte. Czasem bywa porywczy i rzuci obelgą albo uderzy, jednak czuje symbiozę ze swoim małym światem. Na wszystko nieznane i obce podchodzi z wrogością jak w scenie, gdzie rodzina próbuje pierwszy raz jeść z osobnych talerzy i sztućców zamiast jednej miski. Więc jakim cudem dochodzi do przemiany? Jak mawiał klasyk: „Na początku była chuć”, czyli pani Jola przyszła (debiutująca Joanna Sienkiewicz) i zamęt w umyśle Kaziuka sprawiła. Najpierw w snach jako naga kusicielka niczym Ewa z Edenu, aż w końcu to przez fascynację erotyczną mężczyzna łamie dawne tradycje. Najpierw ściga drzewo przy domu – po tym jak pękła gałąź, z której podglądał kobietę – aż w końcu robi niewyobrażalne: zaczyna ścinać żniwa kosą zamiast sierpem. I to doprowadza do tragedii.

konopielka3

Mimo dotykania ważnego tematu, Leszczyński nie boi się sięgać po humor. Głównie za pomocą użytej gwary oraz zderzenia dawnego z nowym. Niby zabawne, lecz ten śmiech zaczyna utykać w gardle, bo odpowiedzi tu jednoznacznie brak. Nawet finałowa scena daje pole do interpretacji. Tak jak cały film, pełen goryczy i pewnego wyczuwalnego fatalizmu. Frapujące kino, ciągle aktualne.

7/10

Radosław Ostrowski

Każdy ma swoje lato

Mam wrażenie, że za dużo razy oglądam filmy na temat Polski tzw. prowincjonalnej (czytaj: znajdującej się poza wielkimi miastami jak Warszawa), że ciężko jest wymyślić coś nowego na ten temat. Bo wiadomo, że jest brak perspektyw, mentalność hipokryczno-katolicka oraz łatwiej zakopać rodzinne tajemnice. O czymś zapomniałem? No tak, musi być osoba z zewnątrz, która obserwuje całą sytuację. I w zasadzie mamy film „Każdy ma swoje lato” Tomasza Jurkiewicza.

kazdy ma swoje lato1

Tzw. fabuła skupia się na dwóch, a w zasadzie trzech postaciach. Pierwszą jest Mirek (Nicholas Przygoda) – młody chłopak pracujący w markecie, przy dziale mięsnym. Mieszka razem z dziadkami, gdyż rodzice zmarli dawno temu. Babcia gra na organach w kościele, zaś dziadek ma demencję. Albo inną chorobę, przez którą nie kontaktuje. Słabo jest. I do tego miasteczka trafia do oazy dziewczyna – Agata (Sandra Drzymalska), która pracuje w kuchni. Chłopak zaczyna bujać się w dziewczynie, do tego dziadkowi przypomina kogoś o imieniu Marysia. O kogo chodzi? Cóż, nie obchodziło mnie to.

kazdy ma swoje lato2

Sam film bardziej przypomina zbiór niepowiązanych zbyt mocno ze sobą wątków, przez co rozjeżdża się na niemal wszystkie strony. Z jednej mamy chłopak zmuszonego do wspólnego przebywania z dziadkiem. A w zasadzie wykorzystującym obecność dziadka do podrywania dziewczyny (to jest trochę poniżej jakichkolwiek standardów i brzmi ohydnie). Z drugiej nową dziewuchę, o której nie wiemy wiele, oprócz bycia zbuntowaną. Jak to wygląda? Chodzenie w luźnych ubraniach, by sprowadzać dziewczyny na ścieżkę deprawości. W sensie, że młodsze dziewczynki zaczną nosić to samo, co ona. Chyba. I są tylko same dziewuchy w wieku szkolnym, żadnych nastolatek czy młodych kobiet. To jest wręcz zastanawiające. Jest jeszcze drobny wątek związany z konserwatorem, mającym naprawić organy, co kończy się – uwaga, nie spodziewacie się – romans mężczyzny z babcią. Dość brutalnie zakończonym. Jeszcze jest zakład związany z… pozbyciem się kolczyka z pępka Agaty, ale na samą myśl czuje się dziwnie.

kazdy ma swoje lato3

Sporo jak na produkcję trwającą nieco ponad godzinę, jakby reżyser chciał na siłę upchnąć wszystko. To oznacza jedno: chaos większy niż na polu bitwy. Albo należałoby film wydłużyć, albo parę rzeczy powyrzucać i skupić się na dwóch, istotnych wątkach. Co oznacza, że czas przy tym filmie straaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaasznie się dłuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuużył. Jest tak źle, że nawet realizacja czy aktorzy nie są w stanie podnieść filmu na wyższy poziom. Pozbawiony jakiegokolwiek sensu, zakończenia oraz życia burdel, który nigdy nie powinien powstać. Przynajmniej nie w takiej formie.

3/10

Radosław Ostrowski

Jak najdalej stąd

Znów dziś myślałem o emigracji/To jest melodia mojej generacji – ten fragment piosenki „Jazz nad Wisłą” T. Love skojarzył mi się z najnowszym filmem Piotra Domalewskiego. Opowieść o rodzinie, gdzie jeden z członków familii wyjechał do pracy poza kraj. Wszystko widzimy z perspektywy 17-letniej córki Oli. Dziewczyna stara się zdobyć prawo jazdy, ale jej nie wychodzi. Ojciec pracuje w Irlandii, zaś matka opiekuje się sparaliżowanym bratem dziewczyny. Niestety, pewnego dnia przychodzi najgorsza możliwa wiadomość: ojciec ginie w wypadku. Matka decyduje, że Ola – jako znająca język angielski lepiej niż ona – odbierze ciało mężczyzny na pogrzeb do kraju.

Domalewski niejako kontynuuje tematykę, którą zaznaczył już w debiutanckiej „Cichej nocy” – emigracji ekonomicznej. Jednocześnie „Jak najdalej stąd” to kino inicjacyjne, gdzie bohaterka powoli zaczyna poznawać rodzica, o którym niewiele wie. Jest jeszcze jeden haczyk dla niej: schowane i odkładane przez ojca pieniądze dla niej na samochód. I to byłaby dla niej szansa na wyrwanie się z tego domu oraz szansę na usamodzielnienie się. Zderzenie się jednak z nowym światem oraz inną rzeczywistością nie przebiegnie ani tak gładko, ani szybko jak sądzi.

Film dotyka poważnych spraw, jednak nie jest śmiertelnie poważny. Nie brakuje w dialogach humoru, brzmią one bardzo naturalnie. Domalewski niby opowiada historię jakich mogliśmy usłyszeć i zobaczyć tysiące. Komplikacje związane z brakiem pieniędzy oraz biurokracją mogą wydawać się początkowo szablonowe. Ale nie miałem żadnego poczucia sztuczności, zaś zaradność i spryt naszej bohaterki (fantastyczna w swojej roli debiutantka Zofia Stafiej – zapamiętajcie to nazwisko!!!). Czasami nie zawsze działającej na granicy prawa. Wszystko to pokazuje jedno: ewolucję jej charakteru. Z bycia tą roszczeniową, co jej się należy do próbującej zrozumieć jej ojca, bliżej go poznać. Jakby próbowała nadrobić ten bezpowrotnie odebrany czas. W tych drobnych momentach reżyser przypomina Kena Loacha.

Wielu osobom może przeszkadzać pewna epizodyczność konstrukcji scenariusza, ale dla mnie nie był to żaden problem. Dopóki bliżej poznaję Olę oraz to jak mimo przeciwności losu robi wszystko w osiągnięciu celu. Realizacyjnie idzie to w stronę wręcz dokumentu, z rzadkimi chwilami muzyki (pianistyczne pasaże Hani Rani) oraz wyrazistym drugim planem (film kradnie Arkadiusz Jakubik jako pośrednik pracy Mazurek). Bardziej złapał mnie debiut, niemniej drugi film potwierdza talent Domalewskiego. Nie mogę się doczekać kolejnych produkcji tego reżysera, a zakończenie jest w punkt.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Sukcesja – seria 2

Kolejny sezon medialnej „Gry o tron” można uznać za zakończony, czyli medialne imperium Royów ma bardzo poważne kłopoty. Wszystko przez „niedźwiedzi uścisk”, czyli próbę przejęcia przez wrogów firmy z wsparciem Kendala. Ten ostatni wycofał się z powodu pewnego skandalu podczas wesela siostry, aferka jednak została zatuszowana przez ojca. Teraz mężczyzna jest na odwyku i wszystko zaczyna się w momencie powrotu do domu. Zagrożenie jednak ciągle istnieje, a reszta rodziny szuka sposobu na rozwiązanie sytuacji. Czyżby próba kupna innej firmy medialnej z tradycjami okaże się wyjściem z sytuacji?

Drugi sezon kontynuuje opowieść o toksycznych bogaczach, którym wolno więcej. A przynajmniej w to wierzą, ale zamiast poznawania ich jestem rzuceni w siatkę intryg oraz wewnętrznych rozgrywek. Bo nadal toczy się tutaj walka o sukcesję, a twórca rozwiązania może być potencjalnym zwycięzcą tej rozgrywki. I zabawa zaczyna się od nowa, zaś potencjalni kandydaci (bardzo ambitna Shiv, prymitywno-prostacki Roman, niemal wycofany Kendall wydaje się nie liczyć) dwoją się oraz troją nad sposobem. Nadal serial pozostaje czarną komedią i satyrą nie tyle na medialnych magnatów, co na reprezentujący ich kapitalizm, skupiony na maksymalizowaniu zysków oraz zasobów. Człowiek jest albo tylko ograniczony do przynoszenia zysków, a kiedy staje się balastem, trzeba się go pozbyć. Nie ma tutaj miejsca na bycie, a każdy ma swoją maskę (albo kilka).

Kiedy wydaje się, że sprawa zostanie rozwiązana, pojawiają się kolejne przeszkody i to pomaga w budowaniu napięcia. No tak, „Sukcesja” ma wiele z thrillera, gdzie nie do końca wiemy komu zaufać czy kibicować. A nad wszystkim czuwa bardzo bezwzględny Logan „Fuck off” Roy (wyborny Brian Cox), będący wręcz tyranem oraz manipulatorem, którego intencje i myśli niemal cały czas są nieodgadnione. I lubi rozstawiać wszystkich po kątach („dzik na podłodze”) – niby starzec, ale ciągle walczący, działający podstępem, walący prosto z mostu. Bo w tej walce miejsca na etykę nie ma, liczy się skuteczność, bez względu na więzy krwi, przyjaźnie czy lojalność. O dziwo, nadal jest parę chwil, w których możemy obserwować bohaterów albo będących w samotności (Kendall), jak w otoczeniu bliskich, co pozwala na pokazanie im innej twarzy niż brutalnych harpii.

Czy aby jednak na pewno? To pytanie dotyczy głównie Shiv (nadal zjawiskowa Sarah Snook) z jej mężem Tomem (rozbrajający Matthew Macfadyen), będącym diaboliczną mieszanką ambicji, głupoty i niekompetencji. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że jemu bardziej zależało na wpływach oraz pozycji niż na swojej żonie, czego chyba ona nie dostrzega (albo nie chce dostrzec). Jest jeszcze najbardziej cyniczny, wręcz hedonistyczny Ronan (fenomenalny Kieran Culkin), pokazujący, iż jest w stanie poradzić sobie z trudną sytuacją (próba zdobycia funduszy w Turcji, gdzie hotel był otoczony uzbrojonymi ochroniarzami), a także pozornie pierdołowaty kuzyn Greg (świetny Nicholas Braun), będący asystentem Toma. Ale to chyba nie do końca prawda? Najstarszy syn Connor, w ogóle nie liczy się w tej grze i sprawia wrażenie najbardziej oderwanego od rzeczywistości z ambicjami prezydenckimi. To daje duże pole komediowe, wykorzystane bezwzględnie przez twórców.

No i jest też kilka nowych postaci: działająca w tajemnicy przed swoją rodziną Rhea Jarrell (niezawodna Holly Hunter), wspierający radą prawnik Laird (solidny Danny Huston) czy trzymająca się tradycji Nan Pierce, mająca być potencjalnym wyjściem z sytuacji (mocna Cherry Jones). Każda z nich jest bardzo solidnym wsparciem dla całej skomplikowanej opowieści, odnajdując się tutaj jak ryba w wodzie.

Drugi sezon bije poprzedni na głowę. Bardziej zwarty scenariusz, cudowna realizacja z nerwową kamerą oraz elegancką muzyką w tle trzyma jeszcze bardziej w napięciu, jednocześnie dając sporo humoru (ironicznego, czarnego, smolistego). A wszystko kończy się przewrotnym cliffhangerem oraz enigmatycznym uśmiechem Logana. Jak dalej potoczy się walka? Nie mogę się doczekać kolejnego sezonu.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Nastoletnie łowczynie nagród

Sterling i Blair są siostrami bliźniaczkami, które mieszkają gdzieś na południu USA. Obie chodzą do prywatnej szkoły katolickiej, choć różnią się charakterem jak noc i dzień. Sterling to blondwłosa, oddana szkole, wierząca dziewczyna umawiająca się z chłopakiem Luke’m. A na randkach nie kończy się tylko na rozmowie. Z kolei Blair jest ciemnowłosym wulkanem energii, poddającym w wątpliwość wszystko dookoła. Dziewczyny wracając ze schadzki zderzają się z innym autem, ściganym przez łowcę nagród. Mężczyzna o nazwisku Bowser proponuje im połowę kasy, ale siostry chcąc zarobić na naprawę auta, decydują się zatrudnić u mężczyzny, szkoląc się fachu.

Netflix, sensacja plus nastoletnie klimaty w słodko-gorzkim sosie? To brzmi jak sen wariata albo kompletny niewypał. Jednak odpowiedzialna za ten serial Kathleen Jordan robi coś, co rzadko się sprawdza: sprawnie lawiruje między różnymi niepasującymi do siebie elementami, by wszystko tworzyło bardzo spójną całość. Bo jak połączyć życie nastolatek ze ściganiem bandziorów? Bo to są przecież dwa różne światy. Dlatego jest to okraszone humorem i lekko satyrycznym spojrzenie na konserwatywne społeczeństwo, zafascynowane bronią oraz ślepo wierzące w Biblię. To drugie przynajmniej tylko w teorii, bo praktyka idzie innymi drogami. I odkrywanie tych sprzeczności zmusza nasze siostrzyczki na zmianę perspektywy.

Równie ciekawe są same sprawy zbiegów. Z jednej strony są bardzo przyziemne, tu nie ma zakapiorów spod ciemnej gwiazdy czy ściganych przez FBI baronów narkotykowych lub innych poważnych zbirów. Z drugiej zdarza się wiele niekonwencjonalnych pomysłów (ukrywający się w domu spokojnej starości fałszerz, ciągle wymykająca się striptizerka czy kobieta ścinająca głowy pomnikom bohaterów Konfederacji). Ale jednocześnie jest tutaj pewna rodzinna tajemnica, którą Blair odkrywa przypadkiem. Nie brakuje napięcia, humoru, a ostatnie odcinki to wręcz petardy. A wszystko kończy się mocnym cliffhangerem, ale – niestety – serial został skasowany, więc nie poznamy ciągu dalszego.

Jednocześnie interakcja między dziewczynami a łowcą nagród Bownserem jest dla mnie najsilniejszym punktem całości. Początkowo mężczyzna (świetny Kadeem Hardison) jest wobec nich szorstki jak na szefa przystało, jednak z czasem ewoluuje. Bowser – zgorzkniały, surowy facet z przeszłością – staje się troszkę kimś w rodzaju przyjaciela oraz powiernika, któremu dziewczyny nawet próbują pomóc w sprawach niezawodowych. Równie świetny – choć prostym – patentem są sceny, kiedy siostry „przekazują” sobie myśli. Nawet kiedy nie są blisko siebie, co może pasować do teorii, że bliźniacy wiedzą i czują, co się dzieje z drugim. Pokazane jest to za pomocą „rybiego oka”, gdzie dokładnie widać twarze bohaterek.

Jeszcze bardziej sprzedaje to chemia między dziewczynami (fantastyczne Anjelica Bette Felini oraz Maddie Phillips), bez której ten serial byłby przerysowany, groteskowy i niewiarygodny. Obie są bardzo przekonującymi postaciami ze swoimi problemami, dylematami oraz wyrazistymi charakterami. To postacie z krwi i kości, bez popadania w jakąkolwiek granicę przesady. Ich przekomarzania, dyskusje, a nawet jedna siarczysta awantura daje im wiele wiarygodności. Także pozostałe drugoplanowe role są co najmniej solidne i trudno wskazać mi słabe ogniwo.

„Nastoletnie łowczynie nagród” brzmią jak coś wzięte z jakieś wariackiego komiksu. To bardzo solidna rozrywka, sprawnie balansująca między nastoletnimi dylematami, sensacją a komedią. Potrafi czasem poruszyć, nie przynudza, nawet posiada odrobinę napięcia. Mała, ale sympatyczna niespodzianka od Netflixa.

7/10

Radosław Ostrowski

Już nie żyjesz – seria 1

Dawno nie trafiłem na taką postać jak Jen. Pracuje jako agentka nieruchomości, sama wychowuje dwóch synów po śmierci męża i jego wściekła na cały świat. A jedyne, na czym jej zależy to dorwanie sprawcy. No i nie znosi pokazywać żałoby, tylko chce iść dalej. Podczas uczestnictwa w grupie wsparcia dla żałobników poznaje Judy – postrzeloną kobietę, wydającą się nie pasować do tego miejsca. Z czasem tworzy się między nimi silna więź, a nawet kobieta staje się częścią rodziny wdowy. Problem w tym, że nowo poznana przyjaciółka skrywa ciężką tajemnicę.

Kolejny serial Netflixa, który przeoczyłem w dniu premiery, a nadrobiłem niedawno. Produkcja Liz Friedman to czarna komedia o dziwnej, szorstkiej i niełatwej przyjaźni dwójki kobiet. Pierwsza to napędzana gniewem wdowa, pragnąca sprawiedliwości oraz dwójkę dzieci do utrzymania. Z kolei druga wydaje się pełną optymizmu kobietą przytłumioną przez swojego partnera oraz jego potrzeby. Wszystko obrane ironicznym, czasem bardzo ciętym humorem, dodając lekkości całego przedsięwzięcia. I to pozwala lepiej znieść opowieść o żałobie, a także jej różnych odcieni: od wyciszenia przez wściekłość. Ale co ciekawe, nie brakuje tutaj wątku quasi-kryminalnego. W przeciwieństwie do Jen dowiadujemy się kto za tym stoi (swoją drogą świetnie zrobione retrospekcje) – tak, jest to Judy – oraz prób ukrycia wszystkich poszlak. To dodaje pewne dodatkowe napięcie, tak jak odkrywanie wydarzeń z małżeństwa Jen i Teda. Bo że nie było idealnie, można było założyć spokojnie. A jednak kolejne sekrety (zdrada odkryta dzięki… grze komputerowej czy kłótnia przed wyjściem) nie są tylko czymś do odhaczenia, tylko potrafią uderzyć emocjonalnie.

Twórcy niby podążają ogranymi schematami i grają nimi w komediowym tonie, jednak nie brakuje poważniejszej refleksji. Zwłaszcza dotyczących samorealizacji oraz życiu w toksycznym związku. I to zderzenie – paradoksalnie – działa o wiele mocniej, niż gdybyśmy poszli tylko na poważnie lub na wesoło. Przez to „Już nie żyjesz” potrafi zaangażować, zaś każda postać jest wyraziście napisana i – co nie jest częste – nie ma tutaj miejsca na zapchajdziury czy zbędne wątki. Nawet parę irytujących postaci (jak chłodna i niepogodzona ze stratą teściowa oraz zbuntowany, nastoletni syn) mają kilka momentów pozwalających pokazać ich głębiej. A wszystko sprowadza się na mocnego finału z otwartą furtką na kontynuację.

To wszystko jednak by nie zadziałało, gdyby nie fenomenalnie dobrane odtwórczynie głównych ról. Christina Applegate (Jen) oraz Linda Cardellini (Judy) znakomicie się uzupełniają. Pierwsza – bardzo impulsywna, porywcza w rzeczywistości jest bardzo poraniona. Jest wiele tutaj momentów pokazujących jej delikatniejsze oblicze jak podczas oglądania zdjęć z miejsca śmierci męża czy gwałtowny wybuch podczas prezentacji domu, gdzie mogłem na chwilę wejść w jej umysł. Postać Judy to przeciwieństwo – życzliwa, pogodna, niemal optymistycznie nastawiona do życia. Jednak pod tym wszystkim skrywa się smutna, chcąca wykrzyczeć swój ból oraz przerażająco uległa kobieta. Autentycznie było mi jej żal i nie drażniła, choć teoretycznie powinna. Chemia między nimi jest prawdziwym paliwem napędowym tego serialu i bez niego by się posypało w proch.

Miejscami zabawne, miejscami poruszające, a miejscami brutalnie szczere spojrzenie na żałobę oraz przyjaźń. Jedna z niespodzianek w katalogu Netflixa i nie mogę się doczekać drugiej serii.

8/10

Radosław Ostrowski

Śniegu już nigdy nie będzie

Sam początek tego filmu jest bardzo zagadkowy. Widzimy jakiegoś mężczyznę wychodzącego z lasu, bardzo ciemnego, liściastego, ale sylwetka jest niewyraźna. Nie wiemy kim jest, skąd pochodzi i dokąd zmierza. W następnym ujęciu widzimy już mężczyznę jadącego czymś w rodzaju windą na pomost, a potem trafia do takiego osiedla gdzieś poza miastem, gdzie przebywa raczej grono dzianych ludzi. Więc nasz bohater o imieniu Żenia podejmuje się tutaj pracy jako masażysta. Z czasem jednak poza masowaniem robi rzeczy w rodzaju hipnozy, co pozwala lepiej poznać swoich klientów.

Moja relacja z Małgorzatą Szumowską jest raczej na zasadzie chłodnego dystansu. Większość jej filmów nie trafiała do mnie, oprócz „33 scen z życia”. Jej nowy film zrobiony wspólnie z operatorem Michałem Englertem został wystawiony jako kandydat do Oscara za film nieanglojęzyczny. W zasadzie „Śniegu już…” idzie tą sama ścieżką co „Body/Ciało”, czyli miesza komedię z dramatem, polewając sosem metafizycznym. Cała historia skupia się albo na interakcjach Ukraińca ze swoimi klientami albo na chwilach, gdy jesteśmy z nim sami w jakimś obskurnym lokum na osiedlu. A km tak naprawdę jest ten masażysta z okolic Prypeci? Bo poza masażem hipnotyzuje klientów, słucha ich, obserwuje, lecz wydaje się mocno nie ingerować w ich życie. Ale kto to jest? Hipnotyzer? Nowy Kaszpirowski? Naznaczony promieniowaniem facet z mocami? Oszust? A może kimś zupełnie innym?

Reżyserka nie daje jednoznacznych odpowiedzi, podrzucając tylko drobne okruszki. Jakieś drobne wspomnienia z matką, momenty użycia hipnozy, ale tak naprawdę niczego pewnego o nim nie wiemy. Nie możemy być pewni czy Żenia (intrygujący Alec Utgoff) w ogóle istnieje, co daje szerokie pole do interpretacji. Troszkę więcej wiemy o jego klientach, którzy są nieszczęśliwy, choć ich status materialny mówi coś zupełnie innego. Naznaczony wojną żołnierz (wyciszony Andrzej Chyra), sfrustrowana żona i matka (rewelacyjna Maja Ostaszewska), walczący z rakiem metodami konwencjonalnymi mężczyzna (wyrazisty Łukasz Simlat) czy skrajnie racjonalistyczna wdowa (cudowna Agata Kulesza). Nie wszyscy z nich mają równo tyle samo czasu, lecz Szumowska pozwala ich poznać bez dużej ilości dialogów.

Dodatkowo całość spotyka się z humorem, ale tym razem nie wywołuje tu dużego zgrzytu jak się wcześniej zdarzało (scena tańca baletowego czy magiczna sztuczka zrealizowana mastershotem). Także wizualnie „Śnieg…” prezentuje się najlepiej ze wszystkich filmów reżyserki. Świetnie wygrywany jest kontrast miedzy mieszkaniem Żeni a sterylnymi domostwami swoich klientów oraz czuć rozmiar osiedla.

Powiem szczerze, że nie miałem zbyt wielkich oczekiwań, szczególnie po obejrzeniu ostatniego filmu Szumowskiej. A tutaj reżyserka realizuje swój najlepszy film w karierze, z wieloma niezapomnianymi scenami oraz fantastycznym aktorstwem. Tajemniczy, intrygujący, wciągający oraz prowokujący do refleksji z enigmatycznym protagonistą. Aż boję się pomyśleć, co nowego zrobi Szumowska.

8/10

Radosław Ostrowski