Osierocony Brooklyn

Takich ludzi jak Lionel Essrog raczej mija się na ulicy. Nawet jak się przystanie, jedyne słowo mogące go opisać to: dziwak. Zdarza mu się, że nagle plecie coś bez sensu, wykonuje absurdalne zachowania (dając ognia, podpala zapałkę po to… żeby ją zgasić, bo nie wydała odpowiedniego dźwięku) i nie wiadomo w zasadzie, czego się można spodziewać. Tego nie wie nawet on sam, bo jego głowa to jeden wielki bajzel zwany zespołem Tourette’a. Niemniej znalazł się ktoś, kto potrafił wykorzystać najmocniejsze atuty (świetna pamięć). Był to Frank Minna – prywatny detektyw, który przygarnął Lionela oraz jego kumpli z sierocińca. Spoko gość, ale wdepnął w paskudną sprawę i ktoś go sprzątnął. Ale kto i dlaczego chciałby to zrobić? Essrog podejmuje się na własną rękę wybadać sprawę.

Czarny kryminał to gatunek kina, który swoje najlepsze lata wydaje się mieć za sobą. Czasy panów z kapeluszami w prochowcach, palących papierosa oraz odkrywających brudne tajemnice miasta już mamy za sobą. Pojawiają się pewne próby przebicia jak „Nice Guys” Shane’a Blacka (ok, to są lata 70., ale podobny vibe) czy wykorzystujące elementy tego gatunku eksperymenty pokroju „Brick”, ale klasyczne noir skończyło się wraz z „Tajemnicami Los Angeles”. Czyli od 1997 roku. Nie zraziło to jednak Edwarda Nortona, który podjął się reżyserskiej próby i przeniesienia na ekran powieści Jonathan Lethama z 1999 roku. Przeniósł jej akcję z lat 90. do 50., a reszta krąży wokół klasycznych elementów tego gatunku. Miasto skrywające bezwzględne tajemnice i brudy – jest. Kobieta, skrywająca pewną tajemnicę – zgadza się. Korupcja na szczytach władzy – pasuje. Rasistowskie uprzedzenia – nie zawsze są standardem, ale tu są. Innymi słowy, to klasyczna kryminalna opowieść retro.

osierocony brooklyn1

A w tym przypadku jest to broń obosieczna. Reżyserowi udaje się zachować klimat realiów epoki. Kostiumy, dekoracje, rekwizyty, samochody – tutaj się wszystko zgadza i nie ma miejsca na pomyłki. Równie świetne są bardzo stylowe zdjęcia Dicka Pope’a (zwłaszcza ujęcia nocne to prawdziwe złoto) oraz jazzowo-psychodeliczna muzyka Daniela Pembertona. Jest parę podnoszących napięcie scen jak znakomity początek czy bardzo dramatyczny pościg nocny do mieszkania albo momenty, gdy Essrog próbuje sobie przypomnieć pewne słowa, zdarzenia, sytuacje. Wtedy widać jak ten zwichrowany umysł funkcjonuje, co już czyni całość odrobinę interesującą.

osierocony brooklyn2

Problemem jednak jest sama historia i intryga. Nawet nie chodzi o to, że film jest bardzo długi (niecałe dwie i pół godziny), ale to wszystko wydawało mi się dziwnie znajome. Aż za bardzo, przez co wiele razy od seansu się odbijałem niczym piłeczka ping-pongowa. Chwila ekscytacji, by przez chwilę odczuć znużenie, kolejna ekscytacja i znużenie. Tak przez cały film, a kilka niekonwencjonalnych tricków (sceny pobicia, gdy widzimy akcję z oczu bohatera czy moment niejako „przejęcia” rekwizytów mentora przez Lionela) nie zawsze rekompensowało seans.

osierocony brooklyn3

Sytuację ratuje za to znakomita kreacja Edwarda Nortona, który (w przeciwieństwie do reżysera… Edwarda Nortona) jest bardzo zdyscyplinowany i magnetyzuje do samego końca. Essrog początkowo sprawia wrażenie dziwaka niż klasycznego detektywa-twardziela/cwaniaka z kina noir, co czyni go obiektem drwin i staje się lekceważony przez wrogów. Tylko, że pod tą kopułą pracuje bardzo zaawansowany komputer, który czasami lubi się psuć. Zderzenie niemal fotograficznej pamięci z powtarzającymi się manieryzmami („If”), tikami oraz dość niepozorną sylwetką tworzy niesamowitą mieszankę niewinności ze sprytem, determinacją i odwagą. Na drugim planie absolutnie błyszczy Alec Baldwin w roli śliskiego, bezwzględnego polityka Mosesa Randolpha, który dla władzy zrobi wszystko. Nawet unowocześni miasto, co jest jego wielką obsesją. Warto też wspomnieć o trzymającym jak zawsze poziom Willem Dafoe (Paul) i Bobbym Cannavale (Tony), a także odzyskujący chęć do grania Bruce Willis (detektyw Frank Minna).

osierocony brooklyn4

„Osierocony Brooklyn” dla fanów kina noir będzie niczym prezent pod choinką. Trudno odmówić Nortonowi zaangażowania oraz pasji, jednak film nie porywa tak bardzo jak mógłby być. Brakuje jakiegoś mocniejszego kopa i… świeżości, co zaskoczyło mnie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Jak nas widzą

Rok 1989 dla Nowego Jorku był dość ciężki, bo przestępczość szybowała w górę. Ale w kwietniu w Central Parku doszło do masy wybryków: zaczepki, bijatyki oraz chuligańskie wybryki dokonane przez młodych ludzi. Jednak doszło też do najgorszego – gwałtu oraz pobicia kobiety. Białej kobiety. Zaś poszukiwania zawężono się do czarnoskórych chłopaków. Ostatecznie wytypowano pięć osób (czterech czarnoskórych i jednego Latynosa), których maglowano i zmuszono do przyznania się do zbrodni, nie popełnionej przez żadnego z nich. Nazwani później Piątką z Central Parku zostali skazani, co mocno naznaczyło ich.

Jak Netflix robi serial, to czasem potrafi uderzyć. Tym razem reżyserka Ava DuVernay uderza w wymiar sprawiedliwości, dla którego liczy się jak najszybsze rozwiązanie sprawy. Prawda nie jest tutaj najważniejsza, a zeznania wyciąga się w bezwzględny sposób: manipulacja, sugerowanie, brak obecności rodziców/opiekunów, brak snu, brak jedzenia, bicie, wyzwiska. Do tego jeszcze mocno naciągane dowody, problemy z chronologią. A to dopiero początek dramatu oraz tragedii. Każdy odcinek (a jest ich cztery) zrobiony jest w innej konwencji, co tylko uatrakcyjnia seans. Najpierw mamy śledztwo (odcinek 1), następnie proces (odcinek 2), by przyjrzeć się naszym bohaterom w trakcie oraz po odsiadce (odcinek 3 i 4). Im bardziej ogląda się kolejne sceny oraz sytuacje, tym trudniej było mi uwierzyć, ze mogło dojść do takiej sytuacji. Pierwsze dwa odcinki mają siłę ciosu obuchem. Policyjna niekompetencja oraz proces, gdzie obrona punkt po punkcie obala kolejne punkty oskarżenia. A sam koniec tego odcinka gra na emocjach w sposób godny thrillera. Tutaj też nie brakuje eksperymentów w postaci montażowych przebitek, zmian kątów czy dużej ilości zbliżeń.

Pozornie odcinek 3 wydaje się być mniej intensywny, ale w żadnym wypadku nudny. Bo powrót do społeczeństwa jest bardzo trudny – ciężko znaleźć uczciwą pracą, ludzie reagują wrogością i nienawiścią. Nawet ci, którzy powinni wspierać (macocha Raya Santany Jra.) mogą stać się obcymi. Same rodziny też pośrednio obrywają za rzekome zbrodnie, zaś społeczeństwo wydało wyrok na samym początku sprawy. Za to najmocniejsza jest historia Koreya, który jako jedyny trafił do więzienia dla dorosłych. Chłopak przeżywa momenty załamania, zwątpienia, bicia, gnębienia w różnych aresztach. Tutaj znów wraca ten klimat oraz poczucie bezsilności z początku. Aż dochodzi do przewrotki, która zmienia wszystko. Tutaj emocje i napięcie są budowane w sposób precyzyjny, zaś każdy odcinek ma masę niezapomnianych momentów. Aż nie mogłem uwierzyć, że to się mogło wydarzyć. A w czasach, kiedy nienawiść oraz uprzedzenia znowu zaczynają nabierać na sile, może się to powtórzyć. I to ostrzeżenie potrafi uderzyć.

Realizacyjnie ciężko mi się przyczepić do czegokolwiek. Znakomita reżyseria, fantastyczny scenariusz oraz montaż, a także kostiumy i scenografia. Wszystko jest tutaj na swoim miejscu i gra, zaś aktorstwo jest także z najwyższej półki. I nie mówię tutaj tylko o doświadczonych wyjadaczach pokroju Felicity Huffman (śliska karierowiczka Linda Fairstein), Very Farmiga (zmuszona do ostrej gry prokurator Lederer), Michaela Kennetha Williamsa (ojciec Antona z kryminalną przeszłością) czy ostatnio troszkę bardziej obecnego Johna Leguizamo (Ray Santana Sr., ojciec jednego z oskarżonych), ale przede wszystkim młodych aktorów. Chciałbym powiedzieć dziecięcych, ale bardziej pasuje określenie naturszczycy. Każdy z nich jest świetny, wiarygodny, jednak z tego grona najbardziej wybija się dwóch aktorów. Pierwszym jest Assante Blackk, czyli młodsze wcielenie Kevina – najmłodszego oskarżonego w tym gronie, pokazując jego kompletne zagubienie i przerażenie sytuacją. Ale dla mnie tak naprawdę liczył się Jharrel Jerome, absolutnie kradnący każdą scenę jako Korey. Jako jedyny grał zarówno młodsze, jak i dorosłe wcielenie swojego bohatera. Sceny jego pobytu w więzieniu pozwalają bliżej poznać sama postać oraz jego reakcję na piekło. Absolutnie powalająca kreacja.

„Jak nas widzą” pokazuje, że Netflix potrafi być godnym konkurentem stacji telewizyjnych pokroju HBO czy innych sieci streamingowych. Niby historia wydawała się przewidywalna (przynajmniej dla mnie), ale twórcy wycisnęli z niej wszystko, tworząc bardzo mocne oskarżenie wobec niesprawiedliwego wymiaru sprawiedliwości. Obok „Czarnobyla” to najlepszy mini-serial tego roku.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Gracz

James Bennett był kiedyś bardzo obiecującym pisarzem, który odniósł sukces debiutancką powieścią. Jednak od śmierci swojego dziadka, w jego życiu zmieniło się wiele – zaczął wykładać literaturę na uniwersytecie, jednak jego największym problemem jest uzależnienie od hazardu. Bennett pakuje się w większe tarapaty, kiedy zapożycza się u Neville’a Baraki, by spłacić pana Lee. Ma 7 dni na spłacenie długu – ponad 250 tysięcy dolarów.

gracz1

Opromieniony sukcesem „Genezy planety małp” Rupert Wyatt tym razem postanowił nakręcić remake filmu Karela Reisza z 1974 roku, by opowiedzieć o kolejnym nałogowcu. Hazard jest równie niebezpieczny jak każdy nałóg – pozornie prosta intryga związana ze spłatą długu ulega komplikacji z powodu nałogu, który staje się jedynym sensem życia. Nawet praca przestaje sprawiać mu przyjemność, co widać w scenach wykładów na uniwersytecie. Studenci mają go gdzieś i przychodzą tylko po to, by dostać zaliczenia, a gangsterzy są bardzo bezwzględni i nie boja się użyć siły, by odzyskać dług.

gracz2

Pod względem realizacji „Gracz” przypomina gangsterskie kino Martina Scorsese tylko bez narracji z offu – długie ujęcia, mroczny klimat podziemnych kasyn i różnych spelun robi wrażenie, tak samo montaż był bez zarzutu (kluczowa dla filmu scena meczu koszykówki). Dodatkowo jeszcze klimat potęgowany jest mieszankę elektronicznej muzyki Jona Briona z piosenkami, głównie z lat 70. (m.in. Rodriguez czy przerobiony na reggae Pink Floyd), współgrając z wydarzeniami ekranowymi. Można się przyczepić do hollywoodzkiego zakończenia czy dość wolnego tempa akcji, jednak pewna reżyseria Wyatta pozwala ogląda ten film bez problemów.

gracz3

Sporym plusem jest też zaskakująco dobra gra aktorska. Nie jestem wielki fanem Marka Wahlberga, jednak od paru lat prezentuje więcej niż przyzwoity poziom. Także w „Graczu” prezentuje się z dobrej strony. Jego chłód podczas gry oraz brutalna szczerość i ignorancja innych działają jak bomba atomowa, choć pozornie twarz sprawia wrażenie obojętnej. Jednak w oczach widać więcej, a kilka scen (próba sprzedania zegarka czy ostatnia gra w ruletkę) to perły w wykonaniu tego aktora. Mocni są też Michael Kenneth Williams (bezwzględny Baraka) i Alvin Ing (pan Lee), z którymi nie należy zadzierać. Jednak film kradnie wyborny John Goodman jako lichwiarz Frank, które wypowiedzi to błyskotliwe obserwacje nałogu, a jego filozofia jest bardzo interesująca. Słabiej prezentuje się Brie Larson w roli Amy – studentki i dziewczyny Bennetta. Miłość (troszkę za mocne słowo) między nią a nałogowym hazardzistą wydawała mi się mało wiarygodna, a specyficzna uroda Larsen nie przemawiała do mnie.

gracz4

Nowy film Brytyjczyka ma w sobie coś z klimatu Martina Scorsese, co widać w sposobie realizacji i pokazuje, że Mark Wahlberg potrafi grać. Choć lepszym studium nałogowego gracza pokazał „Hazardzista” ze znakomitym Philipsem Seymourem Hoffmanem, to „Gracz” nie jest od niego gorszy. Niegłupia rozrywka i stylowe kino.

7/10

Radosław Ostrowski