Pewnego razu… w Hollywood

Nie wiem, czy jest jakikolwiek kinoman, który nie zetknął się z przynajmniej jednym filmem Quentina Tarantino. Ten postmodernista, który w swoich filmach bawi się gatunkami, konwencjami, żongluje cytatami i tworzy wręcz szalone wizje świata. Bo tylko u niego może dojść do udanego zamachu na Adolfa Hitlera. Między innymi. Ale jego ostatnie dzieło miało być zupełnie inne, bo w tle miały być prawdziwe, dramatyczne wydarzenia, czyli śmierć Sharon Tate w lipcu 1969 roku. Kto jednak spodziewał się dokumentalnej rekonstrukcji, musiał być strasznie rozczarowany.

Problem jednak w tym, że ta historia jest tak naprawdę tłem dla wydarzeń końca ery hipisowskiej. Bohaterami filmu są Rick Dalton oraz Cliff Booth. Pierwszy to podstarzała gwiazda telewizyjnych westernów, drugi to jego przyjaciel i kaskader. Obaj panowie próbują się odnaleźć w nowej rzeczywistości, gdzie popularne są westerny (także te włoskie) oraz produkcje bardziej brutalne. Obaj panowie są sąsiadami Sharon Tate i Romana Polańskiego.

pewnego razu w hollywood1

Pierwsze, co rzuca się w przypadku tego dzieła to fakt, że w sumie nie posiada on jako takiego scenariusza. O co mi chodzi? Całość to ciąg scenek, mających na cel sportretowanie (w bardzo nostalgiczny sposób) realiów lat 60. Hollywoodu. Epoki, gdzie ludzie czuli się na tyle bezpiecznie, że nie zamykali drzwi, grali muzykę w radiu i balowali do wieczora. Gdzie aktorom telewizyjnym dość ciężko było się przebić do dużego ekranu. Gdzie w tle grała muzyka rockowa, popowa i jazzowa, a jeździły bardziej eleganckie wozy. Czuć tutaj rękę reżysera, bo jest i troszkę łamana chronologia, bardzo charakterystyczne dialogi oraz skupienie na detalach.

pewnego razu w hollywood2

Tylko, że to wszystko nie angażuje tak bardzo jak poprzednie filmy mistrza. Dla mnie ta konstrukcja jest dla mnie zbyt rozwlekła, przez co mniej mnie to wszystko obchodzi. Szczegółowość w odtworzeniu realiów epoki jest imponująca: od neonów przez rekwizyty, kolorystykę, kostiumy po takie przedmioty jak telewizory, plakaty czy kubki. To wszystko potrafi zrobić ogromne wrażenie. Tak samo jak oprawa muzyczna, która kojarzy się z tą epoką. Nie brakuje też kilku fantastycznych scen (Rick załamujący się w przyczepie i rzucający wyzwiskami, Cliff wskakujący na dach, rozmowa Ricka z dziewczyną na planie), które zapadną w pamięć. One też powodują, że troszkę cieplej myślę o tym filmie. Ale tylko troszkę.

pewnego razu w hollywood3

No i jaką fenomenalną obsadę udało się tutaj zebrać. Błyszczy tutaj kapitalny duet Leonardo DiCaprio/Brad Pitt. Czuć tą silną przyjaźń między tymi facetami, powoli zmierzającymi raczej ku końcowi swojej kariery. Jednak to postać Pitta jest bardziej przyciągająca uwagę swoją mroczną przeszłością oraz umiejętnościami fizycznymi, choć Leo ze swoim lekko jąkającym się głosem też potrafi zaintrygować. Poza nimi drugi plan jest przeładowany wręcz bardzo rozpoznawalnymi nazwiskami: od świetnego epizodu Ala Pacino (producent Martin Schwartz) przez zjawiskową Margaret Qualley (Pussycat) i szorstkiego Mike’a Moha (bardzo zarozumiały Bruce Lee) aż po Bruce’a Derna (zmęczony George Spahn) oraz opanowanego Timothy’ego Olyphanta (aktor James Stacy). No i jest jeszcze przepiękna Margot Robbie w roli Sharon Tate, która tutaj wydaje się pełnić rolę symbolu całej epoki – niewinna, pociągająca i budząca sympatię. Być może dlatego ten występ nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak się spodziewałem.

pewnego razu w hollywood4

Troszkę tak marudzę na ten film Quentina, ale prawda jest taka, że jest to kawał dobrego kina. No właśnie, tylko dobrego kina, ponieważ po takich twórcach zawsze oczekuje się rzeczy wybitnych, wielkich albo co najmniej bardzo dobrych. Ale nie zawsze można być w najwyższej formie, prawda?

7/10

Radosław Ostrowski

Zjawa

Początek XIX wieku, gdy Stany Zjednoczone zaczęło tworzyć swoją potęgę.  Naszego bohatera poznajemy podczas polowania – Hugh Glass to traper i przewodnik grupy kierowanej przez kapitana Henry’ego, której zadaniem jest upolowanie zwierzyny, by mieć z czego zrobić mięso i skóry. Niestety, wszystko nie idzie po myśli naszych dzielnych Jankesów, gdyż zostają zaatakowani przez Indian z plemienia Arikarów. Osłabieni, zdziesiątkowani i zmęczeni ludzie, próbują wrócić do obozu, zakopując po drodze część swojego łupu. I wtedy Glass zostaje zaatakowany przez niedźwiedzia, a bez niego grupka nie da rady przejść.

zjawa1

Alejandro Gonzaleza Inarritu pokochałem za rewelacyjnego „Birdmana”. Tym razem postawił za cel opowiedzenie czegoś, co nazwałbym artystycznym kinem zemsty. Cała ta opowieść zostaje rozbita na co najmniej dwa wątki. Pierwszy związany jest z Glassem, jego walką o życie. Drugi dotyczy niejakiego Fitzgeralda, który miał się zająć rannym przewodnikiem (za sowitą opłatą), ale zostawia go na pastwę losu, wsadzając do symbolicznego grobu. Są jeszcze przebijający się ludzie Henry’ego oraz polujący Arikarowie, którzy poszukują zaginionej córki wodza. Te wszystkie wątki Meksykanin próbuje scalić i stworzyć z tego epicki fresk o bezwzględności człowieka, jego mrocznej naturze oraz podłości, do jakich jest zdolny. Ale całościowo „Zjawa” bardziej rozczarowuje, co wynika z kilku czynników.

zjawa2

Po pierwsze, nadmiar tych wątków nie pozwala w pełni im się rozwinąć. Przeskakiwanie z postaci na postać wywołuje konsternację i rozbija – tak już nierówne – tempo. Po drugie, Inarritu pozwala sobie polać to wszystko sosem pełnym oniryzmu, co najbardziej przebija się w scenach „wizji” nawiedzających Glassa. Samo w sobie nie jest niczym złym, jednak tutaj te repetujące ujęcia oraz słowa wypowiadane przez zmarłą żonę, tylko drażnią i sprawiają wrażenie zbędnego balastu. Jednak jeśli coś wbija w fotel, to monumentalne zdjęcia Emmanuela Lubezkiego. Zarówno piękne ujęcia przyrody, jak i niemal filmowane w jednym ujęciu sceny akcji (pierwsza walka z Indianami, ucieczka Glassa na koniu zakończona skokiem w przepaść) zapadają mocno w pamięć, podobnie jak przypominająca sen – bardziej koszmar – muzyka.

zjawa3

Reżyseria chaotyczna, scenariusz nierówny, oprawa audio-wizualna kapitalna, to co w takim razie z obsadą? Jest, ale nie na tyle mocna, by powalczyć o najważniejsze nagrody. To, że Leonardo DiCaprio fantastycznym aktorem jest, wiem od kilku lat. Tutaj w roli Glassa radzi sobie dobrze i widać w jego oczach ból oraz żądzę zemsty. Czy to jednak rola warta Oscara, którego ten aktor powinien był dostać dawno temu? Moim zdaniem nie. Wystarczy zestawić rolę Glassa z Jordanem Belfortem („Wilk z Wall Street”), by zobaczyć różnicę. Znacznie ciekawszy jest Tom Hardy jako zdrajca Fitzgerald – pragmatyczny, myślący o własnym zysku, bez względu na cenę. Powinniśmy go znienawidzić, ale trudno nie przyznać mu racji. Intrygująca postać, która kradnie każdą scenę.

zjawa4

„Zjawa” wydawała się być szansą na otrzymanie epickiego filmu z krwawą wendettą w tle. Zamiast magnetyzować, porywa tylko momentami. Ma kilka świetnych ujęć i scen, ale jako całość nie porywa. Może z innym reżyserem na pokładzie. Może.

6/10

Radosław Ostrowski

J. Edgar

Kim był J. Edgar Hoover – człowiek, który przez 48 lat był dyrektorem Federalnego Biura Śledczego? O tym spróbował opowiedzieć Clint Eastwood w swojej dwugodzinnej fabule.

Punkt wyjścia jest dość prosty i konwencjonalny – J. Edgar Hoover pod koniec swojego życia chce spisać swoje wspomnienia dotyczących FBI. W tym samym czasie Hoover próbuje się odnaleźć w latach 60. I zaczyna gubić swój polityczny nos.

j.edgar_1

Reżyser próbuje złapać kilka srok za ogon i różnie to wychodzi. Mamy pokazane zarówno silny wpływ matki, skrywany homoseksualizm oraz „romans” ze swoim asystentem, kilka głośnych spraw (w tym przełomowe dla biura porwanie syna Lindberga) oraz pewne nadużywanie swoich kompetencji przez Hoovera (szantażowanie prezydentów USA). I jak zawsze w próbie złapania tylu wątków pojawia się pewien chaos i nadmiar wątków działa tutaj odpychająco. Tak naprawdę nie wiadomo na czym się najbardziej skupić: na życiu zawodowym czy skomplikowanym życiu prywatnym, gdzie też działo się wiele. Obydwa te zostają niewykorzystane do końca, jednak udaje się stworzyć dość skomplikowany portret jednego z najbardziej kontrowersyjnych ludzi w historii USA, dzięki któremu współczesna kryminalistyka osiągnęła wiele.

j.edgar_2

Spora w tym zasługa Leonardo DiCaprio, który bardzo dobrze udźwignął skomplikowany charakter Hoovera – kreującego mit bezwzględnego egzekutora i strażnika prawa, a jednocześnie nieśmiałego, żądnego sławy i akceptacji człowieka. I nie jest w stanie tego zepsuć koszmarna charakteryzacja (postarzali bohaterowie wyglądają naprawdę słabo). Równie świetny jest też Arnie Hammer, wcielający się w lojalnego i szczerego współpracownika, Clyde’a Tolsona. Ten duet parę razy nakręca ten film, a kilka scen porusza. Nie sposób nie wspomnieć też o Judi Dench (matka Hoovera) oraz Naomi Watts (sekretarka Helen Gandy), która jednak robi tylko za tło.

j.edgar_3

Sam film pozostaje ledwie solidna biografia, która miała potencjał na o wiele, wiele więcej. Gdyby nie Leo w roli głównej, byłoby przeciętnie. A tak jest troszeczkę lepiej niż zwykle.

6,5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda

Złap mnie, jeśli potrafisz

Życie potrafi pisać najbardziej niezwykłe scenariusze, o czym można przekonać się wielokrotnie. Poznajcie Franka Abagnale’a – pozornie wydaje się zwykłem chłopakiem jakich wielu. Ale tak naprawdę był jednym z największych oszustów, który dzięki fałszywym czekom ukradł ponad 5 milionów dolarów, podszywając się za pilota, lekarza i prawnika. I to wszystko zanim skończył 19 lat. O jego kantach, ale tez o schwytaniu go opowiada film Stevena Spielberga „Złap mnie, jeśli potrafisz”.

catchme2

Czym tak naprawdę jest ten film pozbawiony efektów komputerowych? To mieszanka dramatu, kryminału i komedii, opowiadając historię chłopaka zagubionego i bawiącego się, jednak ta zabawa staje się coraz bardziej niebezpieczna. Zabawa w kotka i myszkę, której finał tak naprawdę poznajemy już na samym początku. Więc czy warto dalej oglądać ten film? Absolutnie tak, gdyż reżyserowi bardzo sugestywnie udało się odtworzyć realia lat 60., kiedy to ludzie ufali sobie bardziej, zapraszając obcych ludzi. Wystarczyło nałożyć mundur, by zostać uznanym za pilota – ubiór zmienia człowieka („Dlaczego Jankesi wygrywają? Bo wszyscy gapia się w ich stroje!”), co tłumaczy dlaczego Frankowi udawało się nabierać ludzi przez 3 lata. Ale co skłoniło tego chłopaka do takiego życia? Rozwód rodziców, próbował skleić rodzinę za pomocą pieniędzy, ale jak wiadomo – wszystkiego za forsę kupić się nie da.

catchme3

Pozornie wydaje się to lekką rozrywką na inteligentnym poziomie, a pomysły i sztuczki Franka imponują pomysłowością i nadal bawią – zarówno jako nauczyciel francuskiego, czarujący pilot czy agent tajnych służb. W dodatku całość okraszono stylowymi zdjęciami, pełnymi kolorów, energii i jasności oraz jazzową muzyką Johna Williamsa plus jeszcze zabawne dialogi. I mamy pasjonujący koktajl.

I jeszcze jest to fantastycznie zagrane. Trzeba przyznać, że Leonard DiCaprio znakomicie poradził sobie w roli inteligentnego, sprytnego i czarującego oszusta, który wzbudza sympatię. Tak naprawdę to zagubiony i samotny chłopiec, próbujący się odnaleźć w sytuacji przerastającej go. A jedyną ważną rzeczą dla niego jest miłość do swojego ojca (czarujący Christopher Walken). Partneruje mu sam Tom Hanks jako ścigający go agent Hanriatty – uparty, dociekliwy i konsekwentny gliniarz, który zna się na rzeczy i jest pod wrażeniem umiejętności Franka. Relacja obydwu panów mocno wybiega od zbiega i ścigającego – łączy ich pewien rodzaj szacunku, a wręcz relacji ojca, który chce nawrócić syna na dobrą stronę. I ta chemia jest siłą napędową tej komedii. Poza nim warto wspomnieć role Amy Adams (zakochana we Franku Brenda), Nathalie Baye (matka Franka) i epizod Jennifer Garner (modelka Cheryl).

catchme1

Bardzo pozytywne zaskoczenie w dorobku Spielberga, choć parę motywów pozostaje niezmienionych. Ale takiej komedii Amerykanin nie nakręcił od dawna. Wyborna robota.

8/10

Radosław Ostrowski

Wilk z Wall Street

Każdy wie, co to jest Wall Street – mekka finansjery, gdzie praktycznie wszystko jest dozwolone w imię największego narkotyku na świecie, czyli forsy. I to właśnie do tej mekki przybywa Jordan Bellfort – młody, bez znajomości i układów facet marzący o jednej konkretnej rzeczy – zbijaniu kabzy w największej możliwej ilości. Ale jego początki jako broker w Wall Street było fatalne – „czarny poniedziałek”, czyli początek kryzysu lat 80. doprowadziły jego firmę do bankructwa i braku fuchy. W końcu razem z grupą kompletnych wariatów bez papierów i kwalifikacji założył firmę Stratton Oakmont. I wtedy dopiero zaczynają się szalone rzeczy. Ale jak wiadomo, nic nie trwa wiecznie, zwłaszcza jak wejdzie FBI.

wilk1

Tak samo każdy kinoman zna dona Martina Scorsese – ojca chrzestnego kina amerykańskiego. Wszyscy wiemy, że to świetny reżyser – pod warunkiem, że kręci kino gangsterskie (choć ja mam na ten temat inne zdanie). Można powiedzieć, że „Wilk…” to tacy „Chłopcy z ferajny” tylko w realiach giełdowych. I nie byłoby to słabe porównanie. Jest podobna konstrukcja narracji (początek kariery, wzlot i wielki upadek), narracja z offu głównego bohatera oraz kompletne szaleństwo. Do tego masa kantów oraz bardzo mocna, ostra satyra na finansjerę (kapitalny monolog mentora Bellforta) pokazujący mechanizmy ekonomii. Wystarczy tylko mieć kilka świetnych pomysłów, zaś kasa sama się kręci. No i najważniejsza rzecz – imprezy w firmie, gdzie panowała naprawdę luźna atmosfera (tak luźna, że wprowadzono zakaz uprawiania seksu od 9 do 16), narkotyki (w ilościach hurtowych), leki, dziwki, nagie dziwki z heroiną między nogami – czyli jak to pisał Kazik „wszędzie ruchawka, zniszczenia i pożoga”). Tak pieprznego filmu, to jeszcze nie widziałem od dawna z taką dziką energią. Humor (scena powrotu do domu na haju z Country Clubu – bezcenne!), napięcie, potężna dawka energii oraz fantastyczne dialogi (z największą ilością faków ever), mistrzowsko zmontowane. A jednocześnie bez moralizatorstwa i dość ironicznym finałem całej sprawy.

wilk3

A jeśli chodzi o aktorstwo, to jest ono kapitalne od drobnych ról po pierwszy plan. Nie jestem w stanie opisać tego, co na ekranie wyprawia Leonardo DiCaprio – to jest po prostu przez większość czasu chodzące ADHD. Jest strasznie ambitny, prawie non stop na haju lub między nogami jakiejś laski, a jednocześnie posiada tyle charyzmy, że ludzie byliby w stanie pójść za nim w ogień. Serio, serio. W jednej chwili potrafi przyciągnąć charyzmą, by potem pokazać się ze strony żałosnego nałogowca. Mam nadzieję, ze Leo dostanie statuetkę Oscara, ale konkurencja jest diablo mocna. Poza nim jeszcze jest tak duży wianuszek gwiazd, że nie jest w stanie tego ogarnąć: od Jona Favreau (adwokat Manny Riskin) i Jeana Dujardina (Saurel – szwajcarski bankier) po Jona Bernthala (potrafiący sprzedać wszystko drobny cwaniak Brad), Roba Reinera (ojciec Bellforta „Mad Max”) i Kyle’a Chandlera (zdeterminowany agent FBI Denham) do apetycznej Margot Robbie (Naomi, druga żona Bellforta) oraz świetnego Jonaha Hilla (nieudacznik Donnie Azoff, który wiedział jak się zabawić).

wilk2

Mi jednak najbardziej utkwił epizod Matthew McConaugheya. Mark Hanna, czyli mentor Bellforta z Wall Street przykuwa uwagę pojawiając się raptem kilka minut, potrafiąc być wygadanym „dzikusem”, który wyjaśnia jak należy działać w Wall Street. Mocny fragment, który zostanie w pamięci na długo.

wilk4

Jak to możliwe, że mający ponad 70 lat Martin Scorsese nakręcił taki dziki, ostry i pieprzny film? Widocznie energia i „jaja” nie odchodzą z wiekiem. Jak mówił Leonardo zgarniając Złoty Glob – „Martin Scorsese jest jak punk rock – nigdy się nie starzeje” Czy trzeba mówić coś więcej?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Wielki Gatsby

Nowy Jork, lata 20. Do miasta przybywa Nick Carroway, który zaczyna pracę jako makler giełdowy. Jednak jego dość spokojne i monotonne życie, nabiera kolorów, gdy poznaje swojego sąsiada – niejakiego Gatsby’ego, strasznie dzianego faceta. Mężczyzna chce odzyskać swoją dawną miłość – kuzynkę Nicka, Daisy. Jednak ta już jest mężatką, ale dla niego nie jest to problem.

gatsby1

Powieść Francisa Scotta Fitzgeralda była przenoszona na ekran wielokrotnie. Teraz tego zadania podjął się Baz Luhrmann – facet, który robi filmy pełne przepychu i powalają warstwą wizualną. I tak też jest tutaj – zdjęcia, scenografia i kostiumy wręcz powalają. Nowy Jork pokazany jest tutaj jako miasto pełne bogactwa, chciwości i czegoś, co nazwałbym moralnym zepsuciem. A całość jest miejscami zmontowana jak teledysk i okraszona bardzo współczesnymi brzmieniami (pop, rap, elektronika), co o dziwo nie gryzie się ze sobą, zgrabnie tworząc specyficzną mieszankę. Jednak sama historia była mało wciągająca i angażująca. Miałem wrażenie sztuczności, aktorzy owszem świetnie wyglądają i  grają całkiem nieźle, ale tu coś nie pasowało. Za dużo kalkulacji, skupienia się na wyglądzie, a za mało emocji. Czułem się jakbym oglądał marionetki chodzące po ekranie niż ludzi z krwi i kości. A tak mogła wyjść z tego historia o próbie (nieudanej, jak każda tego typu) wrócenia do przeszłości i odzyskania utraconej miłości.

gatsby2

Cała historię poznajemy z perspektywy Carrowaya (niezły Tobey „Spider-Man” Maguire) – młodego, naiwnego faceta, który zostaje jedynym prawdziwym przyjacielem Gatsby’ego (porywający DiCaprio). Jego narracja z offu może trochę drażnić łopatologią, ale chyba inaczej nie dało rady. Panie wyglądają pięknie i sprawiają wrażenie wręcz posągów (Carey Mulligan i Isla Fisher), ale trudno uwierzyć w ten świat – lekko kiczowaty, przekoloryzowany, plastikowy.

gatsby3

Obejrzeć można, ale tak naprawdę to piękna wydmuszka, która nie angażuje. Trochę szkoda.

6/10

Radosław Ostrowski

Krwawy diament

Lata 90. W Sierra Leone trwa wojna domowa, zaś przedmiotem walk są surowce naturalne. Przypadkowo zostaje w to wplątany rybak Solomon Vandy, który siłą zostaje zmuszony do pracy przy wydobywaniu diamentów, a jego rodzinę rozdzielono. I wtedy pojawia się koło niego przemytnik diamentów Danny Archer, który obiecuje mu pomóc w odnalezieniu rodziny w zamian za diament, który znalazł Vandy i gdzieś ukrył. Razem z nim jest jeszcze dziennikarka Maddy Bowen.

diament1

Kino rozrywkowe, które próbuje przemycić ważnie i poważne treści? To trudne zadanie, wręcz niewykonalne. Jednak Edward Zwick nie boi się ryzykować i w konwencji kina sensacyjnego pokazuje rzeczywistość Afryki, wykorzystywanej przez białych do grabienia i łupienia. W podobny sposób próbował opowiadać „Wierny ogrodnik”, gdzie Afryka była dużym laboratorium dla koncernów farmaceutycznych, jednak tutaj chodzi diamenty z regionów ogarniętych wojną domową, na której zarabiają biali. Rebelianci zmuszający dzieciaków do walki (znany temat choćby z „Wiedźmy wojny”), podtrzymywanie wojny, by na niej zarabiać, równie chciwi najemnicy – mocne tematy, które można było bardziej pogłębić, zamiast okraszać strzelaninami i wybuchami (efektownymi, mocnymi i nie pozbawionymi bardzo realistycznej przemocy). A jednak to wszystko zaskakująco dobrze działa, zaś wyprawa po diament okaże się drogą przez zapomniany przez Boga kontynent. Piękne plenery zmieszane z surową realizacją robią mocne wrażenie, zaś bohaterowie są ludźmi z krwi i kości. Można się przyczepić do łzawego finału, ale i tak wyszedł z tego ciekawy film.

diament2

Również aktorstwo trzyma więcej niż solidny poziom. Świetnie wypadł Leonardo DiCaprio w roli przemytnika Archera. Cyniczny cwaniak, któremu zależy tylko na forsie i diamentach, choć okazuje się zdolnym do poświęcenia, zaś to jak mówi ten facet zasługuje na uznanie (akcent południowoafrykański jest naprawdę trudny). Równie mocna jest Jennifer Connelly, czyli piękna dziennikarka, która wygłasza najmocniejsze zdania na temat sytuacji w Afryce. Nie jest słodką, naiwną reporterką, raczej osobą potrzebującą odrobiny adrenaliny. No i w końcu – last but not least – Djimon Hounsou, czyli prosty (ale nie głupi) Solomon rozdarty między potrzebą znalezienia rodziny, a szukaniem diamentu. Mocna, choć prosta postać.

diament3

Zwick z jednej strony tworzy dynamiczne i mocne kino akcji, z drugiej pokazuje Afrykę jako bardzo niebezpieczne i niestabilne miejsce. I wyszło z tego naprawdę dobre kino, choć lekko hollywoodzkie.

7/10

Radosław Ostrowski

W sieci kłamstw

Roger Ferris jest agentem terenowym CIA na Bliskim Wschodzie, zaś jego zadaniem jest schwytanie al-Saleema. Działa ze swoim oficerem prowadzącym Edwardem Hoffmanem, który kontaktuje się z nim na odległość. W końcu Amerykanie proszą o pomoc wywiad Jordanii.

siec1

Ridley Scott to jeden z tych filmowców, których nie można pomylić z nikim innym. Wszechstronnie uzdolniony, sprawny rzemieślnik obracający się po kinie gatunkowym różnej maści. Tutaj próbuje wejść w konwencję thrillera politycznego i przy okazji próba zabrania głosu w sprawie wojny z terroryzmem. Technicznie jest to świetny film (montaż, zdjęcia – kapitalne), zaś sceny rozmów między Ferrisem i Hoffmanem nie pozbawione są pewnego cynicznego humoru. Przy okazji Scott pokazuje nieufność Ameryki wobec sojuszników (ze wskazaniem na wywiad Jordanii), z którymi muszą współpracować, bo znają teren i mentalność i dlatego z nimi współpracują, choć nie zawsze działają równocześnie (próba dorwania wtyczki Jordańczyków w Al-Kaidzie). Widać, że filmowiec stara się zachować obiektywizm i pokazać, że nie wszyscy Arabowie są źli. Ale jednak i tak Amerykanie wygrywają, co trochę budzi niesmak.

siec2

Od strony aktorskiej film jest całkiem przyzwoity. Leonardo DiCaprio powtarza tutaj swoją rolę w „Infiltracji” i daję radę. Nie wie komu może ufać (bo nawet jego szef nie informuje go o wszystkim), świetnie wtapia się w tło i miota się. Misiowaty Russell Crowe jako jego szef jest lepszy – ciągle ze słuchawką w uszach, cyniczny i nie do końca uczciwy. Za to perełką tutaj jest Mark Strong jako Hani – przenikliwy szef wywiadu Jordanii, który ceni sobie lojalność i jest naprawdę cwanym lisem (finał jest jego).

Scott zrobił porządny film, gdzie jest pewna równowaga między dialogami a akcją. Pomysłowo, perfekcyjnie technicznie i ze sporą dawką emocji.

7/10

Radosław Ostrowski

Celebrity

Lee Simon jest dziennikarzem piszącym wywiady z gwiazdami z ambicjami bycia pisarzem. Właśnie rozstał się ze swoją zoną Robin po 16 latach małżeństwa. Lee zaczyna lgnąć i obracać się w środowisku celebrytów, zaś Robin przechodzi metamorfozę, za którą jest odpowiedzialny pewien producent tv.

celebrity1

Woody Allen wiele razy obserwował środowisko intelektualne Nowego Jorku, ale tym razem postanowił zadrwić ze sławnych ludzi. Bo dzisiaj zostanie sławnym nie jest żadnym problemem – wystarczy zostać księdzem, skinheadem, rabinem, karłem albo zakładnikiem, który został zwolniony. I tak się to kręci, ale Allen nie pokazuje tego w żaden humorystyczny sposób. Bo ten świat jest pusty, pełen banalnych frazesów, słodzenia i fałszu, do którego jednak wszyscy dążą, a wybacza się tu wiele. Niby nie jest to nic zaskakującego czy nowego, ale to ma swoją moc. Całość okraszona czarno-białymi zdjęciami Svena Nykvista (to był jego ostatni film), które budują dość specyficzny klimat plus parę niezłych dialogów i ciekawych obserwacji (rabin, skinhead i gangster w jednym pomieszczeniu rozmawiają, zamiast się rzucać z pięściami).

celebrity2

Allen znów dobrał świetną obsadę i parę starych twarzy, jednak tym razem nie pojawia się na ekranie, choć jest ten typ postaci przez niego grany i to w dwóch wersjach. Jego męskie wcielenie ma aparycję Kennetha Branagha, który radzi sobie dobrze, ale za bardzo kopiuje Allena (zwłaszcza w mowie). Lee w jego wykonaniu to facet z poczuciem niespełnienia, który lgnie do świata celebrytów jak ćma do światła, choć sam nie ma tam nic do pokazania. Żeńskie wcielenie to wyborna Judy Davis, która po rozstaniu sprawia wrażenie załamanej i zniszczonej, by potem przeistoczyć się w piękną i pewną siebie kobietę. Brawo. Poza nimi w epizodach przewijają się m.in. Winona Ryder (Nola), Charlize Theron (supermodelka) czy Jeffrey Wright (reżyser), ale i tak w pamięć zapadli bardzo dobrzy Joe Mantegna (Tony, wręcz idealny facet), Famke Jensson (Bonnie) i Leonardo DiCaprio (gwiazdor Brandon Darrow).

Allen nawet poważny jest dobry, co zaczynam dostrzegać i doceniać. A ostatnia scena (premiera filmu kręconego na początku) daje sporo do myślenia.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Aviator

Biografie sławnych ludzi zawsze interesowały innych, także filmowców. Martin Scorsese nakręcił wiele biografii („Wściekły byk”, „Kundun”), ale najcięższym kalibrowo filmem w tej kwestii pozostaje „Aviator”. Jest to historia Howarda Hughesa – milionera, który zdecydował się zdominować rynek lotniczy.

aviator1

Reżyser skupił się na latach 1923-47, czyli czasów największej aktywności tego ekscentrycznego milionera (od realizacji „Aniołów piekieł” aż do lotu Herkulesa), tworząc prawie 3-godzinny fresk o geniuszu balansującym na granicy szaleństwa. Reżyser pokazuje i rozkłada na czynniki pierwsze osobowość Hughesa, którego nie było w stanie złamać nic i zawsze dostawał to, co chce. Nie ważne czy chodzi tu o realizację filmu, kobiety czy pieniądze. Całość robi epickie wrażenie, zaś sceny lotnicze (kręcenie „Aniołów piekieł”, lot samolotem szpiegowskim i katastrofa) robią ogromne wrażenie. Całość ogląda się znakomicie, choć pewne wątki są ledwo zasygnalizowane. Zdjęcia i montaż są rewelacyjne (m.in. sceny przesłuchań komisji Brewstera czy przybycie Hughesa na premierę), muzyka z epoki pasuje do realiów i dopełnia klimatu, a sama historia nie jest w żaden sposób schematyczna czy szablonowa. A obsesję bohatera są bardzo przekonująco pokazane.

aviator2

Jeśli zaś chodzi o aktorstwo, reżyser wybrał prawdziwą śmietankę. Hughesa świetnie zagrał Leonardo DiCaprio w pełni pokazując jego obsesje (mycie rąk), lęki i paranoje, a jednocześnie pewnego siebie marzyciela, który dokonywał rzeczy niemożliwych. Jest to prawdopodobnie najlepsza rola w dorobku tego aktora. Drugi plan też jest wręcz przebogaty, a znani aktorzy jak Willem Dafoe czy Jude Law pojawiają się w epizodach. Jednak na tym planie dominuje zjawiskowa i fantastyczna Cate Blanchett jako Katherine Hepburn – silna, pewna siebie i temperamentna. Poza nią warto też zwrócić uwagę na Alana Aldę (skorumpowany senator Brewster), Iana Holma (prof. Fitz), wracającego do formy Aleca Baldwina (Juan Tripp, szef Pan Am) i Johna C. Reilly’ego (księgowy Noah Dietrich).

Scorsese tym filmem mi naprawdę zaimponował i pokazał, że wrócił do formy, kręcąc jeden ze swoich najlepszych filmów. I nie ma w tym przesady.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski