After Life – seria 2

Netflixowy serial od Ricky’ego Gervaisa powraca. Tony nadal pracuje jako dziennikarz w lokalnej prasie i już nie myśli o samobójstwie. Próbuje jakoś funkcjonować w tym smutnym dla niego świecie, lecz tęsknota za zmarłą żoną jest czasem nie do przeskoczenia. Próbuje się otworzyć na innych, ale nie zawsze ma do tego cierpliwość. Spotyka się z pielęgniarką, opiekującą się jego ojcem, jednak nie zdecydował się na następny etap. Ciągle jego przyjaciółmi są koledzy z pracy, prostytutka oraz listonosz Pat (to ostatnie nie jest żartem).

after life2-1

Drugi sezon „After Life” niejako kontynuuje formułę z poprzedniej serii. To ciąg powtarzalnych scenek, przypominających rutynę naszego bohatera. Wstawanie, spacer z psem, praca i odwiedzanie kolejnego dziwacznego jegomościa, wizyta na cmentarnej ławce, odwiedziny ojca, powrót do domu, obejrzenie kolejnego nagrania żony, sen. Powtórz. Nie ma już tego cierpkiego humoru jak w poprzedniej części (poza wizytami naczelnego u porąbanego psychiatry), co troszkę zmienia klimat całości. Dominuje tutaj melancholia oraz życzliwy, ciepły humor, pełen refleksji. Ubarwieniem tej serii jest wątek kołka teatralnego w domu kultury. A szefem jest dziwak wśród dziwaków, czyli opowiadający bzdurne anegdoty Ken oraz mocny zwrot pod koniec serii. Osoby bardziej wrażliwe mogą się popłakać, więc bez chusteczek nie podchodźcie.

after life2-2

Ten sezon jest troszkę inny od poprzedniego, bardziej próbując się skupić na powolnym przebudzeniu. Jak inni ludzie radzą sobie z traumami, przez co Tony może zauważyć dość prostą i banalną prawdę. Że nie tylko on ma poważne problemy. Nieważne, czy to 100-latka pragnąca umrzeć, mężczyzna wrzuca listy do… skrzynki na psie odchody czy mężczyzna uważający się za 8-letnią dziewczynkę. Pozornie wydaje się to błahe wobec samotności Tony’ego oraz utworzonej przez niego bariery. Gervais prowadzi swoją narrację spokojnie i pozwala swojemu bohaterowi nawet się rozkleić, by przyjaciółce pokazać swój ból. Każda z postaci jest dobrze napisana i zagrana, przez co nikt nie jest obojętny. Kto wie, czym jeszcze mogą nas zaskoczyć i zadziwić (listonosz czy szef, będący w separacji). Ale czy będzie kolejna seria? Równie dobrze mogłoby się tutaj skończyć.

after life2-3

Więcej nic sensownego nie powiem, więc oglądajcie koniecznie. Gervais jest o wiele spokojniejszy, ale to nadal Gervais, który rozwija swój świat. Nie spodziewałem się, że aż tak mi się spodoba.

8/10

Radosław Ostrowski

Sokół z masłem orzechowym

Filmowcy lubią prezentować bohaterów, którzy są outsiderami, wyrzutkami i ludźmi spoza marginesu. Kimś takim jest Zak – 20-letni chłopak z zespołem Downa, który przebywa w domu starców. Jego wielkim marzeniem jest zostać wrestlerem, a jego idolem jest Red Salt Redneck. By osiągnąć swoje marzenia, decyduje się na ucieczkę. Po drodze trafia na poławiacza Tylera, który został zwolniony z pracy. Z zemsty podpala więc miejsce pracy i ucieka łodzią, odkrywając zbiega. W ślad za nimi wyrusza Eleanor, czyli opiekunka z ośrodka.

sokol z maslem1

Kolejny przykład amerykańskiego kina niezależnego, które chce bardziej skupić się na postaciach niż widowiskowości. „Sokół z masłem orzechowym” to jest klasyczne kino drogi, gdzie nasi bohaterowie – początkowo sobie obcy – zaczynają budować głębszą więź. Ciekawszy jest tutaj Zak, który chce zostać wrestlerem, ale ze względu na swoją przypadłość, trzymany jest w kloszu. Pozbawiony rodziny i przyjaciół, chce decydować sam o sobie, mimo przeciwności losu. Drugi bohater, Tyler też ma problemy. Niepogodzony ze stratą brata, bardzo konfliktowy, wydaje się bardziej zagubiony. Obaj zaczynają tworzyć intrygujący duet na zasadzie rodzeństwa, gdzie Tyler pełni rolę starszego brata. I ta relacja działa, ale kiedy dołącza do nich Eleanor, całość zaczyna nabierać większej dynamiki. Każde z nich zaczyna powoli uczyć się od siebie nawzajem. Że życie nie koniecznie musi być podporządkowane lekom oraz unikaniu jakichkolwiek niebezpieczeństw, lęków i obaw. I nawet jeśli nie da się uniknąć kłopotów (ścigający Tylera koledzy), łatwiej je znieść.

sokol z maslem2

Nawet jeśli pod koniec całość staje się coraz bardziej przewidywalna, a zakończenie nie satysfakcjonuje do końca – sprawia wrażenie bardzo urwanego – historia potrafi porwać swoim rytmem. Całość osadzono w Luizjanie, co widać w pięknie zarysowanych krajobrazach. Dużo rzek, w tle muzyka rozpisana na gitarę i banjo, mocno podniszczone domostwa – dosłownie jakbyśmy byli w zupełnie innej Ameryce. Bardziej prowincjonalnej, z dala od dróg, szos i wielkich miast, gdzie nawet wrestling wygląda amatorsko. Jednak w tym wszystkim czuć serducho i szczerość, mimo pewnych wad.

sokol z maslem3

Sytuację na tym polu ratują aktorzy z kapitalnym Zackiem Gottsagenem w roli głównej. Naturszczyk wypada fenomenalnie jako człowiek odrzucony przez społeczeństwo, ale pełen pasji oraz szczery. Chłopak tworzy fantastyczny duet z Shią LaBeoufem, który jako zagubiony, pełen gniewu i staje się kimś na kształt brata. Wspiera Zaka i pomaga mu się usamodzielnić, robiąc lepszą robotę jako opiekun niż Eleanor (zaskakująca Dakota Johnson), choć jest głębsza niż się wydaje na pierwszy rzut oka.

Powiem, że jestem nieźle zaskoczony tym filmem. „Sokół…” jest bardzo sympatycznym feel good movie, z ciepłym klimatem, postaciami do polubienia i niezbyt satysfakcjonującym zakończeniem. Przez większość czasu nie będzie to czas stracony.

7/10

Radosław Ostrowski

After Life – seria 1

Ricky Gervais to postać rozpoznawalna przez fanów brytyjskiego poczucia humoru. Bardzo specyficznego, czasami opartego na obrażaniu innych. Ja kojarzyłem go tylko z roli gospodarza ceremonii wręczenia Złotych Globów. Podczas ostatniej ceremonii komik wspominał o swoim serialu „After Life”, że dostarcza więcej rozrywki niż cała transmisja gali. Postanowiłem zaryzykować i sprawdzić z czym się je tą produkcję Netflixa.

after life1-1

Bohaterem tego serialu jest Tony – dziennikarz lokalnej gazety, któremu niedawno zmarła żona. Mieszka z psem, chory na Alzheimera ojciec przebywa w domu opieki, a on sam nie radzi sobie z tą pustką. Ciągle wypowiada na głos chęć popełnienia samobójstwa, jest opryskliwy, cyniczny, wręcz negatywnie nastawiony do wszystkiego. Ale czy ten stan wściekłości, gniewu i wkurwienia będzie trwał cały czas?

after life1-2

Trudno nazwać „After Life” serialem komediowym, bo i humor wynika tutaj ze złośliwości czy sarkazmu. Tony – grany przez samego Gervaisa – jest bardzo trudny do polubienia, nie tylko z powodu odczuwalnego bólu, ale bardzo dużego dystansu do całego otoczenia, odrzucając każdą formę pomocy. Zupełnie tak jakby po śmierci swojej żony wszystko przestało mieć jakikolwiek sens. Stąd takie a nie inne nastawienie. Coś, co on sam nazywa szczerością, inny traktują jako niekontrolowany gniew, furię, głęboką depresję. Kiedy poznajemy Tony’ego, jest w niej od dłuższego czasu, co widać po pustym, niesprzątanym mieszkaniu oraz samym spojrzeniu bohatera: jego zgaszonych oczach, niemal kompletnej obojętności na wszystko (włącznie z próbą okradzenia go przez dwóch gnojów) i wszystkich. Nieważne, czy mówimy o ojcu z Alzheimerem i opiekującej się nim pielęgniarce, szwagrze będącym także jego szefem czy koledze-fotografowi.

after life1-3

Każdy odcinek przypomina kolejny, normalny dzień: obejrzenie filmiku od żony na tablecie, śniadanie, wyprowadzenie psa, wizyta na cmentarzu, praca, odwiedziny ojca, wieczór. I wszystko jest tutaj odhaczane jakbyśmy oglądali sitcom. Nawet zestaw gagów wydaje się utrzymany w podobnym tonie (rozmowy z ojcem, interakcje z listonoszem o wdzięcznym imieniu… Pat), ale wszystko jest tu poprowadzone w miejscami delikatny sposób i podaje dość prostą receptę na wyjście z tego doła. I tym rozwiązaniem jest… drugi człowiek. I to niekoniecznie z najbliższego otoczenia, bo to może być roznosiciel gazet, który jest uzależniony od narkotyków, prostytutka, zatrudniona przez Tony’ego jako… sprzątaczka czy poznana na cmentarzu kobieta, co odwiedza grób swojego męża. I to podczas spotkań oraz rozmów z nimi zaczyna dostrzegać prostą, choć nie zawsze zauważalną prawdę. Że każdy człowiek mierzy się ze stratą bliskich na swój sposób i nie wszyscy ludzie są źli. Nie każdego należy traktować w sposób opryskliwy, agresywny.

after life1-4

Wielu może przeszkadzać ostatni odcinek, który bywa bardzo przesłodzony, a jego przesłanie jest powiedziane zbyt wprost. Niemniej ta droga oraz przemiana do niej prowadząca brzmi szczerze. I przez to bardziej poznajemy bohatera, granego znakomicie przez samego Gervaisa.

Pierwszy sezon „After Life” pokazuje drogą jaką bohater przechodzi od mroku i smutku do odnajdywania radości. Pytanie tylko, na jak długo Tony będzie w stanie zachować tą równowagę i czy znowu nie dostanie nagle depresji. Na to pytanie odpowiedź dostaniemy w drugiej serii już w kwietniu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nie ma drugiej takiej

Umieranie jest jedną z najtrudniejszych rzeczy, z jaką człowiek nie potrafi się pogodzić. Zwłaszcza, jeśli dotyczy ona osoby nam najbliższej. Taki jest przypadek Abbie oraz Sama. On jest nauczycielem fizyki, ona wydaje książki dla dzieci i organizuje spotkania z autorami. Są narzeczonymi i powoli przygotowują się do ślubu. Ale wtedy u niej pojawia się Pan Rak i to najgorszy z możliwych, bo w ostatnim stadium. Obojgu ciężko jest się z tym pogodzić, lecz kobieta próbuje znaleźć swojemu mężczyźnie… partnerkę.

nie ma drugiej takiej1

O tym filmie Netflixa mało kto mówił, nawet kiedy wyszedł. Ale muszę przyznać, że punkt wyjścia dzieła Stephanie Laing dawał troszkę inne spojrzenie na powolne przygotowanie się do opuszczenia świata. Reżyserka (dość sprawnie) balansuje między momentami dramatycznymi a jednocześnie wpuszcza troszkę komediowego powietrza. W efekcie powstaje film bardzo naznaczony melancholijnym klimatem, zdominowanym przez smutek. Nie żal, depresję, lecz smutek. I nawet momenty pozornie poważne (wizyty w grupie wsparcia, gdzie jego członkowie… szydełkują czy chemioterapii) są rozładowywane humorem oraz barwnymi postaciami. Nawet jeśli nie są one zbyt wyraziście zarysowane i mają po kilka minut do dyspozycji. I mimo poczucia absurdalności całej sytuacji, byłem w stanie zrozumieć kobietę oraz jej decyzje.  Dlaczego szuka mu dziewczyny na Tinderze, kupuje pierścionek, a nawet umawia na randkę. Tylko, że to nie może zakończyć się sukcesem. Nie tylko dlatego, że on ją bardzo kocha i chce ją wspierać w walce do końca. Lecz także dlatego, iż jakakolwiek forma kontroli nad rzeczami, na które nie mamy wpływu jest z góry skazana na przegraną.

nie ma drugiej takiej2

I powoli zaczynamy obserwować moment, kiedy Abbie (cudowna Gugu Mbatha-Raw) powoli zaczyna dochodzi do tych wniosków. Po części pomaga jej w tym relacja z poznanym na grupie wsparcia Myron (zaskakująco ciepły Christopher Walken). Ten starszy pan towarzyszy kobiecie przy jej wariackich eskapadach, mimo bardzo sceptycznego stosunku do tych akcji. Jednak mimo choroby stara się cieszyć drobnymi przyjemnościami do samego końca. I to ta relacja była dla mnie o wiele ciekawsza niż między kobietą a Samem (solidny Michael Huisman), pełną tarć, prób ponownego złapania języka oraz odnalezienia się na nowo. Tutaj było dla mnie troszkę przewidywalne i nie byłem w stanie wejść.

nie ma drugiej takiej3

To jest naprawdę niezły kawałek kina niezależnego, pokazujący inne oblicze na dość ograny temat. Nawet jeśli nie angażuje tak bardzo jak mógłby, ma w sobie wiele ciepła i serca, by nie przejść obojętnie wobec niego.

6,5/10

Radosław Ostrowski

(Nie)znajomi

W Polsce jeszcze nie było tradycji tworzenia remake’ów. Chyba, że chodziłoby o robienie seriali na formacie zza granicy. Ale filmy? Może wynika to z faktu, że remaki są traktowane jako pozbawione własnego charakteru klony oraz łatwy skok na kasę. Dlatego podchodziłem do „Nieznajomych” bardzo sceptycznie, zwłaszcza iż zbyt dobrze znałem oryginał. Bo debiut Tadeusza Śliwy to polska wersja świetnego, włoskiego „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”. A ponieważ widziałem film i znałem fabułę, to nie mogło mnie tu nic zaskoczyć, prawda?

nieznajomi1

Punkt wyjścia jest bardzo prosty: trzy pary, jeden singiel, siedem telefonów. Podczas kolacji u przyjaciół, nowa członkini paczki, czyli dziewczyna Czarka proponuje grę. Skoro nie mają sobie nic do ukrycia, każdą wiadomość jest czytana, a rozmowa w trybie głośnomówiącym. Jednak prawda stara jak świat mówi, że każdy – nawet wśród znajomych – ma coś do ukrycia. No i pytanie: czy ta więź będzie silna, by wytrzymać wszelkie tajemnice. A i sama ekipa też wydaje się znajoma. Nowobogackie małżeństwo pracujące we Włoszech (przynajmniej żona) i zarabiające w euro, małżeństwo w średnim wieku, gdzie to mąż ma decydujące słowo, macho ze swoją dziewczyną bardzo eko i pragnącą założyć swój interes (hodowla kóz do produkcji sera) oraz wuefista, ukrywający swoją orientację seksualną.

nieznajomi2

Podążamy znajomym torem, ale reżyser troszkę inaczej rozkłada akcenty i skupia się na tym, co na naszym podwórku pozostaje tematem tabu. Jednocześnie oryginał jest na tyle uniwersalny, że mogła się wydarzyć w każdej odległości geograficznej. Dlatego tak mocno była w stanie uderzyć hipokryzja oraz homofobia, która wylewa się w szczególności z jednej postaci. I tak jak w oryginale, zaczynają się wylewać wszelkie tajemnice, tłumione pragnienia oraz prawdziwe oblicza. Najbardziej zaskoczył mnie fakt, że nie jest to kopia jeden do jeden, co mnie bardzo cieszy. Zmieniono zakończenie, które było najsłabszym elementem oryginału, zaś wątki dramatyczne bardziej mnie chwyciły za gardło. Najbardziej wątek Anny i Grzegorza, gdzie ta pierwsza (kradnąca film Maja Ostaszewska) czuje się przytłumiona oraz pozbawiona wsparcia męża (trzymający poziom Łukasz Simlat), za bardzo skupionego na pracy. W tle gra bardzo przyjemna jazzowa muzyka w aranżacji Maseckiego, zdjęcia są płynnie, a nawet dźwięk jest zrobiony dobrze.

nieznajomi3

I do tego udało się zebrać znakomitą obsadę, gdzie każdy ma swoje pięć minut. Nie ważne, czy mówimy o Kasi Smutniak (aktorka grała w oryginale tą samą postać), troszkę poważniejszym Tomaszu Kocie, strasznie narwanym Michale Żurawskim, bardzo skrytym Wojciecha Żołądkiewicza czy wręcz pozytywnie nakręcona Aleksandra Domańska. Wszystkie te postacie są barwnie nakreślone, ze świetnie podane dialogi oraz bardzo skomplikowane charaktery, niemal budząc sympatię od początku. Mimo wad oraz potknięć.

Powiem bardzo, że „Nieznajomi” to dla mnie jedno z większych zaskoczeń. Mimo pewnej teatralnej formy oraz znajomości materiału źródłowego, debiut Śliwy dostarcza zarówno sporo rozrywki i refleksji. Jeśli mają być robione remake’i, to ja więcej poproszę.

7/10

Radosław Ostrowski

Jojo Rabbit

Rok 1945, czyli moment w historii, kiedy powoli zaczął rozpętywać się pokój. Ale nie w Niemczech, kiedy jeszcze trwała wojna. Jednak nie jesteśmy w dużym mieście, lecz gdzieś na prowincji. Tam mieszka 10-letni Johannes Blitzer, nazywany przez wszystkich Jojo. I stara się być porządnym nazistą, samotnie wychowywany przez matkę oraz Hitlerjugend. Ojciec zaś ruszył walczyć za kraj, więc chłopakowi pomaga jego wymyślony przyjaciel, czyli sam… Adolf Hitler. Z takim wsparciem można osiągnąć wszystko. Tylko, że nasz chłopak przypadkiem odkrywa, iż na strychu ukrywa się dziewczyna. Żydówka, co może oznaczać poważne tarapaty.

jojo rabbit1

Komedia z nazizmem w tle to bardzo karkołomne zadanie i przypomina ono chodzenie po polu minowym. Chyba, że za kamerą stanie Taika Waititi, to można spodziewać się wszystkiego. Jego najnowszy film to mieszanka satyry, komedii oraz kina inicjacyjnego. Historia skupia się na chłopaku, który jest „zarażony” nazistowską ideologią. Ideologią nawołującą do nienawiści wobec innych oraz przekonaniu o swojej wyższości. Ideologią, którą doprowadziła do śmierci milionów ludzi na świecie. Tylko, że ona jest pokazana w krzywym zwierciadle, przez co tylko teoretycznie jest niegroźna jak podczas scen, gdy prowadzone są rozmowy o Żydach. Jak ich rozróżnić od innych ludzi, jak są głupi, żywią się krwią, kobiety składają jajka itd. Patrząc na to z dystansu może wydawać się to absurdalne, tak jak moment pojawienia się gestapo i krótka historia pewnego zgłoszenia czy ćwiczenia bojowe w… basenie. Wszystko to jednak służy reżyserowi w piętnowaniu nacjonalistycznych postaw, które przynoszą tylko śmierć, zniszczenie oraz bezsensowne ofiary. I powoli kroczymy drogą spojrzenia na ten świat bez wyimaginowanego Adolfa, który początkowo wydaje się sympatyczny, ale tak naprawdę jest skupiony na sobie, żądając ślepego posłuszeństwa.

jojo rabbit3

Waititi odpowiednio lawiruje między komedią (absolutnie bezbłędna czołówka z muzyką Die Beatles), a momentami bardziej dramatycznymi (przeszukanie przez gestapo czy finał, pokazujący walkę o miasto). To tutaj reżyser pokazuje bardzo delikatne, wręcz wrażliwe podejście do tematu. Nawet jeśli wizualnie film przypomina stylem dzieła Wesa Andersona (tylko bez symetrycznych kadrów), poczucie humoru jest bardzo w stylu Nowozelandczyka. Jak podczas dialogów Jojo z Hitlerem czy powoli rodzącego się uczucia między chłopcem a dziewczyną, gdy na początku sobie docinają. Takich momentów jest więcej, ale nie zdradzę wam.

jojo rabbit4

Czy jest coś, co mi się nie podobało? Niestety, ale jest jedna kwestia. Przesłanie reżysera oraz całego filmu jest miejscami aż za bardzo powiedziane wprost. Dla mnie to było zbyt nachalne i osłabia troszkę siłę tego filmu. Na siłę można też wypomnieć, że Waititi korzysta ze znajomych motywów swojego kina jak odkrywanie, że coś nie jest takie, jak sobie wyobrażamy, burzenie kolejny tajemnic i masek czy samotność. To jednak nie kłuje tak bardzo w oczy.

jojo rabbit2

Ale Taice udało się zebrać naprawdę świetną ekipę aktorską. Objawieniem jest Roman Griffin Davis w roli tytułowej. Początkowo sprawia wrażenie zacietrzewionego fanatyka, dla którego Adolf (w tej roli sam reżyser Taika, który kradnie ten film) staje się niejako ojcem, autorytetem, wzorcem. Ale kolejne zdarzenia doprowadzają do konfliktu oraz spięć związanych z trzymaniem się tego wzorca, które są pokazane bardzo przekonująco. Mimo tego chłopak budzi sympatię, zwłaszcza w bardzo zmieniającej się relacji z ukrywającą się Elzą. I tu kolejna niespodzianka, czyli cudowna Thomasin McKenzie, o której na pewno jeszcze usłyszymy. Tutaj jest mieszanką ironii, lęku, niewinności oraz zagubienia, przez co nie można oderwać od niej oczu. Na drugim planie mocno także błyszczy zaskakująca Scarlett Johansson (bardziej trzymająca się ziemi matka – absolutnie błyszczy w scenie „tańca z mężem”) oraz świetny Sam Rockwell (kapitan Klenzendorf), choć troszkę za bardzo przypominał swoją rolę z „Trzech billboardów..”, szczególnie w finale.

Choć „Jojo Rabbit” nie jest najlepszym filmem w dorobku Waititiego, nie nazwałbym go wtopą czy rozczarowaniem. To trafna i zaskakująco delikatna satyra na nazistowską ideologię z perspektywy najbardziej podatnej na nią osoby – dziecięcego umysłu. Na szczęście reżyser pokazuje, że z takich fałszywych przekonań można się uwolnić. Choć nie jest to łatwa droga.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Historia małżeńska

Charlie i Nicole – wydaje się to wręcz para idealna. Żyją ze sobą już 10 lat, mają syna i pracują w teatrze. On jako reżyser, ona jako aktorka. Ich spektakle spotykają się z bardzo dobrym odbiorem. Już pierwsze sceny, gdy słyszymy jak o sobie opowiadają zwiastują bardzo udaną relację. Tylko, że parę minut później okazuje się, iż było to zadanie od mediatora. A nasi bohaterowie decydują się na rozwód. Ale jak to rozwód? Jedną z przyczyn jest propozycja zagrania w serialu, jaką dostała Nicole. Wymagałoby to jednak opuszczenia Nowego Jorku i przeprowadzki do LA, na co Charlie się nie zgadza.

historia malzenska1

Przyznam się, że nigdy nie miałem styczności z kinem Noah Baumbacha. Jednak po tym filmie widać, że dla niego liczą się relacje między bohaterami oraz bardzo kameralna forma. „Historia małżeńska” wydaje się być filmem jaki już widzieliśmy. Bo ile było historii o rozwodach? I w niemal każdym mamy pokazany rozwód jako pole bitwy, gdzie do osiągnięcia swoich celów sięga się po wszystkie chwyty. Zwłaszcza kiedy do gry wchodzą prawnicy. Tutaj pokazani niemal jak hieny, dla których nie liczy się najszybsze załatwienie sprawy, tylko wydojenie swojego klienta. To jednak jest pokazane niejako przy okazji, bo scen sądowych jest tu niewiele. Bardziej skupiają się na tym, jak oboje próbują sobie z tym poradzić. Ale uważniej się zaczynamy im przyglądać i dostrzegać, że choć się świetnie uzupełniają, nie są tacy doskonali jak na początku. Przez te rysy stają się bardziej ludzcy, a seans staje się trudniejszy. Dlaczego? Bo reżyser lubi jego i ją, unikając czarno-białego podziału oraz jednoznacznego wskazywania, że on/ona jest tą gorszą połową.

historia malzenska2

Sam scenariusz wydaje się nie być prowadzoną ciągiem narracją, lecz skupieniem się to na nim, to na niej. Z tego powodu troszkę od tego filmu się odbijałem, choć rozumiem ten zabieg. Nie brakuje tutaj absolutnie znakomitych momentów jak scena kłótni, gdzie dochodzi do hekatomby, pierwszej rozmowy Nicole z prawniczką czy wręczenia prawniczego pozwu. W tych momentach reżyser okazuje się wnikliwym obserwatorem, potrafiącym czasem ubarwić sytuację humorem. Nie można mu jednak zarzucić manipulacji ani fałszu w tym, co prezentuje. Nie mniej nie zaangażowało mnie to tak jak bardzo. Czy to dlatego, że jestem za młody i nie przeżyłem niczego takiego? A może po prostu liczyłem na więcej? Nie umiem odpowiedzieć, ale parę razy odbijałem się, by znowu wrócić.

historia malzenska3

Jednak prawdziwym paliwem napędowym jest absolutnie świetny duet Scarlett Johansson/Adam Driver. Ona – pozornie opanowana, wręcz aż za bardzo zaangażowana w życie rodzinne, tak naprawdę czuje się zagubiona, a jej potrzeby wydają się stłumione. A on bardziej się skupia na swojej pracy, jest wręcz egoistą i przestaje ją rozumieć. Aktorska para tworzy tutaj bardzo zniuansowane portrety, przez co bardzo łatwo ich polubić. Jednak film kradnie Laura Dern. Nora, prawniczka Nicole jest ostrą zawodniczką, gotową wyciągnąć każde brudy do wygrania walki. A jej monolog z Matką Boską – perełka.

„Historia małżeńska” to jedna z ciekawszych produkcji Netflixa, jednocześnie zachęta do bliższego poznania dorobku Baumbacha. Wnikliwa obserwacja, pełna słodko-gorzkich momentów, świetnego aktorstwa oraz bardzo krytycznego spojrzenia na środowisko prawników.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dwóch papieży

Dziwne są czasy, kiedy na świecie dwóch papieży jest, z czego jeden jest na emeryturze. Jak do tego doszło? Wszystko się zaczęło w 2005 roku, kiedy to głową Kościoła katolickiego został kardynał Ratzinger, który przyjął imię Benedykt XVI. Papież kontynuuje drogę poprzednika, czyli konserwatyzmu. Wówczas jeden z kardynałów, Jorge Bergoglio decyduje się o przejściu na emeryturę. By jednak tego dokonać, potrzebuje zgody papieża.

dwoch papiezy1

Znowu udany film od Netflixa? To już robi się naprawdę dziwne. Reżyser Fernando Meirelles robi bardzo skromny spektakl, który równie dobrze mógłby zostać pokazany w teatrze. I jest to zderzenie dwóch wizji Kościoła: bardziej dogmatycznego, mocno osadzonego w tradycji kontra liberalny, bardzo otwarty na świat oraz jego problemy. Jednak zanim dochodzi do spotkania, pojawia się absolutnie świetna scena konklawe, gdzie wybrano Ratzingera z wręcz fenomenalnym montażem (bardzo szybkie cięcia z dźwiękowym rytmem) czy przygotowania do tego wydarzenia, wyglądające niczym relacja z telewizji. Dość nietypowa praca kamery oraz pozornie chaotyczny montaż mogą wydawać się dezorientujące, ale w tym szaleństwie jest metoda. Rozedrgania, przebitki na twarze pokazują jak wiele emocji znajduje się w tych (pozornie) spokojnych i opanowanych ludziach. Ludziach, który pełnią ważne funkcje w poważnej instytucji, którzy mają różne przekonania oraz życiorysy.

dwoch papiezy2

Wszystko to zostało okraszone świetnymi, niepozbawionymi humoru dialogami oraz scenami. Bo jak wymazać scenę próby wspólnego tanga, oglądania finału Mundialu czy gry Benedykta na fortepianie. W takich momentach widać ich z mniej majestatycznej perspektywy, co czyni całość lżejszą. Nie oznacza to jednak, że to całe spięcie jest pozbawione stawki. Z każdą sceną obydwu papieży poznajemy coraz bliżej, choć wydaje mi się, że twórców bardziej interesuje przyszły papież Franciszek oraz jego mroczny okres lat 70-tych, gdy poszedł na współpracę z wojskową juntą. Ubrane jest to w formę retrospekcji, co troszkę zaburza rytm filmu, ale próbuje też zrozumieć tego człowieka oraz dlaczego zrobił tak, a nie inaczej. Szkoda, że nie zrobiono tego samego w przypadku Ratzingera (nazywanego przez znienawidzonych przeciwników „nazistą”), ale pewnie rozcieńczyłoby to całość.

dwoch papiezy3

Bo tak naprawdę liczy się tutaj rozmowa oraz spojrzenia na wiarę, instytucję, kwestie tradycji czy bardzo kontrowersyjnych problemów. Wyciek tajnych dokumentów, brak kontroli nad Bankiem Watykańskim czy duchownych-pedofili. Jak do tego podejść i co zrobić. Reżyser pokazuje te perspektywy i zderza je, ale chyba bardziej przychyla się ku Franciszkowi, nie czyniąc z Benedykta tego złego czy gorszego.

To wszystko nie zadziałałoby, gdyby nie fenomenalni aktorzy. Anthony Hopkins i Jonathan Pryce wyglądają niemal jak klony postaci, które grają (czyli Benedykta oraz Franciszka), ale nie tylko na tym polega ich siła. Każde spojrzenie, gest oraz sam głos potrafi zahipnotyzować, pokazując dwie kompletnie różne twarze. Benedykt jest intelektualistą i samotnikiem, zaś Bergoglio to człowiek bardziej otwarty, bliżej ludzi oraz ich problemów. Jednak obaj przez ten kontrast świetnie się uzupełniają, tworząc jeden z najciekawszych duetów ostatnich lat.

„Dwóch papieży” to wielki powrót Fernando Meirellesa do formy oraz kolejny przykład wysokiej jakości Netflixa. Bardzo kameralne, wręcz subtelne, a jednocześnie angażujące, trzymające w napięciu oraz refleksyjne. A przecież jest to tylko rozmowa, prawda?

8/10

Radosław Ostrowski

Nazywam się Dolemite

Ruby Ray Moore – słyszeliście o tym skurwielu? Bo ja nie, ale w Stanach to jedna z najważniejszych postaci dla czarnoskórej społeczności. Wokalista, stand-uper, tancerz, a nawet jasnowidz. Ten facet próbował wszystkiego, by osiągnąć sukces, tylko że teraz pracuje w sklepie płytowym jako sprzedawca. A przecież miało być inaczej, były plany, sława, chwała i kasa. Powoli jednak zaczyna przebijać się, dzięki inspirowaniu się dialogami meneli, tworząc nową postać o ksywie Dolemite. I to jest początek, ale Moore’owi ciągle mało, więc planuje zrobić… film o Dolemacie, nie mając o tym zielonego pojęcia.

dolemite1

Filmy Netflixa zazwyczaj są śmieciowym gniotem, który ma zapchać miejsce w ich bibliotece. Ale zdarzają się ciekawsze rzeczy, tylko ciężko je wyłuskać. Taki jest właśnie film Craiga Brewera, oparty na prawdziwej historii Moore’a. Od razu miałem skojarzenia z „Ed Woodem”, gdzie też mamy człowieka próbującego odnieść sukces, tylko za grosz nie mającego talentu. Moore ma o tyle problem, że nie potrafi odnaleźć się w realiach lat 70., próbując znaleźć swoją widownię. Jednak nie można facetowi odnaleźć pasji, umiejętności obserwacji i chęci dostarczania rozrywki, nawet opartej na wulgarności, chamstwie oraz prostych przyjemnościach. Jakby myśląc, że jak coś było dobre dawno, to będzie dobre zawsze. O dziwo, to zaczyna działać, zaś Moore coraz bardziej ryzykuje dla większego przebicia. Reżyser bardzo lubi tego bohatera i pokazuje go z sympatią, nawet w chwilach zwątpienia.

dolemite2

Bo Moore’a znienawidzić się nie da, a swoją energią i pasją jest w stanie zarazić innych, co widać w scenach przygotowania występu w domu (by następnie go nagrać na płytę) czy podczas kręcenia filmu. Niby takich historii było wiele i wiemy, co się wydarzy, ale to wszystko angażuje oraz bawi do końca. Czuć ten klimat lat 70., zarówno w bardzo bogatej scenografii, jak i rewelacyjnych kostiumach czy bardzo funkowej w duchu muzyce a’la Isaac Hayes czy Lalo Schifrin. Wszystko to wydaje się tak naturalne, jakbyśmy dokładnie byli w tym okresie. No i jeszcze te zdjęcia, z mocnymi kolorami. Realizacyjnie to wielka frajda.

dolemite3

Prawdziwym skarbem oraz sercem tego filmu jest wracający po przerwie Eddie Murphy, który jest tutaj prawdziwą petardą. Aktor w roli Moore’a absolutnie błyszczy, przypominając swoje największe występy w swojej karierze. Ta energia, pasja oraz szczerość biją z ekranu, nieważne czy występuje przed mikrofonem w klubie, występuje w filmie czy walczy o realizację swoich projektów przed szychami. Murphy’emu towarzyszy galeria świetnych postaci drugoplanowych jak wokalista Ben Taylor (świetny Craig Robinson), ambitny scenarzysta Jerry Jones (dość zaskakujący Michael-Keegan Key) czy dostająca szansę na swoje 5 minut Lady Reed (fantastyczna Da’Vine Joy Randolph). Ale dla mnie największą niespodziankę zrobił Wesley Snipes jako D’Urville Martin, który ma duże ego oraz wywyższa się z całej ekipy. Kradnie szoł swoim głosem i pokazuje, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa.

„Nazywam się Dolemite” to dla mnie przede wszystkim aktorskie zmartwychwstanie Eddie’ego Murphy, który pokazuje dawny pazur oraz energię z czasów świetności. A i sam film to biografia zrobiona z jajem, pasją oraz klimatem lat 70. O takiego Netflixa nic nie robiłem.

8/10

Radosław Ostrowski

Rodzinny dom wariatów

Jak wszyscy wiemy, z rodziną najlepiej wychodzi na zdjęciach. Nie inaczej jest z bardzo liberalną rodziną Stone’ów, która mieszka w Nowej Anglii. Jest to rodzina wielopokoleniowa, ze sporą grupą braci i sióstr, a wnuków jeszcze nie ma. To się może zmienić, kiedy do rodziny przybywa najstarszy syn. Ze swoją dziewczyną, która jest strasznie sztywna i – dzięki jednej z sióstr – cała rodzina jest do niej uprzedzona. Czyżby Święta miały skończyć się totalną katastrofą? Zwłaszcza, że przyszła synowa wzywa jako wsparcie siostrę.

rodzinny dom wariatow1

Takich komediodramatów o rodzinie, gdzie jej członkowie nie są zbyt idealni było setki, jeśli nie tysiące. Czy dzieło Thomasa Bezuchy z 2005 roku ma coś, co wyróżnia go z tłumu (oprócz obsady)? Bo nie jest to stricte komedia, mimo miejscami dość ironicznego humoru, pokazuje znajome relacje. Relacje ludzi, którzy znają się dość dobrze, ale o wielu rzeczach sobie nie opowiadają i mają swoje tajemnice. Nie brakuje zarówno „czarnej owcy” (pijący i ćpiący Ben – tego drugiego nie widać), parę gejów, z czego jeden jest niesłyszący, złośliwą siostrzyczkę trzymającą się na dystans czy skrywającą swoją ciężką chorobę matkę. Niby są to poważne momenty i sytuacje, ale reżyser próbuje to ugrać w komediowy sposób, co nie zawsze działa. Podobać się może scena, gdzie Meredith doprowadza do awantury czy moment przed śniadaniem świątecznym, spowodowany pewnym nieporozumieniem. Ale to są tylko krótkie chwile, momenty budzące z dość przewidywalnej opowieści. Nawet sceny slapstikowe wydają się mało zabawne i przewidywalne, co wydaje się bardzo trudne do spieprzenia.

rodzinny dom wariatow2

Jeszcze bardziej zaskakuje fakt, ze zebrano naprawdę dobrych aktorów, którzy starają się wyciągnąć całość na wyższy poziom. I to się częściowo udaje, choć nie wszystkim. Dla mnie najbardziej nieciekawy był Everett grany przez Delmota Mulraneya, który sprawia wrażenie niby zdecydowanego, ale jakoś nie wspierającego swojej partnerki (dość zaskakująca Sarah Jessica Parker). Dla mnie najciekawsza była w roli złośliwej siostry Rachel McAdams oraz chyba najbardziej normalny z grona Luke Wilson (Ben), chociaż także Diane Keaton i Craig T. Nelson w rolach głowy rodziny mają swoje pięć minut.

rodzinny om wariatow3

„Rodzinny dom wariatów” okazuje się całkiem niezłą tragikomedią, chociaż dla mnie niezbyt wyróżniającą się od podobnych opowieści o rodzinie spotykającej się podczas uroczystości. Nie brakuje solidnego aktorstwa oraz paru scen rozluźniających, lecz nic ponad to.

6,5/10

Radosław Ostrowski